"SŁAWOMIR SIEKARKOWSKI O LUBIEWIE" (IRONIA, LITERATURA, SYSTEM, "GAZETA WYBORCZA", 15,16 STYCZNIA 2005)

A jak potraktować w takim razie Wielki Poczet Ciot Polskich, czyli świetne "Lubiewo" Michała Witkowskiego? Jako "rozbieranie" gejów i szyderstwa dla szyderstwa ciąg dalszy? Czy raczej jako "ubieranie" świata w cioty, poszerzanie pola widzenia przez wyciąganie tego, co przez dziesiątki lat tkwiło w podziemiu? Uczenie Polaka inności w wersji hard? Nie przez geja, którego emancypacja uczyniła jednym z nas, normalnych Polaków, ale przez ciotę, która siedzi w szalecie. Witkowski wydaje mi się najbliższy temu, co najważniejsze u Gombrowicza, nie przez transatlantycką frazę, której gęsto używa, nie przez wzbudzającego pożądanie luja-parobka albo atencję dla młodej łydki, ale przez zastosowanie szyderstwa w zbożnym celu poprawiania świata. Polak pobratany z innym to lepszy Polak. Tym "Lubiewo" różni się od pozornie podobnych "Murów Hebronu" Stasiuka. Stasiukowy cwel budzi ciekawość, którą Polak zaspokaja, oglądając kryminalne reportaże w telewizji. Ciota Witkowskiego to rękawica rzucona normalności, tożsamości - to lekcja inności w pseudoliberalnej Polsce.
Tak odczytany Witkowski jest jednak wyjątkiem w polskim życiu literackim ostatnich lat, które przywykło używać ironii jako bezpiecznika, by nie doszło do niekontrolowanego spięcia w tej kulturze, której - jak się powszechnie uważa - należy się co najwyżej parę poprawek. Jeśli dobrać się do rodziny, to jak Kuczok, jeśli do kapitalizmu, to jak Shuty, pokazując, jak dobre instytucje potrafią czasem źle funkcjonować. To "bezpieczna literatura", zaś dzisiejsza Polska zasługuje na "literaturę niebezpieczną", taką, jaką fundował jej Gombrowicz.