Dziennik
pisany na kolanie
Przecinek 2001, z. 11 # Przecinek 2001, z. 11
Małe prozy i marginalia Jerzego Pluty © Jerzy
Pluta
Wrocław, 30 listopada 2000,
czwartek. Po ósmej:
kolejny wrześniowy (tak!) dzień. Nawet ja, marzący o przeniesieniu się na stałe
nad Morze Śródziemne, dziwię się, że w Tatrach, nie mówiąc już o niedalekich
Karkonoszach, nie ma śniegu. Och, dziennikarze nie mogą pisać i mówić, że tam a
tam spadło tyle a tyle centymetrów białego puchu... Gdy wychodziłem przed drugą
na spacer (dziś tylko ponad 500 m, bo poczułem się nazbyt zmęczony) było ponad
10 stopni (a rano przed ósmą: 7). Obok sąsiedniego domu od kilkunastu dni na
chodniku wciąż barierki (dziurę zakopano, górę zabetonowano, teraz trzeba zalać
asfaltem) i kilka tabliczek. Co jednak spowodowało wybuch śmiechu kilku
nastolatków? I ja przystaję i czytam: nic tu śmiesznego. Ot: UWAGA! Głębokie
wykopy. To takie zabawne?
(...) Na śniadanie zjadłem m.in.
ozory w galarecie. Zapewne wołowe. A czy są w sprzedaży np. ozory wieprzowe?
Albo baranie? A tu znowu głośno o chorobie szalonych krów (pojawiła się już nie
tylko we Francji, ale i w Niemczech); u nas od dziś zakaz importu wołowiny. A w
Radiu BBC słyszałem o chorobie wściekłych krów. Hm, to zapewne w Anglii
gazetowy “poeta” tak nazwał tę chorobę (ang. skrót BSE, czyli gąbczaste
zwyrodnienie mózgu). Ot, wściekły lis budzi naprawdę strach, ale czy szalony
lis może kogoś przestraszyć? Tak, szalona krowa to postać z bajki. Na pewno
prof. Miodek będzie musiał w telewizji (może nawet w “Wiadomościach”) wyjaśniać
jakie to krowy: szalone czy wściekłe? A od kilkunastu lat nowe słowo w
polszczyźnie (równie dla mnie tajemnicze jak np. kwark czy kwant): prion, który
ponoć wywołuje chorobę BSE. Ponoć, bo i tak nie wiadomo, czy na pewno. Hm,
prion, prion. Czy też z
greki (jak embrion)? Może to znowu jakiś skrótowiec angielski jak AIDS. A jeśli
priony w ozorach, które dziś jadłem? Czy to polskie ozory? A jeśli kupiono je w
Anglii, a u nas ugotowano i zagaleretowano? Gdzie je M. kupiła? Mam etykietkę:
EPImarket. Należność 2,29 zł. Wiem, nic mi już nie pomoże: na tym
świecie na pewno nie będę biegał i fruwał, ale wiele może mi zaszkodzić, ot
choćby befsztyk wołowy (brr! móżdżku nigdy nie jadłem, a dziś Główny Lekarz
Weterynarii RP ostrzegał mnie w telewizji, bym go nie próbował, bo w nim
najwięcej prionów). A chleb słonecznikowy, razowy (i słodki, turecki)
smarowałem Tradycyjnym Masłem Irlandzkim (duże litery na opakowaniu)
kerrygold, zawartość tłuszczu: 82%: wyprodukowano je w Dublinie (!),
paczkowano w Niemczech (Krefeld). Hm, w smaku jak nasze tzw. wiejskie; M.
kupiła, bo ktoś je zachwalał, ale także dlatego, że chcieliśmy spróbować jakim
masłem sto lat temu smarował chleb Stefan Dedalus i Leopold Bloom.
(...) O wpół do pierwszej odbyło
się otwarcie Wrocławskich Promocji Dobrych Książek. Dostałem zaproszenie także
na dwie imprezy zamknięte: w Galerii BWA Awangarda i Muzeum Architektury. Na
pierwszym czytam: Po części oficjalnej zapraszamy na spotkanie towarzyskie.
Może bym i pojechał (taksówka kosztuje tylko 10 zł w jedną stronę), ale
spotkanie w salonie na I piętrze, do którego można wejść tylko po stromych
schodach, i to bez poręczy, a windy w Pałacu Hatzfeldów nie ma: nie dla mnie.
No tak, tam na pewno lampka wina i kanapki. Od 16:30 do 17:30 swoje książki
miał podpisywać Tadeusz Różewicz.
A ja się boję wejść do księgarni
(tyle książek chciałbym kupić, być może całkowicie niepotrzebnie, a portfel
pusty). Kilka tygodni temu byłem w pobliskiej księgarni “Wratislavia” (po Wesela
w domu Hrabala) i nawet nie patrzyłem co na półkach, by nie zrobić głupstwa
i nie kupić jeszcze jednej pozycji... Na Promocjach ponoć książki o kilka
złotych tańsze, ale nie dam się skusić, bo po prostu nie mam pieniędzy. I tak
kupię – w najbliższych miesiącach – cz. 2
t. 6 Dzienników Nałkowskiej, t. 3 Antologii poezji francuskiej
Lisowskiego (mam t. 2, nie mam t. 1, może będzie wznowiony) i Encyklopedię
Wrocławia. Ta ostatnia najdroższa. Mimo że jestem jednym z czterystu
czterdziestu (!) współautorów (cha, w grubym buchu ok. 7 000 haseł, ja
opracowałem 9, lecz jest też hasło o mnie, w którym także wzmianka o Przecinku...),
nie miałem jej jeszcze w rękach, ale chyba Encyklopedię kupię. W
księgarni kosztuje 210 zł, lecz współautorzy mogą ją kupić w wydawnictwie po
cenie hurtowej, czyli za 160 zł. (...) Nie pojechałem również do Biblioteki Ossolineum,
gdzie o siedemnastej miano ogłosić, kto został tegorocznym laureatem Nagrody
im. Andrzeja Kijowskiego. Żebym choć wiedział, kto został wyróżniony, to może
bym się wybrał, a tu z zaproszenia dowiaduję się jedynie, że laudacje wygłoszą
Tomasz Burek i Tadeusz Nyczek. [Nagrodę otrzymał prozaik Janusz Krasiński –
dopisek redaktorki.] Ani do Muzeum Architektury (za kilkanaście minut
rozpocznie się tam Wieczór Laureatów Promocji Książek i dyskusja “Czy
tolerancja jest trudna”?). U dołu zaproszenia czytam: Po spotkaniu
zapraszamy do stołów. Hm, ja nie jadam kolacji, ani nie piję (o tej porze
nawet herbaty). A słyszałem, że w poprzednich latach na takich spotkaniach
zamkniętych ani wina, ani wódki nie brakowało.
Hm, narzekam, że nikt mnie nie
zaprasza, a tu dziś mogłem być na trzech spotkaniach (w tym dwóch
zamkniętych!). Jak to, prawie 40 lat temu, śpiewał (hm, kto?)? Nie dla mnie
szum samochodów...A tu kilka dni temu dostałem z Warszawy zaproszenie do
Muzeum Literatury (14 XII) na uroczystość wręczenia jubileuszowej nagrody
genewskiej Fundacji im. Kościelskich. U dołu zachęcający dopisek: Na
zakończenie wieczoru Ambasada Szwajcarii zaprasza na lampkę wina. Zamówię
taxi i pojadę? Tylko jakie to będzie wino? (...) Także we Wrocławiu strajkują
pielęgniarki. (...) Ani jednego listu. Tylko ED dzwonił po śniadaniu, czy się
zgadzam, by w Pomostach (jednak będzie to tom podwójny: IV-V) ukazał się
mój ekslibris autorstwa Wojciecha Nadratowskiego. Oczywiście.
W Gazecie Dolnośląskiej
kolejna nota o b. dyrektorze teatru, który molestował swoje podwładne. Jeszcze
do niedawna mieszkał w pobliżu; kilka razy go widziałem, gdy wysiadał z auta.
Znam go z widzenia, nawet całkiem sympatyczny: widziałem go w kilku filmach i w
kilku sztukach, aktor chyba średni. Dwa razy prokuratura umarzała śledztwo, po
raz trzeci – nie, bo skierowała akt oskarżenia do sądu. Co zarzucają aktorki b.
szefowi? Twierdziły, że dyrektor wkładał im ręce za dekolt, robił wulgarne
uwagi, składał niestosowne propozycje i całował wbrew woli –
czytam w Dolnośląskiej.
W nocy męczące sny (w jakichś
dziwnych pokojach byliśmy z M.), ale rano niewiele mogłem sobie przypomnieć.
Niektóre sny zapisuję osobno; zachęcił mnie Marian Pilot; chce w którymś
przyszłorocznym nrze Regionów ogłosić “Sny na koniec wieku”. Zanotowałem
w tym roku ok. 20. Hm, Przecinek 10 utonął? Chyba tak. Może nie? To
przecież nie gazeta codzienna... A w Internecie wcale nie mam więcej
czytelników (od czerwca ponad 200: ho, ho!), a raczej tych, którzy zabłądzili
na moją stronę. A ja – mimo wszystko – przygotowuję jedenasty Przecinek.
Tak, dla krasnoludków...
Karolina
jest gópia
Taki napis czarnym flamastrem
zobaczyłem w czwartek – 9 listopada 2000 r. po godzinie drugiej – na
poprzecznej listwie oparcia ławki stojącej na chodniku, którym prawie
codziennie przechodzę. Jeszcze rok temu i ja na niej przysiadałem na kilka
minut, teraz ją mijam: sto metrów dalej wygodniejsza. Dwa w jednym, czy może
żart? Literki dziecinne, ale wyraźne. Gópia, ale może ładna?
Dziennik
pisany na kolanie
Wrocław, 20 grudnia 2000,
środa. Znowu na
śniadanie ozorki w galarecie. Kupione wczoraj, więc trzeba zjeść? Przecież to
nasze, bez podejrzanych prionów, które mogą spowodować u ludzi chorobę
Creutzfeldta-Jacoba. Niedawno czytałem wywiad z profesorem weterynarii, który powiedział,
że na podstawie objawów zachowania bydła na pastwisku (potrząsają głowami,
kręcą się wokół własnego ogona itd.) – nie powinno się raczej mówić o chorobie
szalonych, lecz tańczących krów. A kilka dni temu M. przyniosła dwumiesięcznik
Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN, którego jest sekretarzem
redakcji, czyli Postępy Higieny i Terapii Doświadczalnej; w z. 2 z 1993
r. czytam artykuł Egberta Piaseckiego “Priony”. Już wiem, że prion to nowe,
wymyślone słowo, skrótowiec angielski. Co roku naukowcy wymyślają setki takich
słów, zrozumiałych jedynie w wąskim kręgu badaczy, lecz tylko niektóre
przedostają się do wszystkich tzw. kongresowych języków. Chyba Francuzi nie
utworzyli własnego słowa (nie będzie nam Anglik...), jak to było z “przetłumaczeniem”
AIDS? A Chińczycy też uznali priony? Czytam o chorobach prionowych i o dwóch
odmianach prionów: normalnej i patologicznej itd. Ale co to takiego ten
tajemniczy prion? Zrozumiałem, że to cząsteczka prymitywniejsza (?) od wirusa.
Oto czytam: W 1982 r. Stanley B. Prusiner zaproponował termin prion (od ang.
proteinaceous infectious particle) na określenie “małych białkowych cząstek
zakaźnych odpornych na inaktywację przez większość procedur modyfikujących
kwasy nukleinowe”. Hm, i tak nic z tego nie rozumiem, ale za to znam
etymologię prionu... To mało? A Prusiner w 1997 r. otrzymał Nagrodę Nobla!
(...) W poniedziałek mogłem jeszcze pójść na krótki spacer, a dziś siedziałem w
domu: rano prószyło, w mieszkaniu ciemnawo, nawet nie mogę przeglądać gazety
(za małe literki), za to czytałem O krasnoludkach i sierotce Marysi. Po
ilu latach znowu? Hm, kiedy mogłem czytać po raz pierwszy? Chyba w 1954 lub
1955 r. Marysię i krasnoludki zapamiętałem, także gąski (też pasłem).
Pierwodruk (zajrzałem do Nowego Korbuta) ukazał się w 1895 r., wcale nie tak
dawno, ale dziś język opowieści nieco już staromodny, ot, taniopoetycki, ale
chyba wciąż dzieciom bajeczka może się podobać. Czy dzieci czytają dziś
Konopnicką, czy też bardziej podobają się im straszne bajki Grimmów? U Grimmów
krasnoludków niemało. Nie mam pojęcia. (...) W grudniowej Odrze szukam
najpierw felietonu Stanisława Lema. Od dziesięciu chyba lat czytam z uwagą jego
“Rozważania sylwiczne”. Co prawda Lem
posługuje się składnią nieco pokrętną (Jerzy Łukosz nazwał kiedyś w Twórczości
jego styl – o ile dobrze zapamiętałem – “ciężkoniemieckim”), ale stale
przekłuwa ironią, parodią i sceptycyzmem kolorowe balony (jak mówią górale
żywieccy, a może nie tylko oni) “przeuconych profesorów”. Oto pierwsze
zdanie odrzańskie: Front aktualnych postępów naukowych jak gdyby nieco
spowolnił swoje tempo. I to mi się podoba! W ostatnich latach Lem drukuje
swoje rozważania w kilku pismach, ale i tak chciałoby się krzyczeć w nocy:
więcej Lemów niż Golemów! Ja nie wykrzykuję, bo kładę się spać przed jedenastą
i nawet nie wiem jak wygląda teraz nocny Wrocław, bo bez ochroniarza boję się
wyjść z domu po dziewiątej. Natomiast prawdziwym zaskoczeniem był dla mnie
tekst Małgorzaty Dzieduszyckiej (“Moim synom – aby pamiętali o Grotowskim”).
Nie mogę pojąć, że tak antyhagiograficzny szkic o Grotowskim mógł się ukazać w Odrze.
Pewien starożytny zoil (czyż to nie Horacy?) pisał, że i Homer czasem się
zdrzemnął; zapewne więc w Odrze zaspał redakcyjny cenzor wewnętrzny.
(...) W 1976 r. Andrzej Falkiewicz zanotował o Grotowskim w swoich zapiskach: Poeta?
Z pewnością. Ale poeta czego? Nie teatru (nie lubi teatru), nie języka (słowa
waży zbyt lekko), nie ludzkich trzewi (wszedł w nie za pomocą lektur, poprzez
psychoanalizę). Jest poetą reklamy (Takim ściegiem:, Wr. 1991, s.
282). A kto jeszcze pamięta o obrazoburczej powieści Józefa Łozińskiego Pantokrator?
I dziś ją polecam! (...) W kaloryferze coś rzęzi. Chyba to krasnoludki chrapią
aż tak głośno; mnie chrapanie (ludzi i krasnoludków) wcale nie przeszkadza. Gdy
słyszę chrapiącego, mam pewność, że oprócz mnie żyje na świecie ktoś jeszcze.
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
Dziennik
pisany na kolanie
Przecinek 2001, z. 12 # Przecinek 2001, z. 12
Male prozy i marginalia Jerzego Pluty © Jerzy
Pluta
Cyś ty
chłopie łosoloł...
(Z “Zapisków
wojażera”)
Wrocław, 29 czerwca 2001,
piątek. Jedziemy! Ot, na
tydzień, co to za podroż. (...) A jeśli będzie lało, to nawet nie będę mógł wyjść
przed dom. Czyż nie jestem urodzonym podróżnikiem? A zostałem w 1960 r.
przymusowym domatorem.
Wrocław – Gliwice, 30
czerwca, sobota. Autobusem
Wrocław – Krosno przed ósmą. Chłodnawo. Trzy i pół godziny starą trasą: przez
Oławę, Brzeg, Opole, Strzelce Op., Toszek, Pyskowice. Brat Jan Zygfryd, zwany
także Fridlem (najstarszy: rocznik 1937, emerytowany górnik-ślusarz dołowy)
czeka na nas na dworcu PKS, tuż obok dworca PKP. Do Sośnicy, wschodniej
dzielnicy Gliwic, fioletowym cinquecento. Z balkonu widać hałdy: tam już
Zabrze. Po obiedzie na jego działce nad Kłodnicą (w 1997 r. podczas powodzi
stawy kłodnickie przy kopalni “Makoszowy” zalały także ogródki). Słonko.
Truskawki, kiełbaski podpiekane na patyku. Przyjeżdża rowerem brat Franek, em.
nadsztygar “Sośnicy”: to on od ćwierć wieku zajmuje się z żoną Krystyną domem w
Sopotni, za rok, dwa zamierza się przeprowadzić w góry na stałe. (...) Pod
wieczór bratowa Kasia wciąż prasuje pościel na 11 osób, bo w Żywieckie jedzie
także matka Kasi. I bratanica Krysia. I brat Kasi, Stefek, z żoną i 3 córkami
(od kilkunastu lat mieszkają w Bremie). Pomieścimy się? Tak, na dole dwa pokoje
i kuchnia, u góry trzy.
Gliwice – Sopotnia Mała, 1
lipca, niedziela. Wyjeżdżamy
(Fridel, M. i ja) przed ósmą: najbliższa droga do Pszczyńskiej prawie
nieprzejezdna: tu (obok kop. “Sośnica”) co tydzień największa na Górnym Śląsku
giełda samochodowa, więc jedziemy przez Zabrze Kończyce i szosą mikołowską,
potem przez Wyry i Kobiór (przypominam sobie te nazwy: 45 lat temu były tam
drużyny hokejowe...). Co to się dzieje? Mgła jak w górach i po prawej nie widać
nawet kominów wielkiej elektrowni “Łaziska”; wreszcie szeroka szosa na Bielsko.
Już Wisła: toż to potoczek! Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę –
i gdzie będziemy? Do Żywca niedaleko: zaraz za Bielskiem po prawej widać
beskidzkie szczyty, ten najbliższy to chyba Szyndzielnia (ED mówił mi, że
kiedyś – chyba pół wieku temu... – dojeżdżał pod wyciąg tramwaj, teraz
autobus). Jesteśmy jeszcze w b. Księstwie Cieszyńskim. A ja w Beskidzie
Śląskiem nigdy nie byłem. Drogowskaz na Szczyrk. Co to jest szczyrk? Piasek z
drobnymi kamykami... Żywiec, czyli już w b. Galicji: do Sopotni Małej tylko 16
km. Poznaję: Jeleśnia, widać Pilsko (1557 m n.p.m.) i Romankę (1366 m), już
jesteśmy na skrzyżowaniu: w lewo do Sopotni Wielkiej, prosto do Małej. Dom obok
szkoły. Odziedziczyła go po rodzicach bratowa Krystyna: remontowany od
dwudziestu paru lat. Brat mówi, że gdy rodzice Krystyny przenieśli się, na
początku lat 50. na Górny Śląsk, dom wynajmował urząd gminny (w pokoju, w
którym będziemy nocować, mieścił się urząd stanu cywilnego...). Szum potoku,
płynącego tuż obok domu, śpiewy kilkunastu ptaków. Żebym to ja wiedział, co to
za ptaszki! A na dodatek niewidoczne. Spacer drogą od domu do mostku; główna
niebezpieczna, bo prawie co chwila pędzą samochody i motocykle. Byliśmy tu 2
tygodnie w sierpniu 1993 r. (razem z ojcem M.). I co się zmieniło? Podrosły
modrzewie! Romanki spod domu nie widać, jest tam wyżej, niedaleko stąd zaczyna
się Żywiecki Park Krajobrazowy (kiedyś będzie zapewne Narodowy). Nieco jestem
oszołomiony, choć to chyba tylko 400, 500 m n.p.m.
Sopotnia Mała, 2 lipca,
poniedziałek. Siąpi,
więc w domu. Mam kłopoty z wejściem i zejściem (brak poręczy, a tu osiem stopni);
Bronek junior, syn kuzyna bratowej, Bronka, sprawnie montuje drewnianą poręcz.
I teraz bez asekuracji mogę do domu wchodzić i wychodzić, kiedy chcę... Po
obiedzie jedziemy do Korbielowa, do przejścia granicznego na przełęczy Glinne
(809 m). Za przełęczą – słowacka Orawa, być może pojedziemy tam któregoś dnia.
Wciąż kropi. Pieszo przekraczamy granicę (w nowym paszporcie mam drugi
stempel!): 100 m od szlabanu kilka sklepów (można płacić złotówkami): i piwo, i
wódka tańsze niż w Polsce. Kupujemy 10 butelek piwa (Tradičné slovenské pivo
Zlatý Bažant 12% Premium). Na granicy błogi spokój, tylko kilka
osób i aut. To z Korbielowa najbliżej na Pilsko (w 1993 r. pojechałem na Halę
Miziową gazikiem...). Jak mówi brat, w zimie zazwyczaj śniegu tu
nie brakuje. A po drugie: od czego armatki?
3 lipca, wtorek. Kropi od rana, siedzimy w domu, tylko 15
stopni. M. kupiła w sklepie Gazetę Wyborczą. Mamy radio: można słuchać I
pr. PR. (...) Na obiad kotlet schabowy, kartofle, sałata zielona, kapusta
zasmażana. (...) Pod wieczór ognisko: kiełbaski z grilla. Wieczorem Bronek
junior z żoną Maryśką: piwo, wódka słowacka “Nikolaus”; on świetnie opowiada (w
gwarze żywieckiej) kawały góralskie. Zapamiętałem – niby zakopiański – taki:
baca przyjął letnika z Warszawy, kiedyś wieczorem przylatuje do niego sąsiad i
mówi, że warszawiak pod domem bierze mu żonę na deskach, góral wylatuje z
siekierą, a po chwili wraca roześmiany i mówi do sąsiada: eee tam, deski nie
moje, Curusia... Ani kieliszka: za późna pora dla mnie. M. też nie, bo zakaz
lekarski (niedawno wróciła ze szpitala po ataku trzustki).
4 lipca, środa. Dziś cieplej, od czasu do czasu siąpi.
Przed południem Fridel z Kasią i M. poszli poszukać niwki, odziedziczonej przez
bratową Krystynę. Kilkanaście miesięcy temu brat Franek zasadził tam sporo
drzew, głównie świerków. Droga pod górę na wschód: nie doszli, bo ktoś z
miejscowych powiedział im, że to już tu, a powinni byli pójść dalej jeszcze
dziesięć minut. (...) A kto gotuje obiady? Kasia, ale M. też jej pomaga.
5 lipca, czwartek. Po śniadaniu wycieczka samochodowa (brat
prowadzi – jego teściowa, M. i ja). Najpierw do
Sopotni Wielkiej (rzeczywiście znacznie większa od Małej). Ani w Małej, ani w
Wielkiej nie widać owiec, krów: hodowla się nie opłaca, mówią miejscowi. Koni
też niewiele. Dojeżdżamy do leśniczówki: dalej szlak na Pilsko. Wiszą jeszcze
ogłoszenia o zakazie wstępu do lasu (wścieklizna), ale zakaz został już
odwołany (jest notka w dzisiejszej Gazecie Wyborczej). Potok szumi,
szumi głośniej niż w Małej. Tu kaskady. I potężne świerki. Co za spokój! (...)
Nie widać po drodze turystów. A gdzie letnicy? W Jeleśni zatrzymujemy się przy
drewnianej Starej Karczmie (z 1774 r.); po dwunastej, w środku ani jednego
gościa. W 1993 r. piliśmy tu żywiec. Brat mówi, że miejscowi wolą... piwo
Tyskie, bo tańsze i podobno lepsze. Rzeczywiście, przed wieloma mijanymi
sklepami i barami (i w Korbielowie, i Jeleśni, i Sopotni) tabliczki zachwalały
jedynie Tyskie. Przygrzewa dziś mocno. Może zjemy kwaśnicę sopotniańską? Albo
żur z kiełbasą? Nie, w domu czeka ogórkowa, pieczeń wieprzowa i sałatka
jarzynowa... A tu przed wejściem do karczmy poetycka zachęta:
cyś ty chłopie
łosoloł
cy ty nimos
rozumu
karcma stoi
u drogi
a ty idzies
do domu
Wracamy do Małej: brat jedzie do
końca drogi: wyżej (np. na Zubrulę) tylko na własnych nogach. Widzę, że
przybyło od poprzedniego pobytu kilkanaście murowanych domów (i to
nieparterowych, lecz jedno- i dwupiętrowych). Jedziemy drogą na Wieprz (tak na
drogowskazie: można nią dojechać do Węgierskiej Górki – we Wrocławiu oprócz
nielicznych już pokryw metalowych z napisem BRESLAU, co krok spotykam na
chodnikach napis WĘGIERKA GÓRKA)). Na drodze (niby asfaltowej) tyle dziur, że
zawracamy. Jaki stąd rozległy, bajeczny widok na Pilsko i Babią Górę! Pstryk,
pstryk: będą dwie fotki. Po czwartej u Bronka seniora, który mieszka (jak tu
mówią) za wodą, czyli za rzeczką, która jest jedną z licznych lewych dopływów
Koszarawy, która wpada do Soły (i razem z nią znika w Jeziorze Żywieckim).
Niedawno Bronek senior został pradziadkiem. Jeszcze trzyma jedną krowę i konia,
ale mówi żartobliwie, że krowę sprzeda, bo młodym bardziej smakuje masło ze
sklepu. Obok domu oznakowany szlak na Romankę. Siedzimy przed domem: słońce
nadal przygrzewa, obok w kociołku podgrzewa się potrawa z kartofli, kapusty i
mięsa. Jeszcze takiej nie jadłem: wyśmienita! Potem także pieczone na patyku
kiełbaski i wódka słowacka. Brat zachęca Bronka seniora, by coś zaśpiewał po
góralsku, ale dziś nie ma nastroju. Jednak później zaczął:
Romanko, Romanko, dałbym cię ozłocić,
gdyby szło moje młode lata
wrócić!
6 lipca, piątek. Upalnie jak wczoraj. Ledwo
przyjechaliśmy (już się zaaklimatyzowałem), a tu w niedzielę wyjeżdżamy (...).
Sprawdziłem na mapie (“Beskid Śląski i Żywiecki” 1:75 000): dom na wysokości
ok. 500 m n.p.m. Do końca wsi chyba 4 km: wciąż w górę i w górę. Tak, dla mnie
tu tylko – jak mówił teść, pracujący sezonowo w latach 30. m.in. w Jaremczu i
Worochcie, w Beskidach Wschodnich – klimatyka i widoki jak z landszaftów, bo po
górach, po chmurach (czy to nie Bryll?) nie będę się przechadzał... A śpiew
ptaków?
7 lipca, sobota. Kilka godzin w cieniu trzech orzechów
włoskich (Franek zasadził je kilkanaście lat temu). Krótkie spacery do mostku i
z powrotem. (...) Z radia dowiaduję się, że minister kultury sam się poddał się
do dymisji (na znak solidarności z odwołanym przez premiera ministrem
sprawiedliwości); mam nadzieję, że moje stypendium (mam przecież w biurku
papierek z autografem pana ministra) nie rozwieje się teraz jak górska mgła.
(...) Wieczorem pod domem: pożegnalne ognisko, kiełbaski i mięso na ruszcie.
Głównym przypiekającym jest Stefek (zjadam dwie porcje...).
Sopotnia Mała – Gliwice, 8
lipca, niedziela. Wyjeżdżamy
po dwunastej: pochmurno. Do Bielska wciąż z górki. Teraz za Żywcem po lewej
Skrzyczne, Klimczok i Szyndzielnia. Gdy zbliżamy się do końca podróży (po
prawej widać już swojskie górnicze wieże i budynki kopalni “Makoszowy”, po
chwili – “Sośnicy”), brat wskazuje głową w lewo i mówi, że to urząd celny. W
pierwszej chwili dziwię się (tu? w tym niepozornym budynku, gdzie nie ma nawet
tabliczki?), ale zaraz przypominam sobie, że właśnie minęliśmy przedwojenną
granicę polsko-niemiecką. Jeszcze jedna przebyta granica, o której mało kto już
pamięta (Horst Bienek, który o niej pisał w swoich gliwickich powieściach,
dawno nie żyje): dziś została przejechana z szybkością 60 km na godzinę. Za
kilkanaście minut odpoczniemy na tapczanie. Czy w Sopotni Małej pada? Chyba
nie.
,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,
Dziennik
pisany na kolanie
Przecinek 2002, z. 13 # Przecinek 2002, z. 13
Male
prozy i marginalia Jerzego Pluty © Jerzy Pluta
Wrocław,
piątek, 4 stycznia 2002.
To wydarzyło
się kilkanaście dni temu. Jak codziennie wstałem przed ósmą; gdy zerknąłem za
okno (pod domem biało, na termometrze minus osiem), syknąłem: znowu? Tak,
znowu, co roku od czterdziestu lat. Nie powinienem być zaskoczony, a tu takie
obłudne zdziwienie. A co w tym dziwnego? Wiem: mimo że nic złego nie zrobił, P.
został pewnego dnia, jak co roku w okresie zimowym, osadzony w areszcie
domowym. Dlaczego pewnego dnia? Mogę sprawdzić w kalendarzyku: 14 grudnia 2001
r. Pani Zima i gen. Mróz twardo przypominają: siedź w domu i czekaj na dalsze
nasze instrukcje. Co mi tam, na korytarzu nie ma strażników, mogę zejść na
parter zobaczyć, czy są w skrzynce listy, mogę pojechać windą na dziesiąte
piętro i popatrzeć na południe i północ (widać Ratusz, wieże kościołów św.
Elżbiety i św. Marii Magdaleny). (...)
Zamiast
oczekiwanych kosów i sikorek na balkon od wczoraj przylatują także szpaki:
wydziobują, przeznaczoną dla sikorek i wróbli, surową słoninę, są mniej
płochliwe od wróbli, tłuką się między sobą jakby to tylko dla nich M. kupiła
słoninę. A jeden szpak, dziś to zauważyłem, uznał się za przywódcę stada:
odgania inne, gdy on dziobie zawzięcie, po chwili czyści dziobek o balustradę.
A gdy z drugiego końca wróbelek podziobał, został przez niego stanowczo (trzepotaniem
skrzydeł) odpędzony! (...) Skąd tu szpaki? No tak, wydawało im się w
październiku, że zima będzie łagodna i nie odleciały do Italii. A tam,
niestety, poluje się na nie z wiatrówki, a potem przypieka na rożnie. Niech
sobie jedzą, mówi M., kilogram słoniny kosztuje pięć złotych, kupię następne
kawałki. Wróbelki zjadły od połowy listopada dwa kilo nasion słonecznika... A
co z kosami? Wiosną i latem pełno ich w pobliżu domu, a od kilku tygodni nie
widziałem ani jednego. (...)
Tak, szpaki
naprawdę szpakowate... Ile ich jest? Dwa, teraz pięć, jeszcze więcej: już
dziesięć, och, trzynaście! Mam lornetkę teatralną z lat 30. (M. dostała od
cioci Mani): wyraźnie teraz widzę ostre dzioby i szare plamki na
ciemnobrunatnych piórach. A może szpaki przylatują na balkon, by sprawdzić, czy
siedzę w domu? Niby chcą się pożywić słoninką (jak to pisał poeta: mróz
trzaskający, zima...), a tak naprawdę są specjalnymi kontrolerami? (...)
Tak, pamiętam kadłubki (chyba dwa tylko) dla szpaków w naszym zachodnim
ogródku. I dziwiłem się, że Zespół “Śląsk” śpiewa o górniku na emeryturze (nie,
mówiło się: na penzyi), który ma w gołębniku gołębie, ogródek, a w
kadłubku kos, to starzyka los. Kosy w kadłubku? Potem autor tekstu
tłumaczył się naiwnie, że chodziło mu o rym... (...)
A w Małopolsce
(i nie tylko tam) zasypane drogi, zasypane wsie. W dziennikach telewizyjnych
najwięcej o śniegu. No tak, młodzi reporterzy zapewne po raz pierwszy w życiu
widzą prawdziwą zimę...
Noszę od dwóch
dni grube wełniane skarpety, a nogi i tak mi marzną. I co z tego? Nic a nic.
Wrocław,
środa, 20 II 2002.
Czyż (a
może czyżyk?) nie powinienem zapisać tak: 20022002? Gdybym był numerologiem
(albo astrologiem?), to zapewne tak właśnie. Co by powiedział pitagorejczyk?
Jak to pisał Tatarkiewicz? Pitagorejczycy nie rozumieli liczby jako
abstrakcji, lecz rozumieli ją jako przestrzenną wielkość, jako realny kształt
(...). Jaka jest wielkość dzisiejszego zapisu? Zerowa.
Rano pada.
Deszcz ze śniegiem, nie wiem, czego więcej, w każdym razie samochody pod domami
białe, trawniki prawie białe.
Śniadanie:
najpierw ćwiartka wody polanickiej, ćwiartka owsianki (dziś w miseczce
chińskiej), kawałek śledzia z cebulą w oliwie włoskiej (sam przyrządziłem przed
środą popielcową), kromka chleba, pół bułki, masło, plasterek sera, plasterek
kiełbasy krakowskiej, herbata z cytryną, mandarynka. (...)
Czytanie Gazety
(wtorkowej) w pokoju balkonowym. Wczoraj nie zdążyłem, ledwo przerzuciłem (M.
przyniosła przed trzecią: wczoraj na umowo-zleceniowej placówce w Instytucie),
po obiedzie już się ściemniało, a lubię czytać, gdy w pokoju jasno: nie muszę
używać lupy, nawet malutkie literki odczytuję. W dodatku wrocławskim pyta
autor-licealista: Coś ty Świdnicy zrobił, Norwidzie? Nie czytuję już
drobnych ogłoszeń: konkret, konkret, a mało poezji. Tak, wiem: prasa żyje z
reklam. Ale czy musi być ich tak dużo? Ot, pytanie naiwniaka... A to co? Wypożyczę
limuzynę: czarny Rolls Royce. Nie dla mnie. Widziałem taki samochód jedynie
w amerykańskich filmach. A może angielskich? Och, ten to naprawdę odważny: Zadłużoną
spółkę przejmę. Ryzykant czy solidny biznesmen? Kiedyś prof. Miodek wyznał,
że pod jego kierunkiem napisano kilka prac magisterskich o tytułach gazetowych.
Które warto wyciąć? Chyba takie:
Ćwierć za
ćwierć
Prezydent
mówi, jen spada
Puszyści
zalewają świat [A
co z puczystami?]
jeden
jasny punkt [czyli
najnowsze wiersze Czesława Miłosza]
Modlitwa o
kryzys
Solorz prosi
do tanga
Zarząd
zaklina: będzie zysk
Lepsze drogi
czy ładna mapa
Miłość do
ataku
Kawa rozpuszczalna
Jacobs z mlekiem. Nie powinienem pić, bo wczoraj też sobie pozwoliłem (znowu mi
ciśnienie podskoczy).
Gawrony nadal
mogę podziwiać: i na trawnikach, i na drzewach. Nie spoufalają się z gołębiami
i wróblami czy też (znacznie od nich mniejszymi) naszymi wronami. Naprawdę je
podziwiam! Dlaczego jeszcze nie odleciały? Dziadek Mróz wróci?
Przy komputerze
ponad godzinę: wystukałem notę o Brunie (na stronę 4 okładki wyboru wierszy,
który zamierza w Grudziądzu wydać syn RMB, Sławek).
Na balkon
przylatuje dziś tylko jeden wróbelek, taki malutki: wyjada i okruszki (na
posadzce), i słoninę (na balustradzie).
Przed drugą się
przejaśnia, nie pada, nawet słoneczko się pojawia. Nie wychodzę z domu:
chodniki nadal mokre. Śniegu już nie widzę: no tak, przecież 7 plusów. (...)
W skrzynce
tylko jeden list.
Obiad przed
trzecią: zupa borowikowa (z kartonu), pierogi ruskie (ze sklepu) z kefirem
kościańskim. (...)
Co to się
dzieje przed czwartą? Gawrony się krzykliwie zwołują; chyba kilkadziesiąt krąży
nad naszą okolicą. Przygotowują się do odlotu? Akurat dzisiaj, gdy wraca Pani
Zima? Dokąd polecą? Do siebie. Gdzieś tam za koło podbiegunowe. Czyli do
Finlandii, także nad Morze Białe, a może również (jak przypuszczają – bo
podobno żadna solidna praca naukowa o zimowych wędrówkach gawronów dotąd się
nie ukazała! – niektórzy ornitolodzy) do Komi, czyli pod Workutę. Od lat (zza
firanki) obserwuję je w zimie z podziwem: jak podskakują po trawniku, gołębie
wyraźnie się ich boją, jedynie wróbelki wyłapują okruszki, których nie udało
się połknąć gawronom. Ani razu żaden gawron nie usiadł na balustradzie balkonu;
a kilka razy zajrzała sroka, nic nie dziobnęła, tylko się rozglądała. (...)
Co w gazecie
dzisiejszej? Tylko przerzucam, jutro po śniadaniu poczytam (znowu ciemne chmury,
zaraz popada). Czy to tytuły dla przyszłych magistrów?
Kto odda ten
dług [Na
pewno nie ja!]
Wyczesali
niebo [Co
za zdolni ludzie: czesali, czesali i odkryli aż 46 planet spoza Układu
Słonecznego!]
Bez
Hitlerów, proszę!
Gorzej
znaczy lepiej
Vive la France!
[Popieram!!]
Bąk wraca,
ale gdzie?
Gdzie jest
krążek?
[Naprawdę nie wiem...]
Nikt nie
zadzwonił. A kiedy ja do kogoś telefonowałem? Chyba tydzień temu, ale mam
usprawiedliwienie: nie jestem “telefonistą”.
(...)
Przed piątą
wciąż jasno, ale już mi się nie chce wychodzić na spacer. Jutro też będzie
dzień? Na pewno, ale słowa honoru dać nie mogę.
© Jerzy Pluta 2002