Pamiętaj tutaj wciąż o marcuriuszu, dźwięku albo brzmieniu
33. Wszystkie jakości biorą swój pierwotny matecznik
pośrodku: Zapamiętaj, tam gdzie rodzi się ogień, gdyż w tym samym wzbija
się błyskawica życia wszystkich jakości i w wodzie następuje jej
uwięzienie, że pozostaje jaśniejąca i osusza się w cierpkości, że pozostaje
cielesna i staje się świecąca w jasności.
34. Zapamiętaj tutaj: Gdy zapalisz drewno, wtedy ujrzysz tę
tajemnicę. Ogień wznieca się w twardości drewna. To jest przeto cierpkie,
twarde źródło, źródło Saturna. Sprawia, że drewno staje się twarde
i cierpkie. A wtedy nie ma światła, które w twardości stanowi
błyskawicę, w przeciwnym razie płonęłyby także i kamienie, gdyż światło
istnieje w soku drewna, to jest w wodzie. Ponieważ w drewnie jest sok, tedy
ogień świeci niczym jaśniejące światło. A kiedy sok zostaje pożarty
w drewnie, wtedy gaśnie jaśniejące światło i drewno jest żarzącym się węglem.
35. Spójrz przeto: Oto wściekłość, która wzbiera w świetle, nie
istnieje w wodzie drewna, lecz kiedy gorąco podnosi się w twardości,
wówczas powija błyskawicę. Chwyta ją najpierw sok w drewnie. Woda
z tego powodu staje się świecąca. Wściekłość albo gorzkość wszakże rodzi
się pośrodku twardości, gorąco w błyskawicy - w tym jawi się jego
bycie. Tak daleko jak sięga błyskawica, to jest płomień ognia, tak daleko
sięga także wściekłość gorzkości; jest synem twardości i gorąca.
36. Ale powinieneś poznać tę tajemnicę, że gorzkość już wprzódy
jest obecna w drewnie, w przeciwnym razie wściekła gorzkość nie
rodziłaby się jako błyskawica w ogniu naturalnym.
37. Bowiem podobnie jak rodzi się struktura cielesna ognia,
kiedy zapala się drewno, w taki sam sposób powija się także drewno
w ziemi i ponad ziemią.
38. A gdyby wściekłość zrodziła się w jaśniejącym świetle,
wtedy oczywiście sięgałaby też bardzo daleko w ten sposób aniżeli blask
światła; tak się jednak nie dzieje. Lecz jest tak: Błyskawica jest matką
światła, gdyż błyskawica z samej siebie rodzi światło i jest ojcem
wściekłości, wściekłość bowiem pozostaje w błyskawicy niczym nasienie w ojcu;
ta sama błyskawica rodzi także dźwięk albo brzmienie.
39. Kiedy emanuje z twardości i gorąca, wtedy twardość
puka w błyskawicy, gorąco brzmi, a światło w świetle w błyskawicy
nadaje brzmieniu jasność, woda czyni je łagodnym, a w cierpkości albo
twardości jest chwytane i wysuszane, dzięki czemu jest duchem cielesnym
we wszystkich jakościach. Każdy duch bowiem w siedmiu duchach
Bożych jest brzemienny wszystkimi siedmioma duchami, i wszystkie
istnieją w sobie jako jeden duch. Żaden nie istnieje poza drugim, takie jedynie
ma w nich narodziny, i tak jeden rodzi drugiego i przez samego siebie.
Takie narodziny trwają przeto z wieczności na wieczność.
40. Ale tutaj chcę przestrzec Czytelnika, żeby boskie narodziny
rozważał w sposób właściwy: Nie wolno ci myśleć, że jeden duch stoi obok
drugiego, jak widzisz gwiazdy na niebie rozmieszczone jedna obok drugiej,
lecz wszystkie siedem istnieje jako jeden duch, jak to możesz
zobaczyć w człowieku, który ma różnorodne myśli z powodu oddziaływania
siedmiu duchów Bożych obejmujących ludzkie ciało. Musisz jednak
powiedzieć, jeśli nie jesteś głupcem, że każdy członek w całej tej strukturze
cielesnej dysponuje mocą wszystkich pozostałych.
41. W owej jakości, w której budzisz i uaktywniasz ducha, wedle
tej samej jakości powstają także myśli i rządzą umysłem. Jeśli budzisz
ducha w ogniu, wówczas wyłania się w tobie gorzki i twardy gniew, gdyż
zaraz zapala się ogień; jeśli ma to miejsce w twardości i wściekłości,
wtedy gorzka wściekłość wybucha w błyskawicy.
42. Jeśli bowiem w swoim ciele podnosisz się przeciwko
czemuś, obojętnie czy to będzie miłość lub gniew, podnosisz się przeto
przeciwko czemuś, czego jakość zapalasz, i to płonie w twoim
skonfigurowanym duchu. W błyskawicy budzi się jednak ten sam duch źródlany.
Bowiem jeśli się czemuś przyglądasz, co ci się nie podoba, co jest przeciwko
tobie, wtenczas podnosisz studzienkę serca tak, jak gdybyś brał kamień
i uderzał w żelazo ogniste; kiedy iskra wznieca się w sercu, wtedy rozpala się
ogień. Najpierw żarzy się, a kiedy mocniej podnosisz studzienkę serca, to
jest tak, jak gdybyś dmuchał w ogień, że roznieca się płomień, potem jest
czas na ugaszenie go albo ogień zrobi się zbyt duży, wtedy płonie,
niszczy i powoduje szkody w sąsiedztwie.
43. Powiadasz więc: Jak można zgasić zapalony ogień?
- Posłuchaj, masz w sobie słodką wodę źródlaną, kiedy wleje się ją do ognia,
wtedy gaśnie; jeśli pozwolisz mu płonąć, wtedy pożera ci sok we
wszystkich siedmiu duchach źródlanych, stajesz się wysuszony. Kiedy to się
dzieje, wtedy jesteś pogorzeliskiem piekielnym, drewnianą szczapą
ognia piekielnego - na zawsze nie ma dla ciebie ratunku.
44. A jeśli przyglądasz się czemuś, co ci się podoba, i budzisz
ducha w sercu, wówczas w sercu rozpalasz ogień. Najpierw płonie
w słodkiej wodzie niczym żarzący się węgiel. Więc dopóki się żarzy, tak długo
jest w tobie tylko łagodnym pragnieniem i nie pożera cię. A jeśli za
bardzo podnosisz serce i rozpalasz słodkie źródło, że staje się kurem
gorejącym, wówczas zapalasz wszystkie duchy źródlane. Następnie płonie całe
ciało, chwyta za gębę i dłonie.
45. Ten ogień jest czymś najszkodliwszym i najczęściej w tym
świecie doprowadzał do zepsucia; udaje się go ugasić z dużym trudem.
Bowiem kiedy się zapala, wówczas płonie w słodkiej wodzie, w błyskawicy
życia, musi być ugaszony przez gorycz. Ona jednak stanowi wodę nader
mizerną, bardziej przypomina ogień. Dlatego wynika z tego także dość
posępne usposobienie, gdyż powinien odpuścić sobie to, co w ogniu jego
miłości pali się w słodkiej wodzie źródlanej.
46. Powinieneś jednakże wiedzieć, że w regimencie swego
umysłu jesteś swym własnym panem. Jeśli ogień nie wzbudza się w kręgu
twego ciała i umysłu, wtenczas budzisz go w sobie sam. To prawda, że
wszystkie twe duchy tryskają w tobie i podnoszą się w tobie, i naturalnie jeden
duch zawsze ma większą władzę i siłę w tobie niż jakiś inny. Bowiem
gdyby w jednym człowieku był taki regiment duchów jak w innym,
wtedy wszyscy mielibyśmy jedną wolę i postać, lecz cała siódemka znajduje
się we władzy ducha skonfigurowanego; takiego ducha nazywa się duszą.
47. Skoro więc ogień podnosi się w duchu źródlanym, wówczas
nie jest zakryty dla duszy. Jest wówczas w stanie budzić inne duchy
źródlane, które znajdują się w sprzeczności z zapalonym ogniem, i może go
zgasić. A kiedy ogień staje się za duży, wtedy ma swoje więzienie. Tedy
jest w stanie wyodrębnić zapalonego ducha, a mianowicie w twardą
i cierpką jakość. A inne duchy muszą być jej dozorcami, aż przeminie jej
gniew i zgaśnie ogień.
48. Zapamiętaj, co to jest: Kiedy duch źródlany pędzi cię zbyt
twardo do jakiejś rzeczy, która istnieje wbrew prawu natury, wówczas musisz
od tego odwrócić oczy. Jeśli to nie będzie w stanie pomóc, wtedy weź
tego samego ducha i wrzuć go do więzienia. To jest, odwróć swoje serce
od doczesnej żądzy, od żarcia i picia, od bogactw świata; pomyśl, że
dzisiaj jest dzień końca twego ciała. Odwróć się od rozpusty świata, wołaj
głosem poważnym do Boga. Poświęć się mu.
49. Kiedy postępujesz w ten sposób, wówczas świat wyszydza
cię. Musisz uchodzić za głupca. Ten krzyż znoś cierpliwie i nie
pozwól uwięzionemu duchowi znowu wymknąć się z więzienia. Zaufaj
Bogu. Uwieńczy cię koroną boskich radości.
50. A jeśli duch wymknie ci się znowu z więzienia, wówczas osadź
go tam ponownie. Trzymaj w nim tego przeciwnika, dopóki żyjesz. Jeśli
tylko tak długo go utrzymasz, że w ogóle nie zapali źródła studziennego serca,
na skutek czego twoja dusza stałaby się suchym drewnem ognia, bo
każde źródło ma jeszcze swój sok, kiedy się od niego oddzielisz, wtedy
zapalony ogień nie wyrządzi ci żadnej szkody w Sądny Dzień. Po tym
bojaźliwym utrapieniu podczas zmartwychwstania stanie się triumfującym aniołem Boga.
51. Chciałbyś pewnie rzec: Czy także w Bogu przejawia się
niechęć między duchami Bożymi? Nie, chociaż tutaj ich poważne narodziny,
jak duchy Boże powijają się tak poważnie i dokładnie, przy czym każdy
nader dobrze pragnąłby zrozumieć wielką powagę Boga, nie następuje to
dlatego, gdyż między nimi panuje zgoda.
52. Bowiem najintymniejsze, najgłębsze narodziny w rdzeniu
następują tylko w ten sposób, że nie jest w stanie uchwycić ich kreatura,
lecz w błyskawicy, gdzie rodzi się duch zakryty, tam się to pojmuje. Ten
sam bowiem rodzi się w taki sposób i w takiej mocy.
53. Ale otwierane są mi wrota mego umysłu, stąd jestem w stanie
widzieć i rozpoznawać, inaczej pozostawałoby to we mnie zakryte być może aż
do dnia powstania z martwych. Pozostawało to także zakryte wszystkim
ludziom tego świata, ale sam pozwalam kłębić się Bogu we mnie.
54. W Bogu triumfują wszystkie duchy jako jeden duch. A jeden
duch uspokaja i kocha zawsze drugiego, nie jest niczym innym jak
czystą radością i rozkoszą. Lecz ich surowe narodziny, jakie odbywają
się w ukryciu, muszą zachodzić w ten sposób. Bowiem tak właśnie rodzą
się życie, rozum i wszechwiedza; są to wieczne narodziny, które
w żadnym wypadku nie odbywają się inaczej.
55. Nie wolno ci myśleć, że w niebie istnieje coś takiego jak
ciało, które rodzi się tylko w ten sposób, które za wszystko inne nazywa
się Bogiem. Nie, lecz cała boska siła, samo niebo i wszelkie niebo jest
tym niebem, gdzie rodzi się w ten sposób. Nazywa się je Bogiem Ojcem,
z niego są zrodzeni wszystkie święte anioły, jak też żyją w tej samej sile, jak
i duch wszystkich aniołów zawsze i nieustannie rodzi się w ten sposób
w tej strukturze cielesnej, ponadto duch wszystkich ludzi.
56. Ten świat należy przecież do struktury cielesnej Boga Ojca
jako niebo. A duchy w przestworzach tego świata zostały zapalone przez
króla Lucyfera jego wywyższeniem się, że wszystko w tym świecie jest
do połowy zhańbione i martwe. Dlatego nas, biednych ludzi,
oślepiono zupełnie - żyjemy w wielkim niebezpieczeństwie.
57. Ale dlatego nie wolno ci myśleć, że niebiańskie światło
w tym świecie jest wygaszone w duchach źródlanych Boga. Nie, to
tylko ciemność, której nie możemy ogarnąć naszymi zepsutymi oczami.
A gdy Bóg odsunie ciemność unoszącą się nad światłem i otworzą ci się
oczy, wtedy tutaj także na tym miejscu zobaczysz, gdzie znajdujesz się
w swej komnatce, stawiasz albo kładziesz piękne oblicze Boga i całe
niebiańskie wrota. Nie musisz zwracać swych oczu najpierw do nieba,
napisano bowiem: Słowo jest ci bliskie, mianowicie na twoich wargach i w
twoim sercu, Pwt 30, 14; Rz 10, 8.
58. Jeśli tedy bliski jest ci Bóg, wówczas narodziny Świętej
Troistości odbywają się także w Twoim sercu. W twoim sercu rodzą się
wszystkie trzy osoby: Bóg Ojciec, Syn, Duch Święty.
59. Kiedy piszę więc tutaj o centrum albo środku, że
studzienka źródlana boskich narodzin jest w środku, tedy nie wyraża się
tym mniemania, że w niebie istnieje jakieś szczególne miejsce albo
jakieś określone ciało, gdzie roznieca się ogień boskiego życia, z którego
wzbija się siedem duchów Bożych ku całej głębi Ojca, lecz mówię
w sposób cielesny albo anielski albo ludzki z powodu braku
zrozumienia u Czytelnika tak, jak ukształtowano kreatury anielskie i jak
wszędzie przejawia się obecność Boga.
60. Nie potrafisz bowiem rozpoznać miejsca ani w niebie ani
w tym świecie, gdzie boskie narodziny nie istnieją w ten sposób, obojętnie
czy się to tyczy anioła i świętego człowieka albo kogoś poza nimi
samymi. Gdzie duch źródlany porusza się w boskiej sile, wtedy wybiera sobie
takie miejsce, jakie chce, tylko nie w szatanach i we wszystkich
bezbożnych i potępionych. Już wtedy przejawia się obecność studzienki
źródlanej boskich narodzin. Tam już są wszystkie siedem duchów źródlanych
Boga tak, jak gdybyś zakreślał przestrzenny, stworzony krąg i całej
Boskości doznawałbyś tak, jak rodzi się w kreaturze, czyli także w całej głębi
Ojca we wszystkich krańcach i we wszystkich rzeczach.
61. W taki sposób Bóg jest wszechpotężnym,
wszechwiedzącym, wszechwidzącym, wszechsłyszącym,
wszechwąchającym, wszechsmakującym Bogiem, który istnieje ponad kreaturami i bada
serca i nerki tych kreatur. W taki sposób do niego należy niebo i ziemia,
w taki sposób wszyscy szatani muszą razem z wszystkimi bezbożnikami
stanowić jego wiecznych więźniów, i w prasile, którą zepsuli i zapalili
w swym siedzisku, znosić wieczne męki, do tego wieczny wstyd i hańbę.
62. Bowiem całe piękne oblicze Boga wraz z wszystkimi
świętymi aniołami nad nimi, pod nimi i po wszystkich bokach obok nich
będzie jaśniało pięknie, wspaniale i czysto. Wszyscy święci aniołowie
wraz z wszystkimi świętymi ludźmi będą wiecznie triumfowali nad nimi,
pod nimi i obok nich, będą śpiewali o wielkiej radości, rozkoszy
i miłości, o świętości Boga, o swym królewskim regimencie, o dostojnym
owocu niebiańskiego drzewa: Będzie się to odbywać wielogłosowo
zgodnie z jakością siedmiu duchów Bożych.
63. Natomiast szatani z wszystkimi bezbożnikami będą wrzuceni
do jaskini. Tamże będzie tryskał i podnosił się piekielny smrodek.
A piekielny ogień, piekielne zimno i gorycz wedle charakteru i pędu
zapalonych duchów Boga będą płonąć wiecznie w ich ciałach, jak i w ich
rewirze. Tak, gdyby jeszcze mogli ukryć się w jakiejś norze, że nie dotykałoby
ich zagniewane oblicze Boga, wtenczas mogliby czuć się jeszcze
zadowoleni, gdyż nie musieliby znosić wiecznego wstydu i hańby.
64. Ale nie przyjdzie pomoc. Ich udręka będzie tylko rosła. Im
bardziej będą żałowali, tym intensywniej będzie płonąć wściekłość piekielna.
Będą musieli leżeć w piekle niczym martwe nogi, jak opuszczone
owieczki w ogniu. Ich smrodek i ohyda gryzą ich, nie wolno im oczu podnieść
ze wstydu, gdyż niczego nie widzą w swym rewirze jak tylko
surowego sędziego. A nad sobą i po wszystkich stronach oglądają wieczną radość.
65. Tedy jest narzekanie i bieda, gwałty i krzyki, żadnego
ocalenia. Czują się tak, jak gdyby ciągle grzmiało i padały błyskawice, gdyż
w taki sposób powijały się zapalone duchy Boga: 1. Twardość rodziła
twardą, surową, zimną i cierpką jakość; 2. słodycz zmizerniała jak gdyby
żarzący się węgiel, gdyż w drewnie nie ma już soku, którego łaknie, czas
biesiad minął; 3. gorycz rozdziera jak gorąca dżuma i jest gorzka niczym żółć;
4. ogień płonie niczym wściekła siarka; 5. miłość jest wrogością; 6.
brzmienie jest niczym twarde pukanie podobne do wydrążonego brzmienia
ognia, jak gdyby uczyniło to uderzenie pioruna; rewir struktury cielesnej
jest domem żałoby. Ich pokarm jest okrucieństwem, wyrasta
z wściekłości wszystkich jakości. Teraz i na zawsze bez końca, gdyż czas nie
istnieje! Na ich tronie siedzi inny król sprawujący wieczny sąd, stanowią
wyłącznie taboret pod jego nogi.
66. Ach, śliczności i żądzo tego świata, o bogactwo i dumny
przepychu, siło i władzo! Twój nieprawy sąd i wielka pycha z całą twoją
rozkoszą leżą wszystkie na jednej kupie i będą wrzucone w ogień piekielny.
Obżeraj się zatem i upijaj, upiększaj się przeto, panuj więc w tym; piękna
bogini, stałaś się dziwką; twój wstyd i hańba potrwają wiecznie.
Jacob Böhme
Przełożył Andrzej Pańta
Piotr Müldner-Nieckowski
ODDECH NA PLECACH
Wczoraj wyrzucili z pracy mojego szkolnego kolegę, Wicia
Pobrata, który jest lekarzem i spał na dyżurze przedwczoraj. A kiedy
spał, pielęgniarki o siódmej wieczorem, tak jak kazała Wolna Europa,
wystawiły w oknie dyżurki świeczki na pamiątkę masakry robotniczej
w Gdańsku w 1970 roku, bo było akurat siedemnastego grudnia. Samochody nie
mogły dojechać do szpitala, bo zaspy sięgały do kolan, a to było w samym
środku Warszawy, i następnego dnia rano dyrektor szpitala dostał raport od
milicji z wyszczególnionymi anonimowymi donosami na Wicia
w liczbie dwunastu. Dwanaście doniesień na lekarza, który ratuje życie
ludziom. Jednemu na pewno uratował. Po to, żeby skurwysyn pisał anonimy.
Był piątek przed wolną sobotą, dlatego ludzie uganiali się po
pustych sklepach i przed pustymi sklepami stali w kolejkach wydmuchując
ze zdrętwiałych płuc parę, która się zamieniała w szron. Wszystkie
drzewa obsiadła szadź. Gołębie miały wilczy apetyt. Ponieważ w biurze
kazali nam pracować do czwartej, a nie było roboty, zszedłem na
dół i naprawiałem gaźnik. Jeszcze miałem kropelkę benzyny, żeby na
Nowy Rok zawieźć dzieci do katedry, ale auto skakało w czasie jazdy jak
kangur, bo w komorze pływakowej zebrał się lepki osad. Powoli wykręcałem
dyszę po dyszy i przedmuchiwałem pompką do kół.
Za plecami stanął mi komisarz wojskowy naszej firmy i patrzył na
moje szybkie, wyważone, ułożone w logicznej kolejności ruchy rąk. Ręce
same wiedziały, kiedy założyć rękawiczki, kiedy zdjąć, który z kluczy
przyłożyć do nakrętki, ale ja myślałem o tym cieniu, który mnie palił w plecy.
Lampa sodowa oświetlała mur, na którym jeszcze niedawno był plakat
z napisem " Solidarność, gotowość strajkowa". Dziś były tam już tylko
resztki okaleczonego papieru.
- Pan musi nieźle oszczędzać na gaźniku - powiedział wreszcie.
- Na hamulcach też - powiedziałem. Czułem, że się nachyla coraz
bliżej mojej szyi, jakby mnie chciał pocałować. Rzuciłem się nagle
w stronę przodu samochodu i zacząłem gmerać w bagażniku, ale on znowu
chuchał mi w tył głowy. " Strzelaj wreszcie!", chciałem krzyknąć.
Pomyślałem jednak, że nie ma przy sobie broni. Zaraz zapyta, skąd mam
benzynę. Oczywiście że oszczędzam. Naprawa gaźnika kosztuje teraz tysiąc
co najmniej, a mnie na to nie stać i dlatego robię to sam.
- I hamulce też? - zapytał.
- I hamulce też.
- Ja nie umiem. Zawsze mi to robi mechanik w jednostce.
- Ale nie za darmo? - zapytałem. Ma za to urlop?
- Nie, nie, ja mu płacę. Ale gdyby się w drodze popsuło, to bym
nie naprawił. Pan ma fach w ręku.
Przeskoczyłem na tył wozu i wkręciłem dyszę mieszalnika. Od
rana wrzepiła się w moją skórę pchła, teraz gryzła mnie pod pachą.
Stałem pochylony, sprawdzając działanie pompki przyśpieszającej, a on
dyszał mi prosto do ucha. Jakby był zmęczony. Chrypiał. Przydałby mu się
kielich na rozgrzewkę, toby wykaszlał flegmę z papierochów.
- Ej, co to za życie - powiedział i oparł się brzuchem o błotnik.
- Myślę sobie, że marnujemy życie, bo nie czujemy, jak lata przelatują przez
palce. Ach, jak mi lata płyną.
- Wczoraj wyrzucili z pracy mojego przyjaciela za to, że
jakieś pielęgniary wystawiły świeczki w oknach. Ktoś doniósł, a że
on odpowiadał za dyżur, wyleciał na zbity pysk.
- Takie czasy. Ciężkie są - powiedział. - Bardzo ciężkie są czasy.
- Nie ma pan jakiegoś dojścia, żeby go reklamować? - zapytałem.
- Mam mnóstwo dojść, ale nie wiem, czy do wyreklamowania.
Tyle jest hołoty, tylu chce się teraz odegrać i korzysta z okazji. Mówię
panu, tyle jest hołoty. Jak człowiek nie żyje na układach scalonych
i nie pozałatwia sobie, to leży.
- Tuzin donosów był na te dwie świeczki - powiedziałem.
- A cierpi jeden człowiek. Ja to rozumiem. Czy pan wie, że na mnie
też może ktoś napisać anonim i że od razu będę się tłumaczył
w sądzie wojskowym?
- E, buja pan. Wojskowych nie ruszają.
- Może. Ale niebezpieczeństwo jest.
- Małe. Na pewno nie za cały samochód.
- Ale za wyregulowanie sprzęgła? - powiedział z pytaniem w głosie.
Założyłem filtr powietrza. W samą porę, bo właśnie zgasło
światło. Było całkiem ciemno, a ja, zanim oczy przyzwyczają się do
poświaty, zawsze wolę odczekać. Serce mi waliło jak młot, pociłem się mimo
mrozu, tylko że warto było. Korde, nie umiem tak gadać, ale warto było
się poświęcić. Położył mi rękę na ramieniu i potrząsnął z całej siły.
Musiał mieć dosyć tego mechanika w jednostce.
- Wyłączyli prąd - powiedział. Też nie bardzo wiedział, jak się ze
mną dogadywać.
- Wiem, nie jestem idiotą - odpowiadam. Trzymał mnie nadal,
ściskał z całej siły. Krew przestawała już mi dopływać do dłoni, czułem
tysiące igieł przeszywających palce.
- Ja jestem żołnierzem - mruknął.
- A ja jestem po dwóch operacjach żołądka i mam wolne od wojska
- odpowiadam. - Niektórzy marzą o takich operacjach, ale to się
durniom nie zdarza. Ja jestem zwolniony z woja nawet na wypadek
wojny, w związku z czym nie jestem też komisarzem. Lepiej być chorym
niż zdrowym.
Odsunął się ode mnie. Już zaczynałem się oswajać z mrokiem
i widzieć jego twarz zaopatrzoną w okulary. Pociągnął mocno nosem, krzywiąc
się przy tym i wciągając powietrze ze świstem fletu. Gwizdał niemiłosiernie.
- Czy to jest do załatwienia? - zapytał.
Doskoczyłem do niego i ścisnąłem z całej siły jego ramiona.
Czułem, że mu drętwieją palce i szpilki przeszywają całe ciało. Wiadomo,
mój kciuk i wskaziciel to obcęgi. Gwizdał coraz szybciej. Kłęby pary
buchały naokoło i zasłaniały jego gębę coraz bardziej.
Ściskałem jego ramiona z całej siły, opierając się o błotnik,
czekając, aż przestanie stać jak posąg i przełamie lęk przede mną.
- Układ kierowniczy też? - zapytał wreszcie.
- Układ kierowniczy też.
- Jak się nazywa?
- Witold Pobrat, lat trzydzieści cztery, syn Jana i Marii,
Płocka osiemnaście mieszkania pięć.
- I poprawki lakiernicze.
- Wszystko. Bez części.
- Dobra, jasne, bez części, ale ja niczego nie gwarantuję.
- Ja też. To jest układ - powiedziałem i dodałem - niech tylko wróci
do pracy.
Puściłem uścisk. Przez chwilę rozcierał zgniecione ramię.
- A jak będzie trzeba - rzekłem z ulgą - to Wicio zawsze da te dwa,
trzy dni zwolnienia. Ja go znam, to porządny chłopak
- powiedziałem i podaliśmy sobie dłonie.
Lubię jasne, czyste sprawy. Żadnego krętactwa. Teraz może mi
chuchać w plecy, ile tylko zechce, myślałem.
On jednak nie był tego zdania. Widziałem po oczach, że nadal
czuje się niepewnie, jakby coś przeskrobał i bał się do tego przyznać.
WOLNA SOBOTA
Była wolna sobota, dlatego wstaliśmy pojedynczo, bez
najmniejszego pośpiechu. Bolały nas głowy od zbyt długiego snu, bo byliśmy
już przyzwyczajeni do krótkich nocy, późnego kładzenia się spać
i wczesnego wstawania, mycia i golenia w pośpiechu, krojenia kilku kromek
chleba i smarowania masłem, to jest robienia posiłku na cały dzień,
a potem beznadziejnego czekania, aż skończy się przewidziany w przepisach
czas pracy. A w pracy robiliśmy odwalankę, byle nikt się nie przyczepił, że
to bierny opór czy sabotaż.
Tylko dzieci od siódmej rano tarmosiły się i przewalały przez
pokój, często włażąc na nas śpiących, jakbyśmy byli z kamienia. Po
krótkich nocach w ciągu tygodnia ta wydawała się jeszcze krótsza, chciało się
leżeć w łóżku do południa. Człowiekowi było obojętne to, że w zbieranej
przez lata domowej bibliotece jest jeszcze sporo do przeczytania.
Z jadłospisu umysłowego znikły gazety i czasopisma, telewizja i radio stały się nie
do zniesienia. Czekaliśmy więc aż zejdzie popołudnie i nastąpi wieczór,
potem minie wieczór i będzie można się położyć spać. Przestaliśmy
zwracać uwagę na czystość w kuchni, zwały nie wypranych ubrań, które leżały
na oparciach krzeseł, na tapczanie, wisiały na klamkach. Czasem
machnęło się szczotką, żeby nie łazić po ścinkach papieru, z którego dzieci
wycinały szkolne zabawki. Babka, kurząc papierosami, czytała im ulubione
kawałki z dziecinnych książek, córka ćwiczyła gamy na pianinie. My
piliśmy herbatę. Tak to było przez całą wolną sobotę.
Dzisiaj przyszedł do mnie Jacek Barek. Zrobiliśmy i jemu ową
herbatę. Opowiedział kilka dowcipów, z których wszystkie już znałem
z fabryki, ale śmialiśmy się na wszelki wypadek. Polski naród nie traci
poczucia humoru w trudnych sytuacjach. Po dwóch godzinach siedzenia przy
stole i podpierania głów na łokciach Jacek Barek zmienił temat
i powiedział nagle, że wczoraj zapowiedziano na poniedziałek
rozmowy z pracownikami jego czasopisma. Rozmowy będą polegały na
przekonaniu redaktorów, że powinni wystąpić z " Solidarności" i podporządkować
się zaleceniom władz i restrykcjom cenzury.
- Stary - powiedział - co ja mam robić?
- Jak uważasz. Nie podpiszesz deklaracji, to zostaniesz bez
pracy. Podpiszesz, to będziesz przez całe życie miał wyrzuty sumienia, że
się sprzedałeś. Za Stalina wysłali cię karnie do kopalni.
- Ale byłem młody.
- Jak uważasz. Boisz się, to widać.
- Nieprawda, ja się niczego nie boję - powiedział.
- To co innego. Więc nie podpisuj.
- A z czego będę żył? Znajdziesz mi pracę?
- Nie wiem. W takim razie podpisz.
To było bardzo męczące, bo nikt z nas nie wiedział, czy
podpisywać, czy nie. Otworzyłem okno, dusiłem się. Moja żona pali papierosy,
więc może tego nie odczuwała, ale i ona zakaszlała kilka razy.
- Więc raczej chyba podpiszę - powiedział Jacek Barek.
- No, i słusznie. Lepiej podpisz, a swoje będziesz i tak robił.
- Jak będę robił, jeżeli podpiszę?
- Podpiszesz, a co innego pomyślisz. Podpiszesz, że będziesz
lojalny, a naprawdę będziesz jeszcze bardziej nielojalny, niż oni sobie
to wyobrażają.
- W jakim punkcie będę nielojalny? Co mam robić nielojalnego?
- Ja nie jestem dziennikarzem, kochany - powiedziałem.
- Jakieś sposoby na przemycanie odpowiednich treści chyba masz.
- No, mam. Raz na dwa tygodnie jakieś zdanie zakamuflowane
udałoby się przepuścić tak, żeby nikt nie zauważył.
- Czyli czytelnicy też by nie zauważyli.
- Chyba nie.
- No, to nie podpisuj i cześć.
- Dobra. Nie podpiszę. Ale wtedy już nie będę miał żadnych szans
na przemycenie czegokolwiek.
- No, to podpisuj i cześć.
Jacuś poszedł do kuchni i nalał sobie jeszcze trochę herbaty.
Postawił na stole w pokoju i wyszedł do łazienki, gdzie siedział z piętnaście
minut. Z nudnym spokojem czekaliśmy aż wróci, czas i bez tego się dłużył.
Od tygodni w ten sposób rozmawiamy z ludźmi. To nie było nic nowego.
Ale w pewnej chwili już przesadził. Żona poszła i zapukała do drzwi
ubikacji. Poruszył się w środku. Wyszedł.
- No, to podpiszę. Podpiszę, tak jak mówisz. - powiedział.
Wtedy ja powiedziałem:
- Ja nic nie mówię. Pogadaj z kumplami i załóż czasopismo
dublujące to czasopismo, w którym będziesz pisał jako redaktor lojalny, i w
ten sposób w tym będziesz lojalny, a w tym drugim nielojalny.
- Ale będę musiał udawać. I nikt nie będzie wiedział, że to
nielojalne i że podziemne czasopismo prowadzę ja. To w ogóle mija się
z celem. Dziennikarz musi pisać pod swoim nazwiskiem.
- Używaj pseudonimu, a po twojej śmierci ja rozgłoszę, że
ten pseudonim należał do ciebie. Coś trzeba robić.
Po tych dwóch godzinach rozmów Jacek Barek poszedł.
Spędzaliśmy ten dzień już dalej sami. Ponieważ tydzień temu władze włączyły
telefony, umówiliśmy się, że Jacek zadzwoni do mnie w poniedziałek
i powie " podpisałem", albo " nie podpisałem", albo " podpisałem
i zmieniam nazwisko". W tym ostatnim przypadku będzie wiadomo, że Jacek
założy swoją gazetkę podziemną. Musieliśmy umówić hasło, bo władze
włączyły te telefony, ale zapowiedziały, że jednocześnie wszystkie rozmowy
będą podsłuchiwane. Z góry wiedziałem, że Jacek nie zadzwoni.
Z góry wiedziałem, że Jacek będzie pracował w swoim macierzystym
czasopiśmie kontrolowanym przez cenzurę i będzie działać tak, żeby czasem
coś przemycić, żeby oszukać wszystkich.
Ale jeszcze trzeba było spędzić jutrzejszą niedzielę. Może
coś ciekawego powie nasz ksiądz proboszcz, a trzeba przyznać, że umie
mówić znakomicie. W zeszłym tygodniu grzmiał tak, że nawet mężczyźni
mieli łzy w oczach, zwłaszcza gdy tubalnym głosem odczytywał
własną modlitwę o szybkie uwolnienie internowanych działaczy
wolnych związków zawodowych.
I niedzielę też jakoś spędzimy.
U CUKIERNIKA
A ja wam mówię, nie dzieje się nic. Czekają, jak Boga kocham,
czekają, co będzie, a nie dzieje się nic - powiedział Lucjan Poniatowski
i nakrył twarz czapką. Leżał na podłodze i zdawał się drzemać, od czasu do
czasu głośno wypowiadając sny. Kazano siedzieć w wytwórni ciastek całą
noc, więc siedzieli i tylko wspominali dobre czasy, kiedy się piło
wódkę i chodziło na kobiety. Zaraz po przysiędze zerwali się ze sznura
i z przepustką w kieszeni buszowali po Raciborzu, aż natrafili w knajpie
pod cycem na dwie takie jedne, bez twarzy i pieniędzy, ale
wypachnione i czekające na wielki boski cud. Oni we dwóch podeszli i namówili,
żeby ich zabrały do mieszkania. Jedna była zupełnie wyzuta z czci i od
razu zamknęła się z Luckiem w pokoju z pierzyną, ale druga tknięta przez
ludzką moralność siedziała sztywna w kuchni i udawała, że jest śpiąca.
A miały po pięćdziesiątce i obie szczękały sztucznymi szczękami.
Lucek był wściekły, denerwował się bezmyślnością takiej
służby, bo nie wiadomo czego tu pilnowali. Cukru? Mąki? Dowódca
był u pewnej baby w pobliskim domu i kazał się zbudzić o piątej rano,
więc już widzieli oczami wyobraźni, jak będą go od niej wyciągali na
siłę, prosto z łóżka, nie patrząc na tę obrzydliwą heterę, która nawet
nie zapamiętała nazwiska kapitana, byleby następnego popołudnia
dostała wieprzowiny z wojskowej kantyny, którą ona wymieni sobie
na rękawiczki spod lady, a sklepowa ze sklepu skórzanego wymieni
na żyletki dla męża i szczotkę do zębów. Handel jak za Hitlera, aż
w końcu mięso będzie gotowe do zjedzenia. Kierownik straży
przemysłowej poszedł do dyżurki, stara sprzątaczka dziergała na drutach
w kanciapie majstra. Żadnej pociechy.
Myśli głośno wypowiadać nie było wolno, zatem
wypowiadali kontrmyśli i się świetnie rozumieli, choć już całkowicie nie
mieli zrozumienia dla swojej roli. I nie wiadomo było, czy w kompanii nie
ma kapusia i czy ten kapuś nie siedzi właśnie z nimi. Po prostu nie
wiadomo było, który to jest.
- Więc który to, Lucek?
- Więc jak nie wiadomo który, to trzeba tak myśleć, że każdy i spokój.
- No, to opowiedz mi coś ciekawego o dupach, bo zasnę.
- Już lepiej ty opowiadaj, bo ja wyczerpałem wszystkie moje
przygody, a jak zacznę od początku, to też zasnę.
- Czeka nas to, co wszystkich. Zaśniemy i koniec.
- Jak ci powiem jedno nazwisko, to cię od razu poderwie.
- Ciekawe.
- Kapitan Dajdziński.
Szeregowy poderwał się na równe nogi i podskoczył do
Lucka z pięściami.
- Ty mnie nie brukaj tym nazwiskiem!
Lucek odepchnął go delikatnie.
- Koniec. Nie brukam. Ale cię poderwałem, co? Przesłuchiwał
cię? Mnie też.
Szeregowy machnął ręką. Na tym się znał, do tego już się
przyzwyczaił. Nienawidził milicji i był szczęśliwy, że trafił do wojska, a nie jak
koledzy przymusowo, choć dobrowolnie, do niebieskoszarych.
Przymknęli oczy i drzemali w różnych pozycjach, w każdym razie
tak, aby wchodzący kapitan przypadkiem zobaczył, że czuwają na
posterunku w czasie zadania bojowego na terenie miasta Warszawy. Dosłownie
byli gotowi do akcji. Przez wielki korytarz przeszła sprzątaczka z motkiem wełny.
- Do sraczyka poszła? - zapytał jeden z żołnierzy i rozpiął kołnierzyk.
- Czyli wiemy, co będzie robić.
- Albo jedno, albo drugie.
- A ten strażnik to stary, młody?
- Stary jak gówno pod płotem.
- Może byśmy z nią porozmawiali wobec tegoż.
- Idź i gadaj. One mają to na co dzień. Akurat przymierzy się do
ciebie! Taka to woli cukiernika albo piekarza.
- Nie ona do mnie, ale ja do niej. Miałaby spokojniejsze sny.
Mam japońską prezerwatywkę.
- Jaką?
- Po numerze każesz babie skakać przez pięć minut. Nie zajdzie,
żeby nie wiem co. Absolutnie bezwzględna antykoncepcja totalna.
Ale słyszałam, że można też wytrząsać kobitą.
- Mnie po numerze chce się spać, nie tam wytrząsać kobity. W ogóle
ja mogę piętnaście numerów pod rząd, tylko że po każdym muszę mieć
pięć minut spania. Jak Boga kocham.
- Może i dobra metoda.
- Nie może, nie może, ty półgłówku. Ja znałem jednego gościa,
co przez trzy dni mógł nie wyjmować i mu nie flaczał. Słowo.
- Idzie.
Dziewczyna w fartuchu, z rozwianymi włosami przeszła przez
korytarz. Weszła do gabinetu kierownika. Po chwili światło widoczne przez
szparę między drzwiami i podłogą zgasło. Znów zaczęli rozmawiać.
- Dziwną ma gębę.
- Niebieską bluzkę miała.
- Czy niebieskoszarą?
- Być może. Nie wiadomo skąd ją ma.
- Znam baby, co się lubieją ubierać w koszule męża.
- Szła jak na defiladzie.
- Pewnie ją sparło.
- Nie sparło. Ma to wyuczone.
- Od męża się nauczyła.
- Mężatka, szkoda zachodu.
- Głupi jesteś, kretynie. Właśnie mężatka najlepsza, możesz
kończyć bez wyjmowania i tych ceregieli, a tak to uważaj, a pamiętaj, a żebym
nie miała dziecka, to tamto, wiesz. A mężatka ma spokój. Każde
dziecko urodzone w czasie trwania jej małżeństwa jest dzieckiem jej męża, nie wiesz?
- Faktycznie. Wyuczyłeś się. No to dawaj. Jeszcze chyba nie zasnęła.
- Kto pierwszy?
- Możesz ty.
- Ja nie. Najpierw się przekonaj, co to za mąż.
- No dobra.
Lucek na placach przedostał się pod tamte drzwi, ostrożnie
otworzył i zniknął w ciemności. Kolega przystawił ucho do futryny. Słyszał
tylko długie, świszczące oddechy śpiącej kobiety, która pali zbyt
dużo papierosów. Po minucie drzwi się uchyliły i wyskoczył Lucek.
Położył palec na ustach i przeszedł na drugi koniec korytarza. Kiwnął na
kolegę. Nachylił mu się do ucha i powiedział:
- Nic z tego, nie będziemy się brukać. Jej stary jest, proszę ciebie,
ale słuchaj uważnie, starszym sierżantem MO. Chyba że ty z nią chcesz.
Ale ja to już w żadnym wypadku.
Oparli się o ścianę i drzemali do samego rana. Wyciągnęli
kapitana z łoża pewnej sklepowej, poszli od posterunku do posterunku,
zbierając kompanię do kupy, i ruszyli na ulicę Żwirki i Wigury, gdzie
stacjonowała ich jednostka. Bardzo dużo zjedli na śniadanie, a potem pojechali
w celu wykonania nowego zadania bojowego w Garwolinie. Wspólnie
z milicją patrolowali przedmieście.
Piotr Müldner-Nieckowski

Władysław Edward Gałka
|