Ulubionym wypoczynkiem pani Aleksandry Lewandowskiej jest słuchanie
muzyki. Ale nie takiej, którą słyszy się teraz w radiu. Pani Aleksandra
doczekała się już wnuczek i nie ulega młodzieżowym gustom. W domu w Boniewie
koło Włocławka ma okazałą kolekcję nagrań niemal całej twórczości Jana
Sebastiana Bacha, Ludwika van Beethovena oraz przede wszystkim Ryszarda
Wagnera. Właśnie oper Wagnera pani Lewandowska słucha i ogląda na wideo
najczęściej.
- Gdy widzę "Parsifala", Cud Wielkopiątkowy przeżywam bardziej niż
w kościele - opowiada nie ukrywając emocji. W Polsce dzieła Wagnera wystawia
się bardzo rzadko. Obecnie mają je w repertuarze tylko dwa teatry - Wielki
w Poznaniu ("Parsifal") i Opera Bałtycka w Gdańsku ("Tannhäuser"). Pani
Lewandowska była na tych przedstawieniach po kilka razy. Aby zobaczyć inne
opery Wagnera, musi jeździć za granicę. Taką możliwość stwarza jej Towarzystwo
Wagnerowskie, skupiające około 50 osób z całej Polski.
Wspólna fascynacja
Towarzystwo zostało założone w styczniu 1999 r. przez Macieja Zimowskiego
z Krakowa. To głównie jego zasługa, że "wagnerianie" byli już w Rydze,
Budapeszcie, Berlinie, Cottbus i Meiningen, w sumie na 15 operach (wliczając
także spektakle w Polsce), oczywiście w większości Wagnera. Zimowski rezerwuje
bilety (nieraz z półrocznym wyprzedzeniem), załatwia autokar i noclegi.
Podczas wyjazdów pełni też rolę przewodnika, co naturalne, bo o Wagnerze
wie bardzo dużo.
- Z jego twórczością spotkałem się, gdy miałem 14 lat - mówi Zimowski.
- Wtedy nie było możliwości kupienia płyt. Nuty, jakie udało mi się zdobyć,
"rozczytywałem" grając na flecie. I w ten sposób jego pomysły zafascynowały
mnie.
Towarzystwo Wagnerowskie połączyło podobnych Zimowskiemu melomanów.
Wiesław Sygnet z Poznania jeden pokój swojego mieszkania przeznaczył na
kolekcję plakatów z oper Wagnera. Henryk Sypniewski z Warszawy tłumaczy
libretta (m.in. przełożył całego "Lohengrina"). A Leon Tomczyk spod Poznania
jeździ nawet do Wiednia, by zobaczyć dzieła mistrza: - Marzy mi się zobaczyć
wszystkie opery Wagnera w tych miejscach, gdzie miały swoje prapremiery.
Kiedyś lubiłem słuchać Mozarta. Dziś w jego muzyce czegoś mi brakuje, to
chyba właśnie przez zafascynowanie Wagnerem.
Wyjątkowa gratka
Okazją do dzielenia się wspólną pasją są wyjazdy. Ostatni, do Meiningen,
małego miasteczka w Turyngii, był szczególny dla wszystkich członków Towarzystwa.
Po pierwsze - obejrzeli cały "Pierścień Nibelunga", zakrojoną na ogromną
skalę tetralogię Wagnera. Dzień po dniu, tak jak chciał kompozytor, wystawiono
wszystkie opery "Pierścienia". To potężna dawka muzyki. "Złoto Renu", grane
pierwszego dnia, trwa niecałe trzy godziny, ostatni "Zmierzch bogów" aż
sześć. Po drugie - Meiningen leży niedaleko Bayreuth, miasta Wagnera. Wycieczka
do Wahnfried, domu kompozytora, w którym teraz jest muzeum i grobowiec,
oraz do słynnego teatru festiwalowego była nie mniej ważna od oper w teatrze.
W zawikłanych strukturach dzieł Wagnera orientuje się niewielu. Marcin
Dobrzański z Krakowa, student dyrygentury na tamtejszej Akademii Muzycznej
uważa, że właśnie dlatego twórczość Wagnera nie jest popularna nawet wśród
muzyków.
- Niedawno w prywatnej rozmowie Antoni Wit zdziwił się, że mnie tak
pasjonuje Wagner. Ja to nazywam chorobą. Kto ulegnie twórczości Wagnera,
ten zapada na taką chorobę.
Tym większe emocje towarzyszyły Dobrzańskiemu podczas zwiedzania Festspielhaus
w Bayreuth. Polscy "wagnerianie" byli i na widowni (wszystko z drewna,
nawet krzesła - niewygodne, ale tego wymaga doskonała akustyka) i w specyficznym
kanale orkiestrowym. Ten teatr przystosowany do wystawiania swoich dzieł
Ryszard Wagner zbudował dzięki pieniądzom króla Ludwika II Bawarskiego.
Kompozytor planował zaraz po wystawieniu całego "Pierścienia" spalić teatr
i partytury, tak by ślad pozostał jedynie w pamięci widzów, ale tego pomysłu
nie zrealizował. I do dziś w Bayreuth organizuje się festiwale, na których
wystawia się wyłącznie jego opery. I to tylko wskazane przez samego Wagnera.
Przyjeżdżają najwięksi śpiewacy i dyrygenci, a bilety, według oficjalnych
komunikatów, wykupione są już na kilka najbliższych lat.
Znajomości w Bayreuth
Amerykanin Allan Pearson, który w Niemczech dołączył do polskiej grupy
(kontakt został nawiązany przez internet), pocieszał, że nie do końca to
jest prawda. Przekonywał, że zawsze są zwroty kilku czy kilkunastu wejściówek.
Sam był kilkanaście razy na festiwalu i nawiązał tyle kontaktów, że nie
zdarzyło mu się nie wejść na przedstawienie. Pearson od kilkunastu lat
uczy muzyki w Monachium, do Niemiec przyjechał głównie przez fascynację
twórczością Wagnerem. Marcin Dobrzański zdecydował się skorzystać z pomocy
i zaproszenia Amerykanina i tego lata pojedzie do Bayreuth jeszcze raz.
To nadzieja także dla pani Lewandowskiej.
- Marzę, by przed śmiercią zobaczyć jakąkolwiek operę Wagnera w Bayreuth.
Z niecierpliwością czekam na relację Marcina. Jeśli rzeczywiście uda mu
się dostać bilety, to zaryzykuję i za rok pojadę z nim. Na wyjazd grupowy
z paczką z naszego Towarzystwa w tej chwili nie można liczyć, choć wiem,
że takie plany są. Na razie zostaje więc nam próbować indywidualnie - planuje
pani Aleksandra.
MARCIN ZAWADZKI
Artyuł ukazał się w toruńskim dzieniku Nowości