O Henryku Berezie


Jerzy Pluta
Henryk Bereza:
artysta czytasz/pisarz/mistrz/onirysta
0.
„Twórczość” bez zapisków Berezy? Niemożliwe!
Mocno się rozczarowałem
biorąc do rąk styczniową Twórczość
(2005). A jeszcze bardziej byłem zawiedziony w lutym przeglądając zeszyt
podwójny 2/3. Co się stało? Znowu nie ma najbardziej oczekiwanej przeze mnie
rubryki „Czytane w maszynopisie”! Wiem: po śmierci we wrześniu 2004 r. Jerzego
Lisowskiego – nowy szef, wiec zapewne nowe porządki, ale Twórczość bez zapisków Henryka Berezy wydaje mi się jakby
kadłubkowa. Ale w tymże lutowo-marcowym nrze Twórczości obszerny szkic Małgorzaty Rygielskiej
o trójwierszach Berezy, o których na końcu tych notatek i ja się wypowiadam.
Tak, nagle (bez pożegnania?) Bereza zaprzestał publikacji swoich notatek, niemających odpowiednika w polskich czasopismach? Mniemam,
że to tylko krótka przerwa w podróży. Mam także nadzieję, że wszystkie –
ułożone chronologicznie – teksty z rubryki „Czytane maszynopisie” ukażą się
kiedyś w osobnym grubym tomie. Dodam (bez fałszywej skromności), że jestem osobiście
zainteresowany tą edycją: kilkanaście razy pojawiało się tam i moje nazwisko
(m.in. kilka listów HB o Przecinku).
A być wzmiankowanym przez autora Sztuki czytania, to znaczy znacznie więcej
niż niejedna recenzja... Gdzie są ci wydawcy, którzy czekają na współczesne
dzieła naprawdę samoswoje, nie do podrobienia,
których nikt inny nie mógłby napisać? Chyba chrapią pod lipą czarnoleską i
czekają na krasnoludka Koszałka-Opałka.
Najpierw przytoczę moje
zapiski o Berezie, drukowane w „Przecinku.
Ile osób wówczas je przeczytało? Kilkadziesiąt? Może sto, może dwieście? Potem
polecam dopowiedzenia z lat 2004-2005.
1. Henryk Bereza: artysta czytacz/pisarz/mistrz
Nadtytuł „Czytane w maszynopisie” pojawił się w Twórczości w 1977 r.: pod koniec
prawie każdego zeszytu ukazywały się teksty Berezy, będące omówieniami książek czytanych
naprawdę w maszynopisie, czyli – recenzjami
wewnętrznymi, których druk w prestiżowym czasopiśmie mógł przyśpieszyć edycję książkową. Zazwyczaj omawiane przez
Berezę tytuły można było później (po kilku, po kilkunastu miesiącach, po kilku
latach) zobaczyć w księgarniach, choć niektóre utwory do dziś można jedynie przeczytać (jeśli ocalały!) w maszynopisie.
Zapewne nie wszystkie opinie
wewnętrzne Bereza drukował w Twórczości: nie wszystkie wydawnictwa prosiły
go o zdanie, więc wybór tytułów na pewno
był przypadkowy, ale po latach (w wydaniach
książkowych tych opinii) widać, że te teksty stanowią jedno z najważniejszych wypowiedzi o polskiej prozie współczesnej. W „Biegu
rzeczy” („Czytelnik”, Warszawa 1982) i „Obrotach” (Spółka Wydawniczo-Księgarska, Warszawa 1996)
ukazało się łącznic prawic 200 omówień konkretnych tytułów i kilkanaście szkiców korespondujących z ich problematyką.
Obroty
miały się zresztą ukazać kilka lat temu,
pojawiły się dopiero w 1996 r. w mało znanej
oficynie, a nie np. w „Czytelniku” czy w PIW-ie, które wydały poprzednio większość książek Berezy. W połowie lat 80. przetoczyła
się w czasopismach (głównie w „Literaturze”)
dziwna (bo zastępcza!) dyskusja, do której
wtrącił się Bereza „Baranoją” (drukowaną wówczas na pierwszej stronie „Polityki”), teraz
przypomnianą w „Obrotach”. Jeszcze dziwniejsza toczyła się (w „Tygodniku Powszechnym”)
na początku lat 90. o „czarnej dziurze” w polskiej prozie lat 80. Do 1989 r. Bereza rzadko się odzywał
wprost: wypowiadał swoje zdanie
w recenzjach
i szkicach analizując konkretne utwory,
całkowicie ignorując „obowiązujące trendy". Już od połowy lat 70. Bereza skupił swoje główne zainteresowania na autorach młodszego pokolenia, którzy
nie traktowali literatury jako przede
wszystkim służby (wszystko jedno jakiej: społecznej, politycznej, moralnej itd.), lecz...
Tu nie dopowiadam. Gdy czytam na nowo (bo przecież
czytałem te teksty kiedyś w „Twórczości”) w „Obrotach” zdania o książkach głośnych i całkiem zapomnianych, to ogarnia mnie lekka zazdrość: jakże ci pisarze mieli szczęście, że ich
maszynopisy trafiły do Berezy, jak empatycznie
potrafi on wczytać się w autorskie
przesłania (wiadomo: nie jest
to krytyk chłoszczący), znajdując w każdym prawie utworze swoiste właściwości
(charakterystyczne są tu także
jednowyrazowe tytuły: „Powaga".
„Zgrzebność", „Spełnienie'"). Każdy tekst Berezy, choć
zazwyczaj dotyczy konkretnego utworu, jest
zarazem czymś więcej: zamkniętą formą prozatorską, którą można rozpatrywać autonomicznie. Dodam, że niektóre (a może nawet większość!) wypowiedzi
Berezy są znacznie ciekawsze (i
istotniejsze) od omawianych utworów...
Bereza swoje „ja" wypowiada właśnie w recenzjach, szkicach i
notach, a nic w powieściach i opowiadaniach: to nie są jedynie teksty paraliterackie, lecz także sensu stricto prozatorskie.
W każdym niemal tekście Berezy pojawiają się zdania-uogólnienia;
one to (i te serio, i te ironiczno-polemiczne,
jak choćby to zdanie przed laty o
Drzeżdżonie, że jest lepszy od Borgesa i Cortazara) wywołują nieraz furiackie niemal polemiki oponentów. Bo też Bereza jest od prawie 20 lat głównym celem uszczypliwości i ataków
obrońców literatury „dobrze skrojonej", „do czytania". I co ciekawsze: to nie Bereza atakuje, to on jest atakowany, że wyznaje taką, a nie
inną hierarchię wartości literackich. Gdy czytam niektóre polemiki (i
„polemiki"), to odnoszę wrażenie, że chodzi chyba o szefa jakiejś
złowrogiej sekty, która porywa
dzieci, więc trzeba jej – w imię
tolerancji – dać odpór... W „Baranoi" są zdania, które warto zacytować: „Prawdziwa literatura była, jest i
pozostanie do końca sztuką rękodzieła, nie będzie miało do niej dostępu nic z ersatzu i sztucznego tworzywa, będzie zawsze sztuką
poszukiwań, odkryć, błądzeń i nieustannego
ryzyka (...), prawdziwa
literatura jak koszule z bawełny lub jedwabiu będzie coraz większym luksusem, pseudoliteratura przyjmie się jak nylon, elana i
non-iron”.
Po 1989 r. rubryka „Czytane w maszynopisie” nadal pojawia
się w Twórczości, ale ma już całkiem inny charakter. To swego rodzaju
pismo w piśmie. To nie tylko – jak
dawniej – recenzje wewnętrzne, lecz także teksty narracyjne („Oniriada”) i polemiczne („Wypiski"), a
także listy; teraz Bereza częściej niż dawniej mówi wprost, nie stroni od polemik, ostrych sformułowań. Lekturę „Twórczości” zaczynam zawsze od końca, od uwag Berezy: tu ujawnia się Bereza mniej znany, po prostu mistrz.
1997; „Przecinek” 4)
Czy są ludzie, którym nic się nie śni? Chyba nie. Tylko nieliczni o swoich snach opowiadają, a jeszcze mniej liczni je zapisują. Natomiast w bibliotekach tysiące dzieł, w których mowa także o snach. I w baśniach, i epopejach, i prozie realistycznej. I w Biblii, i u Homera. U Szekspira, i u Kafki. A co mniemać o sennikach (o tych serio i o tych jarmarcznych)? O
Freudzie i freudystach nawet nie warto wspominać.
Jak zapisywać sny? Jak je interpretować?
Czy są prawdziwe, czy tylko zmyślone?
Mówię o tych zapisanych. Sny, które nas
przerażają, i sny tajemnicze, i sny bajkowe. A sny podróżnicze, które mnie męczą od pół wieku? I ja zapisałem niemało snów: i tych prawdziwych (np. „Śnił
mi się Bruno") i tych częściowo
zmyślonych (Sto czyżyków).
Gdy w „Twórczości” pod koniec
lat 80. zaczęły się pojawiać zapisy snów Henryka Berezy (i to pod homerycko autoironicznym tytułem), wcale
się nie dziwiłem ich „fabułom", bowiem
stanowiły poniekąd ciąg dalszy jego esejów
i szkiców o pisarzach. Zebrane w książce („Oniriada”. Zapisy z lat 1976-1996, „Skotnica”, Warszawa 1997) czyta się nieco inaczej: i lepiej (setki
wątków!), i gorzej (niekiedy zdarzenia przerażają, deprymują itd.). Niestety, brak indeksu
nazwisk, a w „Oniriadzie” – setki nazwisk, dziesiątki miejscowości. Oto sny rodzinne i literackie. Czasem i bohaterskie (np. rozmowa ze Stalinem). Głównymi bohaterami zapisów Berezy są niewątpliwie Jarosław Iwaszkiewicz i Marek Hłasko. Czyż fragmenty o tych (i innych) pisarzach nie powinien w przyszłości autor włączać (np.
na prawach PS) do swoich szkiców i esejów? Chętnie przeczytałbym książkę Berezy złożoną z jego szkiców o Iwaszkiewiczu
i fragmentów „Oniriady”... Warszawa i Skierniewice to główne oniryczne miejscowości. Nawet nie wiedziałem
dotąd, że istnieje rzeka Rawka, a
teraz chciałbym ją zobaczyć. Może
widziałem ją z pociągu, jadąc z
Wrocławia do Warszawy? W mądrym wstępie Bohdana Zadury czytam także zdanie niemądre: „Jeśli
literatura przetrwa, miejsce Henryka Berezy w jej historii może być bardziej miejscem autora „Oniriady" niż miejscem krytyka literackiego (...)”. Hm, wielce to dwuznaczna
pochwała! A po drugie: dlaczego literatura
miałaby nie przetrwać? No tak, jeśli bombki... Oczywiście,
zapisy Berezy są dziełami autonomicznymi, ale zarazem nie powinno
się ich czytać w oderwaniu od innych jego tekstów. Co właściwie robi
Bereza? Zapisuje obrazy, streszcza rozmowy. Krótko, sucho. I wychodzą
poematy prozą. Nie komentuje, ale czasem pojawiają się pozasenne
dopowiedzenia (że np. dana postać dawno nie żyje albo jakie kiedyś nosiła
nazwisko). „Oniriada” to dzieło prozatorskie, lecz nie zdziwię się, jeśli zainteresują się nim także psychoanalitycy. Czy
są tacy w Polsce? Ale nie jestem
ciekaw, co też powiedzą...
(1998; „Przecinek” 6)
3. Pisać, pisać
„Pisanie o snach jest przeważnie bzdurą,
zapisywanie snów wymaga wobec nich największej
lojalności” – napisał Bereza do Dariusza Bitnera 17 lutego 1997. Czyż to nie najlepszy komentarz do „Oniriady”? Najnowszą
książką Berezy są „Epistoły” (Basil, Szczecin 1998), zawierającą kilkanaście szkiców i kilkadziesiąt listów z 1at 1990-1997 do Bitnera (drukowanych w ostatnich latach w „Twórczości”, w stałej rubryce „Czytane w maszynopisie").
W listach-eseikach, będących
przede wszystkim osobistymi przekazami krytyka-„ojca” do pisarza-„syna”, najciekawsze wydają mi
się zdania-wtrącenia, zdania-polemiki, często niby żartobliwe, autoironiczne. „Ojciec” jest dumny z „syna”, lecz zarazem boleje, że słucha on czasem także innych bogów. A zarazem
dodaje usprawiedliwiająco: „Nie jestem doktrynerem, fundamentalistą” (12 XI 97). Co pisał „syn”? Nie wiemy...
(1998; „Przecinek” 6)
(
To Anna Kowalska przed laty znakomicie
zatytułowała swój tom wspomnień: „Figle
pamięci” (1963). I mnie pod koniec października 2001 r. pamięć zrobiła
przedziwne figle. Ot, wydawało mi się, że to dopiero w 2002 r. Henryk Bereza –
jeden z najwybitniejszych polskich krytyków literackich XX w. – skończy 75 lat i powinienem wówczas wysłać depeszę albo
zadzwonić, albo napisać list na papierze czerpanym. A przecież w domu mam
kilkanaście słowników i encyklopedii, w których podana jest data urodzenia
autora „Związków naturalnych”. A
co przeczytałem kiedyś w jakimś senniku egipskim? „Odmłodzić kogoś w śnie o rok – będzie żył co
najmniej 10 lat dłużej niż zapisano w na górze”. A odmłodzić kogoś na
jawie?
Oto 12 XI 2002
przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”
tekst o Festiwalu Warszawa Pisarzy pt. „Książka i
salceson”, a tam i taki akapit: „Warszawę
Pisarzy pamiętać będziemy też z dowcipnego benefisu Henryka Berezy, w którym
obchodzący 75-lecie nestor polskiej krytyki wystąpił w wieńcu z liści
laurowych”. I do dziś nie wiem (och, coraz większe – i postępowe –
oderwanie od Rzeczywistości, także literackiej!), gdzie
i kiedy Bereza wygłosił jubileuszowy toast (por.: Toast (2), „Twórczość” 2002, nr 1). W redakcji „Twórczości” czy podczas spotkania w
Zamku Ujazdowskim? „W moim wieku nie
oczekuje się niczego dobrego od okresu pięciu lat (...)” – mówił autoironicznie (a może tylko żartobliwie) jubilat. To
Bereza wprowadził niedawno do krytyki literackiej nowy termin; zamiast pisać o
tekstach starych mistrzów, zaproponował eufemistyczne określenie: „twórczość senioralna”.
No tak, nie każdy senior literatury jest „starym mistrzem”... A to paradoks:
tak, Henryk Bereza jest na pewno starym mistrzem, ale – mimo przekroczenia 75
roku życia – nie jest literackim emerytem. Co miesiąc wydaje kolejną część
swojego ogromnego dzieła pt. „Czytane w maszynopisie”
(trudno mi sobie wyobrazić „Twórczość”
bez tego autonomicznego dodatku!); to druga twarz Berezy, pokazywana dopiero od
kilkunastu lat.
A co podaje o Berezie informator „Kto jest kim w Polsce” (edycja 4, 2001)? Oprócz 12 książek –
„ponad 1200 recenzji, szkiców lit.,
esejów i felietonów w kilkudziesięciu czas. krajowych
i kilku zagr. [od] 1951–; liczne
wstępy i posłowia (...)”. A najciekawsza odpowiedź
dot. hobby: „praktykowanie licznych
dziwactw, zapisywanie i publikowanie snów”. O „Oniriadzie” nie muszę wspominać, ale intryguje
mnie to pierwsze hobby: jakie to dziwactwa? Z drugiej
strony: czy to takie ważne? Nie, ale to zapewne Bereza wpisał do ankiety takie
sformułowanie. No tak, ja znam autora „Sztuki
czytania” od czterdziestu
paru lat, ale przede wszystkim z publikacji; kilkanaście razy w życiu spotkałem
go na imprezach literackich, a chyba tylko trzy, cztery razy rozmawiałem z nim
na stopie towarzyskiej. Mógłby – emeritus –
odpoczywać, a on (mimo dolegliwości okulistycznych, o których wspominał w
„Twórczości” kilkakrotnie) codziennie czyta i pisze, czyta i pisze, nie chce
sobie wziąć sobie do serca słów przekornych Norwida (z „Marionetek”):
Zapomnieć
ludzi, a bywać u osób,
–
Krawat mieć ślicznie zapięty!...
No tak, ostatnio widziałem Henryka Berezę w Warszawie w 1984 r. (lub
1985) i nawet nie zapamiętałem, czy nosi krawat. W każdym razie: na zdjęciach
(i w telewizji) zawsze w wytwornym krawacie.
(2002;
„Przecinek” 13]
5. 11 maja 2002 Bereza we Wrocławiu i w Lutyni
Oto nadarzyła się niespodziewana okazja do
spotkania z Henrykiem Berezą 11 maju 2002 r., bowiem „w marcu 2002 r. jury –
Bogusław Kierc, Stanisław R. Kortyka, „Jan Kowalski”,
Stanisław Pasternak, Jerzy Pluta – Nagrodę Czterech Kolumn 2002 przyznało Henrykowi
Berezie – za zbiór oniryków „Oniriada”
(Warszawa 1997, Wydawnictwo-Klub „Skotnica”) oraz
twórczość eseistyczną i krytycznoliteracką, Jakubowi Ekierowi – za tomik
wierszy „Podczas ciebie” (Kraków 1999, Wydawnictwo a5) i twórczość przekładową,
Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi – za encyklopedię eseistyczną „Leśmian”
(Warszawa 2001, Wydawnictwo Sic!) oraz dzieła
eseistyczne i poetyckie”.
Kto może otrzymać tę jedną z
najskromniejszych polskich nagród literackich, wręczaną pod Wrocławiem w sadzie
pisarz i lotnika? „Nagroda Literacka Czterech Kolumn jest przyznawana poszukiwaczom
i odkrywcom – czyli tym, którzy (parafrazując Blaise’a Cendrarsa) mają odwagę
iść aż do końca horyzontu (...)”. Niewątpliwie takim poszukiwaczem jest
także Henryk Bereza.
Mimo kłopotów zdrowotnych
(o których czytelnicy „Twórczości” mogli się dowiedzieć z publikowanych
tam listów i notatek), autor „Oniriady” zdecydował
się na przyjazd do Wrocławia. Tylko na kilka godzin, bo nazajutrz (12 V 2002)
musiał już być w Warszawie, by przemówić podczas odsłonięcia tablicy
poświęconej Pawłowi Hertzowi. A do Wrocławia przywiózł autora „Prozy z importu”
siostrzeniec Pawła Hertza wytwornym, klimatyzowanym autem.
Udało mi się zaprosić Henryka i jego „kierowcę” na obiad przecinkowy (niestety,
już nieopisany „Przecinku”, bo edycja zeszytów została w kwietniu 2002 r.
zawieszona). Tutaj podaję jedynie menu: zupa ze świeżych, przecieranych szparagów
(z grzankami), rolada wieprzowa (z wędzonym boczkiem), sos myśliwski, kartofle purée, młoda kapusta
zasmażana, ogórek konserwowy, papryka marynowana. Napoje, desery, owoce (do wyboru): woda mineralna niegazowana staropolanka
zdrój; kawa z ekspresu z mlekiem zagęszczonym z Gostynia; winogrona
czerwone (z Hiszpanii?); wino reńskoheskie
czerwone; ciastka z cukierni Tutti Frutti (comber ponczowy, torcik z kremem)...
Dzień był upalny, dusznawy. Gdy po trzeciej
dojeżdżaliśmy do Lutyni, rozszalała się burza. Wręczenie nagród (bez laureata
J.M. Rymkiewicza) nie odbyło się pod kolumną w sadzie, lecz w niewykończonej
przechowalni brzoskwiń. To tu Bereza przeczytał kilka niedrukowanych
oniryków i wygłosił przejmującą (wcale nieokolicznościową) mowę (drukowaną potem w „Twórczości” –
2002, nr 9 – jako „Toast (3)”), z której przytoczę tylko trzy zasadnicze
zdania:
„W decyzjach tego typu [czyli przyznawania nagród] widzę nie przejaw
prywatnej życzliwości, lecz świadectwo zrozumienia moich rezultatów literackich
lub tylko aprobaty dla tego, co robię.
Nie wiem zresztą, co z tych dwóch rzeczy –
zrozumienia i aprobaty – jest ważniejsze.
Zrozumienie niektórych osiągnięć twórczych
bywa niekiedy trudniejsze i rzadsze niż one same”.
A potem znowu, jak w piosence ludowej, „słońce
i pogoda, pójdziemy se do ogroda”.
Całe to zdarzenie wydało mi się w pewnym momencie nieco surrealistyczne: oto
siedzimy w sadzie, który rośnie na miejscu, na którym rozegrała się w 1757 r. Bitwa pod Lutynią, podczas której (po przegranej
wojsk austriackich z pruskimi) nad dwa wieki rozstrzygnęły się losy Śląska
(poniekąd i mojej rodziny, i mój osobisty), gawędzimy w sadzie o literaturze,
popijamy z nestorem literatury polskiej wodę mineralną i wysokoprocentowy
napój, zwany poetycko winem brzoskwiniowym.
6. I Bereza wśród poetów?
Po raz pierwszy z
trójwierszami Berezy zetknąłem się w „Regionach” (chyba w 2000 r.). Gdy pewien mój znajomy pisarz swego czasu przeglądał u
mnie „Regiony”, zadziwił się wielce, gdy zobaczył wiersze autora Pryncypiów – i zapytał starotestamentowo:
i Bereza wśród poetów? I dla mnie wówczas było to też pewnego rodzaju
zaskoczeniem. No tak, niektórzy chcieliby, by Bereza pisał jedynie (o nich
zwłaszcza) pochwalne zdania, a tu pojawia się Oniriada, teraz Miary (Świat
Literacki, Warszawa 2003)... Co z nimi zrobić”
Autoironiczne
określenie, najpierw w Kto jest kim w Polsce, a teraz na
skrzydełku Miar, że to „dziwactwa”,
mnie nie dziwią, bo wiadomo, że każdy tekst literacki jest pewnego rodzaju
dziwactwem. Dlaczego by „sędziwy krytyk i eseista” nie miał prawa do pisania
trójwierszy? Toż na to w wieku senioralnym najlepsza pora! Czyż o mądrościach
życiowych mają pisać młodziankowie po maturze?
Przeczytałem Miary najpierw od początku do końca, a
teraz czytam – jak mi się otworzy książka. Niektóre trójwiersze bardziej
czytelne, gdy zna się np. niektóre szczegóły
biograficzne autora (widok z mieszkania na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i
Marszałkowskiej, fartuch Olesi).
Oczywiście, wiele tu – jak to w literaturze – odniesień, aluzji, dla mnie
trudnych czasem do rozszyfrowania, ale to przecież nie są notki reporterskie,
lecz swego rodzaju „ życiowe podsumowania”. Niektóre od razu mnie zachwyciły
(nie wiem, czy to dobrze!), niektóre mniej, nad
niektórymi będę dumał podczas kolejnych lektur, ale zawsze (w moim odbiorze)
liczą się te teksty, które zastanawiają, poruszają. Np. o jeńcach:
Jeniec wojenny
ruski pruski lub polski
równość w praktyce
Czyż to nie „istota
rzeczy”? Tak, poniekąd Bohdan Zadura (w posłowiu) ma rację, że trójwiersze Berezy to haiku. Ale po co używać tej nazwy, skoro ona kojarzy się raczej nie
najlepiej (często wielu autorów polskich po prostu raczy nas banałami, a podpisuje
potworki dumnie: haiku...). Ale pierwszy zapis jakby z japońskiej antologii:
Siąpi deszcz mżawka
pod drzewami brudny śnieg
lśni czerń konarów
Sam nie wiem, czy to
dobrze, czy źle (owe „japońskie” asocjacje)... Czyż można więcej dodać? O stole
ważne myśli! (Jakże ja nie lubię mieszkań, w których nie ma stołu, tylko ławy,
stoliczki etc.)
Nekrologi zainteresowały
mnie oczywiście także z innych powodów. Znam twórczość wszystkich „opisanych”
pisarzy (niektórych znałem osobiście). Jak oddać w kilku słowach istotę ich
pisarstwa/osobowości? Najpierw musiałem wpisać ołówkiem nazwiska pisarzy u dołu
strony, potem czytałem i dopowiadałem sobie, co też ja mniemam o konkretnej
osobie... No i nie dziwię, że (na s. 92) autor nie podał nazwiska:
Przez żart profesor
mówi wiersze z pamięci
odrabia tytuł
A iluż takich profesorów
i ja znam? Kilkunastu... Trochę mnie zdziwiły słowa o Bieńkowskim:
celebra kultu sztuki
mistrz pustosłowia
Owszem, „Trzy poematy”
nazbyt euforyczne (i wielosłowne), ale czy w esejach to „mistrz pustosłowia”?
No tak, Bereza znał go bliżej (m.in. w redakcji Twórczości), a ja tylko czytałem i słuchałem (w radiu i na kilku
spotkaniach autorskich we Wrocławiu) jego tekstów. Nie odbierałem jego mówienia
o literaturze jako egzaltacji, raczej jako coś emocjonalnie pozytywnego. O
Leopoldzie Buczkowskim cóż więcej można dodać?
widzi wszechświat przez wojnę
trwa w bitwach słowa
Choć konstatacja „epik
zagłady” nieco już nadużywana (ale zdaje się, że to
Bereza pierwszy użył tej formuły). Jakże przejmujące (gorzkie a prawdziwe)
słowa o Piętaku:
Dał wiarę kłamstwu
ukrył dar wyobraźni
skok z okna na bruk
Bereza w rubryce „Czytane w maszynopisie”
nieraz wypowiadał się o poezji, co dla mnie było pewnego rodzaju zaskoczeniem
(przed 1990 r. nie przypominam sobie żadnego jego tekstu o poezji). A tu uwagi
entuzjastyczne m.in. o Piotrze Cieleszu, a w ostatnich latach o Kazimierzu
Hoffmanie. Czyżby w Miarach Bereza „konkurował” z poetami? Na pewno
podziwia u poetów zwięzłość, skrótowość i celność słowa. Np. każdy wiersz
Cielesza o babci to jakby zarys powieści, a efekt może nawet lepszy. Bereza nie
udaje poetę, Bereza ujawnia się w Miarach bardziej jako aforysta niż
poeta, jako autor-esencjonalista. W Miarach
bliżej mu do Stanisława Jerzego Leca niż np. do Różewicza.
7. Kto się boi Henryka Berezy?
To nie jest kolejne nawiązanie do dramatu
amerykańskiego autora, to po prostu przypomnienie tytułu felietonu Jerzego Pilcha
(wówczas mało znanego „młodego prozaika” i początkującego felietonisty) z Tygodnika Powszechnego, chyba z końca
lat 80. lub początków lat 90. Dodam: jednego z najgłupszych
felietonów, jakie w życiu czytałem (nie wiem, czy też jednego z najgłupszych w
dorobku Pilcha), w którym starał się on ośmieszyć poglądy Berezy. Ot, Pilch
radził dobrodusznie pisarzom, by nie bali się Berezy, bo on po prostu nie zna
się na literaturze, jego opinie są niewiarygodne: oto Bereza wmawiał
czytelnikom, że jesteśmy świadkami tzw. rewolucji artystycznej w prozie, a
przecież książek zachwalanych przez Berezę nikt nie czyta, nikt nie zna, może w
ogóle nie istnieją... Wszyscy ci autorzy, których tak gorliwie przez wiele lat
forował Bereza wpadli do czarnej dziury i nigdy już z niej nie wyjdą – cieszył
się prostodusznie Pilch. A ja miedzy wierszami odczytałem tekst Pilcha również
tak: mnie tu w Krakowie chwalą, nawet niektórzy podziwiają, a taki Bereza nie
napisał o mnie ani jednego zdania. Ale co on może w tej Warszawie wiedzieć o
nowej prozie itd.
Dlaczego wspominam o tym felietonie sprzed
lat? Może dlatego, że był to tekst agresywnie zaczepny
o znakomitym krytyku i eseiście wyzbytym agresywności w pisaniu. Było to jakby
drażnienie kijem – z bezpiecznej odległości – lwa w zoo.
Kiedy zetknąłem się po raz pierwszy z
drukowanymi tekstami Berezy? Prawie 50 lat temu. Może nawet po raz pierwszy pod
koniec 1955 r. Wtedy rozpocząłem edukację licealną, a nasz polonista, lwowiak Roszko, zalecał czytanie (i prenumerowanie) prasy literackiej.
W IV kwartale 1955 r. zaprenumerowałem Nową
Kulturę; niewiele (wówczas 13-letni) rozumiałem z publikowanych tam tekstów
(zapamiętałem natomiast do dziś jedynie „Odwiedziny prezydenta” Zawieyskiego,
które przed całą klasą streszczałem na stopień –i dostałem dwóję), tam być może
spotkałem się z nazwiskiem Berezy (ale na pewno rok,
dwa lata później w Twórczości lub Przeglądzie Kulturalnym). Wierzyć mi się
nie chce, że już 50 lat posilam się pisarstwem Berezy! Tak, posilam. To
przecież Bereza od ponad 50 lat udowadnia swoimi tekstami, że sztuka
czytania jest równie ważna
jak sztuka pisania.
Do początków lat 90. Henryk Bereza rzadko
wdawał się w bezpośrednie polemiki, zwłaszcza gdy
dotyczyły sporów ad personam. Zazwyczaj odpowiadał
pośrednio: albo pisząc recenzję, albo milcząc o konkretnych tytułach. Jeśli np. zraził się do nowych dzieł pisarza, którego poprzednio
wysoko oceniał, to po prostu nie pisał o nowych książkach, natomiast dawne
teksty nadal umieszczał w wyborach książkowych. Oto od połowy lat 70. Bereza
nie napisał o żadnej nowej książce Marka Nowakowskiego, co odczytywano
jednoznacznie jako najsroższą recenzję. Natomiast po 1989 r., m.in. w rubryce
„Czytane w maszynopisie” (i w ankietach, m.in. paryskiej Kultury – 1992, nr7/8– „Pisarze niedocenieni – pisarze
przecenieni”) zobaczyliśmy także inną twarz Berezy, bardziej (jak na niektórych
jego zdjęciach) witkacowską: wypowiadał się on
wprost, komentował teksty drukowane w czasopismach, dzielił się wrażeniami z
papieskich pielgrzymek, publikował listy – które najpierw
otrzymywali autorzy (a więc nie były to teksty pierwotnie przeznaczone do
druku) – i zapisy snów. (Nie mogę tu nie wspomnieć, że m.in. rubryka „Czytane w
maszynopisie” zainspirowała mnie do edycji autorskich zeszytów literackich Przecinek.) I takiego Berezę najbardziej
podziwiam, Berezę, który nie ukrywa swoich sympatii i antypatii literackich,
choć czyni to wprost, to nigdy – napastliwie, wciąż stara się dostrzec w
debiutujących autorach przede wszystkim ukryte zaczątki wielkości, czyli znaleźć
w tonie piasku ziarenko złota. Zazwyczaj mu się to udaje. Czyli Henryk Bereza
bywa także alchemikiem? Oczywiście, oczywiście.
(18 IV 2005)
8. Drogi Jubilacie, Drogi Seniorze, Drogi Mistrzu
Stało się: nie ma już w Twórczości rubryki „Czytane w maszynopisie”. I chyba nie będzie:
ot, z przyzwyczajenia zaczynam lekturę miesięcznika od ostatnich stron i robi
mi się smutno. Było i było, jak pisał Białoszewski. (Było i się zmyło, jak w
PRL-u mawiały sklepowe księżniczki.) Ostatni raz „pismo w piśmie” Henryka Berezy
ukazało się w Twórczości w 2005 r. w
numerze sierpniowym.
I oto kilka dni temu w
Internecie czytam, że w połowie października 2006 r. ukaże się na najnowsza
książka Berezy, pod znanym czytelnikom rubryki „Czytane w maszynopisie” tytułem
(…wypiski…). Na razie widziałem
jedynie wirtualną okładkę, ale przypuszczam, że to wybór materiałów z rubryki
„Czytane w maszynopisie” (książka – wg zapowiedzi – zawiera ok. 240 stron, a
gdyby wydano całość, to musiałaby mieć ok. 1200 stron…).
W 2005 r. Henryk Bereza
został przewodniczącym jury Nagrody Literackiej Nike. Jaka wyznał w publicznej
rozmowie autor Miar, teraz w ciągu
kilku miesięcy musi przeczytać/przekartkować ponad 500 tomów, które kandydują
do Nagrody Nike, czyli nie może narzekać na nadmiar wolnego czasu.
A mam nadzieję, że nadal zapisuje sny i robi wypiski z lektur czasopism
i książek. Czy zmieniło się coś w werdyktach jury Nagrody Nike? Chyba tak, bo i
w 2005 r., i w 2006 r. czeki otrzymali prozaicy. (A ja wielce się rozczarowałem
Nagrodą Nike 2006: otrzymała ją autorka powieści, której nie potrafię zaśpiewać,
jako czytelnik zapewne nie przyswajam już nowych „tryndów’ w prozie polskiej – natomiast moimi
prywatnymi faworytami byli…) Czy Bereza był za, czy przeciw? Być może kiedyś
się dowiemy.
28 października 2006 r.
Henryk Bereza kończy 80 lat. Podnoszę więc duży
kielich z toskańskim winem i kielonek z lutyńską brzoskwiniówką: Drogi
Jubilacie, Drogi Seniorze, Drogi Mistrzu, śnij jak najdłużej, śpij jedynie do
dziewiątej, czytaj tylko w dzień, nadal pij
wodę tylko ze źródła!
(5 X 2006)
©
Jerzy Pluta, 2006