Legenda romantyczna i cioty
Na marginesie Lubiewa Michała Witkowskiego


A teraz zastanówmy się przez chwilę: czy jest coś, co mogłoby łączyć Stanisława Brzozowskiego, Karola Irzykowskiego, Tadeusza Boya Żeleńskiego z... no właśnie, z Michaśką Literatką, z naszą Zadzieram Kiecę i Lecę? Jeśli komuś twarz się skrzywiła na samą myśl o takiej konfrontacji, niech spróbuje przełamać estetyczne opory, może się bowiem okazać, iż związki te są nader mocne, i aby je odnaleźć, wcale nie trzeba opuszczać - oczywiście tylko w roli czytelnika - pikiety, tego "parku jurajskiego" polskiego homoerotyzmu.
"Bo kto nie był ni razu w parku..."
Nikt w najnowszej polskiej literaturze nie bluźni tak pięknie jak Michaśka. Przychodzi jej to lekko, niejako mimopiórem, jakby nie chciała udowodnić tego, w co wielu krytyków dawno już straciło wiarę: a jednak, chciałoby się wykrzyknąć, literacki skandal jest możliwy, tabu istnieje, są świętości, których można dotknąć. I ona to robi. Nie zawaha się przed zszarganiem narodowych relikwii, nawet jeśli z pozoru miałoby to być jedynie uderzanie w nie damską torebką. Nieoczekiwanym skutkiem tych wszystkich mniejszych i większych drwin i szyderstw jest jednak to, że im mocniej Michaśka (i jej słuchaczki) manifestują, że nic ich poza seksem nie dotyczy, im mocniej dworują sobie z (post)romantycznej tradycji, tudzież patriotyzmu (choćby kolaborując nieprzyzwoicie z krasnoarmiejcami), tym dokładniej widać, że tradycja, która zmierzcha, zmierzcha i nie może zmierzchnąć, nadal świeci, że podszczypywana tu i ówdzie romantyczna matrona ma się całkiem dobrze. Dobrze na tyle, że zdążyła już zapomnieć o tym, co w jej ucho szeptał ukarminowanymi ustami niejaki Gonzalo. "Bohaterki" (nie mylić z bo-heterkami) Lubiewa skrzętnie więc jej przypominają, przypominają...
To nie przypadek, że wśród literackich kostiumów, jakie wdziewa na siebie Lubiewo, ta książka - drag queen,książka-hermafrodyta, znalazło się i miejsce dla przebrania romantycznego: musiały się w niej bowiem znaleźć, jak w każdej tak radykalnej próbie przemiany naszej kultury, elementy oceny tradycji wcześniejszej, a żaden jej fragment nie nadaje się do tego tak jak romantyzm (o czym wcześniej przekonywał nas "Milijon" pisarzy, od Boya do Mrożka i Różewicza). Czy powinno zatem dziwić, że i Michaśka poużywała sobie z romantykami? Że bawiła się brzydko tym, co najświętsze? Choćby książką swą Dziady przedrzeźniając, zmieniając je w żywych i umarłych ciot obcowanie.
Bodaj najwyraźniej widać to w opowieści Patrycji: wpatrując się wraz z "nią" w widmo, niech i to słowo padnie, luja niknące gdzieś za kolejnym parkowym wykrotem, wtajemniczani jesteśmy w sens homoseksualnego obrzędu, sens przewrotny, bo niedoszły przedmiot pożądania, sam pożąda nawet po śmierci, pożąda zgoła nie ziaren gorczycy. "Dzisiaj obchodzimy Dziady, daj trochę spermy, daj, a udzielę ci moralnej nauki, że kto nie był ni razu..." (s. 20)
Oczywiście, powie ktoś, to tylko parodia, rodzaj niezobowiązującego (?) flirtu z tradycją literacką (tu jakby zwielokrotnioną, bo przecież Mickiewicz, ale i Krasiński), upieram się jednak, że nie tylko ten fragment, ale całość naszej "księgi ulicy" układa się właśnie w ciotowskie Dziady, w pikietowe (i pikantne) "zaduszki". Z kaplicą szaletu ożywającą o zmierzchu, z Michaśką jako guślarzem, która wprowadza nas w tę "lekcję martwego języka", która wywołuje przed nami duchy - żywych, ale tylko pozornie, gdyż od ponad dziesięciu lat ich dusze (i to drugie) są puste niczym koszary.
Szminką (ciotowską) na sztandarze?
I wbrew pozorom nie chodzi o flagę w tęczowe barwy, ale o tę tradycyjną, zszytą z bieli i czerwieni, muletę dla różnej maści antyromantycznych szyderców, którym wraz z Lubiewem przybyły nieoczekiwanie nowe krewne: ciotki. Docieramy więc do punktu, w którym homoseksualizm musi zderzyć się z patriotyzmem. Chciałbym to miejsce nazwać "punktem G" polskiej literatury: G jak Gombrowicz, G jak Gonzalo (któżby zresztą ich odróżniał). Michaśka z wdziękiem równym argentyńskiemu Puto raz jeszcze udowadniać nam będzie nieuchronność konfliktu pomiędzy erotyczną wolnością a patriarchalną tyranią polskości, zaś polem, na którym odkryje przed nami to napięcie, będzie tym razem "ostatnie polskie powstanie" (sierpniowe), czas "Solidarności" z jej "patetycznym patriotyzmem i wiernością niepodległościowym ideałom".
Oto etos "Solidarności" a rebours (na wspak - w każdym sensie)! Przecież bohaterki Lubiewa, a mamy lata 70., 80., nie marzą o niczym innym niż o pikietowaniu (przypominam: "pikieta" to także "grupa robotników obnosząca afisze strajkowe przed zakładem pracy"), nie pragną niczego innego niż skakać przez płot (koszar), ba, zdarza się im zanucić patriotyczne pieśni (A mury runą, runą, runą..." , s. 63), nie dajmy się jednak zwieść, skłoniła je do tego nie miłość do ojczyzny. Zamiast Ojczyzny wybrały co najwyżej małą (parkową) ojczyznę, heimat lujowskiego rozporka; tylnimi drzwiami opuściły biało-czerwony gmach wspierający się na fundamentach tradycji, przeszłości, tożsamości narodowej (= patriarchalnych gadżetach), kpiąc po drodze niemożebnie z wszystkiego, co choćby trochę trąci patriotyzmem, martyrologią, polskim katolicyzmem (vide Święta Rolka z Uniwersyteckiej, Maria od Relikwii). A jak powiedziałem, bluźnić to one umieją pięknie.
Czy powinno zatem dziwić, że idącej plażą Michaśce bez trudu uda się odróżnić (nagich przecież) Niemców od Polaków: rozpozna ich po "ciężkich zegarkach", ale i przystojnych, inteligentnych twarzach "bez grama przymieszki smalcowo-wąsowo-brzuchowo-polskiej, faceta typu Lech Wałęsa" (s. 180). Wąsy a sprawa polska. Wcześniej już kpił z nich autor Trans-Atlantyku: były one dla niego niczym innym, niż przejawem męskości, którą mężczyźni muszą "wyhodować", by zbiec przed kobiecością w sobie, były żywym lękiem przed homoseksualizmem. A takich mikroprowokacji w Lubiewie znajdziemy dużo więcej. Michaśkę nie bez kozery zaintryguje więc dworcowy napis: "Fryzjerki spod kina Westerplatte przyjmują na Jana Pawła II koło Globusa", jej koleżanki o upadku komuny, i później, o wejściu Polski do UE, przez nie przeżywanymi jako pokoleniowa trauma, powiedzą słowami Nałkowskiej "Ludzie ludziom zgotowali ten los" (s. 263). Tak, kto jak kto, ale Michaśka potrafi się posługiwać aluzją literacką.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego lubiewskim homoseksualistom tak daleko było do sierpniowej legendy i co ciekawe, był to ten sam powód, dla którego nie wszystkie polskie kobiety potrafiły się zachłysnąć euforią Sierpnia. Wszak interesujący nas okres: lata 1980-1981 powszechnie uważa się za moment zwrotny w biografii PRL-u, moment nie tylko obywatelskich przewartościowań. "Jeśli komuna zrobiła z polskiego mężczyzny >>babę<<, to za sprawą >>Solidarności<< mógł się on na powrót przeobrazić w mężczyznę" - podpowiada nam eseistka. "A co wtedy, kiedy nie chciał? Kiedy mu w tej babie (niczym w ruskiej babuszce) nader wygodnie było?" - niczym złośliwe echo dopowiada Michaśka Literatka. I to kolejna, kto wie, czy nie najmocniejsza z "moralnych nauk", jaką otrzymamy podczas tego ciotowskiego seansu: jego bohaterki mimowolnie zdają się nam przypominać o nawet najmniej widocznych skutkach zetknięcia polskości i homoerotyzmu, jak choćby o tym (oczywistym?) spostrzeżeniu, że obywatelem, patriotą w Polsce można było być tylko o tyle, o ile nie było się homoseksualistą.
Nie znałem ani jednej Ciotki Zbuntowanej. Przeciwko systemowi. Ani jednej Ciotki Walczącej. Zresztą, ciekawe, w jakiej roli w tej męskiej grze by się ustawiły, gdy tam kobiety kroiły chleb w stoczni i tylko "pomagały". W teatrze płci zabrakło dla nich miejsca. Jakoś też ta kobieca uległość, tak typowa dla ciot i dawnych (przedemancypacyjnych) kobiet nie pozwalała im na bunt. Chciały dawać dupy systemowi, chciały być bierne, pasywne, posłuszne... (s. 32).


Piotr Krupiński, "Pogranicza", nr 1 / 2005