Przecinek,
z. 9-13 = Jerzy Pluta = Małe prozy = Przecinek, z. 9/2000-z. 13/2002 © Jerzy Pluta
małe prozy małe prozy małe prozy
małe prozy (wybór)

Czyż nie
lepiej łapać czyże?
Wiemy, wiemy: kruszą się greckie
marmury (Afrodyta nie ma prawej dłoni, zamiast piersi widzimy miseczkowate
wgłębienia, a jej uda szorstkie jak pumeks), zzieleniały rzymskie spiże (Horacy
to przewidział i budował monumenta – exegi monumentum – ze słów, lecz i
łacina umarła, nawet Bóg nie rozumie dokładnie modlącego się do niego po włosku
pontifexa), a książki (nie wszystkie, nie wszystkie) sprzed stu lat, nawet
sprzed pół wieku, rozsypują się jak próchno. Tylko twarde dyski ponoć bardziej
wytrzymałe od nierdzewnej stali, ale wystarczy jedno delikatne dotknięcie małym
palcem prawej (lub lewej) ręki klawisza DELETE, a tysiące zdań natychmiast
ulatuje nie wiadomo dokąd.
Czyż nie lepiej łapać zimą
czyże? Albo w lecie pisać patykiem na mokrej plaży? Dla analfabetów i mewek
śmieszek.
MUMU!
Do naszej komórki w piwnicy nie
zaglądałem chyba od dziesięciu lat (M. była tam cztery lata temu po kilka
doniczek); w naszej przegródce jakieś niepotrzebne graty: puste słoiki po
kompotach, tekturowe pudło po odkurzaczu (a może telewizorze), aluminiowe,
składane łóżko polowe z brezentową płachtą (kupione w 1967 r.), które trzeba by
wreszcie wyrzucić na śmietnik. W piwnicy mieszka nielegalnie (niektórzy
sąsiedzi pisali zawiadomienia do administracji) kilka kotów (M. czasem
wieczorem, gdy nikt nie widzi, wynosi pod piwniczne okienko jakieś resztki, na
przykład kawałek dorsza albo wątrobianki), więc jestem spokojny: w naszym bloku
nie ma szczurów. Za to w piwnicy mnóstwo pcheł i może dlatego nawet nie
sprawdzamy, czy ktoś nie włamał się do naszej klitki. Cóż można ukraść? Co
warto polubić: pchły czy szczury? – zapytała mnie kiedyś znajoma kociara.
A co się zdarzyło kilka lat temu
w Krakowie (a może w Katowicach) w nowym bloku na siódmym piętrze? Szczury tak
się rozzuchwaliły, że w dzień biegały na dziesiątym piętrze po korytarzach. Oto
kiedyś wieczorem siedzi sobie na sedesie poważna matrona – nauczycielka, matka
dzieciom – i nagle jak nie wrzaśnie:
– Kurwa, ugryzł mnie, ugryzł!
– Kto? Gdzie? – pyta jeszcze
bardziej wystraszony mąż.
– Ugryzł, ugryzł, i to w..., no
wiesz gdzie.
Polubiliśmy więc koty, choć nie
kochamy pcheł, bo za bardzo się rozpanoszyły. W listopadzie ktoś na drzwiach do
piwnicy przykleił kartkę z dużymi, czerwonymi literami: UWAGA, PCHŁY!!!! Po co
aż cztery wykrzykniki? Nie wiem. Nie tylko ja się oburzam, bo w grudniu ktoś
drugi dopisał czarnym flamastrem krótko: Achtung! A potem jeszcze ktoś
trzeci całkiem kaligraficznie, tylko ołówkiem: Achtung! Banditen! Rozumiem:
pchełki to bandytki. Ale to nie koniec polemiki, bo dziś zauważyłem dopisek
grubym, czarnym flamastrem: MUMU! Co to znaczy? Żebym to ja wiedział...
(13 I 2000)
Może panu pomóc?
Rzeczywiście, kiepsko się
czułem: szedłem powolutku, bo gdzie się miałem śpieszyć? Prawą stroną chodnika.
Ławki nieco dalej: to tylko (chyba, chyba) pięćdziesiąt metrów. Właśnie
zakwitły trzy lipy, zdziwiłem się, że to dwa trzmiele, a nie pszczółki, pobierają
nektar, nie mogłem przepędzić, bo dwudziestoparoletnie lipy wyższe ode mnie, a
miód trzmielowy chyba też smaczny (tylko gdzie go można kupić?). Przystawałem
pod każdą lipą (och, do dziś nie wiem, czy to szeroko-, czy też drobnolistna) i
syciłem się aromatem miodu lipowego, a on szedł kilka metrów za mną i też
przystawał, kiedy ja się zatrzymywałem. Nie lubię, gdy ktoś za mną idzie zbyt
blisko: nie obronię się, gdyby mnie popchnął lub walnął pięścią, albo kopnął w
dupę, wolę przystanąć, niech sobie kroczy przede mną. A on nie: ja dziesięć
kroków, on dziewięć – i stoimy. Walnie mnie pięścią w głowę, a może przewróci i
skopie? Dopiero po drugiej: nie jestem sam na ulicy, ale czy ktoś mnie obroni?
Nie, stop: teraz się nie ruszę, niech mnie wyminie albo zaatakuje; widzę, że
nieco starszy ode mnie, ale chyba jeszcze przed emeryturą. Będę krzyczał: kopie
leżącego, pomocy! A on zatrzymuje się tuż przy mnie i pyta naprawdę uprzejmie:
– Może panu pomóc?
– Mnie? Nie, merci, idę na
obiad, żona czeka, schabowy się smaży – mówię głupawo.
– A to przepraszam.
– Proszę bardzo.
(99)
Proszę pana,
proszę pana
To do mnie chyba, gdy usiadłem.
Na sąsiedniej ławce przepychało się i pokrzykiwało trzech chłopaków. Na oko –
dziesięcio-, dwunastoletnich. Ten najgrubszy, a może też najstarszy, spychał w
lewo całym ciałem znacznie chudszych koleżków – aż spadli na trawnik.
– Proszę pana...
Tylko zerknąłem: nie będę
rozstrzygał, nie jestem sędzią (a poza tym: nigdy nawet nie sędziowałem meczów
podwórkowych); no tak, jestem rówieśnikiem ich dziadków, ale nie wiem, czy się
nie przesłyszałem.
– Proszę pana, proszę pana, to
pedał.
Ta pedała, krzyczą niekiedy pod
oknem ich rówieśnicy. Tak, pedał to obraźliwe przezwisko. Ostre. Dorosły mógłby
oddać sprawę do sądu. Pedzio: jeszcze bardziej pogardliwe. A ja pamiętam jak –
chyba ponad czterdzieści lat temu – jadąc rowerem do ogólniaka, przewróciłem
się na zlodowaciałych grudach: szurałem/jechałem kilkanaście metrów po lodzie
nim mogłem wstać. A tu nie ma prawego pedała (tak mówiłem: rowera, więc i
pedała), po prostu się urwał. Cóż mogłem zrobić? Najpierw poszukałem na poboczu
asfaltowej szosy pedału, potem próbowałem jechać dalej dotykając czubkiem buta
resztek bolca. Czy dojechałem, czy doszedłem pieszo – nie pamiętam. Chyba
jednak, popychając rower na szczyt wzniesienia, pojechałem dalej. Wciąż z górki
i z górki. Potem powtarzałem sobie: i pedał się urwie, uważaj na podejrzane
grudy.
Ale od czterdziestu lat nie
ujeżdżam już rowerów i pedałami się nie zamartwiam. Polubiłem autobusy i tramwaje,
kilka lat temu przesiadłem się przymusowo na taksówki, choć wolałbym jeździć
rowerem. Nawet bez lewego pedału.
(99)
Nie mogę
zapamiętać
Nikt mnie nie pyta (rano ani
później), co mi się śniło. Może bym sobie przypomniał choćby okruszki, jakieś
słowa, jakieś melodie, może nawet klekotanie bociana. A przecież nie miałem z
sobą ołówka, nawet gęsiego pióra, nie mówiąc już o kamerze wideo i nie mogę
sobie przypomnieć, kiedy to siedziałem na balkonie bez balustrady i bałem się,
że spadnę, kiedy uciekałem, bo ostrzegano wszystkich, że za siedem sekund
budynek (czyż to nie gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego?) się zawali,
kiedy denerwowałem się na M., że już tydzień siedzimy w Paryżu (dlaczego na
dalekim przedmieściu?), a nie pojechaliśmy do katedry Notre Dame i nie
obejrzeliśmy bez pośpiechu zbiorów egipskich w Luwrze (w 1980 roku tylko
pobieżnie), kiedy jadłem tort owocowy na jakimś przyjęciu, chyba w restauracji,
a jedna z kobiet zapytała nazbyt uprzejmie, że od razu usłyszałem w lewym uchu
dzwonek alarmowy: “Piotrusiu, smakuje”? (skąd ona zna moje drugie imię?).
Dokądś uciekam, gdzieś jadę pociągiem, w których znowu drewniane, twarde ławki,
a ja przecież nie wziąłem poduszki (odleżynka wciąż niezagojona); oto w Pekinie
mówię wyłącznie po polsku, wszyscy mnie świetnie rozumieją, a ja nawet nie
wiem, jak po chińsku dzień dobry.
Nie mogę zapamiętać co mi się
śniło natychmiast po przebudzeniu, a co dopiero przypomnieć sobie kilka godzin później:
to chyba złośliwości (tylko kogo?), bo gdy przechadzam się po Wielkim Murze,
gdy w Meksyku bez niczyjej pomocy wchodzę (cha: wbiegam swobodnie jak
olimpijczyk) na sam szczyt Piramidy Słońca, gdy z wieży Eiffla puszczam kacze
piórka, specjalnie przywiezione z Polski, jak mi to radził Leszek P., wiem, że
wcale nie śnię.
Rano naprawdę jestem zmęczony
jak bym się wspinał na Śnieżkę, na której zresztą nigdy nie byłem, a Jasio H.
zapowiadał kiedyś, że porozmawia z kolegami przewodnikami, może okazyjnie zawiozą
mnie furgonetką, która dowozi żywność do obserwatorium, więc mam wciąż
nadzieję, że przyśni mi się także Śnieżka (to tylko 1602, a wg wojskowej mapy –
jeszcze mniej: 1601,5 m n.p.m.), z której – jeśli niebo bezchmurne – jeszcze
sto lat temu można było zobaczyć i Wrocław, i Pragę.
My, zjadacze
kartofli, lubimy śledzie nie tylko w poście
Kto nie lubi śledzi, to nasz...
Nie, może nie wróg, lecz z takim na pewno się nie zakolegujemy/zaprzyjaźnimy.
Na pewno! Oto śledź (Clupea harengus), z rodziny śledziowatych, najsmaczniejsza
ryba na świecie. Nie, nie lubimy zanadto śledzia surowego, niesolonego,
opiekanego na patelni, albo opiekanego, a potem marynowanego, ale zjemy go
również z przyjemnością, jak na przykład pstrąga. Ale to nie to! My zażeramy
się śledziami solonymi. Tak, tak, najpierw wymoczyć, potem przyrządzić: w
śmietanie, w oleju/oliwie, w majonezie. Och, śledź w śmietanie z kartoflami!
Albo z chlebem (na śniadanie lub na kolację). A śledź marynowany? Tak, z
cebulą, w zalewie octowej. Rolmops to wcale nie mops marynowany, to płaty
śledziowe zawijane, z ogórkiem i cebulą. Czesi mają swojską nazwę: zavinač. A u
nas: zawijacz śledziowy? Hm, hm, za dużo liter. A gdzie się podziały moskaliki,
przechowywane kiedyś (czyli jeszcze ćwierć wieku temu) w sklepach w
25-litrowych beczułkach? To podobno były śledziki z Morza Białego – znikły ze
sklepów za Gierka (nazwa nie podobała się Moskalom, czy też taniej można było
kupić tłuste śledzie holenderskie?). Teraz moskaliki znowu są w sklepach (tylko
w rybnych, tylko w słoikach), ale czy to naprawdę białomorskie? A gdzież te
czasy, gdy wchodziłem do sklepów rybnych tylko po to, by powąchać jak pachną
śledzie w beczkach (a niektórzy mówili, że w rybnych śmierdzi). Powąchać i
popatrzeć na śledzie z głowami, niepatroszone. Chyba bałtyckie. A teraz młodzi
nie wiedzą, co znaczy powiedzonko: ciasno jak śledziom w beczce. I można było
kupić, albo tylko mleczaki, albo tylko ikrzaki, albo jak się przytrafiło.
Piklingi, też lubimy, ale tylko wędzone wczoraj. O śledziach pocztowych
opowiadali nam ludzie przedwojenni. Kiedyś przywożono beczki dyliżansem
pocztowym? Chyba, chyba. Tak, lubimy i śledzie bałtyckie, i holenderskie, i
norweskie. Hm, kanadyjskie i islandzkie – jak na nasze przyzwyczajenia – za
grube, za duże (prawie półmetrowe!). A jak smakuje sałatka jarzynowo-śledziowa?
A kanapki śledziowe? A ikra w śmietanie? W księgarni widziałem kiedyś
książeczkę: Sto potraw ze śledzia. Sto? Tysiąc! Lubimy i matiasy, i uliki, i
bałtyki. Co najmniej raz w tygodniu. O śledziu, przybywaj, przybywaj: solony
lub marynowany, w beczce lub plastykowym wiaderku. Bez pukania.
(99)
My, zjadacze
słowików i słowników,
lubimy także
kisiel porzeczkowy
Od kilku lat podaż słowików na
rynku mięsnym coraz mniejsza – martwi się znajomy smakosz. Tak, to prawda,
pocieszamy go szczerze, mimo że nie należy do naszej konfraterni.
Coraz więcej książek ma grube,
plastykowe okładki (niestety, ciężkostrawne, powodujące na przemian obstrukcje
i biegunki – nie wiemy dlaczego na przemian i w takiej kolejności), a naprawdę
tylko wyjątkowo i okazyjnie (nawet na czarnym rynku) można kupić świeżego,
tłustego słowika bekwarka (czyżby dlatego, że podobno słowiki pod całkowitą
ochroną?), nie mówiąc już o chińskim. Doszło do takich niegodziwości, że
targowiskowi sprzedawcy zachwalają przypiekanego na rożnie (i posypanego
pieprzem tureckim) wróbla domesticusa jako fermowego słowika. A czyż u nas są
fermy słowików? Nie ma nawet fermy czyżyków! W Ameryce i Chinach – zapewne tak.
I niektórzy, nawet nasi młodsi stażem członkowie, dają się oszukać; to tak
gdyby, zamiast ostryg atlantyckich, podano w paryskiej restauracji na wieży
Eiffla jeziorne małże z Polski.
Cóż więc czynimy? Gdy w brzuchu
za dużo słowników i nieprzyjemnie się odbija, zajadamy się także kisielem
porzeczkowym (z sokiem wiśniowym lub malinowym). Wg profesora Sorbony (imię i
nazwisko jest nam dobrze znane): po zjedzeniu miseczki kisielu i wypiciu kufla
piwa czeskiego, papier szybciej (i “ujemnie metabolizując” – nie wiemy
dokładnie co to znaczy, ale na pewno coś mądrego) rozpuszcza się równomiernie w
żołądku. A gdy zabraknie kisielu, pijemy chciwie (zwłaszcza w lipcu) dziesiątą
wodę po kisielu, ale zawsze z cytryną.
(99)
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
Poniedziałek,
kilka minut przed piątą:
Bahnhof
Wilhelmshöhe w Kassel
Gdy wysiadamy z autobusu
Racibórz-Koblenz, śpiewa kos. Czy to naprawdę kos? Tak, jeden kos zaczajony w
krzakach obok wielkiego dworca kolejowego InterCityExpress. To dopiero przedświt:
kilka osób czeka na krewnych, którzy przyjadą po nich autem, my idziemy na
dworzec: napijemy się kawy w barze, nie będziemy budzić Frau W. przed piątą,
skoro zapowiedzieliśmy, że będziemy po siódmej, ale tym razem autobus
przyjechał bez spóźnienia, nawet pięć minut przed terminem. Boczne wejście do
holu jeszcze zamknięte, drzwi główne (Willy-Brandt-Platz Nr. 1) otwierają
się same, gdy tylko chcemy wejść. Nie wchodzimy na razie, bo widzimy, że
restauracja i bar zamknięte (a w oknie tabliczka, że otwarte od 6 do 22): w
środku, tuż za szklanymi drzwiami, jeden zbłąkany mężczyzna z walizką
(przyjechał czy odjeżdża? nie wygląda na miejscowego). Na świetlnej tablicy
widzę napis: FULDA 5.05 Gleis 7. Pojedziemy do Fuldy? Nie! A oto już
drugi mężczyzna z walizką: obaj patrzą na zewnątrz, na przystanek tramwajowy. 4:56:
właśnie zatrzymał się pusty tramwaj, przednie drzwi otwierają się prawie
bezszelestnie; to “1” (na bocznej, prawej stronie, widzę napis: Baunatal VW
Werk). W holu ani jednego pasażera czy kolejarza: nie ma gdzie
usiąść, bo poczekalnia też zamknięta. Klasy biletowe chyba otwarte? Co my tu
robimy? Na tablicy wyskakuje druga zapowiedź: AACHEN 6.00. Hm, przez
Duisburg i Düsseldorf. Gleis 8. Pośpieszny. Jedziemy? O jedenastej
moglibyśmy w Akwizgranie zobaczyć nagrobek Karola Wielkiego. A po co? Poczekamy
do piątej: wsiądziemy do taksówki (stoją na postoju cztery); mam na karteczce
wskazówkę dla kierowcy: über Konrad-Adenauer-Strasse. Obudzimy W. ostrym
dzwonkiem: skoro zapraszałaś, jesteśmy, wstawaj, kosy już świergolą. Czy kot
Felix też się ucieszy? (00)
Pół minuty
szczęścia
Oto 12 października 1999 roku,
kilkanaście minut przed pierwszą, wychodzę na balkon: co za niespodzianka, od
kilku minut świeci słońce i mogę się ogrzać! Od trzech dni marznę w mieszkaniu,
nawet grube, wełniane skarpety nie grzeją stóp, a w prawej ręce nie mogę
utrzymać ołówka: kaloryfery wciąż zimne (M. miała dzwonić przed południem i
nagadać kierownikowi administracji osiedla), a przecież regularnie płacę co
miesiąc także za c.o. Co te urzędasy ze spółdzielni sobie myślą? Na balkonie
nadal zadziwia mnie, przyniesiony w czerwcu przez M. od znajomej na letnie
przechowanie, kaktus (to filokaktus: na kilku łodygach ma aż – policzyłem! –
trzynaście różowych kwiatów). A na wschód, tuż przy metalowej balustradzie,
patrzą trzy spóźnione słoneczniki (to ja przesadziłem je pod koniec lipca z
większej skrzynki, gdzie wyrosło za dużo roślinek, których nazw nie zna nawet
M., do mniejszej). A to co? Dwie pszczoły wysysają nektar z największego
słonecznika: tylko na naszym balkonie (właśnie teraz) kwitną! Czy dolecą do
ula? Tu w pobliżu nie ma nigdzie pasieki. Gdy nierozważnie dotykam zielonego
patyka, odlatują. Chyba je przestraszyłem. Dokąd poleciały? Na inny kwiatek, na
inny kwiatek, mój panie. (99)
Przestań
Ileż to razy słyszałem? Od najmłodszych
lat, od kiedy tylko pamiętam, że rozumiem, co do mnie mówią wyżsi ode mnie.
Przestań! Przestań, przestań... Przestań, bo powiem mamie, przestań, bo się
poskarżę pani, przestań, bo dam ci po dupie, przestań, bo będę krzyczeć,
przestań, bo ktoś zauważy, przestań, bo dam ci w pysk, przestań ryczeć, bo
ludzie patrzą, przestań wydziwiać, bo przestanę gotować, przestań, bo nie mam
ochoty, przestań, jesteś świnia, przestań, bo mi gorąco, przestań, bo się muszę
napić, przestań się śmiać, bo mnie rozpraszasz, przestań, bo dostaniesz,
przestań, bo ci nie dam... Stać! Dostać! Ustać! Przestać! Postać! Ile to razy
słyszałem? Tysiące, tysiące.
U znajomych w maju lubię
siedzieć w kuchni: z szóstego piętra widać Katedrę i Odrę, a jak jest
bezchmurnie to nawet Ślężę. Niekiedy różnorakie głosy i odgłosy, stukania i
trzaskania garnkami przerywają nasze ple-ple (nie przychodzę tu dyskutować o
Franzu Kafce): jakbyśmy słuchali telewizora albo radia – na cały regulator. Ale
i my nadajemy stereofonicznie, na pewno także nasze zdania i śmiechy słyszane
są i na trzecim, i na ósmym piętrze; moglibyśmy przecież siedzieć w balkonowym
pokoju w wygodnych fotelach, a nie na twardych, dębowych zydlach
niby-zakopiańskich. Najbardziej muzyczne są jęki gdzieś z dołu: przeciągłe,
regularne jakby odtwarzane z taśmy: oooooojjjjjooooooj,
ooooojjjjjjjjjjjjjooooooooooooojjjj! Mamuuuuuuuuuusssiuuu!
Maaaamuuuuuuuuuusiuuuuu! Nie pijemy kawki, tylko wino brzoskwiniowe i herbatę
junan.
– To wam nie przeszkadza?
– A co możemy zrobić? Biedna
staruszka, od pięciu miesięcy nie może umrzeć.
– Tak, transmisja na żywo, a
może się przeniesiemy do salonu?
– Przestań marudzić, gdzie masz
takie widoki jak u nas?
To prawda: stąd można zobaczyć
przez lornetkę i kardynała przechadzającego się bez sutanny w swoich ogrodach,
i dwa kominy elektrociepłowni.
Ale tego wykrzyknienia i oni
chyba nie wytrzymali, bo nagle jakby przy uchu słyszymy młody, męski ryk
(wnuka?):
– Przestań, kurwa, wyć, przestań
wyć!
W pokoju balkonowym też
przyjemnie, choć bez widoków: można się pogapić w telewizor, program pierwszy
nadawany jest przecież stereofonicznie.
Co widać ze
Śnieżki? Także drogę na Okraj
Gdy kilka lat temu, w upalny dzień
sierpniowy, spacerowałem po Hali Miziowej pod Pilskiem, kilka osób zaczepiło
mnie i chciało się dowiedzieć, jak się wdrapałem, od której strony przyszedłem,
niektórzy radzili mi, bym na sam szczyt już się nie pchał (to jeszcze co
najmniej 200 m), bo tam bardzo stromo, a gdy odpowiadałem, że przywiózł mnie
swoim gazikiem kierownik schroniska, to byli nieco rozczarowani. A na Śnieżkę
przyjechałem jeepem ze znakiem GOPR-u; Jasio H. dotrzymał słowa sprzed kilku
lat, porozmawiał z kolegą – szefem przewodników, tamten z kolegą – szefem
ratowników i oto w dniu ćwiczebnym zostałem zawieziony (z M. i Jasiem) pod samo
Obserwatorium Meteorologiczne (potem do schroniska trzeba zejść po ośmiu chyba
kamiennych, wysokich schodach). Wysiadamy po trzydziestu chyba minutach jazdy
(niekiedy tuż nad przepaściami), a tu kamień na kamieniu. Wieje jak na plaży w
Dziwnówku w lipcu 1990 roku, tylko jeden plus (potem w barze schroniska, gdy
wypiliśmy herbatę i gapiłem się na niższe szczyty i dachy domów z piernika,
któryś z turystów mówi mi, jakbyśmy się znali od podstawówki, że rano padał tu
grad i było zero zero, a jutro to on jedzie do Czech, do Skalnego Miasta, a
pojutrze, też z wycieczką, do Pragi), dobrze, że wziąłem (jak mi Jasio radził)
sweter, rękawiczki, szal i beret. Nie pada: widać nawet Jelenią Górę. Tam w
prawo droga na Okraj! Kilkanaście kroków na południe i jesteśmy w Czechach.
Gdzie strażnik? Nema! Czy nie przydałby mi się stempel w paszporcie? Kto
mi uwierzy, że tu byłem? Mam świadków! I kilkanaście fotek. Nie mamy koron
(myślałem, że Jasio zawsze nosi w portfelu), więc w kiosku z pamiątkami nie
kupimy czeskiej widokówki. Hm, więc tam to Krkonoše? Ano, ano. Znowu
patrzymy na południe: z góry “Dom Śląski” wydaje się malutki jak w szopce
bożonarodzeniowej. Co ja tu robię? Ot, patrzę na wszystko i na wszystkich z
góry. Chodźmy na herbatę, na flaczki, bo zmarzniemy... Ot, same kamienie.
Gdzie Praha? Za tymi
południowymi chmurami. A Wrocław? Daleko na północ: za tymi domami z czerwoną
dachówką. A ja gdzie? Na Śnieżce. A po co? Bo ja wiem...
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
bez przecinka i kropki
polubisz bez i wykopki
[tekst
na s. 4 okładki z. 11]
gadaj i to
szybko po co mam przecinać po co kropić na co mi kropka w życiu nie widziałem
czarnego smoka w życie rosną także bratki chabry i saradela nie wiesz czy
tarantela ma coś wspólnego z tarantulą przecinaj gdzie idziesz po co żyjesz
zobaczysz zaraz pokropi jeszcze śpisz a tu goście jadą nad morze ona miała
sukienkę w bordowe kropki a ja głupi zaspałem i spóźniłem się na pociąg do
Warszawy leć po wódkę nie pij beaujolais nouveau to siki miki tu przecinaj
gruszkę na pół teraz kropnij się do kiosku po gazety może wygrałem w totolotka
pij co ze mną nie wypijesz jego nie musisz przepraszać to buc tak to możesz
wykropkować przecinaj lila bez wolę biały też kurwa mówię przecinaj w kropkę
zalany bez atu patrz pod nogi bo pocałujesz niebieskie niebogi pij jeszcze nie
umieramy uważaj na wykopki zaraz spadamy bo nas zakiblują na chama nawet kropka
nam nie pomoże bo mamy chyba dwa koma trzy komu to mówisz
*
Kto
zapamięta? Tylko ja!
To się zdarzyło w połowie
stycznia 2001 roku na chodniku ulicy Stysia, obok kościoła św. Ignacego, tuż po
drugiej. Pochmurno, sennie, chyba dwa, trzy plusy, ale od czasu do czasu wiatr
zawiewał z północnego zachodu; boję się takich niespodziewanych podmuchów,
natychmiast uginają mi się kolana, przystaję, bo wiem: mogą mnie bez
ostrzeżenia powalić na chodnik. Co prawda nigdy dotąd nie zostałem przez wiatr
pokonany, ale kilka razy niemal nie pocałowałem asfaltu. Żebym chociaż mógł
bezpiecznie polewitować pół metra nad ziemią: nic z tego! A tu obok,
kilkanaście, a potem kilkadziesiąt centymetrów – to nad asfaltowym chodnikiem, to
nad granitową jezdnią – unosi się plastykowa, półprzeźroczysta torebka (na oko:
formatu A3), tylko ta jedna, wznosi się i opada po esy-floresowatej
trajektorii, dwa albo trzy razy spada pod moje nogi i znowu ulatuje do przodu,
potem błyskawicznie zawraca. Na chodniku i jezdni widzę białą kopertę, kawałki
gazet, jakieś plastykowe opakowania: nawet się nie raczą przekręcić na drugi
bok, tylko ta jedna się nadyma i tańczy przede mną. Stoję i podziwiam; gdy mija
mnie dziewczynka (hm, koza z podstawówki) w zielonawym płaszczyku, a potem
staruszek w berecie, torebka leży na chwilę u moich butów. To ty taka
chytruska? A może lewitujesz tylko dla mnie? Na chwilę mogłem przeczytać
angielskie duże litery. Chyba takie: THIS BAGS IS NOT TROY. Nie wiem, czy dobrze zapamiętałem,
angielskiego uczyłem się tylko przez osiem miesięcy na popołudniowych kursach
(THIS czy THESE? TROY czy TRY?). I co to znaczy? Torebki (?) nie są... Mniejsza
z tym! Ot, torebka jeszcze kilka razy podskoczy, zatańczy między autami i nikt
już na nią nie spojrzy, śmieciarze zabiorą może już jutro na podwrocławskie
wysypisko i tam będzie się przez pół wieku (albo i dłużej) rozkładać na
cząsteczki (hm, żebym to ja wiedział jakie!). Kto zapamięta, że naprawdę
lewitowała radośnie aż kilka minut? Tylko ja.
Nikt nie
dzwonił?
Po śniadaniu musiałem pójść do
apteki: rąbała mnie głowa, a nie pożeram już, jak kilkanaście lat temu,
tabletek z krzyżykiem, dawno zostały wycofane z kiosków z gazetami, nawet w
aptece nie można ich kupić, w telewizorze codziennie uśmiechnięte farmaceutki,
lub niby lekarze w białych kitlach, zachęcają mnie, bym kupił (bez recepty!)
niezawodne tabletki od bólu głowy, i to najlepszych firm na świecie. Skoro
najlepsze na świecie... I już na klatce schodowej widzę, że jestem na pewno w
domu, a nie – jak mi się śniło nad ranem – w nieznanym mieście, gdzie nie ma
tramwajów, a w kawiarni ktoś (nieznany mi – jak się przedstawia – “student
Sorbony”) zachęca mnie po francusku (dziwię się, że wszystko rozumiem), bym
pojechał z nim do jego znajomej (Mulatki z Martyniki, dodaje) metrem do stacji
“Stalingrad”, a ja mówię po polsku, że tu też są urocze dupy, a on na te moje
słowa otwiera szeroko usta, jak by chciał (domyślam się) powiedzieć: merde,
merde; dozorczyni (tak mówimy, choć oficjalnie to jest ona gospodarzem domu,
nie tylko naszego, ale i kilku sąsiednich) umyła jedynie posadzkę na parterze,
nie tak dawno (i nie pierwszy raz w tym miesiącu) pies (już ja się domyślam
który: zapewne jamnik szorstkowłosy z ósmego piętra!) obsikał ścianę pod
skrzynkami na listy (kałuża jeszcze nie wyschła), drzwi wejściowe niezamknięte
i znowu bez zaproszenia wejdzie do środka domokrążca i będzie mnie zachęcał
(jak kilka dni temu), bym kupił dywan perski albo amerykański filtr do czyszczenia
wody; za to przed blokiem powietrze przyjemne: połowa grudnia, a tu trzy
plusowe gradusy, gawrony z Laponii (albo znad Morza Białego) przywołują się
przeciągłym krrrraa, krrrraaaaaaa, do apteki niecałe sto metrów.
Obok śmietnika dwaj mężczyźni
zmieniają przednie koło zielonkawej furgonetki. Widzę, że im się nie śpieszy,
pogadują sobie, a ten w pobrudzonym kombinezonie podnosi pokrywę nad silnikiem
i mówi, że trzeba sprawdzić, bo coś podejrzanie stuka. A mnie stuka w
skroniach, zwłaszcza tu obok lewego ucha. W aptece młoda pani magister poleciła
mi amerykański APAP, nieco się opierałem, że może by coś naszego, ziołowego,
ale gdy popatrzyła na mnie (tak mi się wydawało) pogardliwie, jak by chciała
powiedzieć: ty dziadygo (a może nawet: ciulu jeden? – już tu więcej nie
przyjdę!), burknąłem, że może być. Na ulicy rozgryzłem tabletkę: co za
goryczkowe świństwo, mogłem poczekać i w domu popić wodą. A ci naprawiacze
przykręcają akurat koło, nawet nie wiem, który zapytał:
– Nikt nie dzwonił, nie rzucał
chujami?
– A wiesz, że nie.
Żebym to ja wiedział, o co
chodzi. A zresztą: cóż mnie to obchodzi kto i czym rzucał. Nawet niech sobie
rzuca dyskiem albo młotem, jak olimpijczycy.
(I/01)
Świecznik (za 15 DM)
Stoi na komodzie w pokoju
balkonowym, naprzeciwko drzwi: kto wchodzi, musi go zauważyć. Ale są też tacy,
którzy zauważają od razu szklane, maciupeńkie żabki, miniaturowe biusty
marszałka Piłsudskiego i generalissimusa Beethovena, a nie widzą świecznika. To
raczej z tych małych: ot, ćwierćmetrowy, podobno z prawdziwego brązu, a nie
tylko patynowany (ja mam wątpliwości, czy naprawdę z brązu: zbyt lekki). M.
kupiła cienkie, białe świeczki, tylko dla ozdoby: i knoty wciąż białe; teraz
wydaje się, że nieco wyższy niż groźny Dziadek. Podarowała go nam w Kassel RM:
i siedmioramienny świecznik, i brązowawą, kilkunastocentymetrową figurkę
Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem (hand-carved olive-wood),
kupioną kiedyś przez jej znajomą w Betlejem. I niektórzy biorą figurkę do ręki
i mówią, że bardzo ładna, ale świecznika nie zauważają, jakby nie stał obok,
jakby go w ogóle na komodzie nie było. To mąż RM (teraz już śp.) kupił
świecznik okazyjnie, na Flohmarkt w Getyndze, za kilkanaście marek, chyba
piętnaście, na pewno nie więcej. Sprzedawca (uprzejmy staruszek po sześćdziesiątce,
który – pomyślał przybyły niedawno z Polski przesiedleniec – mógłby być albo
dawnym nauczycielem, albo i esesmanem) zapewniał kwieciście, że to na pewno
autentyk sprzed 1945 roku, żadna tam amatorska kopia, jak na przykład ten
sztylet na stoisku obok. Na pewno był używany na co dzień pół wieku temu, ale
czy w Reichu (takiej formy użył), czy gdzieś tam na Wschodzie, tego nie wie.
Gdy niedawno, po latach, znowu odwiedził mnie znajomy z lat sześćdziesiątych, o
którym wiem z gazet i telewizji, że uważa się za prawdziwego Polaka (po 1989
roku trzy razy kandydował do rady miejskiej, a dwa razy do Sejmu), już w
drzwiach wykrzyknął:
– Co ja widzę! Menora!! I ty też
się chcesz przypochlebić Żydom?
(II/01)
Czytanki
Ala ma kota, czarnego, a ja mam w domu brązowego piesa.
Piesiu, ty mój piesiu, mówię do niego codziennie rano, gdy wychodzę do szkoły.
A mama niekiedy krzyczy na tatę: ale ty masz kota! Jakiego kota? U nas w domu
nie ma kota, proszę pani, jak Boga kocham. A kilka dni temu, jak wracałam ze
szkoły, spotkałam znowu tego wysokiego, chudego dziadka, który gada sam z sobą
i na nikogo nie zwraca uwagi. Kiedyś wykrzykiwał w kółko: Jezus Maria, to
Chrystus, nasz Zbawiciel, też był Żydem? We wtorek powtarzał monotonnie:
wszyscy mają porządnego kota, wszyscy mają porządnego kota. Co to za kot? Może
to kot perski?
Czyżyki
57. Uśmiechać się zawsze jak Amerykanie? Co
za naiwna tresura! Śmieję się tylko we śnie. Albo gdy jestem na pustyni
i żaden człowiek (lub ukryta kamera) nie może mnie podpatrzeć.
58. Mówiłem dwa razy, że za głośno. Nikt już
teraz mnie nie słucha – mówi smutno (jakby z sąsiedniego pokoju) ojciec. Widzę
tylko jego głowę i słyszę jego głos. A to ja w otwartym pokoju naprzeciwko
słucham radia i dziwię się, że przecież on nie żyje już od kilku lat, a pod koniec
życia był prawie głuchy (gdy go odwiedzałem, telewizor włączony był na cały
regulator). A teraz przeszkadza mu wieczorna muzyka? Wiem, to nie “Eine kleine
Nachtmusik”. To zwykłe łubudu-łubudu. Czy wiedział, kto to był Mozart? Nigdy go
o to nie zapytałem.
Tysiąc
pierdołek o sadzeniu grochu
88. Agresywne dobermany. To takie nic nie znaczące zdarzenie, może więc nie
powinienem myśleć o złożeniu doniesienia, lecz po prostu zapomnieć? I gdzie się
składa? Na policji czy od razu w prokuraturze? I tak nie mam świadków, nikogo w
pobliżu nie było, nie wiem jak się nazywa opiekun psów, trzydziestoletni chyba
byczek; nawet gdybym zażądał od niego dowodu osobistego, to wcale nie musiałby
mi go pokazywać (a przecież nie zapytałem go o nazwisko i adres, też zapewne by
mnie wyśmiał), bo wciąż byłem przestraszony, a przebiegł obok mnie równie
szybko jak psy. A psy? Nigdy ich tu dotąd nie widziałem, zapewne w gościnie na
kilka dni (albo tylko dzisiaj). Prawdziwi właściciele wyjechali na urlop
(przecież to lipiec), zostawili je u znajomych? Młode, trzy ciemnobrązowe
dobermany. To było chyba tak: wyprowadziwszy z domu, zaraz za rogiem spuścił je
ze smyczy (miały skórzane, brązowe obrożki z zielonymi podkładkami, to
zapamiętałem, ale czy to jakiś znak szczególny? skądże!), one natychmiast
popędziły przez trawnik w prawo: wprost na mnie... Stanąłem – powtarzam:
przestraszony – bo wiem, że szczekające dobermany są groźne (w telewizji kilka
razy pokazywano dzieci, dorosłych też, pogryzione przez własne i cudze psy, a
M. opowiadała o swojej znajomej: dobermanka zagryzła na jej oczach kota
sąsiadki i od tego momentu zaczęła się bać własnej suki, bo jej nie usłuchała,
i koleżanka musiała potem zapłacić odszkodowanie). A one tuż przy mnie:
szczekające, szczerzące kły, już już szarpną mnie za nogawki... Krzyknąłem
STOP, ale nie zareagowały. Jak ktoś cię zaatakuje, wal od razu lagą – radził mi
kiedyś Ernest. A jeśli napastnik silniejszy? A jeśli to trzy agresywne psy? A
jeśli nie trafię albo za słabo uderzę? Psa trzeba złapać za jaja i od razu
będzie potulny – pouczał mnie kiedyś znajomy kynolog amator. Ale jak to zrobić,
gdy trzy skaczą? Podbiegł mężczyzna, coś do nich warknął, a do mnie z
pretensją:
– Niech się pan nie boi, nic
panu nie zrobią.
– Czemu nie na smyczy?
– O co panu chodzi? Stało się
coś?
– Psińco!
Czytanki
To jest lis. Lis ma rude futerko i rudą kitę, którą
zamiata za sobą ślady swoich nóżek. A to tata o wujku Karolu nieraz mówił
podczas obiadu, że to farbowany lis. Wiem, farbuje sobie włosy jak kobiety: szamponem
francuskim, który reklamowała wiele razy telewizja, ale na lisa to on nie
wygląda, naprawdę.
Sny (naprawdę podejrzane)
Nad ranem
[4-6?]: 4 III 2000, zapisane 4 III 2000 po 20
Jakby przyjęcie w domu rodzinnym w Ł.:
przy stole Jan Błoński, także M. i ja, profesor (tak go tytułuję) zajada ze
smakiem dania, bierze jeszcze dokładkę, coś mówimy, nadzwyczajna uprzejmość z
mojej strony, pytam o polemiki dotyczące literatury lat 90., on macha ręką,
jacyś nieznani mi ludzie podchodzą do stołu, inni przechodzą przez pokój,
pomieszczenia nazbyt wytworne jak na pokoje w Ł. (kiedy ja tu byłem ostatni
raz?), Błoński odpowiada na pytania moje i M. żartobliwie, że wcale nie jest z
literaturą tak źle, M. chce z nim polemizować, zastanawiam się, jak tu się
Błoński znalazł. (– – –) Idę ulicą, chcę pojechać tramwajem, muszę jak
najszybciej dostać się do domu, zastanawiam się jak dojść na przystanek
tramwajowy. Czy to na pewno Wrocław? Chyba tak, ktoś mówi, że zaraz ósma, a
jeszcze się nie ściemnia, idę prawym chodnikiem, a tu już zaraz będzie ciemno,
przechodzę obok kina, właśnie ludzie wychodzą, jakby dawne kino “Pokój”,
przyglądam się plakatowi, schodzę po schodach w dół, to przejście podziemne,
jestem w barze, a tu przy stole siedzi także Leopold Buczkowski z Zygmuntem
Trziszką, Buczkowski mówi, że jego nowa książka nazywa się George, widzę
ten tytuł pisany po angielsku, patrzę w prawo, a tu Buczkowski nie siedzi już
obok mnie po lewej, lecz naprzeciwko, Trziszka prawie się nie odzywa, tylko
potakuje.
Sny (amerykańskie)
Przed 6: 31 I 2001,
zapisane 31 I 2001 przed 11
Jakieś seminarium literackie,
wiem, że to w Ameryce, także tam M.; potem jakaś strzelanina, uciekamy, M. już
nie ma, nieznany mi mężczyzna postrzelony; trzeba szybko dotrzeć na dworzec
kolejowy i odjechać, widzę, że ledwo idzie, słania się i utyka, trzyma się za
udo, jest ciężko ranny, mam pierwszy zejść po schodach niżej, by przejść na
inny peron, ale widzę, że na dole ciemno, nie zejdę, na pewno czeka tam
gangster i nas zastrzeli. (– – –) W pustawym pokoju: rozmawiam przez telefon
komórkowy, mówiąca przedstawia się, że jest córką Stanisława Barańczaka. Bardzo
źle ją słyszę, podaje mi swój nr telefonu, nie mogę zapamiętać, a nie mam czym
zapisać, zaprasza mnie do domu, koniecznie mam przyjechać. (– – –) Oglądam na
dużym ekranie telewizyjnym współczesne sceny dworcowe, potem wchodzę do holu
dworcowego, a tu jak w muzeum, pustka, ktoś mi mówi, że to tak teraz wygląda
dworzec kolejowy w Bostonie, ot, stoją lokomotywy i wagony, ciemnawo, można
przejść na drugą ulicę. Potem w holu stoję ze Staszkiem Kortyką (albo z
Mietkiem Machnickim?), podchodzi Ernest Dyczek i mówi, że w dwóch miejscach
widział wystawione plakaty “Ugrupowania 66”, pytam gdzie, on, że na Harwardzie,
a zrobiłeś zdjęcia?, on, że nie, po co, ja prawie krzyczę, że musimy tam pójść
i zrobić fotki, to ważne, bo nikt nie uwierzy, a on nie chce powiedzieć, gdzie
to jest, znowu krzyczę, a Ernest nie mówi, gdzie wisi drugi plakat, Machnicki
(to jednak on!) cały czas milczy.
Czyżyki
62. Nawet w snach nie latałem nigdy wyżej
niż kilkadziesiąt centymetrów, a w samolocie – niż milion centymetrów. Wiem:
nawet w dzieciństwie nie nosiłem w torbie buławy, jedynie długopis, tabletki od
bólu głowy i niezbędnik turystyczny.
Sny (naprawdę podejrzane)
Przed 6 [1] i po 6 [2]: 5
IV 2000, zapisane 5 IV 2000 po 20
W kawiarni, podczas przerwy – to
chyba jakieś seminarium literackie – rozmawiam z Bogusławem Michnikiem z
Kłodzka, którego namawiam, by na jubileuszowe spotkanie zaprosił także Marka
Jodłowskiego, on się – bardzo się dziwię – stanowczo sprzeciwia. (– – –) Wracam
do Warszawy z jakiegoś seminarium literackiego. Do malucha zabiera nas Adam
Michnik. Dziwię się, że ma takie małe auto. Kierownica z prawej strony, za nim
ja i poważny Zygmunt Trziszka. Podjeżdżamy po drodze pod jakąś kawiarnię, przed
nią samotnie na zewnątrz przy stoliku siedzi Andrzej Łapicki: uśmiecha się
szeroko do kierowcy, Michnik chyba go nie zauważa, bo martwi się, gdzie
zaparkować, podjeżdża pod płot, ale zaraz cofa, potem mówi, że tu w pobliżu powinien
zostać wybudowany ślimak, by można było wygodnie zjeżdżać z autostrady.
Przed 7 [1] i po 8 [2]: 17
IX 2000, zapisane 18 IX 2000 po 11
Po odczycie (wieczorze
autorskim?) Czesława Miłosza: podchodzę do poety z prośbą o wywiad (nie mówię
dla jakiego pisma, a on nie pyta). Poeta siedzi wciąż na podium, obok kilka
osób. On zakłopotany, że coś od niego chcę, a dodaję głupawo, że nie byłem na
jego odczycie z ważnych powodów. A ja też zdziwiony, bo wczoraj widziałem go w
telewizji jak na Targach Książki podpisywał swój najnowszy tomik To,
dowcipkował, ale wyglądał naturalnie, czyli jak dostojny staruszek, a tu widzę
mężczyznę najwyżej 60-letniego. Ale się wygłupiłem, myślę. (– – –) W podłużnej
sali siedzi Papież przy okrągłym stoliku, na razie na sali (blisko stolika
papieskiego) tylko ja, potem wchodzi znajomy NT (nieco się dziwię, bo on
“Prawdziwy Polak”) i mówi, że zaraz przyjdą inni. Potem i ja siedzę przy stole
(Papież po lewej, ja po prawej). Wstaję i przedstawiam się, mówię wyraźnie
swoje imię i nazwisko, Papież też wstaje i podaje mi rękę, a ja całuję jego
dłoń, na której nie widzę pierścienia Piotra. On znacznie młodszy niż widziany
kilka dni temu w telewizji, wcale się nie uśmiecha, bardzo poważny. Ma w ręce
jakąś książkę. Pyta się mnie: co zrobiłeś, co zostawiasz innym? A ja
odpowiadam, że jestem pisarzem, on się chmurzy, dodaję, że wydałem kilka
książek, a on jeszcze bardziej smutnieje, dopowiadam, że to proza i..., ale on
nie chce dalej słuchać.
Czytanki
To jest dom, przed domem na ulicy stoi auto, auto
cacuszko, jak powiedział tato. Nasza pani mówi, że to samochód, nie wiem, komu
mam wierzyć: tacie czy naszej pani? Nasza pani skończyła uniwersytet, a tato
tylko zawodówkę, ale pracował przez pół roku na czarno w Ameryce i wcale nie
został Murzynem. A mama kiedyś – gdy oglądaliśmy wspólnie teleturniej i tato
odgadł wcześniej od tego pytanego w telewizji, jakie miasto jest stolicą
Francji – powiedziała radośnie, że jest najmądrzejszy na świecie.
*
Teksty sponsorowane przez
Towarzystwo Miłośników Krasnoludków i Sierotki Marysi
Plepleski
sierotki Marysi
Co to za plepleski? Uprzedzam od
razu: nie ma takiego słowa nawet w najnowszym słowniku, ale jest: topless a.
toples. A kto w lipcu (w sierpniu i wrześniu też) przechadza się dumnie i
prowokująco po plaży na Lazurowym Wybrzeżu (byłam i widziałam) w niemodnym już,
bo nazbyt powszednim, stroju toples? No jasne: topleska. Czy też toplesowałam?
Oczywiście, przez dwie godziny; nie chciałam się wyróżniać, a po drugie: mógłby
ktoś pomyśleć, że nie mam co pokazać. A gadania ple ple w domu i kawiarni to
pies? Nie, to właśnie plepleski!
Wcale nie jestem sierotką, ani
też Marysią, mam swoje imię chrzestne i urzędowe: Zofia. Jestem półsierotką; to
mój wujek mnie tak nazwał (bardzo lubił Konopnicką), który po pielgrzymce do
Częstochowy napisał do mojej cioci (a jego siostry) list, że kupił
siostrzeńcowi organki, a sierotce Marysi różaniec, żeby się modliła codziennie,
to Bozia da jej nową mamusię. A ja już od roku byłam u cioci Mani, wcale nie
chciałam nowej mamy, choć podsłuchałam, że i ciocia namawiała tatusia, żeby się
ożenił, tyle dokoła porządnych wdów, które przygarną sierotki (bo i moich 2
braci), ale tato pozostał nieugięty i mówił: a na sranie dzieciom potrzebna macocha,
sam wychowam chłopaków, a Zosi u ciebie nie będzie przecież źle. Straszne
słowo: macocha. Kto wysłał do lasu Jasia i Małgosię? Macocha, ale tatuś się
zgodził! Co to był za tatuś? Pantoflarz!
My,
krasnoludki, mieszkamy teraz pod kaloryferami
Nie zaprzeczamy: jesteśmy mali,
nawet bardzo mali, ot, malutcy jak ziarenko maku, ale gdy się nam przyjrzycie
przez szkiełko, zobaczycie, że jesteśmy niezwykle proporcjonalnie zbudowani –
jak olbrzymy, czyli ludzie, nasze krasnalice mogłyby startować z powodzeniem w
konkursie Miss Polonia. Mogłyby, ale nasze prawo (dodajmy: zwyczajowe, bo
pisanego nie mamy) nie pozwala występować publicznie w strojach plażowych, a
tym bardziej przed olbrzymami, zawsze chodzimy w spodniach, kaftaniku i
czerwonej czapeczce. Ponad sto lat temu przeprowadziliśmy się z leśnych
schowków do ciepłych domów: w zimie mieszkamy pod kaloryferami, nikt nawet nie
wie, że tu nasze księstwa, to myśmy przegonili z betonowych bloków mrówki
faraona, ale czy ktoś o tym wie, czy ktoś chce wiedzieć? Pod kaloryferami mam
ciepło i przytulnie, lecz martwi nas to, że z wieku na wiek nasza miniaturowa
odmiana homo sapiens staje się coraz mniejsza, gołym okiem ludzie już nas nie
dostrzegają, nawet przez lupę ledwo jesteśmy widoczni, a nasi najlepsi
profesorowie nie mogą wyjaśnić dlaczego my wciąż lilipuciejemy. Niestety,
niestety. Dlaczego?
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
Spowiedź
spóźniona
Nie zasadziłem w życiu ani jednego drzewa.
Nie mam żadnego usprawiedliwienia. Teraz już za późno: nie mam ani piędzi
ziemi, nie mogę się schylać, a ziarenko olszy – gdy spadało – porwał czyżyk.
Czy na Sądzie Ostatecznym zostanie mi ten grzech odpuszczony? Nie. A ja i tak
będę powtarzał: olsza, dąb, lipa, buk, szumcie za mną codziennie. Rano i
wieczorem.
Głupie słowo
Nie wezwano mnie ani na świadka
oskarżenia, ani świadka obrony. Gdy się zgłosiłem, by zeznać, co widziałem i co
wiem, pani prokurator powiedziała mi, że podobno nie najlepiej słyszę (to
prawda, nie zaprzeczam: nie używam aparatu słuchowego) i jestem krótkowidzem
(akurat nie nałożyłem okularów), a poza tym mam już ponad osiemdziesiąt lat (to
też prawda!), więc w zasadzie nie jestem świadkiem wiarygodnym. Siedzę więc
teraz na sali rozpraw w pierwszym rzędzie i wiem dobrze: to nie oni, ci trzej
przestraszeni licealiści (jakże jednak podobni do prawdziwych sprawców!),
pobili staruszka w ogródku, a potem zabrali mu kilkanaście złotych. Na piwo.
Pobity i obrabowany leży w szpitalu, nic nie pamięta, ale są inni świadkowie,
którzy widzieli uciekających w kierunku pętli tramwajowej. Tamci tchórzliwi
gówniarze, którzy potrafią jedynie dobrze uciekać, piją dziś już drugie piwo w
tanim barze na przedmieściu i myślą o tym samym: nam się upiekło, ale następnym
razem będziemy musieli bardziej uważać. I szybciej uciekać! Nic nie mogę
zaradzić: niewinni pójdą na kilka lat do więzienia tylko dlatego, że ileś
milionów lat temu dałem sobie słowo, teraz wiem, głupie słowo, że nie będę się
wtrącał do dwunożnych, których obdarzyłem swobodą wyboru: niech sobie robią, co
chcą, nawet jeśli się będą mordować. Tak, dałem im wolną wolę. A pani
prokurator ani razu nie zerknęła w moja stronę, na pewno mnie nie rozpoznała,
rozprawa jest jawna, każdy może wejść, odczytała co napisała, a teraz się
nudzi. Muszę milczeć, a dzień sądu i tak kiedyś nadejdzie, nawet ja nie wiem
kiedy.
Tylko dym z
parowozu
Ze szkolnej ławki na drugim piętrze kilka
razy podczas przedobiednich lekcji słyszałem gwizd i widziałem dym z parowozu
(pióropusz dymu, jak napisał wcześniej pewien poeta, niestety, nie mogę sobie
przypomnieć jak się nazywa): to do (lub z) Bytomia (osobowy, a chyba częściej
towarowy). Pociąg toczył się w wykopie, oddalonym od liceum prawie kilometr; i
wcale nie byłem ciekawy, ile ma wagonów, czy siedzą w nim ludzie, czy też leży
węgiel albo piasek. Chyba tylko kilka razy jechałem wówczas do Bytomia
pociągiem (czerwonym autobusem też kilka, ale autobus był wygodniejszy, a poza
tym kursował co godzinę). Pamiętam: Bezchlebie (a może Przezchlebie?),
Czekanów, Zabrze Mikulczyce, Zabrze Biskupice, Bytom Bobrek i koniec jazdy:
Bytom. Dwadzieścia parę kilometrów nudnej jazdy. Bo czyż można podziwiać
kilkanaście, bliźniaczo do siebie podobnych, szybów kopalnianych, kilka hut i
koksowni, w których buchały smrodliwe dymy i przenikały także do pociągu, czyż
mogłem się zachwycać pobrudzonymi sadzą i pyłem familokami? To wszystko
istniało od dziesięcioleci, to ja byłem dodatkiem do tego krajobrazu, całkiem
przypadkowym, więc wymienialnym na tysiące innych, a właściwie niepotrzebnym.
Ot,
przypadkowe spotkanie
W przestronnym wagonie
paryskiego metra 18 września 1980 roku usiedliśmy obok młodego Murzyna
czytającego książkę. Co też on może czytać? – zaciekawiła się M. Na którejś ze
stacji (czyż to nie była “Jasmin”? a może “Alma-Marceau”?) czytający spojrzał
na peron; machinalnie zamknął książkę i zobaczyliśmy na szaroniebieskiej
okładce napis grażdanką: ЭКОНОМИЯ.
Popatrz, popatrz, szepnкіa do mnie M., ja zawsze miaіam ledwo
trуjkк; a Afrykaсczyk (z Gwinei czy Konga?) odwrócił się w
naszą stronę (zapewne rozpoznał słowiańskie zgłoski), jakby próbował się
uśmiechnąć, ale zaraz spuścił głowę i zajął się bukwami. O czym akurat czytał?
O wartości dodatkowej? A może o podaży i popycie? Potem, przez kilka lat, gdy w
dzienniku telewizyjnym mówiono o kolejnych zamachach stanu w Afryce i
pokazywano młodych, dumnych rewolucyjnych ministrów Rady Ocalenia Narodowego,
głupawo myślałem, że może uda mi się dojrzeć na ekranie także tamtego
młodzieńca, pilnie czytającego w metrze książkę po rosyjsku. Dwadzieścia parę
lat wcześniej mógłbym przecież usiąść w metrze obok uśmiechniętego studenta
Sorbony, pochodzącego z Kambodży, znanego później powszechnie pod pseudonimem
łatwym do zapamiętania: Pol Pot.
Czyżyki
63. Gdy ktoś w dyskusji ostro mu zarzucił, że
jest oderwany od rzeczywistości i buja w obłokach, odpowiedział, że w życiu
ponad tysiąc dwieście dni spędził nad ziemią, często w chmurach i między
chmurami, więc być może nie umie już twardo stąpać po ziemi.
64. Eureka! Anioły są lżejsze od
kolibrów, dlatego swobodnie latają miedzy niebem a ziemią – wydrapał (po
grecku) w IV w. anonimowy słupnik z Pustyni Syryjskiej na kamieniu,
odnalezionym w XX w. przez geologa agnostyka. Czy kolibry przenikają przez
mury? Hm, nie słyszałem.
Dwa pytania
naiwne
– Jak myślisz, wujku, czy za
tysiąc lat będą jeszcze żyli Polacy? Tak w ogóle i tu nad Odrą i Wisłą.
– A czy prawie dwa tysiące lat
temu, gdy Neron podpalał Rzym, ktoś o nich słyszał? Nikt, nawet Tacyt. Lepiej
od razu wyjedź do Ameryki i jak najszybciej ożeń się z Chinką.
Sobotnie
tytuły (4
VIII 2001)
(Niestety:
ukradzione, dopowiedzenia sztubackie,
a na dodatek
bez przecinków i z wieloma znakami zapytania)
Wygrać posła na loterii (A po co mi poseł? Gdyby to był prorok to
bym wiedział co zrobić Poeta mi poradził: podłóż proroka / pod nogę stołu /
jeśli ci stół / podważa Domagam się posłanki byle młodej i rudowłosej
Posłowie do pługa a chłopi na Wiejską)
Praca niewolnicza za długi? (Gdzie? I w Indiach i w Ameryce
Południowej i w Afryce W Polsce też Czyżby reporterzy na tropie nielegalnej
kopalni złota w Górach Sowich? To chyba wakacyjna kaczka dziwaczka)
Trzęsienie ziemi w NIK? (Ot drobne zmiany Będą nowi wiceprezesi i
dyrektorzy departamentów Czyż to dziwne że nowy prezes chce mieć obok siebie
swoich ludzi? A tu od razu trzęsienie ziemi W Polsce? Trzęsienia ziemi zdarzają
się regularnie wiadomo wiadomo co kilka miesięcy lub co kilka lat w Italii
Grecji Chinach Indiach Meksyku i jeszcze w kilkudziesięciu innych krajach Tylko
nie w Polsce Nasza pani mówiła nam to już w szkole podstawowej I to na pewno
jest prawda)
10 tysięcy osób żegnało w
Sosnowcu Edwarda Gierka (Widziałem
wczoraj w dziennikach telewizyjnych migawki z pogrzebu jednak w prywatnej
telewizji relacja znacznie dłuższa Dla ludzi przez ludzi Dobry człowiek bo do
nikogo nie kazał strzelać choć mógł Znowu zobaczyliśmy drogich przywódców z
dawnych lat Co widzę? Oto bruzdy zmartwień przeorały twarz redaktora premiera i
ostatniego pierwszego sekretarza Rakowskiego A krwawy Maciek już nie siedzi?
Czy on w ogóle siedział? Na ekranie telewizyjnym wyglądał tak jakby przed
chwilą wyszedł z gabinetu odnowy Och on to potrafił szklić oczy Dać mu znowu
order Albo dwa)
Od morza do morza (Tylko jakiego? Od Bałtyckiego do
Czarnego Czyż nie miał racji poeta? Była niegdyś od morza do morza / dziś
być musi od dłoni do dłoni Taaaka ryba Chętnie bym zamieszkał w
zimie nad morzem ale ciepłym i bez rekinów Na przykład nad Egejskim)
Hiszpania, co to za zwierzę? (Może to minotaur albo gryf peloponeski? Nigdy nie byłem w
Hiszpanii a przecież tak lubię i Cervantesa i Bunuela i Lorkę i pomarańcze i
Andaluzję i kanarki Och nie lubię byków Dlaczego tak daleko?)
Co ma guzik do delfina? (A guzik mi wiedzieć We Francji królewskiej
delfin był człowiekiem i zarządzał krainą która zwała się Delfinatem A ja mam
ładną kolekcję guzików Czy to nie w Delfinacie urodził się Edward Stachura? Jak
ta kraina nazywa się po francusku? Dauphiné)
Piraci polskiej polityki (Nazwiska nazwiska Jakże ja nie znoszę
piratów programów komputerowych Cisza sza bo sam mam dwa pirackie ale pięć
legalnych A tu elegancko ubrani piraci wepchali się nawet do polityki? Paszoł
won)
Ludzki komunista? (Czy to o Edwardzie Komercjuszu I? Chyba
nie Ironia dosyć toporna)
Zmarnowana dekada (Tylko przez kogo? Nazwiska adresy i
paragrafy A o kim albo o czym była ta książka Przerwana dekada?)
TP SA klątwą rynku (Kto ją rzucił? Kto ją odwoła? Trzeba
zapytać jakiegoś fachowca Chyba nie my skołowani klienci wciąż oszukiwani przez
monopolistę)
Kasy chorych nie sprzyjają
pielgrzymom (A kto ich
zmusza do pielgrzymek? Kasa ma swoje przepisy i basta Dyskutować trzeba było w
Sejmie A po co ma sprzyjać? Siedź w domu i nie narzekaj Lekarz pierwszego kontaktu
zawsze musi cię przyjąć tak mówi ustawa Zarejestruj się w przychodni z
dwutygodniowym wyprzedzeniem i po kłopocie)
Produkcja i sprzedaż alkoholu
przynosi około 6 procent dochodów podatkowych (Hm ja to chyba zły obywatel bo nie piję
nie palę czyli nie przysparzam państwu dochodów? Oczywiście)
Pierwsze kozły ofiarne (Nie lubię koziego mleka choć podobno
bardziej odżywcze niż krowie Ale najlepsze i tak jest matczyne prosto od piersi
Hm jak upolowano kozły ofiarne to chyba są również w Polsce ołtarze ofiarne Jak
za czasów Światowida))
Wolty królowej Bony (To ona też się zajmowała
elektrycznością? W XVI wieku? A czemu nie Wszyscy historycy piszą że była
kobietą piękną i mądrą To prawda Alessandro Volta jak Bona był Włochem Bona
gdzie się pałęta? Szkoda że w dzieciństwie nie miałem bony na pewno by mnie
nauczyła francuskiego i mógłbym swobodnie czytać Apollinaire’a w oryginale)
Bardzo poważna zabawa (No no Nic nie wiem Więcej nie powiem
Buzia w ciup Ale chyba płatna skoro poważna)
Rabowali zamiast pilnować (Kto? Ochroniarze w krakowskim
hipermarkecie Dobrze że nie gwałcili)
Polacy wśród faworytów (Hm to ciekawe W jakiej konkurencji? W
palanta? Hm chyba w rzucie słomianym kapeluszem)
Rozmowy trwają (Zawsze trwają i będą trwać Aż do końca
świata A nawet podczas Sądu Ostatecznego)
Roztańczony Szekspir (Przecież on nie umiał tańczyć tanga i
samby To udowodnione A poza tym robił straszne błędy ortograficzne)
Radny pisał bezskutecznie (I tak dobrze że umie pisać Niech zostanie
literatem będzie pisał bezinteresownie i dla potomnych)
Mało satysfakcjonujące
zeznania (To bardzo
przykre dla pana prokuratora Oskarżony kręcił i męczył aż się wykręcił A niech
go dyby ścisną A co to są dyby? Chyba duby smalone)
Przyducha zabija w Odrze (Och śmierdzi płocie się udusiły bo w
kanale odrzańskimi niedaleko mostu Warszawskiego po upałach zabrakło tlenu
Przydusiły się? Tak)
VAT w tył zwrot (I w prawo patrz tam stoi swat Co to za
tanie dowcipy A urząd skarbowy wcale nie żartuje Wiem Jak nie VAT to bat)
Karzeł na krześle
elektrycznym (Co na to
Liga Obrony Praw Liliputów? Chętnie podpiszę stanowczy protest Precz z krzesłem
elektrycznym Niech żyją fotele i zydle wyścielane mchem)
Hodowcy pegazów (Adresu nie podano to tajemnica zawodowa
Chyba w Bieszczadach Każdy ogier ma dwa dorodne skrzydła Zysk hodowców
dwukrotnie przewyższa wkład dolarowy? Nie wierzę Ale to prawda najprawdziwsza)
Dyktatura batuty (Znowu dyktatura? Nie wojskowa nie
proletariatu lecz batuty A gdzie moje buty? Kto je ukradł w biały dzień? Co za
buta)
Andaluzja pachnąca oliwką (Kiedy pojadę do Sewilli? Nigdy Za to
ponad czterdzieści lat temu byłem tuż obok kopalni “Andaluzja” W Kamieniu nad
Brynicą gdzie urodził się biskup Nankier. A może w Brzozowicach? Teraz to i tak
Brzozowice-Kamień Nie to od dawna część Piekar Śląskich Tylko nie wiem czy
gruba nadal fedruje A zresztą po co mi to widzieć?)
Niebezpieczna kiełbasa (A ja tak lubię kiełbasę I wędzoną polską
i krakowską i śląską i salami i paprykową i parówki I grubą i cienką I na zimno
i na gorąco A tu jad w kiełbasie? Fuj fuj fujarka)
Nie ma to jak lemoniada (Nie wspominajcie mi o lemoniadzie Rzygać
mi się chce gdy przypominam sobie kolorową słodką ciecz z lat sześćdziesiątych
i wcześniejszych A z drugiej strony coca cola to wcale nie jest to
koleżanko Agnieszko jak wykrzykiwał ponoć publicznie pewien warszawski poeta
któremu nie udało się sprzedać ani jednego sloganu reklamowego)
Policjant policjantowi
wilkiem (Och coś za dużo
tych wilków Policjantów i tak brakuje W samej tylko Warszawie tysiąc wolnych
etatów Wilka można zobaczyć miedzy innymi we wrocławskim Zoo)
Pomogą lingwiści (Wątpię i powątpiewam Och niestety nigdy
nie miałem lingwistycznych zdolności Co za wstyd Nie znam nawet średnio żadnego
obcego języka Ani greki ani łaciny ani czeskiego ani francuskiego ani
angielskiego ani)
Głębokie dno (Czy to owo dno z aforyzmu barona de
Tusch-Letza? Kiedy znalazłem się na samym dnie usłyszałem pukanie od spodu Cytuję
z pamięci Jakie jest dno butelki? A dno jeziora dno studni dno
morza dno oceanu dno beczki na śledzie? Tak śledzia w śmietanie to bym zjadł)
Kawa najtańsza od prawie 40
lat (To prawda Na
początku lat sześćdziesiątych nagle w polskich sklepach pojawiło się tyle kawy
że zabrakło chętnych Dlaczego? A bo powstały nowe państwa afrykańskie dotąd
kolonie angielskie i francuskie Paryż i Londyn się obraziły że nie doceniono
ich opieki i nie chciały nabywać kawy więc między innymi i Polska aby wesprzeć
nowo powstające państwa zrywające pęta kolonializmu kupiła podobno tanio bo nie
za cenne dewizy lecz za kilkadziesiąt łabędzkich czołgów i kilkanaście tysięcy
radomskich karabinów tyle worków zielonej kawy że starczyło nie tylko dla
wszystkich warszawskich kawiarni ale i dla dwudziestu tysięcy wiejskich
klubo-kawiarni)
Czyżyki
65. Cóż mu mogłem powiedzieć, gdy żalił się
cicho, że zapisałby diabłu dom i wszystkie książki, łącznie z dwudziestym
czwartym wydaniem 365 obiadów Ćwierczakiewiczowej, gdyby miał
pewność, że tam coś jest, nawet tylko piekło i nic więcej? Udałem, że nie
słyszałem i zapytałem, czy poprawić mu poduszkę. Z tak błahego powodu darowałby
obcej osobie dom po dziadkach? A ja gdzie bym mieszkał? Na dworcu?
66. Wiem: nie spóźnię się już na żaden
pociąg, od kilku lat nie korzystam z usług kolei żelaznych. Marna to pociecha: lepiej
jeść kawior od czasu do czasu niż ani razu.
67. Czterdzieści wieków patrzy na was –
powiedział (wiadomo kto, wiadomo gdzie, kiedy i do kogo). A gdy przechodzę
pasażem, nad głową mam czterdzieści ton betonu; zastanawiam się, czy zdążyłbym
pomyśleć – gdyby nagle dom się zawalił – że zamieszkam przez kilkanaście (albo
i dłużej) godzin w sarkofagu, a potem wraz z gruzem trafię na wysypisko?
Zdania
głupawki
W pociągu [osobowym czy
pośpiesznym?], w którym nie brakuje {czy na pewno?} miejsc
siedzących [no, no!!], są nawet wolne przy oknie [ale i tak szyby
zamalowane do połowy na biało], mogę się nawet przechadzać po
przedziale-wagonie. Dokąd jedziemy? Nie wiem. [To po co jedziesz?] M.
poszła do restauracyjnego po piwo. [Dawno?] Nie, nie po piwo,
powiedziała: idę po psiwo (jak mówią na Kurpiach). Przecież wie, że nie piję
alkoholu w podróży! [To się napijesz!] Przesiadka {a może to koniec
jazdy?}: po schodach w dół, jak inni podróżni [co za inni? ich imiona,
nazwiska i adresy!], ale nadal nie wiem {co to, udajesz Sokratesa?},
czy idziemy na inny peron, czy też wychodzimy do miasta. Ale co to za miasto? {A
musisz widzieć, kutafonie?} Wciąż od kilku dni {to znaczy: od ilu? od
trzech? od pięciu?} siedzimy w marnym hotelu [nazwa, ile gwiazdek?]
na przedmieściu (sto metrów dalej zaczynają się pola, a domy parterowe kryte
słomą), kiedy pojedziemy do Luwru i na Pola Elizejskie? [Przecież w Luwrze
byłeś w 1980 roku!] Czy naprawdę jestem tak piękna jak na zdjęciu? –
zaczepia mnie w parku {jakim? może w Południowym na Krzykach?}, gdzie co
krok palmy {chyba nie kokosowe?} w drewnianych donicach, studentka
akademii muzycznej (tak się przedstawia [i ty jej uwierzyłeś? znamy to,
znamy: studentka...]) i zamiast rozchylić choć na dziesięć sekund {nie dla
psa synapsa! – jak mówią nie tylko górale orawscy} szlafrok w kwiatki (to
prawdziwy jedwab japoński, chwali się prostacko), pokazuje mi swoją
czarno-białą fotkę z pierwszej komunii. [A co chciałeś zobaczyć? Jabłuszka?]
Śpieszę się do domu [a po co? festina lente! – mówili za Grekami
Rzymianie], ale to nieznane mi {to niedobrze, naprawdę} miasto: nie
wiem [znowu nie wiesz?], czy idę [trzeba było wziąć taksówkę] do
hotelu (ale przy jakiej on ulicy?), czy do nowego mieszkania (gdzie my teraz
mieszkamy?). Zostawiłem w szatni kawiarni {“Tulipan”? “Miranda”?}
kurtkę, a w niej portfel {z iloma dolarami?} z paszportem. Gdzie moja
torba? [Ta z brązowego skaju, kupiona jeszcze w PRL-u?] Muszę
natychmiast tam wrócić! [A po co?] Ale w której to było restauracji? [To
ty bywasz zagranicą w restauracjach?] Śpij, śpij, dopiero {a może już?}
piąta {rano czy wieczorem?}. [Śpij, braciszku, śpij, jutro
torba i kij?] To po co mnie budzisz? [O k-moll!!] Żebyś wiedział, że
możesz jeszcze trochę pospać.
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
Komu w drogę, temu czas!
Jaka tam
droga, to ścieżka (właściwie ścieżynka), prowadząca wzdłuż rzeczki (nie:
potoku, który nawet dziecko z podstawówki przeskoczy bez rozpędu), w której nie
ma już raków i żab, więc idź dalej pod górę przez las (nie: to przecież
kilkunastoletni zagajnik świerkowy z brzozami samosiejkami), to tylko dziesięć
minut drogi, aż do stromej, granitowej skały (znanej wszystkim w okolicy), a
tam z północnej ściany od kilkunastu tysiącleci kapią ciepłe (śmierdzące
zgniłymi jajkami) krople: nie przecieraj nimi ani lewego, ani prawego oka,
natychmiast podstaw szklaną butelkę po piwie, a potem zatkaj lewą ręką nos i
pij, pij, uwierz mi, to woda prosto ze źródła, więc smak i zapach nie mają
żadnego znaczenia.
Naprawdę, słowo daję! A ty się wybierasz w Podróż Dookoła Świata? A po co? A
na co ci to? Tak, chyba na starość zgłupiałeś, na pewno!
[tekst
na s. 4 okładki z. 13]
*
Kierowca
pojechał do Warszawy po myszy
W autobusie “144” po czwartej
zawsze jest tłok; i chcąc nie chcąc muszę słuchać, co mówią stojący obok. Nie
widziałem twarzy stojących przede mną kobiet (po pięćdziesiątce), za to dobrze
słyszałem (nie tylko ja) o czym paplały. Po dwóch przystankach wiedziałem, że
pracują w tej samej instytucji, choć w różnych działach i na innych piętrach, a
teraz opowiadają sobie, co się wydarzyło. Dowiedziałem się, że dyrektor znowu
świrował: “zażądał, żebym natychmiast ściągnęła z Internetu artykuł o szalonych
krowach z najnowszego numeru Nature”. “A wiesz jak o nim mówi profesor”
(nie dosłyszałem nazwiska, bo ściszyła głos)? “Dupek”. A ta druga: “co tam
dupek, mój jeszcze bardziej czule: ciul malowany”! Pomyślałem sobie: świetnie,
świetnie! “A najlepiej w poniedziałek rano kierowca, no wiesz, ten Franio
wesołek, pyta sekretarki, co ten cham znowu ode mnie chce, a panią Zosię
zatkało: panie Franiu, tak nie można”. No, no, prawdziwe poważanie, nie ma co!
A druga zaczęła się żalić, że dziś miała pojechać na akademię (nie dosłyszałem,
czy chodzi o medyczną, czy też ekonomiczną) po (nie dosłyszałem), ale okazało
się, że Frania nie ma. “Jak go potrzeba, to go nie ma, to też dobry miglanc”.
“Nie wiedziałaś, że kierowca pojechał do Warszawy po myszy”? Jakże to? – myślę,
we Wrocławiu brakuje myszy? Może po białe? Wiem, wiem, w Warszawie wszystko
można dostać. Wiadomo, stolica.
W Pornic,
nad Atlantykiem: rano kawa i croissant,
wieczorem
ostrygi i wino
1. Tak jak przypuszczałem: dojechałem bez
niespodzianek, paszport nie dziwił strażników, nawet nie wbijali mi stempli, bo
im się – przypuszczam – nie chciało, celnicy nie pytali dokąd i po co jadę, co
przewożę i ile mam pieniędzy. A dwa dni temu? W środku nocy 31 sierpnia
ostatniego roku XX wieku stoję na wrocławskim peronie trzecim. Najpierw Drezno
(siedemnaście minut po ósmej, spojrzałem na peronowy zegar): krótki pobyt w
Muzeum Porcelany (cacuszka – miśnieńskie filiżanki do kawy); po dwunastej do
Frankfurtu, tam trzy godziny czekam na nocny pociąg do Paryża (kupiłem
kuszetkę); na Gare du Nord przed siódmą, w dworcowym bufecie mała kawa i deux
croissants, pieszo do Pól Elizejskich, nieco senny, lecz zadowolony: jadę wciąż
na zachód, kilkanaście stopni, nie zajrzę do Luwru (może jak będę wracał), za
to wstąpię do Katedry Notre Dame, przejadę się statkiem po Sekwanie (w 1981
roku nie było czasu ani franków), nie muszę się śpieszyć, pociąg z Gare
Montparnasse do Nantes odjedzie punktualnie osiem po dziewiątej (rozkład jazdy mam
w notesie), granatowa torba (lotnicza z naszywką SAS) wcale nie jest za ciężka,
przejechałem już ponad tysiąc pięćset kilometrów, od dziś jestem wczesnym
emerytem, oto 58-letni emeryt z Polski wjeżdża na najwyższą platformę Wieży
Eiffla, nie będę płakał, że wypchnięto mnie dwa lata wcześniej, nie będę musiał
co tydzień poprawiać błędów ortograficznych (nie mogę zrozumieć, że nawet
maturzyści pisali czasem: gura, góru, kóra, Może Pułnocne, chumor, ham), tu
jestem przejazdem, jak co roku miliony turystów z całego świata, jak to dobrze,
że całkowicie anonimowy; w kuszetce (nie będę żałował dolarów, to i tak taniej
niż gdybym nocował w hotelu) do Nantes spałem twardo, po raz pierwszy od maja,
nic mi się nie śniło; w Nantes szarpie mnie za ramię konduktor, zrozumiałem:
c’est fini, czyli muszę wysiadać, mogę za to zobaczyć Loarę; to nie koniec
jazdy, potem osobowym (po ósmej) do Pornic. I oto jestem, oto siedzę na ławce
na bulwarze Atlantyckim, wieje ciepły wiatr, akurat odpływ i Ocean oddalił się
kilkaset metrów.
Dwa dni jechałem, a cztery dni
zostanę, po cóż więcej, jestem, patrzę na skały, patrzę na Ocean, rogaliki
wcale nie są smaczniejsze niż we Wrocławiu, kawa cieniutka, za to ostrygi
prosto z Atlantyku. Czyż nie warto wydać ponad połowy odprawy emerytalnej, by
posiedzieć tu kilka dni? Jesteśmy w Europie? Jeszcze nie, jesteśmy nad Oceanem.
2. Co ja tu robię? Żonie powiedziałem, że
wyjeżdżam na tydzień w Karkonosze, muszę odpocząć, przemyśleć wszystko (ale co?
że niesłusznie dwa lata wcześniej wysłano mnie na emeryturę? iluż by chciało,
tak), potem poszukam jakiegoś pół etatu albo zleconych, przecież nie będę się
zajmował cudzymi dziećmi, czyli wnuczkami, Zosia tylko na to czeka, już kilka
razy napomykała, że teraz będę miał więcej czasu dla wnuczek, udawałem, że nie
zrozumiałem aluzji. Pornic, Pornic: przez prawie czterdzieści lat nie
pamiętałem o tym nadatlantyckim miasteczku, w lipcu przypadkowo sięgnąłem po Listy
do matki, i gdy natknąłem się na zdania (Więc ostatniego sierpnia (...),
wyruszyłem prosto na zachód, drogami żelaznymi i rzekami (...), zawędrowałem
nareszcie do małej mieściny nad oceanem, gdzie wiele ludzi zjeżdża się na
morskie kąpiele; mnie samemu przypadały one do smaku i moje ciało-kwiat
potrzebowało odwilżenia...), wiedziałem już, gdzie powinienem pojechać. Po
tylu latach wszystko się zgadza (nie, nie wszystko, Pornic nie jest wcale małą
mieściną, lecz trzydziestotysięcznym kurortem): Wyszedłem na brzegi – tam
skały osypane złotą i srebrną miką (...). Dalej wielkie piaszczyste wybrzeże,
gdzie morze rzucało swoje srebrne płetwy – z szumem miłym i rytmicznym...
Rzuciłem się w wodę, położyłem się na falach i dobrze mi było (...). Czy
jadł wtedy ostrygi? Po powrocie muszę jeszcze raz uważnie przeczytać listy
Jula. Nie opowiem już (naprawdę szkoda!) w klasie trzeciej jak wygląda Pornic
we wrześniu, nie przeczytam wojażerskich zdań z 1843 roku. Ale gdyby mnie nie
wykopano, to bym tu przyjechał? Na pewno nie. Przecież wcale mnie nie wykopano,
sam złożyłem papiery, bo “pani dyrektor” (moja koleżanka ze studiów) dała mi
słowo honoru, że... Czyż muszę o tym wspominać, tu gdzie dojrzewają ostrygi?
Co ja tu robię? Odpoczywam nad
morzem. Kąpię się w oceanie. Patrzę na odpływy i przypływy. Wreszcie muszę
spróbować jak smakują ostrygi, już wiem, gdzie najświeższe, prosto z Atlantyku
(widziałem, jak wynoszą ze statku LOIRE skrzynki z rybami i ostrygami). Tam
duży szyld: MOULES. Jak to do mnie pisał dwadzieścia lat temu Leszek, gdy
cenzura zakazała otwarcia wystawy w Koszalinie? Nie tylko do mnie. Po prostu wydrukował
malutkie ulotki: Z powodu zakazu robię to, co lubię... W tym Hoteliku, w
którym mieszkam, są bardzo ładne korytarze, okna zamalowane do połowy lśnią
czystością, widać nawet skrawek nieba, nigdzie się nie spieszę, dookoła
wiosna... A gdzie miałbym się śpieszyć?
Co ja tu robię? Zbieram muszle i
kamyki. Piję czerwone wino, tańsze niż woda mineralna z Vichy.
3. W tramwaju spotkałem, kilka dni po
powrocie, Wojtka, “drogiego kolegę”, raczej: byłego kolegę z pokoju
nauczycielskiego, to zaufany dyrektorki (nie: pani dyrektor), dziwi się, że nie
przyjąłem propozycji dyżurów w internacie (tam się nic nie robi, a miałbyś
dodatkowo trzysta zetów, piechotą nie chodzą, cha, cha). A po co? Obiecywała mi
półetat, ale dała go, sam wiesz komu... Dyżury w internacie w soboty i
niedziele? Zauważył, że jestem opalony i dodał (obłudnie, obłudnie), że mnie to
dobrze, nie muszę wstawać po szóstej; wiedziałem, że zaraz zapyta, gdzie się
tak opaliłem. Co mu miałem powiedzieć? Prawdę.
– Byłem tydzień nad Atlantykiem,
na południe od ujścia Loary. Musisz koniecznie tam pojechać, mówię ci, to nie
Bałtyk, to Ocean. A jakie tanie ostrygi! I pełno toplessek na wyspie
Noirmoutier...
Nieco młodszy (były) kolega
popatrzył na mnie z politowaniem:
– Świetnie to sobie
wykombinowałeś, dasz mi dokładny adres?
Czytanki
To jest telewizor, który
pokazuje kolorowe obrazki z całego świata, a nawet z księżyca. Kiedy mama nie
potrafi odpowiedzieć na moje pytania, mówi, żebym zapytała się taty, bo on
wszystkie rozumy pozjadał, ale ja wiem, że najmądrzejszy w domu jest telewizor.
Słyszałam jak sąsiad – to łebski mądrala, powiedział o nim niedawno tata –
tłumaczył tacie, że kto nie jest pokazywany w telewizji, ten nie istnieje, a
kto tam gada, ten jest najmądrzejszy. Czy tatko wystąpił kiedyś w telewizji.
Ani razu.
Tysiąc
pierdołek o sadzeniu grochu
222.
Hebanowy nożyk do listów. To M.
na początku lat siedemdziesiątych kupiła mi na Krupówkach drewniany nożyk do
rozcinania listów i książek (wówczas wciąż, jak przed wojną, ukazywały się
takie z nierozciętymi stronami). Drewniane, chyba świerkowe,
dziesięciocentymetrowe ostrze zostało kiepsko oszlifowane: już po kilku
tygodniach wcale nie rozrywało mi się listów lepiej i szybciej niż to robiłem
wcześniej ołówkiem lub po prostu palcem. Wystrugał go chyba terminator, na
uchwycie po jednej stronie kilka wgłębień (to niby kwiatek) i jakby promieni, a
na drugiej napis zakopane. Nie wiem dlaczego dawno go nie wyrzuciłem do zsypu
albo nie podarowałem znajomym, by spalili w piecu kaflowym.
A pod koniec lat osiemdziesiątych
M. dostała od koleżanki Wiesi (dwojga nazwisk) hebanowy nożyk, kupiony przez
nią w sklepiku z pamiątkami nad Oceanem Indyjskim, w Mombasie, w Kenii. Nie
widziałem dotąd drewna hebanowego, tylko słyszałem/czytałem o Murzynie czarnym
jak heban. To znaczy jak czarnym? Teraz wiem: nie ma czegoś bardziej czarnego
niż heban. Nawet noc, nawet rozpacz, nawet smoła w piekle? Tak. Od kilkunastu
lat piętnastocentymetrowe (zmierzyłem!) ostrze łagodnie rozcina najgrubsze
listy i wcale się przez lata nie stępiło; i dziś żaden list nie odmawia:
otwiera się natychmiast bez oporów. Końcówka jest na tyle spiczasta, że mogę –
gdy tylko mam ochotę – podrapać się po plecach. Teraz wiem: drewno hebanowe
jest twardsze od dębowego, moczonego w stawie przez kilkanaście lat. Mój nożyk
nie ma trzonka, tylko stylizowaną głowę kobiety, której szyja/kark owinięta
sześć razy drucikiem (czytałem, że młode Kenijki przymuszane są do noszenia
metalowych albo plastykowych obręczy, mających wydłużać szyję, jak to nie raz
pokazywano w filmach o Afryce), na głowie spiczasty kok (a może to jakaś
tradycyjna chusta). Czy to naprawdę kobieca głowa? Głowa Masajki? Gdy patrzę z
profilu, wydaje mi się, że to twarz kobiety z rozszerzonymi wargami, a gdy en
face – groźnego wojownika. Nie mam złudzeń: nożyk przetrwa wiele, wiele lat (o
ile nie zostanie spalony, na przykład jako niebezpieczne narzędzie).
Zastanawiam się, gdzie wyskrobać inicjały i datę: dyskretnie, powyżej karku,
czy może też jawnie, na lewym ostrzu? Hebanowy nożyk zawsze mam na biurku;
gdyby ktoś chciał mnie zaatakować, na pewno użyję go w samoobronie. Ostrzegam:
wchodzi w ciało jak w masło. Sprawdziłem: masło prosto z lodówki przecina
równie sprawnie jak stalowy nóż do chleba.
Sen nad
ranem [przed 6?]: 20 I 2000 (zapisany 21 I 2000 po 12)
Na podwórzu, we Wrocławiu, wokół
kilkupiętrowe stare kamienice, jakby podwórko między Świdnicką, pl. Kościuszki,
Piłsudskiego i Bałuckiego. Podbiega do mnie pies z długą smyczą, podobny do
naszego jamnika. Przymila się i prawie mówi/wyszczekiwuje, że mam go wziąć z
sobą, jest przecież jamnikiem Borgisem, trochę się dziwię, wiem, że Borgis
dawno nie żyje. Już chcę odejść, bo widzę, że to właściwie bardzo malutki
piesek, taki grubszy ratlerek, ktoś powie, że go ukradłem, bezpańskie psy nie
biegają na podwórku ze smyczą, odchodzę, a piesek biegnie za mną. Mówi
wyraźnie: zaczekaj, zaczekaj.
Tysiąc
pierdołek o sadzeniu grochu
333. Nocnik
zamiast czajnika. To mi
się przydarzyło we wrześniu 1984 roku (a może 85): odwiedziliśmy znajomych, starsze
małżeństwo po sześćdziesiątce. Mieszkali na dalekim przedmieściu, właściwie na
osiedlu prawie wiejskim, które dopiero w 1951 roku zostało przyłączone do
Wrocławia; z pętli tramwajowej autobusem trzeba było jechać do nich ponad
kwadrans. Mieszkali w jednopiętrowym domku o spadzistym dachu, nieco
zaniedbanym w środku, choć z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie (przed 1945
rokiem mieszkał w nim jeden ze znanych wrocławskich architektów i chyba on go
zaprojektował), natomiast najbardziej przyciągał nas (i innych ich znajomych)
prawie półhektarowy sad śliwkowy i jabłkowy. Zostaliśmy zaproszeni na śliwki
węgierki: narwijcie sobie, ile chcecie, teraz ciężkie czasy, można zrobić kilka
słoików powideł albo kompotu. Jasne, kompot albo wino, tylko skąd wziąć tyle
cukru (wciąż na kartki). Albo śliwowicę. Najpierw trzeba – jak powiedziała
opiekunka sadu – małą godzinkę pogadać o wspólnych znajomych, a najważniejsze
to napić się dobrej herbaty. Siedzimy w dużym pokoju na parterze, po chwili
gospodyni przynosi w garnku zagotowaną wodę i wlewa do szklanek z esencją, Co
widzę? To nie czajnik, lecz znany mi (nie tylko mnie) z dzieciństwa dziwny
garnek, z jednym uszkiem, z nieco rozszerzonymi brzegami u góry. Czyż to nie
jest nocnik? Czy M. też to widzi? Naczynie używane chyba od kilku miesięcy,
widzę wyraźne osady wapienne. Mają własną (również przedwojenną) studnię i
herbata na pewno smaczniejsza. (twarda woda zdrowia doda – przeczytałem kiedyś,
hm, nie pamiętam gdzie...) Nie mają czajnika? No tak, M. chciała kupić nowy
czajnik (albo jakiś dwulitrowy garnek na wodę do herbaty): emaliowych naczyń
brak, na kartki są buty, wódka i papierosy, ale nie czajniki; bez czajnika
można się obejść, ale nie bez papierosów i wódki. Zaraz sobie przypomniałem, że
w zimie przeczytałem w Trybunie Ludu zdanie w sprawozdaniu z jakiejś
miejskiej konferencji partyjnej, że jedna z delegatek żaliła się, że cieszy ją
bardzo, że ostatnio rodzi się tyle dzieci, ale niestety brakuje w sklepach nie
tylko pieluszek, ale także zwykłych nocników. To po cośmy, towarzysze, tę Hutę
Katowice wybudowali? – zapytała podniesionym głosem. Naprawdę zabrakło
nocników? – zadumał się w Warszawie najwyższy sekretarz do spraw przemysłu i
handlu. Co robi fabryka naczyń emaliowanych w Olkuszu? Co w Rybniku? Towarzysze,
trzeba nam w tym roku wypuścić na rynek sto tysięcy emaliowanych nocników! I
były już w maju. Niektóre kolorowe, sprowadzone nie tylko z Węgier i NRD, ale
również z Chin (te z kolorowymi smokami i latawcami rozeszły się najszybciej).
I zapewne było tak: gdy nasza znajoma chciała kupić garnek, sprzedawczyni
poradziła jej, by wzięła nocnik; co to za różnica, sama sobie kupiła, a w
magazynie za duże zapasy, nie wiadomo co z nimi zrobić, a nocnik o połowę
tańszy od czajnika, w ogóle nie wiadomo, czy w tym roku jeszcze będą.
Herbata cejlońska wcale mi nie
smakowała, choć pachniała wyśmienicie, bo między jednym a drugim łykiem
wyczuwałem także zapach szczyn. Niewątpliwie urojonych. Gdy pani Basia
zapytała, czy może jeszcze herbaty, podziękowałem naprawdę szczerze.
Podsłuchane (na przystanku
autobusowym)
– Już za kilka lat więcej
Polaków będzie umierać niż się rodzić. Co się z nami stanie za pół wieku? A
jeszcze dwadzieścia lat temu w Europie byliśmy potęgą demograficzną: co roku
przybywało ponad dwieście tysięcy przyszłych obywateli państwa o tysiącletniej
historii. A teraz co? Przyrost minusowy! A pamiętasz, kto wtedy rządził? Junta
na czele ze Ślepowronem. Może on nie był aż taki sowiet? Wiesz co, dochodzę do
wniosku, że wszystkiemu winni są masoni i cudzołożnicy...
– A ty ile masz?
– A po co mi dzieci? Tu chodzi,
rozumiesz, o Polskę. Zapamiętaj: o Polskę!
Sen przed 6:
21 XI 2000 (zapisany 21 XI 2000 przed 18)
W nieznanym mi pokoju: leżę na
łóżku, obok stół z litego drewna, widzę mysz, skąd tu mysz, po chwili druga,
krzyczę chcąc je przegonić, a one jakby się ze mnie śmiały, dotykają się
pyszczkami, po chwili coraz więcej myszy, chowają się w szczelinach stołu
(między blatem a nogami). Skąd tu się wzięły? Gdzie ja jestem? Chyba to polne myszy.
Zaczną się mrozy?
© Jerzy Pluta