Miejsce ujawnienia


Jeden z moich kolegów, kiedy rozmawiałem z nim o Lubiewie, wypowiedział zdanie: "Wszystko mi się tej książce podoba, z wyjątkiem tego, co w niej jest" (mam nadzieję, że Zbyszek się nie pogniewa, że - tak jak zapowiedziałem - kradnę mu je, aby wykorzystać do własnych celów). Zdanie to, oczywiście, można rozumieć na różne sposoby. W sensie trywialnym znaczy ono mniej więcej tyle: "Lubiewo to książka znakomita, szkoda tylko że Witkowski marnuje swój talent na >>takie<< tematy" (otwarcie stwierdzał tak jeden z recenzentów). Ja jednak - z równie oczywistych powodów - pojmuję tę formułę inaczej. Mniej więcej w taki sposób: najważniejsze w Lubiewie jest nie to, co w nim jest, ale to, czego nie ma; to, czego nie ma, istnieje bowiem, i to istnieje bardziej natrętnie niż to, co jest, ponieważ nieobecność okazuje się czasem najintensywniejszym sposobem istnienia - staje się rodzajem milczącego przywołania, ukradkowego zapytywania, niepewnego potrącania. Czego jednak dotyczy owo zapytywanie? Grzechu. Co jest milcząco przywoływane? Tabu. O co Witkowski niepewnie potrąca? O sacrum.
Najgorsze, co można zrobić z Lubiewem, to wpisać je w jakieś podziały lub przeciwstawienia. Czy jest to książka piękna, czy niesmaczna? przerażająca czy zabawna? pociągająca czy odpychająca? homoseksualna czy antyhomoseksualna? autobiograficzna czy w przemyślny sposób wytwarzająca fikcję z realności? literacka czy antyliteracka? Nie ma odpowiedzi na te pytania, bo każdy z członów zarysowanych alternatyw jest prawdziwy.
Tak - książka Michała Witkowskiego jest piękna, ponieważ dzięki swej wartości przywraca nam, zwykle wstydliwie skrywaną, wiarę w literaturę. Tak, Lubiewo to książka niesmaczna. Trudno sądzić inaczej, skoro poznajmy dzięki niej świat, którego istnienia wielu nawet się nie domyślało - świat pożądania, brudu, upokorzenia (często masochistycznego), seksualnych perwersji, męskiej prostytucji, przestępstw, a nawet zbrodni. Wszystko to nie odbiera jej jednak piękna, bo - rzecz jasna - piękno nie leży w estetyzacji i poprawności obyczajowej czy stylistycznej, leży w ogóle poza przeciwstawieniem turpizmu i pulchryzmu. A właśnie w tych rejonach przebywamy czytając Lubiewo.
Jest to książka i przejmująca, i zabawna. Witkowski pokazuję mizerię egzystencji swoich bohaterów, nie szczędząc niczego ani czytelnikom, ani samemu sobie. Niemal przed niczym się nie cofa (choć niekiedy sprawia wrażenie, jakby wycofywał się z zajętych pozycji). Mimo to dziwię się, że nikt dotąd nie zrobił tego, co on. Skoro można ukazać alkoholizm i nietrzeźwość jako metaforę świata, tak jak to zrobił - powiedzmy - Jerofiejew, to dlaczego nie można by tego samego zrobić, wykorzystując temat homoseksualizmu? Jerofiejew - zauważmy - nie posługuje się jakąś alegorią, jego świat jest jednocześnie i realny, i metaforyczny. I podobnie dzieje się w Lubiewie - jest to narracja mimetyczna na płaszczyźnie świata przedstawionego i języka oraz - jednocześnie - metaforyczna. Z tą metaforycznością trzeba jednak uważać. Może się ona bowiem okazać przedwczesną próbą oswojenia tego, co obce. Może być wyrazem ucieczki na bezpieczne pozycje znawcy. Czyż nie po to tak łatwo zgadzamy się co do wyjątkowej wartości literackiej powieści Witkowskiego, aby czym prędzej oddalić się od tego, o czym ona mówi? Chciałbym być dobrze zrozumiany - ta książka, wbrew pozorom, nie mówi po prostu o pewnym zdemoralizowanym i sytuującym się na marginesie środowisku, lecz o infantylnej i komicznej stronie każdego pożądania, o żenującym wymiarze naszych niepowodzeń oraz - jakkolwiek banalnie to brzmi - o świadomości, że życie to nieuchronna porażka. To przed taką świadomością możemy mieć ochotę uciekać, gdyż manifestuje się ona w Lubiewie w sposób prawdziwie dojmujący.
Do nieporozumień w tej kwestii zachęca sam Witkowski - i w wywiadach, i w narracji. W wywiadach sprawa jest zrozumiała - chodzi o ochronę prywatności. W narracji mamy do czynienia z osobliwą grą - zmienność imion narratora, sugestia jego tożsamości z autorem, cytaty, kryptocytaty i stylizacje, wstawianie fragmencików eseistycznych (chyba niepotrzebnych) etc., wszystko to ma na celu zbliżanie i odsuwanie narratora od samego Witkowskiego. O to, jak duży jest ten dystans, można się spierać, ale ja nie mam nic przeciw temu, żeby istniał. Obawiam się tylko, że gra Witkowskiego jest nazbyt asekurancka, że niejako broni się on za pomocą literackości przed drastycznością tematu. To zbyt wielka przysługa, jaką wyświadcza literaturze.
Jako obrona wystarczyłby sam humor. Jest go w Lubiewie bardzo wiele. Humor ten ma wymiar słowny i sytuacyjny. I pozostaje bardzo niepokojący, gdyż - z jednej strony - trudno zaprzeczyć, że śmiejemy się z ogromnym poczuciem wyższości i z satysfakcją, iż nie mamy nic wspólnego z bohaterami. Z drugiej strony - czujemy jakąś solidarność z ludźmi, którzy sami sobie odmawiają elementarnej godności. Taka odmowa bywa w literaturze przedstawiana jako stan wzniosły (w opisach większości aktów transgresji), ale u Witkowskiego nie osiąga poziomu ponętnej mitologii. "Ja mylący wtedy artyzm z paleniem, mylący bycie artystą z piciem, mylący pisanie z kurestwem, z jesienią, ze wszystkim" (s. 41) - tak wspomina narrator swoje inicjacje, czyli wie, że pomyłka pozostaje pomyłką, a tożsamość - jest nadal rozdarta.
Książka Witkowskiego pociąga i odpycha jednocześnie - i dlatego jest interesująca. Są w polskiej literaturze pisarze, którzy mizdrzą się do czytelnika, ulegają magii swej pisarskiej roli. Ich droga polega zwykle na męczącym wyzwalaniu się z tego poczucia, wyzwalaniu niepozbawionym dwuznacznego okrucieństwa, ale zarazem nigdy niespełnionym. Są i tacy, którzy od razu stają poza ową dręczącą dialektyką. Witkowskiemu niemal udało się to drugie. Nie stara się on przypodobać czytelnikowi, nie rechocze nad swymi bohaterami i do takiego rechotu nie namawia, lecz umieszcza siebie w świecie, który opisuje (choć czasem szuka drzwi). Nie szuka łatwych efektów ani powierzchownego komizmu. Unika moralistyki. Nie rozgrywa żadnej ideologicznej gry.
Warto się zatem zastanawiać, co Lubiewo robi w sprawie homoseksualizmu. I tu również można dojść do dwóch przeciwnych wniosków. Z jednej strony - książka ta może zostać uznana za powieść otwarcie gejowską, to znaczy powieść o homoseksualizmie napisaną przez kogoś, kto nie ukrywa swej homoseksualnej orientacji. Z drugiej strony patrząc, łatwo dojść do wniosku, że Witkowski przedstawia miażdżącą krytykę homoseksualizmu, krytykę szczególnie zjadliwą, bo dokonaną niejako od środka. Krytykuje gejów, którzy usiłują zdjąć z homoseksualizmu znamię wykroczenia, starają się być nowocześni, kulturalni i zadbani - i z nostalgią opowiada o starych "ciotach", brzydkich, grubych, zdemoralizowanych, masochistycznych, sytuujących się na samym dnie hierarchii społecznej. Z punktu widzenia moralnego - geje jakoś dają się akceptować w ramach porządku liberalnego, ale "cioty" - nigdy! Oni są poza wszelkim porządkiem, zupełnie na aucie, owładnięci ciągłą tęsknota za "lujem"? Jednak oba te poglądy są fałszywe - książka Witkowskiego jest zbyt dobra, aby dała się zaklasyfikować jako pro- lub antyhomoseksualna. Takie odróżnienie nie może jej objaśnić. Lubiewo zachowuje siłę emancypacyjną, pozwala opisywać się jako świetny przykład tego, co robi dziś queer theory - pozostaje jednak uparcie osobne. Jest czymś więcej, a zarazem czymś mniej niż teorie filozoficzne czy socjologiczne - jest opowieścią o kilku mężczyznach, którzy mają kłopoty ze swoim życiem.
W narracji Witkowskiego najcenniejszy wydaje się egzystencjalny konkret, w tym także - perspektywa autobiograficzna. Owa autobiograficzność nie pozwala się łatwo przeciwstawić fikcyjności. Ci, którzy znają Wrocław, mówią że to książka o tym mieście, książka bardzo ścisła faktograficznie. "Pikiety", o których pisze Witkowski, to ponoć zdarzenia rzeczywiste. Zarazem odbywa się tu ciągła przebieranka, zamiana ról i miejsc - tak jak w znakomitym fragmencie poszukiwania przez Gizelę i Michaśkę (czyli Grześka i Michała) hurtownika, albo w noweli Numerek w hipermarkecie (która jest niemal jakąś nową wersją Kamizelki). Biograficzność nie poprzedza tej narracji, nie mieści się przed jej początkiem, lecz zaczyna po jej końcu. Wynika z wielostopniowych relacji, w jakich pozostają zanurzające się w sobie nawzajem płaszczyzny narracji oraz nakładające się obrazy świata przedstawionego (powtarzającym się chwytem są utyskiwania bohaterek na Michaśkę Literatkę, że nic z jej książki nie będą miały, za to ona będzie jeździła po Polsce i używała przyjemności.
Bo myśli, że luje przeczytają, wzruszą się naszym losem i się zlitują i staną się do drutowania łaskawsi [...] I kurwiszon będzie po Polsce jeździł z wieczorkami autorskimi i drutował będzie lujów z całej Polski, a nam się nic nie dostanie, choć to wszystko nasze historie! (s. 291).
Jako projekt literacki Lubiewo pozostaje czymś zdumiewającym. Witkowski jest wynalazcą pewnego języka, dzięki któremu udało mu się ani nie osunąć w ideologię, ani w płaską egzotykę i epatowanie drastycznością tematu, ani w moralizowanie. Utrzymać się w bezpiecznej i w miarę równej odległości od wymienionych niebezpieczeństw to naprawdę sztuka. Co więcej - Lubiewo to książka zarazem anty- i arcyliteracka. Jest to jakby opis Retiro, a "luj" jawi się tu jako karykatura parobka z Ferdydurke. Frazy - stylistycznie i składniowo - jakby wzięte z Trans-Atlantyku powracają wielokrotnie. Zarazem jest tu wszędzie Białoszewski - bo Witkowski jak Białoszewski podsłuchuje swoich bohaterów i ma podobnie dobry słuch. Temu wrażeniu trudno się oprzeć - Lubiewo to książka, na jaką zabrakło odwagi i Gombrowiczowi, i Białoszewskiemu.
Na koniec wracam do kwestii grzechu i upadku. Bohaterowie Witkowskiego zdają się nie mieć świadomości grzechu, a w każdym razie tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Gdyby się przyjrzeć bliżej, trzeba by jednak zapytać: czyż ich rozmiłowanie w upadku, smakowanie poniżenia i bólu, ich pragnienie brudu nie stanowią dowodu na głęboką świadomość grzechu? A czyż dręcząca świadomość przekroczenia, którą posiada narrator, nie jest fundamentem jego myślenia? To dlatego odrzuca on świat gejów. Odrzuca, gdyż jest to świat bez świadomości grzechu, świat ufundowany na zapomnieniu tabu. Świat, w którym wszystko pozostaje odkryte. W takim świecie - a to jest nasz wspólny świat - akt przekroczenia nie niszczy , ale je restytuuje. Przypomina o niej, dając gorzką wiedzę, że po drugiej stronie zakazu nie ma pięknego świata pogodzonych sprzeczności i załagodzonych konfliktów, lecz świat bohaterów Lubiewa.
Witkowski przedstawia rzeczywistość, w której pozostaje coś zakrytego, wykluczonego, śliskiego, napawającego odrzucającym, ale i słodkim smakiem. A w każdym razie - rzeczywistość, w której istnieje samo zakrycie (choć być może nie ma niczego zakrytego). Pożądanie homoseksualne, aby nie stracić swej siły przyciągania, pozostać musi wedle niego w sferze tabu. Musi być - tak jak było zawsze - brudne, bo tylko wtedy zachowa zdolność ewokowania tajemnicy egzystencji. Nie znaczy to, że Witkowski broni patriarchatu, a w każdym razie pożądanie "luja" (pragnienie, aby nie nosił pończoch i pozwolił "obciągnąć" - Udawany luj) trudno byłoby nazwać taką obroną (choć trudno zaprzeczyć, że "luj" to właśnie produkt patriarchatu). Owo tak ważne doświadczenie przekroczenia, które Witkowski nam przywraca, z trudem daje się włączyć w jakąś ideologię skierowaną przeciw homofobii. Dowodzi bowiem potrzeby takich kategorii jak zakaz i norma, gdyż tylko dzięki nim można dokonać przekroczenia. Złe to czasy, czytamy, które z "tabu wyprane są i dodatkowo wyprasowane" (s. 111).
Powtórzmy ten paradoks, bo nie sposób go pomijać - w Lubiewie dochodzi do restytucji sacrum, bo bez niego wszelkie przekroczenia, transgresje, przebieranki i metamorfozy okazałyby się niemożliwe. Jest to jednak sacrum naruszone, wewnętrznie zabrudzone śladami dłoni "ciot". Jeśli zapomnimy o tej restytucji, dostrzeżemy w Lubiewie niewiele więcej niż zbiór egzotycznych anegdot. Jeśli będziemy o niej pamiętać, ujrzymy całą niejednoznaczność - pożądanie stłumione i żyjące z tego stłumienia, winę niczyją i dojmującą karę, lęk przed samotnością i radość wyzwolenia.
Lubiewo tłumaczy się przez to, czego w nim nie ma, i mówi o potrzebie tego, o czym milczy. Jest - by tak rzec - miejscem odkrycia potrzeby zakrycia, czyli potrzeby tabu. Ujawnia mało znaną część rzeczywistości i ukazuje naszym oczom nowe miejsca w świecie literatury.
"Tak, tu było >>miejsce utajnienia<<...
- A teraz jest >>miejsce ujawnienia<<".


Adnrzej Skrendo, "Pogranicza", nr 1 / 2005