R O L A N D      T O P O R
Biografia Bibliografia Rysunki Teatr Foto Wywiady Film Komentarze Ankieta Chat


"Aby nie zostać zjechanym przez krytykę, należałoby pisać na przejściach dla pieszych."


powrót do góry "Bal na ugorze" - MACHINA Grudzień 1998

Ostatnia książka wydana za życia zmarłego w zeszłym roku francuskiego pisarza i rysownika. Nie są to typowe dla Topora makabryczne opowiadanka (w stylu np. Sznycla górskiego, z którego Kazik Staszewski był łaskaw przepisać fabułę do swojej piosenki Nie mam nogi, nie informując niestety na płycie, skąd czerpie inspiracje), nie jest to też właściwie powieść. To raczej pozbawiony jakiejkolwiek akcji poemat dygresyjny prozą, rodzaj egzystencjalnego dziennika, pełnego zaskakujących obserwacji i paradoksów. W nich właśnie - a są wśród nich doprawdy ohydne - najsilniej widać związek tych luźnych w sumie dywagacji z tym, co zwykle kojarzymy z Toporem, jego prześmiewczym spojrzeniem na życie i śmierć. Ta ostatnia skrada się zresztą w opisach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu - to niehigieniczny tryb życia stał się skądinąd powodem wylewu, będącego przyczyną śmierci pisarza. Wywróżył sobie.

Paweł Dunin-Wąsowicz


powrót do góry "Święta księga cholernego Proutto" - ŻYCIE - 14.03.98

Spadkobiercy Rolanda Topora nie muszą martwić się o stan swoich kont. Przynajmniej w Polsce ukazują się ciągle jego książki, a wśród nich zarówno pierwsze wydania, jak i wznowienia. Obok tomów, które ugruntowały pozycje francuskiego pisarza, trafiają się także dziwolągi w rodzaju "Świętej księgi cholernego Proutto". Czyta się to szybko, raz na jakiś czas można uśmiechnąć się półgębkiem, ale potem pozostaje wrażenie zażenowania i dezorientacja. Ilekroć ktoś bierze sie do analizy twórczości Topora, odnoszę wrażenie, że ten skręcałby się ze śmiechu. Sam niewiele mówił o swoich książkach, jakby zachęcając intelektualistów do dywagacji. Tymczasem można przypuszczać, że autor prowokuje do różnych interpretacji, sam traktując swe książki jako absurdalne żarty.
Bohater Topora ma problem. "Nie wiem, jak do tego doszło, ale takie są fakty: od trzystu dni jestem Bogiem Zoasów" - zaczyna swoją opowieść. Diabli wiedzą, kim są Zoasi, diabli wiedzą, kim w istocie jest pierwszoplanowa postać tej historii. Nie wydaje się, by sam autor dłużej się nad tym zastanawiał. Po prostu tworzy jeszcze jedną absurdalną sytuację. Dziwnym zbiegiem okoliczności bohaterowi zostaje tylko jeden wyznawca - niejaki Proutto. Niszczony i poniewierany, wypełnia wszystkie jego zachcianki. Przytyki bierze za dobrą monetę. W "Bogu" budzi się tyran. To postać skrajnie antypatyczna. Jego działania nie prowadzą do niczego, z wyjątkiem zabicia nudy. W każdym z nas drzemie potwór - zdaje sie mówic autor "Chimerycznego lokatora". Trudno przejąć się tym stwierdzeniem. Nic nowego - bardziej przekonująco pisali o tym inni.
Jest w "Świętej księdze cholernego Proutto" coś odstręczającego. Bogaty styl oraz znaczący tytuł przywodzą na myśl ni mniej, ni więcej tylko Biblie. Czczy dowcip i kiepski greps zastepują dyskusje na temat religii. Zamiast ewentualnej polemiki obcujemy z tępym szyderstwem. Nie przeczę, że smiać się i drwić można ze wszystkiego - pod warunkiem, że wiadomo po co. W buncie Topora, którego egzemplifikacją jest "Święta księga..." jest coś żałosnego. Oto mały chłopczyk z lubością i bez celu wyważający otwarte drzwi. Tu wyczerpuje się pomysł na książkę. Nie usprawiedliwia jej także styl, fabuła, literacka gra czy cokolwiek innego. "Święta księga..." to dowód, że nawet prawdziwym pisarzom zdarzały się grafomańskie wypociny.

Jacek Wakar


powrót do góry "Księżniczka Angina" - Gazeta Wyborcza nr 95, 24.04.96

Pomysły Topora, które zazwyczaj jeżą nam włos na głowie, przypominają właśnie nieskrępowaną ciekawość dziecka: co by było, gdyby tak nadmuchać żabę albo w czasie deszczu podpalić dziadziowi brodę, albo gdyby tacie urosły piersi? Topor jest prawdziwym dzieckiem, które dorosłych nie tylko bawi, ale też przeraża.

Marcin Baczyński


powrót do góry "Bal na ugorze" - Jednym tchem (Rzeczpospolita - 28.10.98)

"Księgarnie próbują mnie sprowokować, wyzywająco trzęsąc okładkami. Błyszczące obwoluty trzepoczą skrzydełkami i same się oklaskują. Na próżno wytrzeszczam oczy, żadna z moich książek nie leży na wystawie. Nic dziwnego, że się tak źle sprzedają" - narzeka wędrujący paryskimi ulicami narrator "Balu na ugorze". To ostatnia książka zmarłego rok temu Rolanda Topora, najbardziej osobista, z licznymi wątkami autobiograficznymi.
W Polsce makabreski Topora - rysunki, grafiki, opowiadania, powieści - zawsze cieszyły się powodzeniem, dodajmy, że zasłużonym. "Bal na ugorze" może tylko utwierdzić nasze jak najlepsze mniemanie o tym wszechstronnym twórcy. Talentów miał bowiem tyle, że mógłby nimi hojnie obdzielić kilka pracowitych życiorysów: rysownik, malarz, grafik, plakacista, prozaik, poeta, dramaturg, tekściarz, scenarzysta, reżyser teatralny, scenograf, aktor. Ubolewał nad faktem, że zabrakło mu zdolności rzeźbiarskich i muzycznych.
W dziedzinach, które uprawiał, Topor był prawdziwym mistrzem. Nigdy nie rozmieniał się na drobne. Najlepszym potwierdzeniem - jego ostatnia książka. Dla recenzentów taka proza to niebywała gratka. Nie ma w niej miejsc pustych. Każda strona, każdy akapit to gotowa do cytowania sentencja.
Topor łagodnie pokpiwa sobie z absurdów rzeczywistości, nie oszczędzając nikogo, nie wyłączając samego siebie. Jego spostrzeżenia noszą znamiona genialności. Najznakomitszym epizodem książki jest dla mnie opis spotkania narratora "Balu na ugorze" z innym wyrobnikiem pióra. Jego powieści "Życie do kitu", niestety, nie przeczytał. Znajomy pisarz nie ma mu tego za złe. Zorientował się już, że jego książki nie przeczytał nikt, z recenzentami włącznie.
"- Znam wielu dziennikarzy. Wiedzą, co ta powieść dla mnie znaczy. Wyprułem sobie dla niej flaki. Siedem lat strasznej harówki. Trzy zerwania. Dziesięć przeprowadzek. Nie mieli odwagi źle o niej napisać. Sprawdziłem: żaden nie czytał. Znasz dziennikarzy, kartkują książki, podchwycą cytat to tu, to tam i gotowe".
Księgarze nie wyszli poza pierwszą stronę. Przyjaciele twierdzili, że pochłonęli ją w jedną noc, inni, że rozkoszowali się powoli, ale na konkretne pytania odpowiadali wykrętnie, albo nie na temat. Wydawca zapewnił autora, że jest on jedynym, którego książki przyjmuje z zamkniętymi oczami. Korektorzy?
"- Nie znasz korektorów? Poprawiają, ale nie czytają. Przynajmniej ci dobrzy. A założę się, że nie ma ani jednej literówki".
Pisarz zatrudnił więc bezrobotnego, który jego "Życie do kitu" czytał na głos za 150 franków za godzinę. Co pięć minut uciekał zresztą do łazienki, by nabić taryfę.
Jeśli chodzi o mnie, ostatnią znakomitą książkę Topora przeczytałem jednym tchem. Teraz zamierzam się nią rozkoszować powoli. Jestem pewny, że braku tych 150 franków za godzinę nawet nie zauważę.

Janusz R. Kowalczyk


powrót do góry "Bal na ugorze" - Dla masochistów i frustratów (Rzeczpospolita - 28.10.98)

"Czy to impotencja, czy bezpłodność?" - pytał retorycznie Roland Topor analizując stan swojego ducha w trakcie pracy nad "Balem na ugorze". Czytelnik mógłby mieć raczej pretensje o nadmiar płodności, gdyż bez straty dla dzieła co najmniej połowę tekstu mógł autor wykreślić przed zaniesieniem maszynopisu do wydawcy.
Topor usiłuje kokietować swoją bezradnością i zniechęceniem. Zakłada maskę starego nieudacznika, który gotów jest oddać duszę za parę groszy i odrobinę uznania. To wszystko jest jednak niezręczną grą, za którą kryje się irytujące samouwielbienie. "I pomyśleć, że w dzieciństwie byłem taki ładny" - pisze, ale tylko po to, by uzyskać zapewnienie, że wciąż jest tak samo piękny i wspaniały.
Poza sobą Topor niewiele widzi, no może wyłączywszy dzieła sławnych mistrzów, tych jednak także lubi traktować z właściwą sobie nonszalancją. Nihilizm to jedyna myśl, jaką Topor ma w książce do zaoferowania. "Czy istnieje większe szczęście niż zaspokojenie podstawowych potrzeb bez zbyt długiego czekania?" - pyta. Odpowiedź znajdujemy na końcu książki - tak, istnieje. Większym szczęściem dla artysty jest nagroda pieniężna, nie musi być nawet wielka, może być "nieporównywalna z główną wygraną w totka".
Nihilizm okraszony czarnym humorem był specjalnością Rolanda Topora. "Księżniczka Angina" czy "Chimeryczny lokator" to prawdziwe perełki. Przy nich "Bal na ugorze" jawi się jako potworne nudziarstwo. Kolejne akapity poświęcone użalaniu się nad sobą, mogą wciągać chyba wyłącznie masochistów i frustratów.
Autor skarży się na brak pomysłów. To jest problem każdego artysty. Na szczęście, nie dla każdego ich brak jest powodem do pisania powieści, większość woli spokojnie poczekać na dzień w którym przyjdzie natchnienie. Z pożytkiem dla ogółu byłoby gdyby Roland Topor, nie będąc w formie intelektualnej, rysował zamiast pisać. Oglądanie złych obrazów jest mniej czasochłonne niż czytanie nudnych powieści. Tymczasem - jak wyznaje na kartach książki Topor - "pisałem, by nie stracić przyjemności rysowania". A ty, czytelniku, cierp.

Łukasz Gołębiewski


powrót do góry "Księżniczka Angina" - Notki o książkach

Kim jest Roland Topor - po jego niedawnym pobycie w Polsce nie trzeba chyba szerzej objaśniać nawet tym, którzy nie czytali Czterech róży dla Lucienne i innych jego utworów, nie oglądali wystawy jego prac ani nie pamiętają rysunków, które kiedyś często publikował nieoceniony Przekrój. Jednak Księżniczka Angina jest nietypowym dziełem Topora, więcej tu bowiem śmiechu (czasami, to prawda, złośliwego) i wzruszenia niż typowego Toporowskiego makabrycznego humoru. Wszystko tu plącze się i gmatwa wedle pokrętnych praw sennego marzenia... albo dziecinnej fantazji. Wydaje mi się, że dzieci mają szansę pojąć Księżniczkę Anginę prędzej - i lepiej - niż niejeden dorosły czytelnik.


powrót do góry "Don Juan albo Ja i ja" - MACHINA Sierpień 1999

Opowieść o Don Juanie, który odkrywa kobiecy aspekt swej natury. Wydaje się, że ta sztuka bodaj najbardziej popularnego twórcy spośród wszystkich surrealistów może stać się w teatrze podstawą do fascynujących interpretacji rozważających kwestie zależności między tym, co męskie, i tym, co kobiece, problemu represyjnego wpływu wywieranego na nas przez naszą cielesną powłokę, a także konsekwencji zaniku różnic między płciami we współczesnej kulturze.

Tomasz Plata


powrót do góry "Anginka w każdym domu - Lekcja psychologii doktora Topora" - Rzeczpospolita - 22.04.96

Dziś w warszawskiej Galerii Studio odbędzie się promocja "Księżniczki Anginy" Rolanda Topora. 58-letni artysta francuski pochodzenia żydowskiego, znany równie dobrze jako rysownik, satyryk, dramaturg i nowelista, występuje tym razem jako autor literatury dziecięcej, pisanej jednak niekoniecznie z myślą o najmłodszych.
Podczas dzisiejszego "Wieczoru z Anginą", czyli "Lekcji psychologii doktora T. " poruszone będą tak pasjonujące kwestie jak m. in. : na co zmarł Ludwik XVII -- sekretna choroba arystokracji; główne różnice między Małą Księżniczką i Małym Księciem; perfidia małych dziewczynek. Opowiedziana też zostanie wstrząsająca klechda o strasznym dziecku (według Topora i Toporowa) oraz wykonane przeboje: "Angina chill" i "Love Stwory".
Czeka nas zatem niemało atrakcji nie do końca związanych z treścią, przetłumaczonej przez Agnieszkę Taborską i wydanej wspólnie przez wydawnictwa W. A. B. i Małe, książki. Książkę tę trudno opowiedzieć. Ma ona w sobie dużo z gry literackiej, ale i z krzyżówki czy szarady. Naprawdę mówi o miłości i śmierci, ale i o przygodach 10-letniej dziewczynki, żyjącej w wyimaginowanym świecie: piękniejszym, lepszym, ciekawszym niż ten rzeczywisty. Ta historia nieprawdziwej księżniczki (która może nie jest dziewczynką, lecz chorobą) , choć czerpie pełnymi garściami z dziecięcej klasyki, znacznie wykracza poza schematy znane z najlepszych nawet utworów dla najmłodszych czytelników. Pewnie dlatego, że zdaniem Topora "większość książek, pisanych specjalnie dla dzieci, to czysta schizofrenia".
Autor "Czterech róż dla Lucienne" uważa, że winę za powstawanie niedorzecznych książek dla dzieci ponoszą rodzice, którzy "napychają dzieci idiotyzmami i uważają za normalne, że stają się one bydlakami lub stukniętymi -- byleby tylko oni mogli je bardziej kochać".
Trudno orzec, czy "Księżniczka Angina" spodoba się dzieciom i młodzieży. Na pewno jednak znajdzie wielu czytelników wśród dorosłych, gdyż twórczość Topora zdobywa sobie ostatnio w Polsce coraz to więcej zwolenników. Lektura "Księżniczki Anginy" (z 26 rysunkami autora) dostarczy im z pewnością wielu satysfakcji. Trudno zresztą nie pokochać tytułowej bohaterki powieści, obdarzonej -- poza wszystkimi innymi walorami -- niezwykłym talentem literackim i słowotwórczym.
Zdanie "Leci ptak" zapisuje Angina jako "Ptalecik", w innym zdaniu: "Pan Antoni toooooooonie w toni" liczne "o" to nie litery lecz, po prostu, bańki. Językoznawców ucieszy nowy znak przestankowy -- zaprzecznik, a wszystkim powinien spodobać się slogan: "Mała Anginka niezbędna w każdym domu".
Na wszelki wypadek Topor przestrzega jednak: "Aby nie zostać zjechanym przez krytykę, należałoby pisać na przejściach dla pieszych".

Krzysztof Masłoń


powrót do góry "Trzy dramaty paniczne" - Topos - Nr 2 (29) 1996

Kłopoty z Rolandem Toporem zaczynają się już na etapie prób skompletowania pełnego repertuaru artystycznych dyscyplin, jakie kiedykolwiek zdążyło mu się uprawiać. Upersonifikowana muza Topora, wyposażona w symboliczne atrybuty wszystkich tych dyscyplin, musiałaby chyba przypominać wieloręką boginię Kali. Niespełna sześćdziesięcioletni artysta, paryżanin polskiego pochodzenia, absolwent Ecole des Beaux Arts, zażywając nade wszystko dość kontrowersyjnej sławy rysownika, jest bowiem równocześnie pisarzem, realizatorem filmowym, scenarzystą, aktorem, scenografem, dramatopisarzem, autorem piosenek i kreatorem mniej lub bardziej dziwacznych przedsięwzięć artystycznych. Miłośnicy jasnych klasyfikacji, próbując zapanować nad polimorficznym i niepokornym żywiołem tej twórczości, przypinają Toporowi etykietę klasyka czarnego humoru. Etykietę wykpiwaną przez samego artystę, co najmniej o tyle jednak trafną, że w pełni korespondującą z klimatem, jaki towarzyszy odbiorowi jego sztuki: najwięcej emocji i sprzecznych opinii wywołuje bowiem właśnie jej szczególne upodobanie do okraszonej sardonicznym śmiechem makabry.
Polska publiczność zna Topora między innymi dzięki rysunkom prezentowanym na łamach "Szpilek" i "Przekroju" oraz dzięki licznym opowiadaniom publikowanym w prąsie i w zbiorach "Cztery róże dla Lucienne" (Wydawnictwo Literackie, 1985) i "Cafe Panika. Opowieści taksowkowe" (Kurpisz - Phantom Press, 1994). Jego powieść "Chimeryczny lokator" (Czytelnik, 1980) zyskała dodatkową popularność za sprawą powstałego na jej kanwie filmu "Lokator" Romana Polanskiego. Publikowane obecnie przez Wydawnictwo Kurpisz "Trzy dramaty paniczne" w przekładzie Ewy Kuczkowskiej pozwalają doświadczenie spotkań polskiego odbiorcy z Toporem rysownikiem, Toporem pisarzem i z Toporem filmowym wzbogacić nadto o kontakt z jego twórczością dramaturgiczną.
Mimo iż wcześniej w Polsce nie znana (bo nie tłumaczona), twórczość ta nie powinna jednak objawić się czytelnikowi znad Wisły jako zjawisko całkowicie dla niego nowe i obce. Przeciwnie, pobrzmiewać będzie w polskich uszach zgoła swojskimi nutami, tymi samymi bowiem, do których od lat niemalże czterdziestu przyzwyczaja nas Sławomir Mrożek. Można nawet zaryzykować tezę, że najpewniejszym kandydatem do roli patrona polskiej recepcji sztuk Topora jest nie kto inny, jak właśnie autor "Tanga". Nie brak w końcu w materii tych sztuk wątków, które wprost dopraszają się, by oswajać je Mrożkiem: jest przecież znajomy klimat groteski, łączącej w jedną jakość sprzeczne porządki realizmu i surrealizmu, są zdeformowane hiperbolicznie sytuacje i komiczne osobowości, są parodystyczne gry z konwencjami literackimi i szyderstwo z konwencji obyczajowych, jest wreszcie absurd, będący i tutaj jedną z intensywniej eksploatowanych kategorii estetycznych.
W poznaczonych tak obficie Mrożkowymi tropami "Trzech dramatach panicznych" przegląda się jednak również inna, francuska tradycja dramaturgiczna, przywoływana już w samym tytule książki (szkoda zresztą, że na użytek mniej zorientowanego czytelnika wydawca nie opatrzył tego tytułu objaśniającym komentarzem). Topora dramaturga kształtuje mianowicie poetyka współtworzonego przez niego w latach sześćdziesiątych wraz z Fernardem Arrabalem Teatru Panicznego, stanowiącego w swym dążeniu do wywołania szoku i wzburzenia odbiorcy szczególną konkretyzację idei teatru okrucieństwa Artauda. O sile wyrazu trzech zamieszczonych w omawianym tomie tekstów dramatycznych decydują w dużym stopniu obecne w nich akcenty tejże właśnie "panicznej" poetyki. Jej istotny wpływ zaznacza się zwłaszcza w sztukach "Joko świętuje rocznicę" i "Da Vinci miał rację", przywołujących często i gęsto konwencję makabreski oraz motywy sadystyczne i obsceniczne.
Repertuar dramaturgicznych środków wyrazu rodem z Teatru Panicznego koresponduje doskonałe z planem ideowym wszystkich trzech dramatów. Powtarzającym się u Topora motywem tematycznym jest bowiem - w każdej ze sztuk wpisana w inny układ sytuacyjny relacja podporządkowania, zdominowania bądź zawłaszczenia człowieka przez człowieka. Groteskowo przerysowany obraz tego typu relacji przynosi zwłaszcza historia Joko, który godząc się na rolę najemnego wierzchowca, ulega dobrowolnie tak daleko idącemu ubezwłasnowolnieniu, że doprowadza do zaanektowania nie tylko swojej osoby, ale też swojej osobowości przez wchłoniętych do jej wnętrza jeźdźców-oprawców. Z kolei w "Zimie pod stołem" - naiwnej historyjce miłosnej rozgrywającej się między ubogą tłumaczką i mieszkającym pod jej stołem emigrantem - przetworzonym karykaturalnie znakiem zhierarchizowania pozycji zajmowanych przez jednostkę w ludzkiej zbiorowości jest rozdział bohaterów na tych, którzy posiadają normalne mieszkania, na tych, którzy zmuszeni są gnieźdz ić się pod cudzymi stołami, łóżkami, w starych kotłach czy w rodzinnych grobowcach, też zresztą straszliwie zatłoczonych. Parodiująca schemat fabularny kryminału sztuka "Da Vinci miał rację" znów natomiast przywoła zbrutalizowany motyw zdominowania człowieka przez człowieka - choćby w scenie sadystycznie prowadzonego przesłuchania, będącego elementem śledztwa w sprawie ekstrementów, odkrywanych w coraz to nowych zakamarkach domu.
Siła napędzająca akcję sztuk Topora w rzeczywistości nie tkwi jednak w ich warstwie ideowej; czynnikami stymulującym rozwój tej akcji są raczej parodystycznie potraktowane konwencje i groteskowo zdeformowane schematy dramaturgiczne. "Zimę pod stołem" Topor konstruuje przecież na wzór standardowego melodramatu z kiczowatym happy endem, w "Da Vinci..." konsekwentnie eksploatuje konwencję sztuki kryminalnej zgodnie z regułami tej konwencji stopniując napięcie, towarzyszące postępom absurdalnej, skato-logicznej "zbrodni", by wreszcie - tak jak w "Joko..." - rozładować to napięcie finałową krwawą jatką. O dramaturgicznej dynamice jego sztuk rozstrzygają więc nade wszystko popularne schematy i wzorce konstrukcyjne, jakie zostają w nich przywołane.
Walor całkowitej oryginalności mają natomiast bez wątpienia uruchamiające całą tę parodystyczną grę konwencjami obrazy-klucze, obrazy-metafory, obleczone w wizulaną postać skróty myślowe - czyli płody umysłu Topora rysownika, którym Topor dramaturg nadaje dynamiczną, dramaturgiczną właśnie formę. W rozmowie z tłumaczką "Trzech dramatów..." Ewą Kuczkowską ("Dialog" 1993, z.3) Topor ujawnia, że inspiracją do napisania "Joko..." stał się dla niego rysunek, przedstawiający dźwigające się nawzajem postacie. Analogicznie, w ramy pojedynczego obrazu dadzą się również wpisać motywy konstytutywne dwóch pozostałych sztuk: w "Zimie..." będzie to wizerunek człowieka mieszkającego pod stołem, w "Da Vinci..." - ekstrementy wyobrażone jako przedmiot zagadki kryminalnej. Dramaty Topora powołuje do życia wyobraźnia rysownika - ziarnem, z którego wyrastają, jest obraz, idea skondensowana w czytelnej bo zwizualizowanej formie. Idea o niewielkim, fakt, ciężarze gatunkowym i pewnie rozczarowująca amatorów wyrafinowanych pr zygód intelektualnych - za to opakowana w bezwątpienia niebanalną formę. To zaś w wypadku utworów, które prawdziwie ożywają dopiero na scenie - będącej w końcu nade wszystko królestwem obrazu - ma znaczenie nieprzecenione. Czytelnicy "Trzech dramatów..." którzy to królestwo obrazu zdołają przywołać we własnej wyobraźni, na niedosyt wrażeń z lektury Topora z pewnością narzekać nie powinni.

Małgorzata Jarmułowicz


powrót do góry "Nicolas Topor w Warszawie" - Rzeczpospolita - 2000.01.08

7 stycznia 2000 r. przyleciał do Warszawy Nicolas Topor, syn zmarłego przed trzema laty Rolanda, pisarza, grafika, scenografa, mistrza czarnego humoru. Nicolas bawi w Polsce po raz pierwszy. Przyjechał na premierę sztuki ojca, zatytułowanej "Studio paniki Rolanda Topora", wystawianej w Teatrze Ochoty. Po jednodniowym pobycie w Warszawie Nicolas udał się dziś do Gdańska, na promocję książki "Połamany ludzik" napisanej wespół z ojcem. Książka powstała, gdy syn artysty miał pięć lat. Złożyły się na nią rysunki wykonane przez Nicolasa na zamówienie ojca. Roland nieco "poprawił" szkice pięciolatka, ale zachował interpretację dziecka. Na dowód, że potraktował go jak równego sobie artystę, przeprowadził z nim wywiad, również zamieszczony w "Połamanym ludziku".


powrót do góry "Spotkanie z Toporkiem" - Gazeta Morska - 2000.01.10

Strasznie lubię rysować wojnę, a kiedy zapomnę, jak ona wygląda, to wystarczy, że spojrzę w telewizor albo do gazety. To bardzo wygodne - powiedział pięcioletni Nicolas Topor w wywiadzie, którego udzielił swojemu słynnemu ojcu Rolandowi.
We wtorek 11 stycznia o godz. 16 w Empiku Megastore w gdańskim City Forum rozpocznie się spotkanie z Nicolasem Toporem, synem francuskiego pisarza i rysownika Rolanda Topora. Nicolas, obecnie 35-letni artysta malarz, będzie podpisywał książkę "Połamany ludzik" (wydaną przez Wydawnictwo L&L), zilustrowaną grafikami, które namalował mając pięć lat. Obok rysunków, książka zawiera także wywiad, którego pięciolatek Nicolas udzielił swemu ojcu. Czytelnik zauważy, że wyobraźnia małego Nicolasa kierowała się w stronę, w jaką poszedł Roland Topor. Nicolasa fascynowały wojna, potwory czy walki kowbojów z Indianami, czym właściwie interesuje się każdy pięciolatek.
Jednak można przypuszczać, że pod wpływem ojca mały Nicolas nie wyrósł ze swojej fascynacji katastrofami, nieszczęściami i makabrą. Przypomnijmy, że Roland Topor, autor m.in. "Pamiętnika starego pierdoły", "Dziennika panicznego" i "Chimerycznego lokatora", w swoich opowiadaniach, sztukach i rysunkach wciąż powracał do tematu okrucieństwa. "Przedstawiam gówno, krew i dużo seksu" - mówił Topor o swoich rysunkach satyrycznych. W opowiadaniu "Trup w moim łóżku" opisywał siebie po śmierci jako "ścierwo o zapachu gotowanego mięsa".
Według Topora, ludzie pod koniec XX wieku byli "zmordowani, wykończeni i na skraju załamania nerwowego". Niektórzy widzą w pracach Topora sprośność i grubiaństwo, inni uważają go za moralistę piętnującego zło i głupotę.
U małego Nicolasa również znajdziemy fascynację przemocą, ale raczej niewinną, wynikającą z chłopięcych fantazji o wojnie. Topor junior rysuje żonę, która zabija swojego męża, człowieka, który ogłusza drugiego książką, martwych Indian i poległych rycerzy. Ale są też obrazki miłe, takie jak kot w butach, portret dziadka czy latający kotoduch. Interesująca jest fascynacja Rolanda Topora wyobraźnią swojego syna. Roland stara się dowiedzieć od Nicolasa, dlaczego rysuje, jak odbiera świat, co go cieszy, a co martwi.
W ten sposób Roland makabrysta, zafascynowany smrodem i krwią, zamienia się w potulnego tatusia bawiącego się z synkiem na dywanie w bawialni. Zamiast horroru, otrzymujemy więc miłe bajeczki o potworach wymyślonych przez Nicolasa: "To jest potwór wypijacz kawy. On jest bardzo grzeczny, tyle że kradnie kawę. Pewnego dnia miałem się właśnie napić kawy, a tu jakiś jęzor przejechał mi po filiżance i wciągnął całą kawę". Oby tylko takie makabry nas spotykały.

Sebastian Łupak


powrót do góry "Każdy jest literą" - Rzeczpospolita - 2002.01.11

"Alicję w Krainie Liter" francuski pisarz i rysownik Roland Topor złożył w hołdzie brytyjskiemu twórcy Lewisowi Carrollowi, autorowi "Alicji w Krainie Czarów". Bohaterka utworu Topora, mistrza wisielczego humoru, podobnie jak jej starsza imienniczka z opowieści Carrolla, zasypia, ale nie przeżywa przygód po drugiej stronie lustra, lecz po drugiej stronie kartki.
Kartki? Jakiej kartki? Kartki oznaczonej numerem 23 z książki, którą czytała w smutny deszczowy dzień, póki znużona nie zapadła w głęboki sen. Tytułu książki nie znamy. Niewykluczone jednak, że była to właśnie "Alicja w Krainie Czarów", bo w końcu, co miała czytać inteligentna dziewczynka w smutny deszczowy dzień? "Anię z Zielonego Wzgórza" albo może "Kubusia Puchatka"? Pytanie z rzędu retorycznych.
Co zobaczyła Alicja po drugiej stronie kartki? Oczywiście litery. Każda z nich nie była jednak zwykłą czcionką, ale żywym, a więc - czującym i myślącym stworzeniem, czego najlepszym dowodem idące pod rękę litery J i E. Nowożeńcy znaczy się.
Wszystkie litery uwijały się jak w ukropie w poszukiwaniu pracy. Nic więc dziwnego, że Alicję najbardziej przejął, a nawet wzruszył, los litery Z, która była - nie wiedzieć zresztą dlaczego - bezrobotna, a miała na głowie żonę i dzieci.
Jak się rychło okazało, los wszystkich bez wyjątku liter spoczywał w rękach dwu tyranek. Jedna z nich to Składnia, druga - Gramatyka. Która gorsza, nie sposób ustalić. Kiedy ukarały literę M za popełnienie błędu ortograficznego, wybuchła rewolucja, w wyniku której... Ano właśnie. Kto zechce się dowiedzieć, co się stało, niech sięgnie po tę cieniutką książeczkę. Przekona się wówczas, że jest to autentyczny majstersztyk wydawniczy. Zanim dotrze do stronicy 33, na której zaczyna się opowieść, będzie miał niewymowną przyjemność zapoznać się ze słynnym alfabetem antropomorficznym Topora, czyli zestawem rysunków od A do Z. Jedna strona, jedna litera; jedna litera, jeden człowiek. Bo przecież każdy z nas jest literą.

Janusz Drzewucki

Strona Główna

 
kontakt E-MAIL'owy - topor@free.art.pl   Opracował: Yalby (c) Copyright by Yalby 1999-2003