W y b ó r    z    t o m u    K o t y    m a r c o w e                                                 W i e r s z e

Witamy na stronie poezji Ryszarda Tylmana
Na stronieWybierz ofertę księgarską!
Porównaj internetowe oferty!
Wybrane wiersze z książki Koty marcowe
Warszawa: Wydawnictwo Nowy Świat, 2002
Stron 120; oprawa twarda. ISBN 83-88576-94-1


66 UTWORÓW POETYCKICH

  • Czwórka / Letni semestr
  • Ars Poetica
  • Nasze lato
  • Nie-bywalec
  • Ruchomy pejzaż
  • Koty marcowe  (I INNE)
  • Patrz także: Nota o autorze

    Wywiad z tygodnika Głos, Kraków

    Wybrane felietony autora z tygodnika Takie Życie

     
    Czwórka / Letni semestr
     

    Dziewczyny w tramwaju nr 4 latem
    w parnych godzinach szczytu
    były jak lilie wotywne na grządkach
    z pospawanej blachy.
    Białe kielichy biustów zakwitały tam
    nad śmiało wyciętymi dekoltami.

    „Nie ma miejsca na przelotne rozmowy
    w tramwaju nr 4.”
    Studencka torba ciąży na ramieniu w miasto
    unoszonym ojcowskim przykazaniem zmagania.

    A za szybą już toczy się ku nam strażnica
    bazy MO na młynach. Miejscowy
    punkt orientacji dla wszystkich.

    Fale zaduchu miarowo tłuką się po wnętrzu.
    Opodal panna święta w berecie;
    patrzę, jak cierpliwie przeciska się
    w stronę wyjścia.
    „Ileż ich było w sumie, tych dostrzeżonych
    błogosławiennic tramwajów podmiejskich.
    Każdy wagon zdawał się w-niebo-wstępować.”

    Pamiętam poruszenie, kiedy wpadł pod koła
    człowiek. Ruch tramwajowy zatrzymano.
    Ruszaliśmy więc sami w pochodzie robotniczo-szkolnym
    wzdłuż pustego traktu: w szeregach szli
    partyjni aktywiści z teczkami, dzieci na barana.
    Maszerowaliśmy łąkami dzikimi na skróty;
    na osiedla — porzuconym lotniskiem do domu. Tego dnia
    tylko jeden obywatel miał nie dotrzeć do celu wspólnego.
    W przejściu zerknąłem na kawałki;
    westchnąłem sobie i w drogę.
    Wiatr suszył koszulę na spoconych plecach.

    Tramwajowe błogosławiennice nie miały w sobie nic
    z monotonii ateńskich kariatyd. Niczym wizje pór roku.
    Niepowtarzalne; kontrastujące urodą.
    Ścisk nas zbliżał. Nie powiem,
    nie potrafiłbym stronić od numeru 4 w szczycie.

    Po wieczerzy nierzadko wracałem na starówkę.
    Docierałem pieszo do placu na podgrodziu
    na przystanek pod zegarową anodę — z katodą.
    A przecież mogłem zostać; słuchać w sypialni
    fuzyjnego jazzu z dzikich nagrań,
    albo się włóczyć między blokami
    kontemplując ład obwołany społecznym.
    Mogłem nie robiąc nic czekać, aż otuli nas
    ustawową grozą
                                  milicyjny całun nocy.

    Ryszard Tylman

    Także na tej stronie

     

    Ars poetica

    „Wiersz jest małym (lub większym) mechanizmem
    zbudowanym ze słów... gdzie, jak w każdym innym
    mechanizmie, nie ma miejsca na części, które są
    zbyteczne.”
      –   William Carlos Williams

    Olśnienia, notowane
    na rachunkach.
    Słowa uświadomione z nagła,
    które zmuszą
    do podniesienia się z łóżka —
    kiedy ciało stało się najcięższe.
    Nieprecyzyjne, gdy na brudno,
    słowa; w natłoku
    pełnym znaczeniowego zgiełku.

    A jednak, ideały pozostaną
    te same. Dlatego też z wyznaniami
    śpieszyć się nie warto —
    tocząc debaty
    w sprawie dotykalności świata.

    Poetyckość słowa bierze początek
    w oschłości moralno-filozoficznych
    dyrektyw. Wynika z braku wyjścia.

    Forma jest gładka jak śnieg
    pierwszy na stole w ogrodzie — warstwa bieli
    powielona w prostokącie papieru.

    Głos wewnętrzny domaga się szacunku
    dla powziętych zamiarów. Milczy
    w wykrzywionych ustach. —
    Kwestionowane są więc rozwiązania,
    które narzucają się w pierwszym odruchu.
    Nie zostanie nic wartego zarzutu.
    Nic, co inspiruje
    do rychłych powrotów.

    Ryszard Tylman

    Także na tej stronie

     

    Nasze lato
     

    Gdy wróciło we wspomnieniu
    nasze lato ponownie po latach,
    opanował mnie stan uniesienia podszyty
    uczuciem żalu.
                               Nie doceniłem siły przemijania.
    Wrażenia zmysłowe zjednały się z pejzażem.

    Tamto lato miało już nie wrócić.
    Czy to o ciebie poszło więc raz jeszcze? A może
    o mnie, który z mocnego kokonu młodości
    stałem się oto motylem dojrzałym
    w ślepej zawiei czasów.
    Lato słoneczne! Pejzaż, który na zawsze
    odbierać ma spokój.

    W marzeniu chciałem, byśmy wzbili się
    nad zakola wody i krążyli nad jeziorem wysoko;
    nad szuwarami, gdzie gitary oddalonej akord
    falował, niczym złudzenie słuchowe nad ciszą.

    Nad olchami, które ze zboczy toczyły się do wody!
    Nad szpicami dzwonnic wiejskich, które
    pierwsze biły na trwogę.
    Nad przeciągle wyjącymi peronami Europy
    i placami defilad czerwonymi,
    jak przestrzelona czaszka.

    Lecz marzenie to było niewinne.
    Zaciera się, co było śnieniem na jawie — próbą
    psychoterapii — a duchową obroną przed ciosem prawdy.
    Wierzę nadal w tamto lato, choć
    banalne bywają niekiedy miłosne intrygi.

    Widmowy to pejzaż, gdzie
    matki z oddali machają chustkami;
    zagniatając torebki na stolnicach lotnisk,
    oraz na molach portów.

    Przygasają w perspektywie,
    jak światła w otwartym podmuchu.

    Nie ma nas, gdzie zwracają głowy.
    Nie tam, gdzie roztańczyły się polarne zorze!
    Bo też w ramionach Kasjopei
    jeszcze nas nie było.

    Ryszard Tylman

    Także na tej stronie

     

    Nie-bywalec
     

    W kraju ojczystym mieć będę
    na zawsze lat dwadzieścia dziewięć.
    Dość, by rozumieć co
    samo w sobie bywa piękne.
    Pod postacią polskiego podatnika
    nie wypadnie mi ząb ostatni
    ani włos od trosk siwy,
    nie zaboli żołądek; nie dogną się plecy.
    Czasu nadkładam w służbie
    Alicji anglo-saskich czarów,
    choć na młodości twardoziemiu
    ze słomianymi chochołami do dziś
    w głowie się zmagam.
    Gdzie pamięć kosynierów,
    jako bywalec nie postarzeję się nigdy.

    Zegar stanął razu pewnego
    w Krakowie na Głównym.
    Nie dla każdego. Przecież nie dla mnie tylko.
    Było nas wielu, schodzących nocą
    ze sceny historii, pochyleni
    pod opuszczaną pożarową kurtyną. 1
    Teatr Pana Ducha prezentował
    najnowsze jasełka.
    Ścigały nas wrzaski z wysokich
    balkonów propagandy.
    Te słowa już także we mnie
    nie postarzeją się nigdy.

    W kraju dziewczyny będą
    żyć wolne i młode jak wówczas,
    tak i na zawsze rozczytane
    w gwiazdach. Tamte ambitne córy
    pomylonego świata,
    których lękałem się jak dziecko,
    które lęka się matki.
    W kraju, wczesne marzenia
    jak krakowskie studentki do końca
    będą wolne i młode.
    Sny na jawie,
    które kochaliśmy bardziej niz siebie.

    Tak też mowa ojczysta
    nie spowszednieje mi nigdy.
    Obce pozostaną mi słowa
    wiekiem utwardzonego serca.
    Najnowsze sekrety kryjące się pod
    złotoustym milczeniem.
    Świeże zwyczaje, które
    kierują przepływem treści pod kątem
    już suwerennych obwałowań.

    Na ileż to sposobów
    żegnałem się ze znamieniem
    młodości; z dekady
    w dekadę. Każdego dnia inaczej.
    Z ludźmi, których nie poznam
    i już na nowo nie zrozumiem,
    wżytymi w tradycję co
    jak w sowieckim żarcie
    każe by nawet do pantofla mówić:
    panie toflu. — Nasze
    ciepłe pantofle w pochodzie
    robotniczo-chłopskim.
    Góralskie kapcie Włodzimierza Illjicza.
    Futrzane skórki pomorskie
    na wielkie stopy Pana Boga.

    Siwieję sobie pod świdrującym okiem
    światów dla których orzeł biały
    jest obcy niczym tegoż rysunek na śniegu.
    Orly raz i na zawsze
    zatrzymane w wierszach młodości;
    w ojczyźnie koronowane po to, by
    co za Mieszka Pierwszego się poczęło
    także nie postarzało się nigdy.

    Ryszard Tylman

    Także na tej stronie

     

    Ruchomy pejzaż

    Matce  

    Zaczajone w ciemności pociągi
    przyprawiają mnie o dreszcz,
    niczym tajemnice z dzieciństwa
    tulone do serca.
    Zaczęło się to pewnego lata na Mazowszu.

    Zgrzyt przenikliwy żelaza
    oraz pogłos parowego gwizdka
    przedarły się do mnie nocą
    przez kordon wiejskich psów.
    Obce dźwięki dopadły mnie ukrytego w poduszkach
    i uniosły po dzwoniącym nocniku
    i skrzypiącej werandzie — do ogrodu i dalej
    wzdłuż zasieków z porzeczek
    na otoczoną lampami towarową rampę. 2

    Nerwowy tumult na kolejowych bocznicach. —
    Znikał niczym na sygnał do odjazdu
    dopiero pod powiekami głębokiego snu.
    O poranku, chlust dziennego światła
    skutecznie zmywał wszelkie rekolekcje
    owych nocnych akcji.

    Mam w uszach stukot kolejowych podkładów.
    Wsłuchiwałem się w jego muzykę.
    Przypominał dudnienie wody
    nalewanej do wanny na wieczorną kąpiel;
    albo werbel pralki wirowej
    z membraną blaszaną pokrywy
    jak w domu rodzinnym.

    Z biegiem lat z aresztanta
    wyrosłem na równie urojonego prześladowcę.
    Włóczyłem się po kolejowych węzłach.
    I zaglądałem do okien dróżników fantazjując
    o sądowych nakazach oraz o gwałcie
    z upoważnienia władzy.
    Lubiłem skakać po przekładniach słuchając świstów
    i oddalonych zgrzytów, zaledwie
    drażniąc w myślach biesy lokomotyw.

    Traktowaliśmy ów wiek bezlitośnie
    kierowani przeczuciem, iż jest to
    jedyny dostępny nam sposób
    na jego uwiecznienie.
    W upale lata na kolejowych poboczach
    celebrowaliśmy młodość
    butelką kwaśnego wina po czym
    na torach rzygali w owadów mirjadzie.
    Nieśmiertelni — w wyparciu się i zwykłej naiwności.

    Wąski, tłoczny korytarz wakacyjnego składu.
    Pejzaż uciekający za szybą
    zdawał się nie mieć jeszcze szczególnego znaczenia.
    Przygodna dziewczyna przywarła śmiało
    do chłopięcego torsu. Tak trwała.
    Nigdy wcześniej nie doznałem równie przejmująco
    dotyku ludzkiego ciała: bioder, brzucha,
    tandemu biustu pod bluzką.
    Kątem oka dostrzegliśmy
    zgorszenie w tłumie.

    Odkrywaliśmy tam sekrety pokwitania
    bez wymogu słów. Niczym prezent
    ofiarowany nowicjuszom przez koleje państwowe
    na scenie z uciekającym małopolskim pejzażem.

    Pamiętam uczucie bezsilności
    w kącie przedziału nocą. Moja licealna miłość
    zniknęła właśnie w perspektywie peronu zarazem
    uprzytomniając mi nieuchronność cierpienia
    w świecie permanentnego ruchu.
    Jej przejrzysty jak wyznanie obraz unosiłem ze sobą
    podczas gdy za szybą
    uciekały sprzed oczu baśniowe stacyjki, dalekie
    światła baz transportowych,
    lampy na przejazdach, transformatory,
    kolejowy tunel ze skowytem
    w głębokiej gardzieli.
    Poszarpywane w ciemności zjawy
    unosiły ze sobą swojskie piętno dzieciństwa:
    świat niczym nie ograniczonej wyobraźni.

    Dochodziły nas wieści z góry
    o śmierci monarszej i narodzinach królów.
    W owych latach kolejnych
    bilet z miasta w urlopowe zaścianki
    nie kosztował więcej jak gulasz i piwo.
    Pył z parowozu zlepiał czuprynę
    na kształt budowlanych zbrojeń naszej
    nowej — żelbetowej ojczyzny.

    Przysiadało się więc w drodze nad szaradami
    z podręczników — zarobków — blondynek — cyrografów
    łapówek — sklepowych braków.
    Nie poznając siebie samych
    tłumaczyliśmy dialektycznie źródła
    naszej niechęci do legendy ruchomego pejzażu.

    W zatrzaśniętym przedziale
    pustego nocą robotniczego pociągu
    można było wykrzyczeć się dowoli;
    zagłuszeni hukiem rozpędzonego żelaza.

    Moje rodzinne związki z koleją
    przecinają torowym szlakiem historię
    trzech pokoleń.
    Parowozy wycofywano już z obiegu, filmowe
    wagoniki dzwoniące po ksylofonie podkładów.

    Rozmowy pośród domowników
    przywodziły na pamięć otoczone sekretem
    pociągi strzeżone z wojennej
    Rzeczpospolitej Niczyjej. 3
    Słyszałem szczekanie żołnierskich butów
    na przykurczonym żwirze. W mrocznych,
    smolistych wnętrzach towarowych wagonów
    widziałem kobiety czuwające w bezruchu,
    owinięte kocami. Ich twarze
    połyskiwały potem na podobieństwo
    zamglonych hologramów.

    Bezkresne krajobrazy przedzierały się ku nim
    zapachami przez szpary w deskach. Wzdłuż wagonów
    szynele życia i śmierci targane wiatrem
    coraz to znikały w perspektywie w jednostajnym ruchu
    w kierunku linii horyzontu
    w uciekającym pejzażu.

    Ryszard Tylman

    Także na tej stronie

     

    Koty marcowe
     

    1.

    Zwolniony na fajrant z budowy wieży Babel
    piszę oto wyznanie wierszem na plaży
    przepasanej sznurem muszli nowych
    po wieczornym odpływie.

    Tu frywolne sukienki dziewczyn
    pieniące się na otoczakach ramion
    niczym fale — podnoszą się na piersiach, które
    odcinają się pożądaniem, które
    było i we mnie przez te lata.

    Piszę przy migotliwej trajektorii świetlików
    po spożyciu mojej hostii samotności.

    Każda miłość dźwiga ładunek własnych potrzeb
    oraz usiłowań, jak statek, który wyrusza z portu;
    tęsknota za dozgonnym szczęściem — zakotwiczona
    wiecznie na duchowej redzie.

     
    2.

    O tak! Pamiętam dobrze. My również
    paradowaliśmy we dwoje po wielkomiejskich ogrodach
    przyciągając uwagę szpakowatych jegomościów;
    w uścisku unoszący sekret hotelu przy Placu Miłości.

    Wyznanie prawdy pasuje poecie,
    gdy metafory przydają odwagi. Ni kochanek
    zdradzony myślą nie zapłacze. Raczej
    popłaczemy się wszyscy,
                                                sobie wzajemnie bliscy.

    Jeszcze nie mieliśmy pojęcia,
    jak wiele pozorów daje się utopić w pieszczocie.
    Wiedza — nabyta później. Ciebie
    nie było już przy mnie.

    Nuciłaś melodię do wiersza,
    który był naszą przysięgą ślubną;
    mową pożegnalną.
    I powitalną.

    „Zgińmy tak lekkomyślnie, jak więdnie spirea,
    Błaha gwiazda roślinna — jak cichnie piosenka
    I jak kochanka serce oddaje — bez trwogi...” 4

    Przyniosłaś bluzkę w koszyku
    by pokazać jak modnie opinała piersi,
    co były duże, czy też dłoni moich
    wnętrza — małe.

     
    3.

    Wiele jest ofiar miłosnych; pomyłek
    świeżych w zapamiętaniu.
    Rozwodzić się nad nimi nie należy, póki
    czas oraz rozum na zawsze nas z nimi nie rozwiedzie.

     
    4.

    Miłość dzieli się na etapy,
    którym nie obca jest strona radości.
    Upragnione ciało
    było i jest ciałem tej samej osoby
    o głowie światowida
    z oczami zwróconymi równocześnie
    na każdy z miłosnych etapów.

    „Nie bądź mi nigdy wrogiem, kapryśnym tyranem, [...]
    Noś mnie na rękach, ciało jasne.” 5

    Muszelki na plaży.
    Wodne ptaki kobiet,
    których jedyną wadą jest
    brak skrzydeł dla przebycia siebie samych. —
    Odnotowują z jednakowym okrzykiem zmarszczki
    w odbiciu własnym na powierzchni wody, bezlitosne
    wobec łatwej rezygnacji mężczyzn,
    lecz także obce beztrosce.

     
    5.

    Ciała młodych kochanków kontempluje się dwojako.
    Są ciała — ukrywane za zasłoną wstydu.
    Kochankowie prawdziwi skrępowani są fizycznością
    miłosnego aktu i oszołomieni wybrykami
    fizjologii. Umykają więc przed
    dziennym światłem — w kompleksie rozumu.
    Z drugiej strony
                                są miłości spełniane jawnie:
    seks na taśmach magnetycznych oraz ciała
    nurzające się w promieniach laserowych
    sceny. Nagość na piśmie wolna jest
    od obaw. Reprodukcje malarskie kochanków:
    błękitny tusz, alizaryn, żółcień kadmowa,
    nadrukowana czerń. To miłości
    ożywiane siłami kultury oraz ekonomii.
    Na kolorowych parkietach, przy huraganie
    muzyki tancerze kładą długie nogi jak wieczorne
    cienie. Celebrują gorące środki ciał. Owo przemijanie
    nie jest wcale przyjazne smutkom.

    ______________________________

    1. Autor opuścił Polskę nocą w przeddzień stanu wojennego
       1981 r. na fali masowej emigracji młodzieży. Powrót

    2. Dom rodzinny autora znajdował się sto kilkadziesiąt metrów
       od torów kolejowych. Powrót

    3. Autor nawiązuje do zesłania jego matki na Syberię w latach
       1940-1946. Powrót

    4. - 5. Ilustracje poetyckie: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,
           "Do własnego organizmu". Gołąb ofiarny. Londyn, 1941. Powrót

    Ryszard Tylman

    Copyright © by the author


    Nowe felietony | Wywiad w tygodniku Głos, Kraków | Malarstwo | Zdjęcia z albumu | Księga gości do wglądu | Nota o autorze | Wiersze angielskie ze wstępem | Atrakcja! Wiersze ostatnie | Wiersze z tomu "Imaginary Lovers" | Strona domowa
     

    Proszę kontrolować głośność podkładu     w dolnym prawym rogu paska narzędzi.