Przecinek 2002, z. 13 # Przecinek 2002, z. 13
Małe
prozy i marginalia Jerzego Pluty © Jerzy Pluta 2002
Noty
Noty Noty Noty Noty
Komunikat
redakcyjny
Powiadamiam
P.T. Czytelników, iż 13 czerwca 2002 r. Szef rozpoczyna – zapowiadaną od wielu
lat – PODRÓŻ
DOOKOŁA ŚWIATA (Wrocław ® Praga ® Wiedeń ® Sarajewo ® Ateny ® Jerozolima ® Kair
® Nairobi ® Bombaj ® Pekin ® Tokio ® San Francisco ® Chicago ® Nowy Jork ®
Meksyk ® Lima ® Buenos Aires ® Dakar ® Madryt ® Rzym ® Paryż ® Amsterdam ®
Kassel ® Wrocław), więc wydawanie Przecinka zostaje zawieszone
na czas nieokreślony, o czym ze smutkiem donosi (bezrobotna!) redaktorka
AMELIA ŻYMŁA.
PS. Proszę się
za bardzo nie martwić, Szef zapewnia, że będzie przysyłał obszerne Zapiski
z podróży dookoła świata. Redakcja
Spadło nagle
z dachu i się nie potłukło!
Oto piórko
gołębia (gołębicy?), które w środę 3 X 2001 o 15:07 niespodziewanie spadło z
dachu pod moje nogi na podwórku przy Stysia 20 (dzieci mówią: Ptysia). Kto
uznał, że już mu (jej?) niepotrzebne? Podniosłem i teraz trzymam w biurku wśród
osobliwości roku. Ale czy to na pewno piórko ptaka? A może to... Nie, nic
więcej nie mogę powiedzieć!
Od
redaktorki
I ucieszyłam
się, i od razu zasmuciłam: mam nareszcie od Szefa nominację na stanowisko
redaktorki Przecinka, wypisaną na dusznickim papierze czerpanym, z
zamaszystym podpisem czarnym flamastrem, ale zarazem ustne powiadomienie, że
dalsza edycja zeszytów zostaje wstrzymana (na czas nieokreślony, dodał wielce
zagadkowo).
Rozmawiałam już
(dodam: całkiem prywatnie, by nie powiedzieć – poufnie) z b. red. Piotrem
Czyżykiem o ew. kontynuacji Przecinka: Szef niech sobie podróżuje dookoła
świata, a my będziemy wydawać cieniutkie zeszyty na ksero (oczywiście, przede
wszystkim z naszymi tekstami!), a w nich będziemy także zamieszczać (i to
malutką czcionką) jakieś drobne fragmenty sprawozdań Szefa z podróży dookoła
świata. On nic o tym nie musi wiedzieć, po prostu napiszemy dużymi literami, że
materiały wojażerskie drukujemy bez wiedzy i zgody autora. A tytuł zostanie na
razie uratowany! Ale pst, cisza sza – nie mogę za dużo powiedzieć...
A co w
trzynastce? To, co zawsze. Zawsze, czyli od 1995 r. Ot, małe prozy, zapiski
codzienne, notki, fragmenty listów do redakcji, reprodukcje kilku znaczków
pocztowych (niestety, Szef nie ma w klaserze [a może lepiej – jak u Schulza – w
markowniku?] znaczka “James Joyce”, chyba się taki ukazał w Irlandii, a na
pewno w USA). Niestety, nie zmieściła się moja notka o Encyklopedii
Wrocławia (w 2001 r. ukazało się wydanie drugie: poprawione i
uzupełnione), odsyłam więc Czytelników na strony internetowe Przecinka.
No tak, było miejsce na reprodukcje francuskich opakowań sera camembert (a po
co to? – tak, Szef to frankofil!), a brakło na moje zdania.
Od autora
naczelnego
Czy i ja nie
powinienem przed podróżą napisać kilka zdań? Bo może to ostatnie spotkanie
przecinkowe, może nie będzie okazji dopowiedzeń, uzupełnień, sprostowań? Ale co
tu dopowiadać i wyjaśniać? Sam się mocno dziwię, że udało mi się w latach
1995-2002 wydać aż tyle zeszytów! Co prawda wydajność przecinkowa (jak
ironizował red. Czyżyk, nb. w latach 70. planista w spółdzielni krawieckiej
“Polmoda”) nie była nazbyt wysoka, ale przecież liczy się nie ilość, lecz...
Czym jest/był Przecinek?
W pierwszym zeszycie (maj 1995) pisałem, że Przecinek to i żart
literacki, i przedsięwzięcie serio, to od czytelników (tych kilkudziesięciu?
tych kilkuset??) zależy, jak “jeść tę żabę”. I jak jedli? Do mnie docierały
jedynie szczątkowe opinie (ustne, listowe, prasowe etc.), ale nie mam złudzeń:
bardziej traktowano Przecinek jako ciekawostkę niż pismo serio. Bogać
tam! – jak powiedziała Jagna w Chłopach, gdy wypędzano ją ze wsi...
Przecinek to autorskie pismo
literackie (w reklamówkach dodawałem: jedyne autorskie w Polsce, choć podobno
poza Polską takich pism ukazuje się kilkanaście, jednak nikt nie potrafił mi
podać ich tytułów i adresów), ale też (pierwszy zwrócił na to uwagę Jacek
Łukasiewicz) dzieło sylwiczne. Wiadomo, w dziele sylwicznym najważniejsza jest
osoba autora (czasem redaktora), który swoim nazwiskiem (nie ma znaczenia, czy
jest to nazwisko anonimowe, czy też znane i uznane) spaja różnorakie gatunkowo
i tematycznie teksty.
Nie udało mi
się w ostatnich latach wytropić/poszukać/zauroczyć wydawcy-mecenasa; i już się
nie dowiem, ilu naprawdę miałbym prenumeratorów. Dwunastu (jak dotąd)? A może
nawet stu dwudziestu? Jeśli nawet najbardziej renomowane pisma kulturalne mają
jedynie kilkuset prenumeratorów, to mogę się pocieszać, że i tak Przecinek
nie miał żadnych rynkowych szans. Mimo wszystko czytelnikom/miłośnikom
literatury współczesnej pozostawiam bezpłatny, złoty kluczyk do sejfu: Przecinek
będzie dostępny w bibliotekach naukowych.
Wiadomo:
istnieją języki, w których przecinek w ogóle nie jest znany; istnieją i takie,
w których nie zapisuje się samogłosek. I trwają już tysiąclecia. Bez Przecinka
również można się obejść. Jak to napisał Słowacki w Beniowskim (V,
93-97)?
Po kropkach
piszę dalej. Wiatr był chłodny
I ogień
palił się wesoło z trzaskiem;
Beniowski
nie był to bohater modny,
Co się
księżyca tylko karmi blaskiem,
Przypomniał
sobie właśnie, że był głodny.
Właśnie: jestem
głodny, najwyższy czas zjeść jabłko i napić się wody prosto ze źródła Wielka
Pieniawa w Polanicy Zdroju.
Zaprzeczam
stanowczo: nie jestem kolekcjonerem!
Wspominałem w Przecinku
kilkakrotnie, że na półkach i w szufladach przechowuję różne bezużyteczne
przedmioty: kamyki i muszle, ulotki i reklamówki, kalendarze i widokówki,
ptasie piórka i zasuszone liście itd. A także mapy i plany miast, znaczki
pocztowe (tematy: “literatura” i “psy”). W z. 13 reprodukuję kilka znaczków
pocztowych; to wybór skromny, choć nie całkiem przypadkowy. A po drugie: nie
mam w swojej Pracowni Prozy Polskiej i Przyczynków Krytycznoliterackich
rarytasów i unikatów, białych kruków i czarnych kamieni (nie, mam jeden:
pierwodruk Łąki Leśmiana!), bo nigdy systematycznie nie zbierałem
znaczków, książek, map, kamyków itd. etc.
Ogłaszam więc,
że nie jestem kolekcjonerem! Ot, zbieram różne przedmioty, które mogą mi się
przydać w pracy literackiej albo też po prostu mi się podobają (np. kamyki).
Kolekcjonerzy to straszni ludzie: chcą mieć komplety, wszystkie odmiany (np.
znaczków), ale tylko po to, by się chwalić (nawet jedynie przed samym sobą): a
ja mam! do książek rzadko zaglądają (broń Boże, nic nie podkreślają, nawet
ołówkiem, a tym bardziej flamastrem czy długopisem), grafik nie wyjmują z
teczek, bo może im zaszkodzić światło dzienne...
Chyba niezbyt
roztropnie zrobiłem, iż podałem w ankiecie, że moje hobby to kartografia,
kolekcjonowanie map krain i planów miast. Nie pamiętam, czy to ja napisałem
słowo kolekcjonowanie, ale przecież tekst autoryzowałem, więc nie mogę
mieć (i nie mam!) pretensji do redaktora książki Kto jest kim w Polsce
(edycja 4, Warszawa 2001). Ot, po prostu nie mam hobby, natomiast mapy zawsze
mnie interesowały, moja rodzinna miejscowość znajduje się tylko na bardzo
szczegółowych, natomiast miasto powiatowe – na każdej, nawet na ściennej. Gdy
zaczynałem naukę w liceum, zastanawiałem, czy nie zostać geodetą, ale gdy w
1958 r. przeczytałem o przygodach geometry K., nie żałowałem, że nie
przeniosłem się do technikum geodezyjnego...
Dlaczego o tym
wspominam? Bo kilka osób, po przeczytaniu w Kto jest kim o moim “hobby”,
podarowało mi mapy, wśród których dwie naprawdę cenne, wydaje mi się, że
powinny trafić raczej do Gabinetu Kartograficznego Biblioteki Ossolinem niż do
mnie, ale teraz ja się nimi cieszę jak... (epitety znane redakcji). Komu należą
się szczególne podziękowania? Przede wszystkim Piotrowi Godlewskiemu,
tłumaczowi m.in. Hrabala (wkrótce ukaże się kolejne wznowienie Zbyt głośnej
samotności), Kundery i Dubčeka. Oto rozkładam na stole dwie mapy fizyczne –
polonica nietypowe. Zrobił je – jak pisze do mnie w liście z 13 XII 2001
tłumacz Wesel w domu Hrabala – przed wojną Wojskowy Instytut
Geograficzny, ale potem zmieniły obywatelstwo i przynależność państwową.
Pierwsza mapa tak duża (104 x 122 cm), że nie mogę jej rozłożyć swobodnie na
stole, bo takiego szerokiego po prostu nie mam. To wydana/skopiowana w Berlinie
w 1939 r. mapa “Radom – Lemberg” (skala 1:300 000), obejmująca dystrykty
radomski i lubelski Generalnego Gubernatorstwa i (za czerwoną linią graniczną,
po której napis: Sowjet Union) prawie całe przedwojenne woj. lwowskie. U góry
po prawej zastrzeżenie: Nur für den Dienstgebrauch. Druga, nieco
mniejsza (tylko 88 x 70 cm), wydana w 1941 r. (uwaga: Nachdruck: D 402/ VII.
1944), również “tylko do użytku służbowego”, obejmuje “Plöhnen – Ostenburg
– Modlin – Warschau Nord” (skala 1:100 000) i stanowi... Grossblatt
348 “Karte des Deutschen Reiches”. Merci, merci! Powtarzam: nie jestem
kolekcjonerem, jedynie zbieraczem i miłośnikiem kartografii, ale gdyby któryś z
czytelników Przecinka zamierzał mi podarować mapy (najchętniej w skali
poniżej 1:100 00) lub plany miast (dawne i współczesne), to przyjmę je z
radością i podziękuję na dusznickim papierze czerpanym chamois...
W latach 70.
przeczytałem opowiadanie Borgesa o cesarzu (królu?) perskim, który zażądał od
swoich uczonych dokładnych map państwa. Ciągle był niezadowolony z wyników,
wciąż domagał się map bardziej dokładnych; dopiero gdy przedstawiono mu mapy w
skali 1:1, okazał zadowolenie, a mapy pokryły całą krainę. Czy to nie o mnie?
Pragnę jednakowoż uspokoić kartografów, żeby spali spokojnie, ja na pewno
cesarzem już nie zostanę.
Gdy dziękując
za miły dar, wyjaśniałem w liście, że nie jestem kolekcjonerem, translator
Hrabala napisał mi (31 XII 2001) tak:
Choćby się
Pan nie wiem jak bronił, redakcja tego polskiego Who Is Who zrobiła z
Pana KOLEKCJONERA i już. A co mi tam... Znaczki zbierałem do powstania [warszawskiego],
potem się spaliły z resztą domu, a niektóre, po dziadku, były nawet cenne. W
latach sześćdziesiątych zacząłem niebacznie zbierać nalepki od serów topionych,
miałem nawet trochę zagranicznych, wśród nich słowacką (w ramach CSRS) z
uśmiechniętą salutująca pionierką. Poza innymi zaletami mogły też ilustrować
wzrost cen, bo te ceny (na polskich) były wydrukowane. Później nie wiedziałem
co zrobić z tym zbiorem. Przyszedł N. i powiada, że ktoś tam z “Gazety”, czy
skądś, interesuje się dziwacznymi zbiorami i on sprawi, że i tą kolekcją się
zainteresuje. Ale – jak to N. – nic nie załatwił, a ja rozzłościłem się i cały
zbiór, ładnie zapakowany, wyrzuciłem. Nie ma go i koniec, szlus.
Postanowiłem i
ja zreprodukować dwa francuskie awersy opakowań serków. Lubię sery półmiękkie,
a od kilku lat bez kłopotów mogę je kupić w oryginalnych, francuskich
opakowaniach (m.in. w hipermarkiecie “Carrefour”). [Uwaga! To kryptoreklama!
Paczki z serkami proszę do redakcji przekazać przez umyślnego...]
Matecznik,
mała ojczyzna czy Heimat?
W Krakowie pod
koniec 2001 r. pojawiło się nowe pismo – kwartalnik społeczno-kulturalny – Matecznik
(wydawca: Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza w Bochni). Skąd ten tytuł? Nie, to
nie jest (jak mniemałem prostodusznie) nawiązanie do jednej z najsłynniejszych
fraz z Pana Tadeusza (Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku
siedział, / Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział), lecz do tytułu
książki Mariana Pilota Matecznik (1988). Czyż to dla pisarza nie powód
do dumy? W latach 80. ukazywał się na jednym z uniwersytetów amerykańskich
kwartalnik poetycki Mr Cogito, którego tytuł był wyrazem hołdu dla
Zbigniewa Herberta. A u nas? Czy ukazywało się kiedyś jakieś pismo literackie,
będące tytułem książki (i to autora żyjącego)? Chyba nie. (Przypominam sobie,
że w 1964 r. proponowałem nazwać pisemko Koła Polonistów UWr – na cześć
Irzykowskiego – Pałubą; niestety, uznano propozycję za dziwaczną i
wybrano tytuł bardziej zrozumiały: Glosy.)
Pismo drukuje
fragment tytułowego szkicu, w którym Pilot sugeruje (i robi to wielce
przekonująco), by zamiast takich określeń jak “strony rodzinne”, “mała
ojczyzna”, “prowincja”, powinno się używać słowa bardziej konkretnego:
matecznik. Oprócz powszechnie znanego – przede wszystkim z Mickiewiczowskiego
poematu – znaczenia, matecznik (jak przypomina Pilot) w nazewnictwie
pszczelarskim oznacza otóż tę komórkę w ulu, którą zajmuje matka. Ale
jest też (jak odkryłem w PAN-owskim Słowniku języka polskiego) trzecie znaczenie,
również specjalistyczne; matecznik to poletko, na którym uprawia się rozsadę
roślin przeznaczonych na rozmnażanie.
Matecznik,
czyli mała ojczyzna. Ależ to już czwarte znaczenie! Matecznik, czyli ukłon w
stronę matriarchatu? Chyba nie. I tak w Polsce panuje matriarchat ukryty... Jak
to pisał XBW? My rządzim światem, a nami kobiety. Biskupowi nie wierzyć?
Matecznik, matecznik. No tak, Gombrowicz proponował zamiast ojczyzny –
synczyznę. A np. Niemcy nie maja języka ojczystego, lecz matczyny (Muttersprache).
Matecznik... Czy jednak się to słowo zadomowi? Oto jest pytanie!
Pamięć i
figle pamięci
To Anna
Kowalska przed laty znakomicie zatytułowała swój tom wspomnień: Figle
pamięci (1963). I mnie pod koniec października 2001 r. pamięć zrobiła
przedziwne figle. Ot, wydawało mi się, że to dopiero w 2002 r. Henryk Bereza –
jeden z najwybitniejszych polskich krytyków literackich XX w. – skończy 75 lat
i powinienem wówczas wysłać depeszę (albo zadzwonić, albo napisać list na
papierze czerpanym). A przecież w domu mam kilkanaście słowników i
encyklopedii, w których podana jest data urodzenia autora Związków
naturalnych. A co przeczytałem kiedyś w jakimś senniku egipskim? Odmłodzić
kogoś w śnie o rok – będzie żył co najmniej 10 lat dłużej niż zapisano na
górze. A odmłodzić kogoś na jawie?
Oto 12 XI 2002
przeczytałem w Gazecie Wyborczej tekst o Festiwalu Warszawa Pisarzy pt.
“Książka i salceson”, a tam i taki akapit: Warszawę Pisarzy pamiętać
będziemy też z dowcipnego benefisu Henryka Berezy, w którym obchodzący 75-lecie
nestor polskiej krytyki wystąpił w wieńcu z liści laurowych. I do dziś nie
wiem (och, coraz większe –
i postępowe – oderwanie od Rzeczywistości, także literackiej!), gdzie i kiedy
Bereza wygłosił jubileuszowy toast (por.: Toast (2), Twórczość 2002, nr
1). W redakcji Twórczości czy podczas spotkania w Zamku Ujazdowskim? W
moim wieku nie oczekuje się niczego dobrego od okresu pięciu lat (...) – mówił autoironicznie (a
może tylko żartobliwie) jubilat. To Bereza wprowadził niedawno do krytyki
literackiej nowy termin; zamiast pisać o tekstach starych mistrzów,
zaproponował eufemistyczne określenie “twórczość senioralna”. No tak, nie każdy
senior literatury jest “starym mistrzem... A to paradoks: tak, Henryk Bereza
jest na pewno starym mistrzem, ale – mimo przekroczenia 75 roku życia – nie
jest literackim emerytem. Co miesiąc wydaje kolejną część swojego ogromnego
dzieła pt. “Czytane w maszynopisie” (trudno mi sobie wyobrazić Twórczość
bez tego autonomicznego dodatku!); to druga twarz Berezy, pokazywana dopiero
od kilkunastu lat.
A co podaje o
Berezie Kto jest kim w Polsce (edycja 4, 2001)? Oprócz 12 książek – ponad
1200 recenzji, szkiców lit., esejów i felietonów w kilkudziesięciu czas.
krajowych i kilku zagr. [od] 1951–; liczne wstępy i posłowia (...).
A najciekawsza odpowiedź dot. hobby: praktykowanie licznych dziwactw,
zapisywanie i publikowanie snów. O Oniriadzie nie muszę wspominać,
ale intryguje mnie to pierwsze hobby: jakie to dziwactwa? Z drugiej strony: czy
to takie ważne? Nie, ale to zapewne Bereza wpisał do ankiety to sformułowanie.
No tak, ja znam autora Sztuki czytania od czterdziestu paru lat, ale
przede wszystkim z publikacji; kilkanaście razy spotkałem go na imprezach lit.,
a chyba tylko trzy, cztery razy rozmawiałem z nim na stopie towarzyskiej.
Mógłby – emeritus – odpoczywać,
a on (mimo dolegliwości okulistycznych, o których wspominał w Twórczości
kilkakrotnie) codziennie czyta i pisze, czyta i pisze, nie chce wziąć sobie do
serca przekornych słów Norwida (z “Marionetek”):
Zapomnieć
ludzi, a bywać u osób,
– Krawat mieć ślicznie
zapięty!...
No tak,
ostatnio widziałem Henryka Berezę w Warszawie w 1984 r. (lub 85) i nawet nie
zapamiętałem, czy nosi krawat. W każdym razie: na zdjęciach (i w telewizji)
zawsze w wytwornym krawacie.
Kim jest Bruno?
Kim jest Bruno?
– pyta w Polityce (2001, nr 49) Mirosław Pęczak, autor obszernego
artykułu o “kaskaderach literatury” (m.in. o Wojaczku, Stachurze, Hłasce,
Bursie) pt. “Pod gwiazdą rozpaczy”. I odpowiada, że jeszcze niedawno miłośnicy
Stachury wiedzieli, że to jeden z przyjaciół Steda (Ruszaj się, Bruno,
idziemy na piwo...), poeta-kaskader Ryszard Milczewski-Bruno (1940-1979): Prócz
garstki najwięcej czytających miłośników poezji, prócz wąskiego kręgu
pozostałych przy życiu osób z bliskiego mu towarzystwa, nikt go nie pamięta,
zaś dla postronnych jego wiersze wydają się kompletnie niezrozumiałe.
To prawda:
czarna legenda (piwo i wódka, rozróby, “niegrzeczności” wobec kolegów po piórze
itd.) poniekąd pożarła pamięć o poecie, ale konkluzja wydaje się
nieporozumieniem. Po wydanych w 1989 r. w “Czytelniku” trzytomowych dziełach (Poezja.
Proza. Listy), wiersze Bruna nie były dostępne w księgarniach. Wiadomo:
legendy (czy to czarne, czy białe) przemijają, zostają wiersze i one przede
wszystkim zaświadczają o poecie.
Z inicjatywy
syna poety, Sławomira, ukaże się niebawem w Grudziądzu wybór wierszy i rysunków
RMB Mamo przyszedłem straszyć (oprac.: Sławomir Milczewski i Jerzy
Pluta). Wstępne zamówienia (listowne, telefoniczne, emailowe) – w imieniu
wydawnictwa – przyjmuje już teraz redakcja.
“Dziennik wojenny” w
księgarni
Z
kilkumiesięcznym opóźnieniem (bo dopiero w marcu 2002 r.) ukazał się Dziennik
wojenny Leopolda Buczkowskiego. Wspominałem o nim w z. 12, teraz tylko
dodam, że książkę można nabyć w Księgarni Uniwersyteckiej (10-720 Olsztyn,
ul. Prawocheńskiego 4, tel. 523 45 91, e-mail: fps@ksiegarniauwm.pl).
Z
listów do Jerzego Pluty
Leopold
Buczkowski
Jak samemu
dybać taki świat?
[1]: ... to warte było nagrania!
Moi Sympatyczni i Artyści!
Wróciłem szczęśliwie do
Konstancina – do swojej samotni – tak to nazywa Trziszka. Te kilka godzin w
Waszym kręgu magnetycznym wypocząłem i nagadałem się za całe siedem miesięcy
milczenia – bo się siedzi nad białym papierem, potem do pieca i palec do nosa –
bo jak tu się stać ideą przewodnią każdej jednostki i całej ludzkości? A inni
wiedzą! –cholera.
Jak ten Wasz pies
“akompańjował” przy opowiadaniu o Leningradczyku i “matce Polce” – to warte było nagrania! A Leningradczyk
prosił mnie przed śmiercią: “ty napiszi z togo piesu” – Był malarzem, matka
śpiewaczka – zginął od zasranej wszy tyfusowej! Najstraszniejsze to było
zakopać go za stodołą, bo na cmentarzu okopała się “Upa”. Tyle z parabazy do
dramatu.
Po przyjacielsku ściskam Was.
Leopold
Buczkowski
Pani dziękuję – byłem dziwnie
wzruszony patrząc jak się zawija w pieluszki ten mój ciężki Kamień!!
Konstancin, 18.6.1976
[2]: Kto wystawia świadectwo sumienia?
Drogi Panie Jerzy!
Pech! – zaraz po depeszy do
Pana skaleczyłem rękę; buduję szopę pod dachem na te moje rzeźby – i, ryps do
kości! Już przeszło i ślabizuję – co następuje:
Świetną książkę Pan “zrobił”
– trzeba umieć zrobić! Doskonała w konstrukcji prawa dwóch postaci! Pan
rozumie? Prawo dwóch postaci z zachowaniem prawa aureoli do wielu, do wielu –
to jest mieszanka jodoformo-glicerynowa na ziarninę dośrodkową. Dyscyplina
wyczuwana w każdym zdaniu. Nic z sublimowania, nic o fałszowanych kościach!
Nazwałem sobie Pana, u siebie, w swojej kajucie, “Standalem” we Wrocławiu – ale
to się rozejdzie! Czyżyk łączący wolność z nieporządkiem! A jak porządek [ma się] do wolności? Przez estetykę?
Cała estetyka jest tylko spiskiem przeciw swobodzie, a nawet przeciw istnieniu,
którym się tak zajmujemy. A prosty ruch jest rzeczywistością. Czy wobec tego
nie ma prawa ani obowiązku dla istoty pozbawionej swobody działania? Kto
wystawia świadectwo sumienia? Krytyka czystego rozumu wszystko ubezwładniła? To
nie jest powieść o tandecie. To w ogóle nie jest powieść! Przeciwnie! To jest
znakomicie przeciw powieści. Poloniści nigdy nie mogą wydostać się poza
powieść. Jeszcze inny powiada sobie i cioci, że rzeczywistość jest
społecznością osobowości moralnych! Tymczasem osoby są jedyne w sobie! Tyle
dziś.
Miałem być we Wrocławiu,
obiecywałem sobie, że zrobimy u Pana coś w rodzaju ścisłego sympozjumque
literackiego – tymczasem Trziszka nawalił (coś tam z jego pierdułą, galopujące
pachwiny kobiet) – zabijają mu talent i musi nadrabiać w czoła poci[e] na drugiego syna. A sam, przyznam
się Panu, boję się ruszać, bo mogę kogoś chuderlawego pobić w pociągu! Nikt
mnie z tej strony nie zna. Prosili mnie też do Opola – ale jak samemu dybać
taki świat? Może Pan coś poradzi?
Drogi Panie Jerzy, jest Pan z
wybitnym talentem katalizatora za pan brat, świadom eksplozji. Ale co powiedzą
cywile? Czyżyk stał się, to fakt, to prawda. Pozycja wybitnie interesująca, też
i dlatego sympatyczna, że posiada, jak już powiedziałem, AUREOLE DO
WSZYSTKIEGO, widać też wyraźnie, w którą stronę (w tej chirurgii) iść należy.
Dziękuję też za wyróżnienie! Hi, hi!
Ściskam Pana serdecznie i
pozdrawiam, szczerze!
Leopold
Buczkowski
Konstancin, 15.11.78 r.
Dopisek adresata/edytora. Nazwisko Leopolda
Buczkowskiego pojawiało się w Przecinku wielokrotnie: i tak 3 listy
(faksymilia!) zostały ogłoszone w z. 1, a obszerne fragmenty 6 listów z lat
1982-84 – w z. 11, natomiast w z. 1, 2, 6, 11 – rysunki (z Księgi autografów).
Na s. 13 – rysunek flamastrem (z 1983? 84?), czyli próba na papierze chamois.
Dodam: wszystkie buczkowskiana (listy i rysunki) – ukazały się jako
pierwodruki. Noty o autorze Urody na czasie pojawiły się w z. 1, 2, 4,
6, 8, 11, 12. Po ogłoszeniu w z. 11 listów Buczkowskiego z drobnymi
opuszczeniami (m.in. bez tytulatury powitalnej i grzeczności końcowych), kilka
osób zwróciło mi uwagę, że powinienem ogłosić listy bez jakichkolwiek
opuszczeń. Podaję więc dwa listy Buczkowskiego bez skrótów, mimo że jest to
pewnego rodzaju nieskromnością (pochwały pod moim adresem, które jednak należy
czytać, jak wszystkie listowe uprzejmości, z pewnym dystansem). To przede
wszystkim kawałki świetnej prozy. Zamierzam zresztą opublikować w
czasopiśmie literackim większy wybór listów Buczkowskiego (ok. 15), a także
przygotowuję bibliofilską książeczkę (wciąż szukam wydawcy!), zawierającą listy
i rysunki oraz – nigdzie dotąd niepublikowane (poza 2 w Przecinku) –
wrocławskie i bydgoskie fotografie pisarza.
Dziękuję synowi
pisarza, Tadeuszowi Buczkowskiemu, za zgodę na druk listów. Obydwa listy
zostały napisane na maszynie, autografy – niebieskim i czarnym flamastrem.
Ad [1]. List powstał po
pobycie Buczkowskiego we Wrocławiu 11 VI 1976 r. Tego dnia rano zatelefonował
do mnie znajomy “animator kultury”, bym przyjechał natychmiast (wcześniej mnie
nie zaproszono) do Obornik Śląskich – na wieczór autorski (odbywały się tam
Spotkania Literacko-Filmowe). Podał mi, że po jedenastej odjeżdża autobus spod
dworca Nadodrze. Pojechałem, ale tam – zamiast do Obornik – wsiadłem do
autobusu do... Oleśnicy (tylko taki o tej godzinie odjeżdżał). Na miejscu
zorientowałem się, że chyba się pomyliłem; poszedłem do Biblioteki Miejskiej
(która patronowała imprezie poetyckiej Oleśnicki Maj), a tam mi powiedziano, iż
u nich powszedni dzień. Nie pojechałem już do Obornik, wróciłem skonfundowany do
domu, a po piątej stojąc przy oknie przywidziało mi się, że obok supersamu
idzie... Buczkowski. A to był naprawdę autor Pierwszej świetności! W
Krakowie, w Wydawnictwie Literackim, zwrócono mu (do przeróbek...) maszynopis Kamienia
w pieluszkach (wydano książkę dopiero w 1978 r. – jak mówił potem autor –
bez jakichkolwiek późniejszych zmian); we Wrocławiu zatrzymał się na noc w
hotelu, a nazajutrz miał pojechać pod Wołów do znajomych z Nakwaszy. Wówczas
oglądaliśmy maszynopis Kamienia, który potem M. starannie zapakowała (Pani
dziękuję...). Podczas opowieści o leningradczyku, oficerze Armii Czerwonej,
który po 21 VI 1941 r. ukrywał się przed Niemcami w okolicach Podkamienia, nasz
jamnik Borgis – gdy Buczkowski wydawał onomatopeiczne dźwięki: oooo, łudubuuuu,
uuuuch etc. – kilka razy, mocno przestraszony, zawzięcie szczekał. Niestety,
opowieści (nie tylko tej) nagrać nie mogłem, bo nie miałem magnetofonu. O
ukrywającym się oficerze radzieckim Buczkowski wspomina (w różnych zresztą
wersjach) w Prozie żywej i wywiadach. Wówczas to tego wieczoru, na moją
prośbę, pisarz nakreślił brązowym flamastrem w Księdze autografów (s.
27) sylwetkę mężczyzny z kwiatami. Reprodukuję dziś i ten rysunek, mimo
że dawno już został upubliczniony: najpierw (mocno pomniejszony i
bez daty) ukazał się w 1978 r. na karcie tytułowej ossolińskiego wydania moich Stu
czyżyków (i piórek rajskiego ptaka), a potem w 1988 r. (w formacie prawie
1:1) w krakowskiej edycji rozszerzonych Czyżyków.
Ad [2]. To uwagi i
“komplimenty” po lekturze Stu czyżyków (zob. Ad [1]), gdzie oprócz
rysunku Buczkowskiego na karcie tytułowej, wśród cytatów także zdania z Oficera
na nieszporach i Urody na czasie. Stąd zapewne: Dziękuję też za
wyróżnienie! Hi, hi! Pisarz nawiązuje także do “Słowa wstępnego” Edwarda
Balcerzana (pierwsze zdania tam takie: Jest to powieść o tandecie).
“Standal” to oczywiście Stendhal.
Obiady
przecinkowe
11. Niedziela, 9 XII 2001.
Goście: Krystyna Miłobędzka i Andrzej Falkiewicz.
MENU: zakąska
wrocławska (składniki: bułka paryska, Tradycyjne Masło Irlandzkie
kerrygold, kawior czarny z atlantyckiego zająca morskiego), rosół z kury z
makaronem, rolada wieprzowa (z farszem pieczarkowym), sos myśliwski,
kluski śląskie, brokuły, sałatka selerowo-jabłkowa, kompot jabłkowo-miodowy z
plasterkiem cytryny (jabłka i miód z Lutyni, cytryna z Hiszpanii),
kisiel morelowy z konfiturami brzoskwiniowymi. NAPOJE, DESERY, OWOCE (do
wyboru): woda mineralna niegazowana (staropolanka zdrój, polanica zdrój);
herbata “Eternal” (pure ceylon tea); kawa Tchibo Herzhaft Mild (z ekspresu) lub
Jacobs Cronat Gold (rozpuszczalna), z mlekiem zagęszczonym z Gostynia;
winogrona z Italii (białe i czerwone); mandarynki portugalskie; gruszki (spod
Trzebnicy); czerwone wino hiszpańskie (Ribera de los Molinos 1999 12%
Vol. La mancha Denominación de Origen or n 0324663; Vińa Hermosa 2000
12% Vol. Rioja Denominación de Origen Calificada ob n 279552); ciastka z
cukierni Hotelu “Wrocław”
(firmowe, torcik wrocławski, babeczki).
Umawialiśmy się
z Falkiewiczami na obiad przecinkowy chyba 2 lata (od kilku lat mieszkają pod
Poznaniem i we Wrocławiu bywają od czasu do czasu) – i oto wreszcie siedzimy
przy stole. A teraz Krystyna wręcza M. gerberę w plastykowej – owiniętej
pomarańczową, marszczoną bibułką – doniczce; to jakaś specjalna odmiana domowa:
kwitnie kilka razy w roku, teraz ma 3 kwiatki (płatki cytrynowo-czerwone).
Andrzej przy kaloryferze; na tym samym miejscu w połowie sierpnia 1982 r.
siedział Leopold Buczkowski, a obok Falkiewiczowie, M. i ja. To tyle lat
minęło, gdy piliśmy przy tym samym stole herbatę?
Wspominamy i
autora Kamienia w pieluszkach, i autora Kamiennej muzyki.
Karpowicz i w tym roku, w październiku, odwiedził Falkiewiczów w ich domu pod
Poznaniem. Czy wróci do Wrocławia? To nie zależy tylko ode mnie – powiedział
poeta podczas ostatniego pobytu we Wrocławiu. W każdym razie wrocławski dom
Poety został częściowo wyremontowany, a w studni obok domu woda zdatna do picia
i smaczniejsza niż z kranu. Czy Słoje zadrzewne zostały w Polsce
przeczytane? Nie.
To chyba był
całkiem dobry rok dla gości: w czerwcu Krystyna Miłobędzka otrzymała za
twórczość literacką Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a
Andrzej ukończył kolejną książkę eseistyczną. Kiedy się ukaże i w jakim
wydawnictwie? To już nie zależy od autora... (Tak na marginesie: Andrzej pisze
w ostatnich latach książki coraz grubsze –vide: Ledwie mrok, a Krystyna
coraz cieńsze. Kto postępuje rozsądniej? Nie wiem...) A ponadto – jak żartuje
Andrzej – Krystyna odniosła ostatnio spory sukces: podczas wieczorów poetyckich
w kilku miastach dolnośląskich, zorganizowanych przez Biuro Literackie Port
Legnica, czyli wydawcę zbiorku wszystkowiersze, kupiono aż 36
egzemplarzy jej tomiku, a tylko (jak zapewniał uradowany “tą razą” kapitan
Portu) kilkanaście książeczek innych autorów (podczas spotkań w tych samych
miejscach).
Kawa czy
herbata? I to, i to – w filiżankach z fajansu angielskiego.
Worcell
zapomniany
1 czerwca mija
20 lat od śmierci Henryka Worcella; i można powiedzieć, że został on całkowicie
zapomniany. Nawet jego najgłośniejsza powieść (Zaklęte rewiry),
wznowiona w 1998 r. przez Wydawnictwo Dolnośląskie w Bibliotece Klasyki,
spotkała się z obojętnością czytelników (nie mówiąc już o wznowionym w 1988 r. Najtrudniejszym
języku świata, czy też o pośmiertnym zbiorze opowiadań O czym rzeka
szepcze z deszczem, 1989). Jedynie film Majewskiego “Zaklęte rewiry” (nb.
poza tytułem i pewnymi wątkami powieściowymi niewiele ma on wspólnego z
powieścią) nadal chętnie jest oglądany (co kilka lat przypomina go telewizja),
ale wątpię, czy wielu widzów kojarzy go także z Henrykiem Worcellem.
Co to się
stało, że tylu pisarzy średniego i starszego pokolenia, zarówno tych
kojarzonych z dawnymi układami PRL-owskimi (nie tylko z popieraczami stanu
wojennego, jak np. z Żukrowskim czy Harasymowiczem), jak i z opozycją, zostało
po 1989 r. po prostu przez czytelników odrzuconych? Ich książki długo zalegały
księgarskie półki, w końcu można je było kupić za złotówkę, wielkie dawniej
nazwiska (zwłaszcza w stanie wojennym jak np. Szczepański, Nowakowski,
Konwicki, Terlecki i tylu innych) nie wywoływały żadnych intelektualnych
emocji, żadnego poważniejszego poruszenia serca. Oto na początku lat 90.
skończyła się nie tylko pewna epoka historyczna, lecz także literacka; w nowej
rzeczywistości pisarze zostali przez czytelników brutalnie przywołani do
porządku: istniejecie o tyle, o ile dacie nam ciekawe fabułki, to my was
stwarzamy, a nie System (niezależnie jaki by on był), to nam, czytelnikom macie
służyć, to my was (jak pisał mądrze pod koniec lat 60., wówczas przez was
pogardzany, młody poeta Wojaczek) będziemy UŻYWAĆ.
Henryk Worcell
nie jest więc jakimś wyjątkiem, choć przecież nie można zapominać, że
odtrącenie go przez czytelników nastąpiło już w styczniu 1982 r., po jego
wystąpieniu w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego, w którym zdecydowanie
poparł stan wojenny. (Potem się dowiedziałem, że z dłuższej wypowiedzi pisarza
nadano jedynie drobne fragmenty na tak, a pominięto jego zastrzeżenia.
Internowani w Grodkowie wrocławscy działacze “Solidarności”, wśród których był
także prezes wrocławskiego oddziału ZLP, przesłali Worcellowi ironiczny list z
gratulacjami...) W Dzienniku z lat 1981-82 (drobne fragmenty ukazały się
w 1982 r. w zielonogórskim Nadodrzu) Worcell ujawnia się jako “poeta”,
który wydarzenia bieżące (zwłaszcza dziejące się w środowisku literackim)
przeżywa jako niemal osobisty atak na siebie.
A przecież
pisarzy ocenia się przede wszystkim po DZIEŁACH; pozostały po Worcellu nie
tylko głośne niegdyś Zaklęte rewiry, lecz także znakomite opowiadania, a
w rękopisie Dziennik z lat 1964-1982 (fragmenty – ocenzurowane i przez
autora, i GUKPPiW – ukazały się za życia pisarza w prasie i w t. 3 ossolińskich
Dzieł wybranych). Jestem przekonany, że proza Worcella nie przynależy
jedynie do zamkniętej epoki PRL-u, że przyszli czytelnicy będą jego opowiadania
czytać bez uprzedzeń pozaliterackich. Kilka la temu Wydawnictwo Dolnośląskie
zamierzało wydać Dziennik Worcella; na razie nic o tej inicjatywie nie
słychać.
PS. Reprodukuję
ekslibris Worcella [s. 21], który w 1979 r. wykonał (projekt i odbitki
na bibułce japońskiej) Stanisław Kortyka, autor projektów kilku okładek i kart
tytułowych ossolińskich książek Worcella (Wpisani w Giewont; Nocą,
kiedy przychodzi świnia; Dzieła wybrane; Czyja jest moja żona).
To był osobisty dodatek plastyka i poety do trzytomowych Dzieł wybranych.
Poranne
drzwi do ogrodu, kamienne schody do sadu
To są na pewno
zwykłe, białe drzwi, przez które z holu można wejść po prostu do ogrodu. A
może wcale nie takie zwykłe, może to one zainspirowały poetę do napisania
poematu “Poranne drzwi do ogrodu” (pierwodruk w 1961 r. w Nowej Kulturze,
potem w 1962 r. w ossolińskim tomiku W imię znaczenia). To jeden z
najpiękniejszych tekstów Tymoteusza Karpowicza: poemat-manifest poetycki.
Po ósmej rano
13 X 2001 r. stoimy ze Staszkiem Pasternakiem przed schodkami i patrzymy na
drzwi do ogrodu (zob. fotka). Po wielu latach poeta znowu kilkanaście dni w
swoim domu, w którym napisał najbardziej znane wiersze i dramaty. W cz. IV
poematu (“Modlitwa do drzwi”) czytamy: do was jednak ocalające odważę się
zmówić małą gąsienicę / niewielką kunę lisią kitę / (...) bądźcie wyrozumiałe
dla poduszek że dopuszczają głowy do nieforemnych snów / bądźcie łagodne dla
strumieni że pozwalają sobie na tyle wykrętów / niech na was zakrzywia się
naiwna prostota kręgosłupów / a prostuje wąż / (...) myślcie nieporządnie nie
pożądajcie politury / bądźcie jak wieża babel wielowłosa i do zburzenia (...).
Zaraz
pojedziemy z Poetą pod Wrocław, do sadu Pasternaka; w Lutyni z domu do sadu –
po kamiennych schodach. Patrzę na dom, na ogród, na poranne drzwi do ogrodu, a
Karpowicz na pierwszym piętrze wciąga kurtkę. I przypomina mi się puenta
wiersza “Oprowadzanie po domu-muzeum” (Trudny las):
po śmierci
ciała jego tu nie znaleziono
tak są
hipotezy ale nie ma zwłok
przepraszam
ktoś stąd wyszedł przed chwilą może on
Poeta wyszedł
przed dom: możemy ruszać, drzwi nawet nie drgnęły. A w paralaksie 30 (“Długa
szyja wrogości”) do “Porannych drzwi” (Słoje zadrzewne) i takie
przewrotne zdania:
za tysiąc
lat kiedy tu wrócimy
będą te same
drzwi ta sama klamka
(...)
za tysiąc
lat kiedy tu nie wrócimy
drzwi się
obrócą brodą klamka posiwieje
Wrócimy, żeby
się przekonać, które z dwu proroctw się (nie)sprawdzi? Oczywiście!
Kto ma kota?
Ja nie!
Oto miłe
ogłoszenie, które zobaczyłem 8 marca 2002 r. na drzwiach do piwnicy. Pod
tekstem podłużna pieczątka tuszowa: Spółdzielnia Mieszkaniowa
Wrocław-Południe (...).Tekst niepodpisany i nie wiem komu pogonić kota.
UWAGA!!!
Proszę nie karmić kotów
w piwnicach!
Pożegnanie z
maszyną do pisania
Byłem
przekonany, że pozostanę jej wierny do końca... Przed komputerem broniłem się
nie tylko dlatego, że nie miałem drobnych na jego zakup; po prostu wszystkie
nieco bardziej skomplikowane urządzenia mechaniczne mnie męczą, nie mam pojęcia
jak działają itd. Niestety, zdradziłem ją ostatecznie w 2001 r., czasem sobie o
niej przypominałem, ale tylko wtedy, gdy musiałem wypełnić przekaz bankowy, a
teraz nawet tego nie robię (ręcznie szybciej!). Stoi pod biurkiem opuszczona,
zakurzona, zasłużona emerytka, moja NRD-owska maszyna do pisania marki
“Optima”, którą kupiłem w 1961 r. za 80 dolarów USA we wrocławskim oddziale
Banku PeKaO (wtedy nie było jeszcze PEWEX-u). Służyła mi wiernie przez tyle
lat, a teraz na marnej – ale jednak! – emeryturze, choć jeden ze znajomych
radził mi, bym wyrzucił ją na złom. Na złom? A niby dlaczego? Jeszcze może mi
się przydać, powtarzam bez przekonania.
W maju 1999 r.
poeta Aleksander Rozenfeld, gdy przeczytał w Gazecie Wyborczej,
że redakcja zacofana, podarował mi komputer, używany dotąd przez jego syna.
Oczywiście, zmodernizowałem później “elektroniczną maszynę cyfrową” (to polska
nazwa komputera z lat 60.): dodałem jej pamięci RAM (teraz: 64 MB) i drugi dysk
(20 GB), kupiłem głośniki, drukarkę, a w ub.r. skaner i nagrywarkę. Czego mi
więcej trzeba? Nadal jestem w przedszkolu komputerowym, ale codziennie
wychwalam komputer jako doskonałą maszynę do pisania (ktoś mi powiedział, że
wykorzystuję jedynie ok. 5% jego możliwości). A minęło niewiele ponad sto lat
panoszenia się maszyny do pisania i już odstawiamy ją na złom (nieliczne typy
trafią do muzeum). A przecież komputer wymaga tyle uwagi (i delikatności!), że
niekiedy chętnie wróciłbym do długopisu i ołówka, a najchętniej do wiecznego
pióra ze złotą stalówką. Za późno, za późno, jestem już zarażony bakcylem...
Ale dopóki będę miał siły, będę bronił mojej maszyny do pisania przed
złomowaniem (co za okrutne słowo!): jak zasłużonemu koniowi i jej należy się spokojna
starość.
© Jerzy
Pluta 2002