Alexis. Gdzie jest kobiecość?


Trzeba zacząć od tego, że powieść Lubiewo stanowi triumf kobiecości - przeważają w niej formy żeńskie. Michałowi Witkowskiemu udało się coś, czego nie dokonały pisarki feministyczne w Polsce - zabsolutyzowanie żeńskości. Mogłabym o tym napisać, zadając pytanie: czy to triumf kobiecości, czy jej ostateczne przejęcie? W końcu, przyznaję, nie jest mi na rękę, że najbardziej żeńska powieść (i w dodatku sprawiająca przyjemność w lekturze) zastała napisana przez mężczyznę. Ale taka rozprawka wydaje się nieco niesprawiedliwa wobec Dżesiki, która w końcu umarła i powinna mieć solidny nagrobek, dość mocne epitafium. Miałby nań starczyć sam "dyskurs"? W biografiach Lubiewa nie chodzi o polityczne prawa dla mniejszości, nie o walkę z formą o formę - przynajmniej nie na poziomie świadomości bohaterek. Chodzi o seks. O realizowanie marzeń i zachcianek. O bycie pod koszarami. O czerpanie przyjemności z bycia kimś, kto nie ma swojej reprezentacji - chyba że w koszarowych dowcipach - a przecież żyje obok nas, żył w PRL-u i dzisiaj.
Jednak właśnie od form żeńskich, od formy, warto lekturę zacząć, gdy się pamięta w jakiej epoce żyjemy. W epoce, która przerabia ("przepracowuje") trudne problemy społeczne, żywi się patologią rodziny, rozpamiętuje inność w programach telewizyjnych, filmach, kolorowej prasie i sezonowej literaturze, ale jednocześnie cenzuruje seksualność, a głos feministek przemieniła w część pop-kultury. Więc żeńskie formy można przeczytać jako znak bycia poza tym wszystkim, jako ostentacyjne wypięcie się na ugrzeczniony radykalizm kultury. Tym różni się ciota od geja - ten ostatni radzi sobie w społeczeństwie, a gdyby miał pokusę przebieranek, znajdzie do jej realizacji dyskretnego partnera i luksusowo ustronne miejsce. Ona zaś po prostu w formie żeńskiej żyje.
Inną sprawą - i nie moją - jest pytanie o to, czy istotnie gejowski świat w Polsce to taka oswojona i bezpieczna kraina, w której zdycha duch przygody i ryzyka. Jednak Witkowski namawia nas, żebyśmy dali spokój polityce, więc niech tak będzie.
Płeć oderwana od płci - przegięta i wygięta, przesadzona i groteskowa, po prostu taka, jakiej świat nie widział (chyba że ten, którego nie ma) - jest jednocześnie bardziej widoczna i całkowicie nieakceptowana. Bo zacznijmy od tego, że we wszelkich hierarchiach są dwie postacie prawdziwie skandaliczne, obrażające gust powszechny - stara, męska lesba i (również najgorsza, gdy stara) ciota. Osoby sięgające po to, co im nie przysługuje; co, samo w sobie, nie budzi pragnienia innych. O ile przywykliśmy już do drobnych akcentów inności ubarwiających świat zamieszkiwany przez mężczyzn i kobiety, także tych unisex, gotowi jesteśmy bawić się aluzjami: a to bardziej kolorowy krawat, a to pajęczyna wytatuowana na dłoni, jakaś sado-maso biżuteria, albo damski drobiażdżek w męskim uchu - nie lubimy pomieszania, które bierze to, czego inni nie chcą. Wymiana następuje pomiędzy atrybutami wartościowymi, upiększającymi, dodającymi prestiżu.
Kobieta odrzucająca kobiecość tak, że wydaje się ona bezwartościowa. Mężczyzna, który żywi się tym, co inni wywalili na śmietnik. Właściwie tylko u nich możemy znaleźć płeć zlepioną z elementów, które niby ją znaczą - jednak tylko wówczas, gdy podejmą je osoby, do których pierwotnie nie należy. I nie chodzi tylko o brzydotę, o płeć nie dość wzorcową. Także o tę kiczowatą, której żywiołem żywi się camp. Camp to jednak, jak poucza nas narrator, zabawa wypasionych działaczy, tu idzie o grę zupełnie inną. Także jakoś nierzeczywistą, a jednak stanowiącą życie. Bo przecież po ulicach nie chodzi taka, dajmy na to, Alexis. Chyba że byłaby psychicznie chora. Bo ludzie nie wyglądają jak z serialu Dallas - chyba że w jakichś dalekich, małych miasteczkach. Więc prawdę mówiąc, wszystkie te rozkołysane w biodrach, z bejskolówką daszkiem do tyłu dziewczyny i te podmalowane nierówną kreską chłopaki cytują coś, co z trudem daje się znaleźć obok. Nie samą płeć - raczej jej karykaturę. Dla porządku dodajmy, że takie karykatury, tyle że ulepione z elementów społecznie akceptowanych, jeżdżą codziennie autobusami do szkół i hipermarketów. Mam na myśli napakowanego i cosmo-dziewczynę.
Nie będę twierdzić, że u ciot z Lubiewa znajdziemy jakąś "esencję kobiecości", która jednak okazuje się mieć nieesencjonalny charakter, jako że została oderwana od... Właśnie, od czego? Od ciał kobiet? "Kobiecość" to jednak coś innego niż różowy sweterek i gotowość do czynności, której nazwy nie potrafią prawidłowo odmieniać luje. Kobiecość istnieje w kobietach, może być realizowana na miliony sposobów. Czy może zdarzać się mężczyznom? W teatrze queer albo w teoriach osobowości może, jednak gdy przyjmiemy perspektywę praktyczną, odpowiedź nie może pozostać jednoznaczna. Nawet wybór ról nie zamknie wątpliwości. Kobiecość to coś, co mają kobiety. Nawet jeśli składa się z tego, co społecznie postrzegane jest jako męskie lub co było uważane za męskie w historii. Nawet jeśli domieszamy do niej czegoś, co przysporzy nam sławy "starej lesby". Dalej: kobiecość zdefiniowana przez kulturę może się wydawać kobietom nie do przyjęcia. Kobiety mogą "odgrywać" kobiecość, chociaż nie będą odczuwały jej jako własnej. Bo płeć, tak to widzi teoria, jest zarówno konstruktem, jak i dyskursem, jednak ma poza tym wymiar prywatny. Czy więc można przeżyć życie kobiece, będąc mężczyzną?
Wydaje się, że bohaterki/bohaterowie Lubiewa robią jednak coś innego. Nie pożyczają sobie bowiem z magazynu kultury atrakcyjnych atrybutów kobiecości, nie dodają sobie urody przy pomocy jakichś wynalazków zarezerwowanych dla płci zwanej przeciwną, ale biorą to, czego nie chcą "prawdziwe" kobiety. Czy dlatego, że czasy im nie sprzyjają? Operacje plastyczne nie są dostępne, depilacje i inne "lacje" także w niewielkim stopniu, nawet jakość ciuchów pozostawia niedosyt. Czy chodzi o to? Czy gdyby żyły dzisiaj, jeździłyby na Teneryfę? Być może, jednak chyba nie o to chodzi wielbicielkom Alexis.
Kobiecość pomaga im w gruncie rzeczy w czymś, za co są odrzucane w eleganckim świecie. W wyraźnym, jednoznacznym określeniu swego położenia. W wysłaniu sygnału gotowości, której najważniejszą cechą jest zdecydowane poddaństwo. Byłby to dobry motyw do rozrachunkowej rozprawki na temat "jak postrzegana jest kobiecość" - jako dół, jako ochocze przyjęcie męskiej dominacji. Szczególnie, że ten quasi-gombrowiczowski parobek zwany "lujem" to prawdziwie bezrefleksyjny dominant.
Czy chodzi o to, że w Lubiewie i w okolicach miejskich szaletów gra się kodami patriarchatu w tym najjaskrawszych i prymitywnym wydaniu, którego nie zna salonowy patriarchat? Coś w tym jest. Mężczyźni, którzy pragną być potraktowani jak kobiety, tylko zdecydowanie gorzej, bo jako premię dostaną - jakże pożądaną - pogardę za zdradę własnej płci. U kobiet może być trochę inaczej: męskość może wabić, zasłaniając skandal jednopłciowej oferty seksualnej. Właśnie: seksualnej. Wszystko to, co robią bohaterki Witkowskiego, byłoby mniej kontrowersyjne, gdyby stawiały jasną granicę pomiędzy sferą seksu a pozostałymi strefami życia. Tymczasem w ich zachowaniach nie ma takiej granicy. Seks każe brać od kobiet to, czego same kobiety już nie chcą - zużyte formuły, gesty, sukienki, niemodne makijaże - bo tylko taki zestaw daje gwarancję sukcesu, a więc przeżywania rozkosznego poniżenia (będącego faktycznym triumfem). Ale po spełnionym akcie one nie wracają do innego uniformu i tu następuje faktyczne przekroczenie normy. Pozostawanie w kostiumie, który staje się codziennym strojem, komunikuje swego rodzaju permanentną gotowość.
Oczywiście, Witkowski niekoniecznie tak to wszystko opisał. Nie chciałabym jednak dopisać do Lubiewa rozprawki na temat tego, czym są sex i gender, jak się odrywają od płci biologicznej i kulturowej w jej akceptowanych formach i co znaczą w ciele pewnej babci klozetowej, która zgodnie z dowodem osobistym była dziadkiem. Witkowski widzi swoje bohaterki w różnych ujęciach, ich tożsamości są dla niego źródłem ironicznej rozbiórki i sentymentalnego współodczuwania. Jak w następujących fragmentach:
Być może z powodu odległości, mroku, czy czegokolwiek innego, brudny fartuch Dżesiki, pełen numerów ewidencyjnych i fioletowych pieczątek wyglądał w szybie jak biała suknia, którą w ostatnim odcinku miała na sobie Alexis. Jej spocone loki stawały się nowiutką trwała. Dżesika aż oniemiała z zachwytu i ze zdumienia. Powoli, nie odrywając wzroku od szyby zeszła z drabiny i odstawiła wiadro (s. 33).
I teraz ten wielki, napakowany, ubrany na ciemno granatowo. Ochroniarz. Wkłada swoją wielką łapę i wyciąga. Te fatałaszki. Te pierdołki. Tak dobrze Aligatorzycy znane. Trochę jakby ja samą dotykał, jakby grzebał w jej intymności, jakby pod bluzką. - A jednak to nie pańska, a jednak damska torebka! Pan pozwoli ze mną. Tak, męska torba, męska torba... Złodziej - Krąg ludzi robi się coraz większy i Aligatorzyca sama już nie wie, może przez całe życie nosiła jakąś cudzą torebkę? ( s. 261).
W dyskusjach o tożsamości ulegamy wielostronnej cenzurze. Nie powiemy przecież, że idzie właśnie o orgazm, skoro nawet garniturowego geja upomina się, żeby nie wychodził ze świństwami na ulicę. Podobnie cenzuruje się kobiecą seksualność. Z jednej strony robiąc z niej szybko psujący się towar reklamowany w kolorowych pismach, z drugiej przedmiot rozgrywki politycznej, z aborcją i antykoncepcją w centrum. Więc trzeba otwarcie powiedzieć, że Lubiewo podnieca i wciąga, ponieważ jego bohaterki są skoncentrowane na seksie. Mogą sobie na to pozwolić: jeśli się wygląda jak Alexis... Pracuje w tak mało pożądanych zawodach... Będąc ciotą... Jednym słowem - robiąc to, czego nie mogą inni.
Jasne, wszystko to i tak jest wyprawą literacką - Michaśka może liczyć na pewne z nią związane profity. Jednak Lubiewo jest czymś innym niż skandal, nie daje się potraktować jako świadectwo epatowania rozwiązłością czy ohydą. Życie bezgranicznie podporządkowane pożądaniu - oto coś, do czego nikt się nie przyzna. Poza kimś, komu nie zależy na niczym więcej. Kto nie analizuje konstruktów płciowych, lecz je przeżywa.


Ina Iwasiów, "Pogranicza", nr 1 / 2005