PRZEMYSŁAW WIŚNIEWSKI O "LUBIEWIE" ("PIERWSZA CIOTA III RP", "TRYBUNA", CZWARTEK, 10 MARCA 2005, DODATEK "IMPULS", str. B-C)
TAKIEJ BOMBY W POLSKIEJ LITERATURZE FAKTYCZNIE NIE BYŁO OD DAWNA!

O książce Michała Witkowskiego mówi się jako o "pierwszej polskiej powieści gejowskiej". Niezależnie od prawdziwości tego określenia, "Lubiewo" wzbudziło ogromne zainteresowanie i spore kontrowersje. Również tym, że unika politycznego zaangażowania.
Sytuacji swoistej wojny, jaka rozgrywa się na polu obyczajowości w naszym kraju, nie trzeba już szczególnie naświetlać. Doskonale widać aktywność środowisk prawicowych, które szykują już IV RP - kraj moralności absolutnej i wszelkiej - no właśnie - prawości. Młodzież Wszechpolska wykrzykuje "odliczajcie życia chwile, szykujemy wam Chile" i słowa te kieruje zapewne do wszelkich tzw. postępowców, czyli wszelkiej maści lewaków i liberałów. Z drugiej strony - tej, gdzie kierunków działań politycznych nie wyznacza Giertych, Macierewicz i PiS - coraz odważniej działają grupy "odchylonych oświeconych", zwane w ostatnim czasie skrzydłem aborcyjnym, którego działalność wykracza poza czyste stawianie oporu armii moherowych beretów i klonów Dmowskiego, wraz z resztą prawicy straszących Polaków perspektywą szerzącego się hedonizmu i powszechnym upadkiem wartości. Takim totalnym upadkiem byłoby oczywiście dopuszczenie, by po ulicach swobodnie paradowali zboczeńcy - seksualni dewianci, tzw. pedały, od których niedaleko przecież do pedofilów, zoofilów i innych odrażających dziwoloągów. Przeciwko stawianiu znaku równości pomiędzy homoseksualistami a autentycznymi dewiantami, protestują środowiska gejowskie, które starają się (w miarę skromnych możliwości) doprowadzić do przerwania przymusowej alienacji i autentycznej pogardy wobec siebie. Nie chodzi przy tym nawet o zapewnienie akceptacji, ale o niepiętnowanie i nieskreślanie z góry dosyć dużej części społeczeństwa. W tym kontekście podejmowane więc są próby ukazania "pedałów ucywilizowanych" - jako normalnych członków społeczeństwa. Różnych, ale równych i reprezentujących odmienność w sprawach nie innych jak tylko seksualne. Bez epatowania własnym homoseksualizmem, niemalże poprawnych politycznie, na prawicową modłę. Obraz taki, mimo wszelkich kampanii, skierowanych "na pohybel gejowemu" coraz bardziej zaczyna się utrwalać w świadomości dużej części Polaków, wszelkich lewicowców, liberałów czy innych "cudaków", a może po prostu wśród ludzi otwartych i życzliwych?
Jednak każdy medal ma dwie strony. I także reprezentanci środowiska gejowskiego nie są jedynie "zieloni" i wyemancypowani. Bywają rzecz jasna i tacy, których mniej społeczeństwo jest w stanie akceptować. O nich właśnie swą książkę napisał Michał Witkowski.
"Lubiewo" wykracza poza społecznie i medialnie prowadzony dyskurs. Witkowski, o którym (bez złośliwości) mówi się ostatnio jako o pierwszej ciocie III Rzeczypospolitej, twierdzi - czemu wypada przyznać rację - że obraz geja i "sprawy gejowskiej" w ogóle, został w polskich mediach zniekształcony i zafałszowany. Według Witkowskiego powstał z tego fałszu wizerunek dostosowany do potrzeb i wymogów medialnych produktów, które takie "gorące" tematy, jak feminizm czy homoseksualizm, "przycinają" odpowiednio i podają w smacznym, lekko pikantnym sosie - bez radykalizmu i poruszania drażliwych kwestii. Pomaga to oczywiście gejom, ale zdaniem Witkowskiego nie mówi prawdy o środowisku, które jest różnorodne i generalnie niejednolite. "Lubiewo" stanowi wyraxny wyłom ze stereotypowego przedstawiania homoseksualistów i homoseksualizmu. Wyłom zarówno z obrazu pozytywnego, jak i uprzedzonego - szerzonego przez Kościół i konserwatystów. Wyłom ten jest więc zupełnie nieszablonowy i wręcz rewolucyjny. Takiej bomby w polskiej literaturze faktycznie nie było od dawna.
"Lubiewo" to mająca postać barwnej, choć zapalonej żalem i smutną obserwacją opowieść ze świata zepchniętego na bok. Odsuniętego do podziemia nawet przez dużą część gejów, tych - którzy coraz bardziej starają się wyemancypować, uczynić się akceptowalnymi i - według Witkowskiego - coraz bardziej mieszczańskimi. Ponieważ mieszczaństwa Witkowski nie lubi, to i wyśmiewa je z całej mocy w swym dziele. Jego "zieloni" geje starają się pozbyć złego image. Nie chcą szaletowego brudu i różowej, stereotypowej otoczki. Starają się żyć jak najbardziej normalnie (więc poprawnie) i bez piętna zboków, jakie w pewnym stopniu wypracowali dla nich przedstawiciele odłamu "ciotowskiego". Ceną zyskania nowego gejowskiego "Ja" jest jednak asymilacja, która zaprzecza zachowaniu wyraźnej odrębności i sprowadza proces emancypacji gejowskiej do budowy homo-wariantów, standardowych tworów kulturowych, zwłaszcza małżeństwa (najlepiej z dziećmi i wspólnym odpodatkowaniem). Taki model "gejowa" Witkowski odrzuca jako nienaturalnie szablonowy i konformistyczny. W konfrontacji do tego wariantu, autor "Lubiewa" afirmuje raczej zachowania rubaszne i "przegięte" (wyrażenie z utworu), drażniące często nawet tolerancyjnych (no właśnie; jak bardzo?) czytelników. Witkowski w sposób niezwykle dowcipny maluje świat "ciotek", których rzeczywistość jest znacznie ciekawsza niż sterylny i poprawny świat "gejów walczących". Rzeczywistość "ciotek piosenkarek", czyli dojrzałych wiekowo panów z "przegięciem" jest dzika i bardzo biologiczna. Ale opisy epizodów z ich życia nie są tu wartością samą w sobie. Tworzą oczywiście fabułę utworu i budują jego niepowtarzalny klimat, ale łącznie stanowią interesujące odbicie polskiej rzeczywistości w ogóle. Zarówno tej oficjalnej - w postaci klimatu i nastrojów społecznych, przemian politycznych, jak i "rzeczywistości drugiej" - czyli gejowskiej. Jest to obraz praktycznie szerzej nie znany, bo w końcu dotyczący środowiska zamkniętego i nadal ukrytego. Należą do niego zarówno geje inteligenci, próbujący się wyzwolić z okowów represyjnego społeczeństwa, jak i postacie włóczących się nocami po parkach i szaletach "kurwiszczy" poszukujących przypadkowych seksualnych doznań. Postacie te - upodabniające się nieśmiało do kobiet, choć raczej nie pragnące nimi być - nie walczą o równouprawnienie i tolerancję wobec własnej mniejszości. W głowie im raczej "drutowanie" niż zabieganie o możliwość adopcji dzieci, a pikietowanie kojarzy się im nie z demonstrowaniem, lecz z chodzeniem po parku - pikiecie, w poszukiwaniu luja - synonimu czerwonogębej łajzy bądź pijanego żołnierza, którym "ciotki piosenkarki" chętnie przyzwolą na sponiewieranie się (choć wiadomo - "na dzisięć prób, dziewięć razy po gębie, a tylko raz w gębę"). Czy taki obraz kole w oczy heteryka? Jak określił dzieło Witkowskiego Andrzej Stasiuk - jest to jednak "dotknięcie prawdy".
"Lubiewo" (tytuł wziął się od nazwy plaży dla "lubieżnych pedałów", znajdującej się koło Międzyzdrojów, gdzie zjeżdżają homoseksualiści ze ściany zachodniej. Istnieje także "Lubiewo" dla heteryckich naturystów) stanowi nie tyle świeże, co po prostu pierwsze tak wyraźne spojrzenie na niespenetrowany przez literaturę obszar. Oczywiście wcześniej był Iwaszkiewicz, ale Witkowski dokonał takiego przewrotu w potraktowaniu tematu, jak wcześniej udało się to zapewne tylko Białoszewskiemu w ujęciu powstania warszawskiego.
Witkowski, reprezentant roczników siedemdziesiątych polskiej prozy i poezji (ur. w 1975 roku) - doktorant na Uniwersytecie Wrocławskim, specjalista w dziedzinie koncepcji feministycznych - dał się poznać szerzej w 2001 roku, kiedy to wydano tom jego opowiadań "Copyright". Autor szybko także zasłynął jako jedyna właściwie osobowiść polskiej czołówki artystycznej, deklarująca otwarcie homoseksualizm. Ze względu na swój talent, jak i swoistą odwagę cywilną, Witkowskiego uznać należy za postać co najmniej nieszablonową. Taka jest też jego powieść, która porusza kilka co najmniej istotnych problemów naszej współczesności. O ukazaniu swoistej opozycji "gejowsko-ciotowskiej" była już powyżej mowa. Nie jest to jednak wszystko, co autor ma nam do przedstawienia: konieczność stwarzania sobie rzeczywistości alternatywnej i tęsknota za przeszłością, do której nie ma powrotu, to dwa istotne wątki, obudowane wokół historii postaci uzależnionych od powzechnie trudno akceptowalnego trybu życia.
Bohaterowie Witkowskiego - mało już atrakcyjni mężczyźni w średnim wieku, przybierający damskie pseudonimy, budują po trochu i ostrożnie swój "ciotowski" image. Poprzez drobne zachowania, takie jak szczególny sposób trzymania papierosa czy akcentowania, budują sobie całe właściwie życie. "Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać". Jednak Patrycji czy Lukrecji, w których opwoieść zagłębia się czytelnik, zupełnie dobrze jest z tym całym udawaniem. Jak mówi jeden z bohaterów (bohaterek?) anegdot przytaczanych przez autora - na szczęście nie będzie mu (jej) dane dożyć momentu, gdy żaden heteryk nie zdziwi się na widok pary "pedałów" całującyh się na plaży. Taka przyszłość zabije przecież konieczność odgrywania swej kreacji. Zniszczy całą magię ułudy. Więc nie takie udawanie straszne? Najwyraźniej może być zabawne i twórcze. Choć oczywiście przy całej swej bolesności. Jednak odgrywanie "kurwiszczej kobiecości" odchodzi w zapomnienie. "Dziś wszystko można kupić. Płeć, kolor oczu, włosów... Nie ma miejsca na imaginację. Dlatego wolą być biedne i bawić się" - mówi Michaska Literatka, "ciota" intelektualistka, która widzi współczesne "gejowo-ciotowo", a raczej gejowo i ciotowo, trochę z boku, uczciwie, ale jednak z sympatią w stronę "zdzir" stwarzających siebie każdego dnia. Patrycja i Lukrecja udają wciąż, ale nie tak jak kiedyś - nie ma już sprzyjającego klimatu. Przeszłość jawi im się zdecydownie lepiej, magiczniej. "Cioty" Witkowskiego dosłownie modliły się, by przemiany ustrojowe nie powiodły się, by wszystko zostało po staremu, po dobremu. Obie "piosenkarki" z łezką w oku spoglądają wstecz, w stronę lat 80. Wciąż afirmują Polskę Ludową. Nadejście nowej rzeczywistości okazało się dla nich tragedią. Czemu? Pewnie dlatego, że wraz ze zmieniającym się krajem zmienili się też ludzie. Czy wtedy było lepiej? Na pewno było łatwiej i po prostu przyjemniej - zdają się mówić "piosenkarki" (którym wiele przyjemności sprawiało też obcowanie z radzieckimi żołnierzami, których wyjazd w 1992 roku znaczy datę końca swoistej "złotej ery"). W dużej mierze zmienili się oczywiście sami homoseksualiści, którym dawniej nie śniło się nawet by walczyć o coś szczególnego. Zmiana pokoleniowa przyniosła tu wyraźną, dostrzegalną dziś różnicę. "Nie znałem ani jednej cioty zbuntowanej. Przeciwko systemowi. Ani jednej ciotki walczącej (...) w teatrze płci zabrakło dla nich miejsca. Jakoś też ta kobieca uległość, typowa dla ciot i dawnych (przedemancypacyjnych) kobiet nie pzowalała im na bunt. Chciały dawać dupy systemowi, chciały być bierne, pasywne, posłuszne. Albo po prostu, jak zwykle żyły w swoim własnym urojonym świecie, więc rzeczywistość nic a nic ich nie obchodziła. Nie mam im tego za złe".
Odszedł system, zmieniły się obyczaje, mentalność. "Cioty pikieciary" tęsknią za dawnymi czasami, ale tekże za dawną atrakcyjnością - dziką i rubaszną młodością. Teraz zbrzydły, postarzały się. Żyją na renatch i patrzą, jak same odchodzą w przeszłość. Ich miejsce zajmują zaś geje - z punkytu widzenia patrycji i Lukrecji - zbyt wypieszczeni, ułożeni, nastawieni na konsumpcję, politycznie zaangażowani i... coraz nudniejsi. Trudno jest to zaakceptować "piosenkarkom". Trudno jest to lubić Witkowskiemu. Dobre czasy polskiego "ciotowstwa" zakończyły się. Na szczęście pozostali jeszcze "luje" - ostatnia radość "ciotek-emerytek".
Michał Witkowski twierdzi, że nie interesuje go ostateczny wydźwięk jego książki, która zebrała całą masę dobrych recenzji. Nie ominęła jej oczywiście i ostra krytyka, chociaż - jak do tej pory - dzieła Witkowskiego niekt jeszcze nie usuwał z ksiegarń i nie palił na stosach. Co jednak ciekawe - zdążono już posądzić pisarza o pobudzanie homofobii. Oczywiście części postaci nakreślonych przez autora można przypisywać pewne zaburzenia emocjonalne czy mało typowe zachowania seksualne, ale przecież nie są ci bohaterowie przedstawiani jako modelowi przedstawiciele społeczności homosksualnej. Całe przecież bogactwo "Lubiewa" opiera się na przedstawieniu wewnętrznej różnorodności owej społeczności, ukazywanej do tej pory jedynie w dwóch perspektywach. Jednej - afirmującej, drugiej - odrzucającej. Witkowski zmieszał te dwa języki i naznaczył autorskim akcentem. Oczywiście ostateczny kształt "Lubiewa" i "ciotek" naszkicowanych przez Witkowskiego, utwierdzi młodzierz patriotyczną i innych homofobów w negatywnym wyobrażeniu gejów, jako wulgarnych, sprośnych, w dodatku nawet nie nienawidzących komuny, ale wypada sądzić, że niewiele takich osób sięgnie po książkę, której celem nie jest przecież masowe wzbudzanie sympatii, lecz powiedzenie kilku ważnych i raczej prawdziwych rzeczy.
"Lubiewo" wzbudza kontrowersje, ale nie szkodzi gejom. Może nawet pomaga pewnym osobom samookreslić się i zaakceptować, choć takiej utylitarnej funkcji Witkowski chyba nie przewidział. Ci zaś, którzy czekają na literarturę wyraźnie "uszlachetniającą" zapewne się jej doczekają. Jaki będzie efekt i czy będą to dzieła równie prawdziwe, tego oczywiście nie sposób przewidzieć. Ponieważ jednak wiele jest prawd równorzędnych, a i "środowisko" - co trzeba podkreslić, zgodnie przecież z intencją autora - nie jest jendakowe, to można być pewnym dalszych prób "otwierania" czytelniczych umysłów na sprawę, poruszoną w tak udany sposób przez wrocławskiego pisarza.