Keks w wielkim cieście.


No i mamy kolejne oszałamiające wydarzenie literackie z tej samej, co zwykle, bajki. Powieść Lubiewo Michała Witkowskiego zdobyła popularność głównie dzięki przyklejonemu do niej przymiotnikowi "gejowska". Żeby nie było wątpliwości: bajka, którą mam na myśli, nie jest opowieścią o osobach cierpiących na homoseksualizm, lecz o książkach wpisujących się w aktualną "modę intelektualną", wyznaczaną przez część środowisk uniwersyteckich oraz pisma kobiece, "klabingowe", wydawnictwo W.A.B., Gazetę Wyborczą, Politykę i kilka niszowych kwartalników. Była moda na feminizm - pojawiła się Katarzyna Grochola, mówiło się o narkotykach - jak z podziemi wyrósł Tomasz Piątek, święcił triumfy temat dresiarzy - karierę zrobiła Dorota Masłowska, zupa okazała się za słona - wypłynął Wojciech Kuczok, warszawka zachłysnęła się słowem clubbing - miała swoje pięć minut Agnieszka Drotkiewicz, zwrócono uwagę na lewacki antykonsumpcjonizm - z kapelusza wyskoczył Sławomir Shuty, teraz jest moda na camp, queer i gender studies, więc Witkowski po prostu musiał zostać zauważony.

Kolejność zawsze jest ta sama: najpierw pojawia się "moda intelektualna", potem książka. Czy oznacza to, że autorzy piszą swoje dzieła z wyrachowania, wierząc, iż aktualna fala tematów uniesie ich wysoko i choć przez chwilę troskliwie otoczy pianą gazet? A może jest odwrotnie: tydzień po nastaniu kolejnej mody ludzie mediów, spece od reklamy, szefowie wydawnictw i "przy gazetkach krytycy" gorączkowo szukają kogoś, kto już funkcjonuje w jakiejś niszy? Prawda leży pewnie pośrodku, trudno jednak oprzeć się pokusie podpowiedzenia młodym autorom tematów jeszcze nie całkiem "zagospodarowanych", których podjęcie z całą pewnością zapewniłoby im w najbliższych miesiącach medialną popularność. Napiszcie powieść o chorej, wykształconej i wrażliwej kobiecie, która pragnie poddać się eutanazji, ale uniemożliwia jej to niesprawiedliwe prawo, albo namówcie duże wydawnictwo na publikację waszego bloga. Przy odrobinie literackiej sprawności z waszej strony i przy dobrej reklamie ze strony wydawcy - sukces gwarantowany.

Michał Witkowski, przedstawiany na okładkach kolorowych pism jako "Michaśka Literatka", jest świadomy tych mechanizmów. Na swojej stronie internetowej ubolewa: "W mediach mówi się o czymś, co zostało przez te media wykreowane, a w życiu mówi się o... obciąganiu! Stąd wziął się pomysł napisania książki, w której konsekwentnie omijałbym wszystkie >medialne< realizacje tematu, a ufał wyłącznie >gadaniu<, historiom opowiadanym prywatnie, a także własnemu doświadczeniu. [.] Boję się jednak, że - jeśli książka ta miałaby zaistnieć w prasie czy TV - media będą musiały przerobić ją na swoją modłę. [.] Podłączyć książkę pod >walkę o prawa<, zrobić z niej >manifest<, >pierwszą polską książkę gejowską< itd.".

Biedna Michaśka - miała rację! Teraz musi męczyć się przed kamerami w ubraniach z kolekcji Arkadiusa, "który zachwycił się Lubiewiem", i przyjmować hołdy od Andrzeja Stasiuka, Sergiusza Kowalskiego, Kingi Dunin, Kazimiery Szczuki, Roberta Biedronia i wielu innych, którzy cieszą się, że powieść jest "lekcją inności w pseudoliberalnej Polsce", "przekracza granice społecznej obłudy", a jednocześnie "pobudza wyobraźnię" i "niezdrowo pociąga".

Szczerze mówiąc, na poziomie debaty publicznej nie widzę przesadnej różnicy między hasłami "Holandia", "prawo gejów do adopcji dzieci" czy "nietolerancja" a "historiami opowiadanymi prywatnie" przez Witkowskiego. Oczywiście, hasła różnią się od świadectw pod względem walorów literackich. Gdyby autor Lubiewa posługiwał się wyłącznie tymi pierwszymi, jego powieść nie byłaby powieścią. Czy jednak nasycenie tej książki obrazami rzeczywistości automatycznie czyni ją czymś więcej niż zaangażowanym reportażem, "manifestem" i "prozą gejowską"? Nie sądzę. Myślę, że Michaśka Literatka, pisząc swój komentarz, krygowała się nie po to, żeby odsunąć od Lubiewa perspektywę zawłaszczenia przez media, ale po to, by jeszcze przed publikacją narzucić tej powieści odpowiedni kontekst. Nie było tu żadnej obawy, była za to doskonała znajomość zasad marketingu.

Cóż, udało się, szczere gratulacje. Jeżeli jednak w ten sposób ma wyglądać nasze - pożal się Boże - życie literackie, należy chyba przyklasnąć rozpoznaniu postmodernistów, że literatura umarła. W swoim felietonie, opublikowanym w Wysokich Obciachach, Kinga Dunin argumentuje: "A przecież każdy czytelnik i każdy pisarz wie, że nie ma ciekawej literatury bez domieszki grzechu". Zgoda, tyle że Dostojewski czy Faulkner nie pisali swych powieści po to, by odpowiedzieć na "modę intelektualną" czy zaangażować się w jakąś debatę publiczną. Literatura, pełna różnych smaków i zapachów, była dla nich ciastem, które należało długo ugniatać i piec bez gwarancji, że przedsięwzięcie się uda. Ale kogo interesuje dziś tradycyjne ciasto, skoro w najbliższej cukierni może kupić kawałek keksu i skonsumować go za rogiem z wypiekami na twarzy?


Wojciech Wencel, "Nowe Państwo", 2005 nr 3