Piszę tę ciotowską księgę...


Już samo zestawienie ciotowska księga budzi językowy sprzeciw, niesmak, stawia komunikacyjny opór. Dwie ostro przeciwstawiające się konotacje wywołują lekturowy dyskomfort. Tak jak cała powieść. Trudna do oswojenia w ramach językowych strategii komunikacyjnych poprawności politycznej, społecznej, kulturowej. Michał Witkowski w swojej księdze ulicy, ulicy ciemnej, rynsztokowo-szaletowo-pikietowej, napędzanej jakąś chtoniczno-telluryczną siłą, odartej z kulturowych masek żądzy cielesności, która prowadzić może tylko do stałego przebywania w wyższych rejonach dna, proponuje alternatywny wobec społecznie akceptowanego obrazu świata gejowskiego świat pedalski, ciotowski, świat permanentnego autoponiżenia, w którym tylko "głód", "niespełnienie", "zimny wieczór", "wiatr" i "chodź" ,a opuszczony, zaniedany, obskurny parkowy szalet określany jest jako jakiś zafajdany środek świata - axis mundi á rebours.
Bohaterowie Lubiewa, homoseksualiści ulicy ze swoim koloraturowym homoerotyzmem á la burleska, odżegnujący się od gejowskiego świata w stylu techno-lateksowym, gdzie nie ma już poczucia ani brudu, ani występku, cenią sobie swoje wyższe rejony dna, gdzie żyje się jak w raju. Przywiązani do swoich nocnych rytuałów pikietowych, do własnej ekspresji świata i siebie samych, do języka przekraczającego społecznie akceptowalne standardy komunikacyjne, odsłaniają pewien ignorowany przez lata obszar rzeczywistości - rzeczywistości, która może wzbudzać skrajne odczucia: obrzydzenia, odrazy, wstrętu, w najlepszym razie niechęci czy współczucia. Bo przecież bohaterowie ci, pozostający na ostatnim marginesie społeczno-komunikacyjnym (społeczne , w znacznym stopniu kryminogenne niziny, a w dodatku owo ciotowskie przegięcie) akceptują swój status quo, z nostalgią wspominają czasy przedemancypacyjnego pedalstwa PRL-u, radzieckie koszary, siermiężną (acz jurną) lumpenproletariackość kolejowych nasypów, zapuszczonych parków, cuchnących piwnic, etc. Są na swój sposób dumni z tego, kim są, z tego jacy są; i nie pragną zmiany. I wydają się być autentyczni w owym uporczywym trwaniu wbrew upływającemu czasowi, społeczno-cywilizacyjnym przemianom, przy całej mizerii egzystencji. Nie chcą dać się zawłaszczyć nowym modom, nowym dyskursom. Chcą pozostać ciotami, pedałami, chcą mówić do siebie pieszczotliwie "kurwo", "zdziro", "szmato" i się cieszyć. Ani literacki, ani popkulturowy, medialny, ani tym bardziej ów wyemancypowany, społecznie (i językowo!) zlokalizowany, oswojony wizerunek geja im nie odpowiada: Mówią o sobie w rodzaju męskim. Są z "fazy emancypacyjnej" (my nie, więc granica przebiega przez plażę, jakoś tak na wysokości wymarłego radaru i czerwonej flagi). Chodzą do Scorpio Bar. Walczą o prawa do małżeństw i adopcji. W ogóle walczą, dążą. Mówią językiem z "Polityki" i "Wprosta". Mówią o przyjaźni, bliskości, uczuciu, partnerstwie... a w krzakach na wydmach robią zupełnie co innego. I jak zaufać ich językowi, wystudiowanemu zachowaniu, osobowości wprost z okładki kolorowego magazynu? Gej jest kulturowy, nieautentyczny, oszukańczo "męski", a pedał w swoim cielesno-językowym zbrukaniu, upodleniu, poniżeniu, zeszmaceniu pozostaje jakoś szlachetnie czysty, nieskażony (nawet jego irytująca manieryczność - te deminutiwa, hipokorystyka, połączone z językiem knajackim, wulgaryzmy, brutalizmy, kakofemizmy, wreszcie pretensjonalna transgresyjność transwestyty - wszystko to stanowi istotę jego jestestwa, w gruncie rzeczy nie może obrażać, ponieważ nie oszukuje, nie udaje kogoś, kim nie jest), bo autentyczny:
...my chcemy nieznajomego, co nas sponiewiera, przejdzie jak tornado, zostawi mnie w takim stanie, że nawet nie będę miała siły wstać, zamknąć za nim drzwi, mokrą plamą na łóżku sponiewieranym będę. Włosy w nieładzie, kupa szmat ze mnie zostanie, splunie, rzuci ręcznik papierowy na tę plamę i pójdzie, drzwi nawet nie zamknie. Otwarte zostawi. A ja z twarzą w mokry jasiek wtuloną zasnę, zasnę, bez przyjaźni i bez bliskości!
Jak opisać ten świat pedalskiego doświadczenia, pedalskiej percepcji rzeczywistości, pedalskiego sensu egzystencji, kiedy już słowa "pedał", "ciota" wywołują grymas niezadowolenia, odstręczają językowo, prowokują gest odrzucenia, wykluczenia. A to tylko słowa wyzwalające opowieść, niejako sygnalizujące jej zawartość - świat tak bardzo niemieszczący się w kanonach komunikacyjnej poprawności. Sam narrator/narratorka (Michaśka-literatka vel Śnieżka - pierwszorzędna konwencja autobiograficzności) na pierwszych kartach powieści mówi:
To jest ohydne. Ohydne i ciekawe jednocześnie. Nie opublikuję tego przecież. No bo jak? Co ja mam z tego zrobić? Reportaż dla "Polityki", "Na własne oczy"? Jak? Można zrobić o tirówkach, o złodziejach, o zabójcach, o złomiarzach, o zdrajcach, a tylko o tym jakoś nie da rady. Choć nikt tu nikomu nie wyrządza krzywdy. Nie ma języka, żeby o tym mówić, chyba, że "dupa", "chuj", "obciągać", "luj". Chyba żeby tak długo powtarzać te słowa, aż wypiorą się z całego koszarowego nalotu. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie napisał reportażu!
Brzmi to jak topos skromności. Bo przecież powieść powstała (powieść, nie reportaż). Świetna powieść, uwodząca czytelnika swoją, aż kipiącą, literackością (fonematyczność, autotematyzm, intertekstualność, kamp, gender, queer, Ginsberg, Gombrowicz, Białoszewski; różne języki, style, konwencje - a wszystko to skrzy się, opalizuje, tworząc niepowtarzalnie własną tkaninę tekstu o niezwykle silnym splocie), i jednocześnie chłoszcząca jego językową wrażliwość (ciotowski bicz!), atakująca popkulturową postmieszczańską obyczajowość, bezceremonialnie przekraczająca ogólnie akceptowane normy dobrego smaku. To musi wywoływać poczucie dyskomfortu, może bulwersować, prowokować instynktowny wprost sprzeciw. Bo też nie jest to tylko "niegrzeczna" powieść obyczajowa o ciotach, o ekscentryczności ich obscenicznie trywialnej subkultury (opowieść miejscami błyskotliwa, miejscami groteskowo śmieszna, ale i tragiczna, okrutna, bezpardonowo odsłaniająca całą nędzę przeraźliwie samotnej codzienności, w której nie ma nic, wszystko trzeba sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać).To także powieść o naszym stosunku do inności, o naszej zdolności do przesuwania granic (również, a może przede wszystkim, tych mentalnych, świadomościowych, determinujących zmiany w obyczajowości, aksjologii), rozszerzania terytorium doświadczeń wspólnych, nie tylko w ramach ekstensji opresyjnych, ale niejako wbrew nim, ponad stereotypami potocznego doświadczenia sankcjonowanego standardami języka (także protokolarnego, języka poprawności politycznej - on nie mniej zawłaszcza rzeczywistość, reifikuje, fałszuje). Witkowski odszedł od takiego języka, wprowadził język prywatny, wewnętrzną mowę opisywanej subkultury. Język to dosadny, "brudny", "unurzany" w ciotowskiej doli, bulwersujący i odrażający, ale przez to odkłamujący te rejony rzeczywistości, o których przez dziesięciolecia wypadało jeśli już nie taktownie milczeć, to przynajmniej sublimować, estetyzować, metonimizować, ideowo uwznioślać, adaptować do dopuszczalnego poziomu - skrzętnie zakrywać coraz to nowymi zasłonami "bezpiecznych" konwencji. Lubiewo zdaje się, fortunnie literacko, te zasłony rozsuwać. Warto w tym miejscu przywołać słowa Andrzeja Stasiuka:
No to jest piękna opowieść. Gdy to czytałem, czułem dotknięcie prawdy, a ostatnio w polskiej literaturze to się dość rzadko zdarza. I jeszcze ta niebywała czułość dla rzeczy, powiedzmy, przeklętych, dla świata upadłego, wzgardzonego. Witkowskiemu udało się coś w rodzaju literackiego odkupienia albo zbawienia rzeczywistości ("Życie Warszawy", 02.02.2005).
I tak pisze Michał Witkowski swoją ciotowską księgę bałwochwalczą opowiadającą mit pedalskiego (tylko?) świata, kreującą jakiś jego nowy językowy początek. To jest właśnie Literatura (pisana koniecznie wielką literą).
Na koniec uwaga osobistej natury: myślałem o sobie, że nie jestem homofobem, ufałem swojemu językowi opisującemu świat w różnorodności (okazuje się jednak - tylko dopuszczalnej różnorodności) jego barw i odcieni; to znacznie poprawia samopoczucie, i jakże reifikuje w samozadowoleniu. Po przeczytaniu Lubiewa ani takiej pewności, ani dobrego samopoczucia już nie mam. I choćby dla tej niepewności warto tę książkę czytać.


Zbigniew Jarzębowski, "Pogranicza", nr 1 / 2005