Piotr Müldner-Nieckowski
KONIEC BRYGADZISTY
Któregoś dnia przyszedł nasz szef z facetem ubranym po
cywilnemu, ale tak gwałtownie kiwający głową na powitanie, że od razu
wyczuliśmy wojskowego. Jak go zapytałem, z jakiej jest formacji, nie chciał
absolutnie powiedzieć. Zażądał pokazania, gdzie są ubikacje i zaczął po nich
łazić. Denerwował się, że są rozmaite napisy antypaństwowe, i kazał
je natychmiast usuwać. Najbardziej mu się nie podobało hasełko "Tu
się robi miód i ser dla PZPR", a zupełne wkurzyło go, jak na jednej
ścianie znalazł "Z prawa i lewa sraj na Breżniewa" i "Jaruzel jak szczy,
wyjmuje Urbana". Ja zasłoniłem plecami tekst następujący: "Obywatelu,
używaj prezerwatyw, bo i ty możesz spłodzić Albina Siwaka", i tego już
kontroler nie widział. Musiałem to wszystko własnym ozorem zlizywać
i pazurami zdrapywać. Byłbym idiotą, gdybym tego nie zrobił. Ale po trzech
dniach znów były hasła i nie przypilnowałem dobrze bramy wejściowej na
oddział. Przyszedł ten kontroler i kazał mnie wyrzucić ze stanowiska
brygadzisty. Nareszcie miałem to wszystko, cały ten burdel z głowy.
Napisałem w windzie towarowej życzenie noworoczne: "Wszystkiego
najlepszego w Nowym Jorku". Ciekawe, komu teraz kazali to zlizywać.
WARSZAWA NIE DLA MNIE
- Słuchaj, dziewucha brata kolegi siostry pierwszego chłopaka
żony Kowalskiego potrzebuje zwolnienia - powiedział Waldek, stukając
piętą o nogę krzesła.
- Nic się nie da zrobić - odpowiedział Ruchliwy i wytarł pot, który
mu w jednej chwili wystąpił na czoło. - Bloczek mi się skończył. A poza
tym teraz nie opłaca się brać zwolnień lekarskich, potrącają z wypłaty.
- Jak chcesz. Myślałem, że jesteś w stanie.
- Jestem - powiedział Ruchliwy, niespokojnie rozglądając się
po zadymionej kawiarni. Od kiedy był studentem medycyny, ciągle go
ktoś stresował.
- Nie wiem, lekarze stają się nieżyczliwi. Ile chcesz za dzień zwolnienia?
- Łapówek nie pobieram, a prywatnie zwolnień się nie wystawia.
To już powinieneś wiedzieć.
- Chodzi o Kowalskiego.
- A co Kowalski?
- Załapał się. Wiesz.
- Trudno, po co się pchał?
- Jak to trudno? Nic nie kapujesz?
- Kapuję - mruknął niepewnie Ruchliwy, bo nie pojmował.
- Jak chcesz. Ja tylko ci mówię gwoli sprawiedliwości, żebyś
wiedział, co jest grane.
- A kto cię prosił? Dziewucha czy Kowalski?
- Słuchaj - powiedział Waldek. Jednym łykiem wciągnął szklankę
kawy do żołądka - ja muszę to zrobić dla Kowalskiego, rozumiesz.
- Powiedziałem ci, że zostawiłem bloczek w poradni, i to
powinno wystarczyć.
- Mówiłeś, że ci się skończył.
- Tak mówiłem? Bo się skończył w poradni, to chyba jasne. Gdzie
miał się skończyć? Ty jak małe dziecko, łapiesz za słówka. Zapytaj mamy, to
ci powie.
- Maćkowi załatwiłeś.
- Maciek ci powiedział? Dostanie kopa.
- Nie wiedziałem, strzeliłem na chybił trafił i trafiłem. No, to jak?
Ruchliwy uśmiechnął się w głębi duszy, bo nigdy niczego
żadnemu Maćkowi nie załatwiał.
- Dobra, zrobi się, ale jeden jedyny raz. Może załatwię u kolegi,
bo wiesz, jaka jest procedura. Musiałbym teraz lecieć do poradni, zabrać
stary bloczek, zanieść do dyrekcji, podpisać w zeszycie druków
ścisłego zarachowania, poczekać aż sekretarka pójdzie do magazynu, pobierze
nowy bloczek, wpisze do zeszytu ścisłego zarachowania, ja podpiszę, ona
wyjmie pieczątkę instytucji, podstempluje każdą kartkę w bloczku, i dopiero
mi da. Trzy godziny załatwiania, a dzisiaj piątek, czternasta.
- W porządku. Stówa wystarczy? - Waldek sięgnął do kieszeni
i wyjął przygotowaną kopertę.
- Nie chcę tego. Jak otworzę prywatny gabinet, to będzie co
innego. Ktoś się połapie. A potem sąd, to wszystko... nie! Ja się nie będę
narażał, a ty w razie czego będziesz miał czyste sumienie, kiedy będziesz
zeznawał. Nie dostanę za to ani grosza, a zwolnienie wydam na
podstawie sumiennego badania i wnikliwej oceny stanu zdrowia pacjentki.
- W porządku - Waldek chuchnął na kopertę i kiwnął
w kierunku kelnerki. - Będziemy płacili, proszę pani. Pani da jeszcze dwa
piwa, a rachunek już. - Z wysoka spojrzał Ruchliwemu głęboko w oczy - nic
się nie martw. Będzie zapłacone. Wieczorem wpadnę po to do ciebie.
Ruchliwy szedł Marszałkowską i przewijał w pamięci tę
rozmowę, zatrzymując ją na najbardziej drażliwych frazach. Miał przed
oczami sylwetkę Waldka, dwa razy dłuższego niż on, przygiętego ku ziemi,
aby zbliżyć się wzrostem do normalnych ludzi, i sepleniącego, aby
nikomu się nie wydawało, że się czymkolwiek wyróżnia.
Stówa wystarczy? Właśnie tej stówy było Ruchliwemu najbardziej
żal. Ale jak mógł wziąć zapłatę za coś, czego nie był w stanie załatwić?
Stanął przed wystawą domu towarowego, bo miał już
dosyć przepychania się przez tłumy. Każda mijana twarz wydawała mu
się smutna. Przypomniał sobie, że dla fantazji trzyma słuchawkę
lekarską w kurtce tak, aby nieco wystawała. Ze złością wepchnął ją głębiej,
ale kieszeń była płytka i końcówka stetoskopu znowu wylazła na wierzch.
Do domu? Nie można, trzeba załatwić nocleg gdzie indziej.
Inaczej Waldek będzie mu patrzył w oczy jeszcze głębiej. Obrazić Waldka?
Ruchliwy musiał z tego jakoś wybrnąć. Skąd, do diabła, miał brać
jakieś zwolnienie?
Gdzie może być teraz Waldek? Należałoby czatować z cegłą na
piętrze jakiejś kamienicy i w odpowiednim momencie rzucić, aby
spadła Waldkowi na łeb.
Ruchliwy, za dużo opowiadasz o sobie, pomyślał. Jeszcze
lekarzem nie jesteś. Skończ z tym, stary. Z tym gadaniem zwłaszcza.
Ale co się powiedziało, to się powiedziało.
Że też nie zauważył moich paznokci, nie bardzo doczyszczonych
jak na lekarza, pomyślał z przerażeniem. Za pół roku dyplom, to mnie
nareszcie wyzwoli. Będę mógł dysponować receptami. Na pieczątce będę
miał... Jak najszybciej zrobić doktorat albo specjalizację. Goła
pieczątka z nazwiskiem i adresem jest poniżająca.
Na wystawie między kolorowymi opakowaniami produktów
pojawiła się mysz. Po chwili gwałtownie odchyliła się zasłona z dykty
i wpadła baba ze szczotką, depcząc dekoracje, miotając się wściekle.
Z zamkniętymi oczami machała kijem przed samym nosem Ruchliwego,
roztrącając przedmioty, ryjąc w zwałach handlowych ekponatów. Mysz znalazła
ujście, wcisnęła się w szparę i uciekła przed niebezpieczną sprzątaczką.
Ruchliwy, tknięty przeczuciem, zrobił dwa kroki w bok ku następnej
wystawie. Zwierzątko siedziało na piramidzie ciast i trzymając okruszynkę
w łapkach spokojnie odłamywało pyszczkiem po kawałku. Obok z głośnym
brzękiem posypała się szyba. Przechodnie rzucili się na pomoc nieszczęśliwej,
grubej kobiecie w niedopranym kitlu.
Nawet nie pamiętał, gdzie ten cały Waldi mieszka. Gdzieś miał
na bilecie tramwajowym zapisany numer jego telefonu. Nie, na
paczce papierosów. Na oderwanym brzegu gazety.
Postanowił się uspokoić, przez co ręce zadrżały mu jeszcze
bardziej. Przeszukać każdą szufladę mózgu.
Wreszcie wpadł na pomysł. Wypatroszył odstającą tylną
kieszeń spodni. Miał teraz na dłoni kupkę śmieci, w której drugą
ręką przeszukiwał papierki. Jakiś przechodzeń trzeźwo i celowo potrącił
jego łokieć, aby wszystko spadło na chodnik. Ruchliwy nie zdążył
zauważyć, czy był to mężczyzna, czy kobieta, bo podmuch wiatru
przerzucił wszystko pod mur. Tam sprzątaczka rozcierała obolałe kolana,
tu drobiazgi Ruchliwego zmieszały się z chodnikowym
śmietniskiem. Zbierał i sprawdzał.
Rozłożył zmiętą kartkę, rachunek z restauracji. Na odwrocie
damską ręką wypisano w punktach objawy brucelozy. Ściągawka
z chorób zakaźnych. Skręcił z niej obwarzanek i rzucił za siebie.
Na bilecie do kina znalazł adres Wałęsy, już dawno nieaktualny,
Gdańsk-Zaspa, Pilotów 17 D mieszkanie numer 3. Przepisał go
z książki o prezydencie i pokazał jednej dziewczynie, żeby zaświadczyć, że
zna Wałęsę od piętnastu lat.
Ale telefonu Waldka nie było. Waldek za mała płotka.
Ruchliwy wybrał ze śmieci jedynie śrubkę, której dwa dni
temu bezskutecznie poszukiwał, i wyprostował się. Zakręciło mu się
w głowie, więc natychmiast opadł na kolana, ale poczuł ból w lędźwiach
i gwałtownie wstał, a że trafił głową w brzuch przechodnia, usiadł na betonie.
Podpełzł do ściany budynku i oparł się plecami.
- Za pół roku zdam sądówkę i to będzie koniec gehenny
- powiedział do siebie półgłosem. - A jestem obryty, więc zdam, wy chamy i łobuzy!
- dodał całkiem wyraźnie, ale nie spojrzał na tłum.
Pewnie nie tych ludzi miał na myśli, ale tamtych, zupełnie
nieznanych, którzy codziennie i co chwila robią z niego bałwana. Z wyraźną
pretensją na skrzywionych ustach stwierdził, że nie ma nawet na przejazd
autobusem, a tym bardziej na piwo.
Ruszył do przystanku na skrzyżowaniu ze Świętokrzyską.
Tam przynajmniej jest miejski klozet i lektura na ścianach. Na gazetę też
mu brakowało.
- Short of money - rzekł bezczelnie, patrząc w oczy kobiecie,
która z kawałkiem papieru toaletowego w ręku chciała wzrokiem wymusić
na nim opłatę za pisuar.
- Niemiec - mruknęła do towarzyszki, która wsadzała grzałkę
do mętnego słoika z wodą.
Ta, trzymając papierosa w ustach, odchyliła głowę i zmrużyła
powieki pod wpływem dymu.
- Zbiją na nas majątek - powiedziała przez zaciśnięte zęby
i pociągnęła nosem - kurde, handlarze. - Ale kamionkę zażółcić potrafią.
Ruchliwy wylądował na zapadłym Ursynowie. To gdzieś tutaj,
ulica Zamiany. Przed wojną był tu elegancki mająteczek, a teraz kupa
dzieci szwendających się z farbami w aerozolu i matki pchające wózki
między jednakowymi blokami.
Jak ja będę pracował, skoro do żadnego budynku nie da się tu
podjechać karetką, pomyślał. Wszystkie osiedlowe uliczki zastawione
olbrzymimi głazami, a wąskie jak gardło. Ani pogotowie, ani straż pożarna. Dureń
to wymyślił.
Zmrużył powieki niby przysłonę w aparacie fotograficznym
i próbował porównywać obrazy z tym, co leżało na dnie pamięci.
To gdzieś tutaj, ulica Zamiany. Patrzył po górnych piętrach, ale
tę metodę szybko uznał za błędną. Takiego widoku nikt nie
zatrzymuje w głowie. Raczej dolne partie, a zatem partery. Ogródki. Napisy na
tynkach. To są właściwe hasła wywoławcze.
Niewątpliwie ułożył sobie plan, którego nie miał zamiaru już
zmieniać. Wpadnie do Waldka z pyskiem, naubliża ile wlezie, już zgromadził
na końcu języka kilkanaście twardych wyrażeń. Krzyknie parę razy, nie
da dojść do słowa i wypadnie na klatkę schodową, zanim tamten
porządnie zbierze myśli. Załatwi go inteligencją, zaskoczy i choćby na
chwilę sparaliżuje mu krtań. Wrzaśnie, nie podając przyczyny,
a następnie śmiertelnie się obrazi.
A czy było inne wyjcie, skoro wyjścia nie było żadnego?
Miał znajomego lekarza, to fakt, pediatrę, bardzo sympatycznego.
Ale jakieś dziesięć lat temu, kiedy Ruchliwy zaczynał podstawówkę, facet
zmarł na zawał. Teraz zostali tylko ci doktorzy i docenci, których w gruncie
rzeczy się boi, bo nie nauczyli go nawet robienia zastrzyków. Czy mógłby
któregoś z nich poprosić o wypisanie zwolnienia dla pewnej dziwki? Śmieszne.
Natknął się na kawałek rury wystającej z trawnika. To było
to. Właściwie od dłuższego czasu instynktownie czegoś podobnego szukał.
Rozejrzał się, mężczyzny wśród spacerowiczów nie zauważył,
toteż naparł całym swoim małym ciężarem na ziemię i wyciągnął.
Tabliczkę oderwał jednym sprawnym ruchem, narzędzie przyłożył wzdłuż nogi,
aby przestało być widoczne i swobodnym krokiem zatańczył
w kierunku upatrzonego bloku mieszkalnego. Trzecie piętro, zdaje się na lewo
od windy.
Oczywiście na lewo. Nie jest prawdą, że Ruchliwy jest
niepozbierany. Jego pamięć działa od urodzenia lepiej niż u rówieśników.
Bardzo oszczędna, bo wybiórcza. Nigdy nie notuje nazwisk, nazw
geograficznych i numerów telefonicznych. Wie, że od tego są notesy i książki
adresowe. Ale numer strony numeru czasopisma, w którym podano ważną rzecz
dla lekarza praktyka - o, to już zostaje w centralnej części szarej
substancji na zawsze. Dobry jest. Nadaje się.
Ruchliwy nieźle się zapowiadał jako lekarz wyposażony w intuicję.
Zapukał. Nic. Zadzwonił. Szmer za drzwiami.
Szuranie kapciami, bardzo powolne. Schował rurę za siebie.
Odstawił w kąt przy drzwiach tak, aby mieć do niej natychmiastowy dostęp.
Jakaś babcia, czy coś takiego. Strasznie powoli otwiera drzwi. Babcia
mogłaby się zbyt łatwo przestraszyć żelaznej pały. Teściowa, być może.
Niesłychanie mozolne kręcenie kluczem w zamku. Albo pijana dziwka, ta od
zwolnienia. Mogłoby tak być.
Skrzypnęło i w drzwiach stanął zaspany Waldek. Wtulił
głowę w ramiona, bo się nie mieścił w futrynie.
- No? Co?
- Przyszedłem.
- Widzę, przyszłeś. I co?
- A czego się spodziewasz?
- Znalazłeś kartkę?
- Jaką kartkę?
- Zostawiłem ci kartkę w klubie medyków, żebyś się nie trudził.
- Nie potrzeba zwolnienia?
- Nie. No, cześć, bo śpię - powiedział Waldek, ponieważ ktoś
dziecięcym głosikiem zaczął pytać w głębi mieszkania.
- I mówisz to tak sobie? - warknął Ruchliwy.
- A jak mam mówić. Nie tak sobie? - Waldek zaczynał się
denerwować. - Zdjąłeś mnie z rusztowania, do cholery, więc spadaj. Pogadamy jutro.
Ruchliwy sięgnął w kąt klatki schodowej. Oparł gazrurkę na
stopie i zaczął się na niej kiwać jak podparty laską.
- Napracowałem się - powiedział cichutko. - To mnie dużo
kosztowało. Chyba sobie zdajesz sprawę.
- Ile?
- Waldek. Tego się na pieniądze nie przeliczy.
- A na co? Nie jestem kretyn.
- Zastanów się.
- Chcesz mnie uderzyć? - uśmiechnął się Waldek i wysunął
wielką głowę przed drzwi.
- Ja?
- No, chcesz? - Waldek dla hecy palnął się otwartą dłonią w czoło.
- Bij. Co ja ci poradzę? Tak się stało i już...
Nie spodziewał się, że Ruchliwy to zrobi. Bardzo go zaskoczył.
Uderzył z całej siły. Trysnęła krew z rozwalonej twarzy. Wycie
Waldka zatrzęsło klatką schodową, a było tak przeraźliwe, że piętro wyżej
pękła szyba. Ruchliwy podniósł rurę i zamierzył się do nowego ciosu, ale
że tamten zasłonił się ramieniem, zrezygnował.
- Mam litość nad tobą - powiedział z nieludzkim wysiłkiem,
plując przy tym, bo nie panował nad językiem i wargami. - Żebyś wiedział, co
ci wolno, a czego nie, Walduś. Zapamiętaj sobie. A przypuszczałem,
że z ciebie wielki skurwysyn.
Waldek trzymał się za twarz obiema rękami. Spomiędzy
palców wyciekały ciemnoczerwone strużki. Cofnął się, nogą przymknął
drzwi. Ruchliwy ze złością kopnął je ile sił. Palnęły o coś miękkiego,
a potem z hukiem zapadły w ościeżnicę. Waldek szybko przekręcił zamek
od środka, na co Ruchliwy po prostu się uśmiechnął.
Było dobrze. Ten dzień wydawał się zamknięty pomyślnie. Ta
sprawa została zakończona. Nie może być tak, że jeden kpi z drugiego. Nie
może być, aby człowiek lekceważył człowieka.
Autobus był prawie pusty, więc Ruchliwy bez trudu tak się
ustawił przy drzwiach, że gdyby wszedł kontroler, zdążyłby wyskoczyć. I nie
może być również, że marnuje się cudzy wysiłek dla własnej zachcianki.
Następny dzień był tak słotny i wietrzny, że Ruchliwy pomny
na przysłowia o parasolach wrócił się z dworca po nieprzemakalną
kurtkę. Jeszcze nie wiedział, dokąd jedzie. Możliwe, że do Białegostoku,
do Gdańska, gdzie jest akademia medyczna. Wziął indeks i papiery.
Do matki zadzwoni, ale adres poda za pół roku. Nie wiadomo, co
będzie. Trockiego zabili w Meksyku, choć miał wspaniałą ochronę
i mieszkał w bunkrze.
Pod tym względem nic się nie zmieniło.
Kiedy już był w wagonie, rozsiadł się i zamknął oczy. Na razie
był bezpieczny, ale z lękiem myślał o tym, że trzeba będzie w połowie
drogi nagle wysiąść i, zasłaniając twarz, przeczekać do następnego
pociągu w przeciwną stronę. Może do Katowic. Jutro przeskoczy do Lublina.
Tak, Lublin będzie miastem o wiele szczęśliwszym.
O to przecież chodziło. Człowiek musi znaleźć poważny powód,
aby iść dalej, ale nową drogą. Bardzo poważny.
Z tą myślą sięgnął po kanapkę. Dziewczyna naprzeciwko była
szalenie apetyczna. Podsypiała i nie panując nad ciałem, rozsunęła
kolana. Ruchliwy aż zgrzytnął zębami i odwrócił głowę. Zaczął
rozmyślać, dlaczego, do diabła, od kiedy pamiętał, zawsze uważał się za nieśmiałego.
JAK MIETKOWI NIC SIĘ NIE STAŁO
Drewniany balkon runął w dół, drabina odpadła, a Mietek zamajtał
tylko nogami, próbując odepchnąć się od powietrza. I udało się. Zawisł na
jednej ręce. Zakrzywionymi palcami chwycił za brzeg muru poniżej futryny.
Mur, to za dużo powiedziane. W tym miejscu przed laty murarze
zamiast cegieł nałożyli tynku dla niepoznaki. Były czasy, że jak nie było
drewna, to się dawało papier, a jak żelaza, to drewno. Teraz to się mogło
skrupić na Mietku. Pierwszy kruchy kawałek odpadł od razu wraz z ręką,
a zatem z całym Mietkiem, ale on zdążył drugą złapać za występ pod oknem.
Podciągnął się i teraz już wisiał na obu. Szyby były zakurzone, jak
to w naszej łazience, ale i tak zobaczyłem, że Mietek na środku głowy
jest całkiem łysy. Nie wiedziałem. To zrobiło na mnie wrażenie. Był
wyższy, zawsze patrzył z góry, i dopiero dzisiaj, kiedy ja znalazłem się na
tym padole wyżej od niego, mogłem się przekonać, kto tu jest
naprawdę mężczyzną. Zawsze mi się wydawało, że facet o tak miękkim uścisku
dłoni musi być kobiecy i przez to z lekka uduchowiony.
Po chwili zrobiłem mocną linę z prześcieradła, które suszyło się
nad wanną. Palce Mietka sczerwieniały. To dobrze, krew jeszcze
dochodziła. Z emocji sięgnąłem po papierosa, przypaliłem od płomyczka
w gazowym piecyku do ciepłej wody, a po pierwszym sztachu poczułem się na
tyle lepiej, że mogłem wrócić do okna. Na szczęście wisiał dalej. Już
się przyzwyczaił do tej pozycji, bo zaczął coś mamrotać, pokrzykiwać,
stękać. Okno było szczelne, a on cały czas patrzył na ziemię, więc nie
słysząc wrzasku i nie widząc jego ust, nie mogłem zrozumieć, o co mu
chodzi. Jak człowiek znajduje się w takiej sytuacji, to jasne, że musi mu
być niewygodnie. Pewnie złorzeczył.
Było dość wysoko, jakieś dwa piętra. Gdyby spadł, to albo na
chodnik, a wtedy by się rozpłaszczył jak naleśnik, albo na drewniany płotek,
którego sterczące kołki przebiłyby brzuch, piersi i szyję. Mógł też zlecieć na
pozostałość spróchniałego balkonu.
W najlepszym razie z Mieczysława zostałyby
dwie części: górna i dolna, albo lewa i prawa. Można było się obawiać, że
ktoś wyjdzie z klatki schodowej właśnie w czasie spadania, wówczas
pogniotłyby się dwie osoby, jak samochody wskutek zderzenia czołowego.
Zrobiło mi się niedobrze. Zawsze bałem się przestrzeni,
jeszcze bardziej niż zamknięcia, jak swetra, którego nie da się zdjąć przez
głowę. Przemogłem się i otworzyłem lufcik, który na nieszczęście
znajdował się u góry okna, a nie na dole. Nietypowa ta nasza kamienica. Teraz
jego głos nareszcie zaczął do mnie docierać przez ten otwarty lufcik.
Jednak krzyczał. Nie mówił niczego konkretnego, ale ryczał jak
zarzynany. A zdawało mi się, że powinien coś spokojnie powiedzieć, w końcu
to on znajdował się w położeniu godnym pożałowania, nikt inny. Jak
się mówi z namaszczeniem, to wszystko staje się jasne. Zrozumiałem,
że jeśli będzie tak dłużej bezładnie skowyczał, to straci siły i ręce mu
nie wytrzymają, tym bardziej że palce zrobiły się już białe, a właściwie
szare. Wtapiały się w tynk.
Wysunąłem zwinięte prześcieradło, ale że lufcik był wysoko,
nie dosięgło nawet jego łysiny. Próbował jakimś nadludzkim
wysiłkiem poderwać się do góry, żeby złapać za koniuszek materiału, ale nic
z tego nie wyszło. Pomyślałem, że trzeba lufcik zamknąć i próbować
otworzyć okno. Jakoż po chwili z wielkim trudem odmykałem klamki, które
opierały się, jakby wrosły w drewno okiennej ramy. Bo też od wielu lat
w łazience nikt okna nie otwierał, żeby gapie z ulicy nie patrzyły, jak tu się
myje zęby. Zardzewiałe zameczki zapiekły się, ale naparłem całym
ciałem i w końcu zapiszczały, zgrzytnęły. Ostrożnie uchyliłem okno tylko po
to, żeby je natychmiast zamknąć. Otwierało się na zewnątrz i o mało
nie rozharatałem Mieciowi nosa. Boże, z trudem łapałem oddech.
Zachęcony moimi rękoczynami, zaczął walić głową w szybę. Robił
to bardzo przemyślnie. Podciągał się na rękach, odbijał nogami od
ściany i łup! czołem przed siebie. A szkło nic. Twarde jak skała.
Pomyślałem: Mieciu, jeszcze raz, spróbuj, może się uda! I spróbował. Raz, drugi,
trzeci. Niestety, bez skutku. Po uderzeniach zostały tylko przejaśnieniana W
szarej skorupie, która narastała na szkle latami.
No, cóż. Miałem tylko tę nadzieję, że Mieczysław wpadnie na
jakiś inny pomysł. Czasu było coraz mniej, energia biedaka wyczerpywała
się w postępie geometrycznym, co widać było po nabrzmiałych żyłach na
jego szyi. Tak się szarpał, rzucał, dbając przy tym, żeby nie oderwać się
od ściany, że aż mu pękł drelichowy kombinezon na plecach. Siłę to
chłopak miał nielada.
Nie na długo, jak wspomniałem. Palce zrobiły się już sine,
widziałem to doskonale. Wczepiłem się w ramę okna i patrzyłem Mietkowi
prosto w oczy, żeby go wesprzeć. W końcu miał tylko mnie jednego. Matka
mu umarła, żona odeszła, dzieci nie było, golec po prostu. Zacząłem ze
złości biegać po łazience, zapomniałem nawet o lęku przestrzeni
i podbiegałem do okna, coraz śmielej patrząc w otchłań ulicy. Miotałem się jak
tygrys w klatce. Myślałem, że zwariuję. Z kranu kapała woda, jak zwykle,
ale teraz doprowadzała mnie to do szału, więc dopadłem umywalki
i obiema rękami starałem się dokręcić to złośliwe urządzenie, aż
przekręciłem. Chlusnął tak silny strumień, że zamoczyłem spodnie.
Wtedy zauważyłem, że Mietka nie ma. Rzuciłem się do okna. Nic.
Był poza zasięgiem wzroku. Ulica pusta choć okiem wykol! Popędziłem
więc schodami na dół, na klatkę, z klatki przez bramę i, spodziewając
się krwawej plamy, zamknąłem oczy. Dlatego padłem jak długi,
potykając się o miękkie ciało człowieka.
To był właśnie Mietek. Leżał bez ruchu, ale jeszcze tylko przez
chwilę. Nagle wstał, odepchnął mnie, otrzepał się i kuśtykając podszedł do
drabiny, która spadła wraz z balkonem. Kopnął ją ze złością. Spojrzał ku
górze i skrzywił się w bolesnym uśmiechu. Biało-czerwona chorągiew,
którą zatknął do wystającej ze ściany rury, była na swoim miejscu. Wiatr
łopotał jej sympatycznym, płóciennym skrzydłem. Jedenasty listopada,
święto niepodległości Polski. Uniosłem rękę i wysunąłem dwa rozwarte palce
do góry, na znak wiktorii. To my, to my zatknęliśmy nasz symbol. Na
pohybel komunizmowi!
Poklepałem kolegę po ramieniu. Mojego najlepszego przyjaciela.
- Ty mnie nie klep - mruknął - bo złamałem nogę. Załatw
jakiegoś chirurga - dodał i upadł, stracił przytomność. Nigdy go później
nie zapytałem, dlaczego tak nagle się wtedy przewrócił, twarzą walnął
o płytę chodnika, mimo że już całkiem dobrze chodził. Może z bólu?
Może z wyczerpania? A gdyby z radości, to co - nie wolno?
Przez ten beznadziejny incydent wszystko diabli wzięli.
Planowaliśmy przecież, że zaraz po powieszeniu chorągwi przejdziemy na drugą
stronę ulicy, schowamy się w bramie i, popalając papieroska, będziemy
patrzeć, jak milicja z ormowcami wysila się, żeby zdjąć tę flagę.
Mieliśmy obserwować, jak przyjeżdża straż pożarna z wozem drabiniastym,
jak strażacy wdrapują się w kierunku rury i zrzucają naszą flagę na
asfalt, a prokuratorzy, wyskoczywszy z małej suki, wyławiają
z budynku mieszkańców i ciągają ich na przesłuchania, żeby
zidentyfikować sabotażystów. Za takie coś można było wylądować w pudle. To nie
żarty dla grzejtyłków.
Popsuł całą akcję. Najpierw zgubił drabinę pod nogami, potem
się połamał... Katastrofa. Musiałem biec na pocztę i wzywać
pogotowie ratunkowe, jechać z nim do szpitala na gipsowanie tej zakichanej
nogi, szukać taksówki, latać po aptekach po przeciwbólowe. Koniec świata.
Kiedy wieczorem wróciliśmy do domu, chorągwi na ścianie już
nie było. Żaden sąsiad nie umiał powiedzieć, dlaczego.
Ale nas to już nie obchodziło. Przeszłość została w tyle.
Wieczorami, które nadchodziły coraz szybciej, aż do wigilii Bożego
Narodzenia siadywaliśmy przy herbatce i układaliśmy następne plany.
W styczniu znaliśmy je na pamięć: następnym razem wytniemy taki numer, że
milicja i komitety zwariują. A już w maju, trzeciego, w dniu Konstytucji
cała Warszawa przychodziła pod pomnik Dzierżyńskiego, żeby zobaczyć,
jak ktoś mu pomalował ręce na czerwono: bez używania drabiny.
NA SZLAKU
Wyszliśmy z fabryki i usiedliśmy na ławce przy wielkim
kamieniu, który upamiętniał przejście olbrzymich wojsk
antyniemieckich: radzieckich, a wśród nich, jak głosiła legenda, polskiej dywizji
imienia Tadeusza Kościuszki. Dwudziestu żołnierzy własną krwią
zaświadczyło swoją tu obecność. Róg Żeliwnej i Wąskiej. Wjazd do zakładu
optyki przemysłowej. Obok parkingu na sto wozów.
Bardzo lubiliśmy to miejsce. Zawsze było obsiane świeżą
trawą i wysadzone bajecznie kolorowymi bratkami.
Usiedliśmy we trzech, jak to u siebie i jak to bywało między nami:
ja, Rudy i Barłuszczak. Wielki kamień miał na wierzchu
prawdziwy, przyczepiony za pomocą sztyftów i cementu hełm kościuszkowca.
Rudy szeptał syczącym głosem, a ten drugi kiwał głową.
- Jestem chory, na głowę. Słyszę, jak zegarek nadaje tajne
instrukcje. Chcą mnie zniszczyć. Sąsiedzi sprowadzili maszyny do
promieniowania i mnie naświetlają. Pozdejmowali mundury i udają cywilów, ale ja im
nie wierzę. Zapytaj mojej żony.
- Nie masz żony.
- To prawda, coś mi się pomyliło.
- O samobójstwie nie myślisz?
- Nie.
- No to co się martwisz? Daj se spokój i słuchaj, co ci mówią z zegarka.
- A jak każą zabijać niewinnych ludzi?
- Lepiej siedź cicho - radziłem mu najlepiej, jak mogłem - bo
cię naprawdę wsadzą do czubków i dopiero będziesz miał kłopoty.
Ludzie będą cię palcem pokazywali.
- Tak, lepiej będę siedział cicho.
Rudy wstał, otrzepał spodnie na siedzeniu. Położył palce na ustach,
że będzie milczał, i poszedł chwiejnym krokiem. A ten drugi,
Barłuszczak, ciągle kiwał głową, jakby nie mógł się nadziwić. Przecież od tylu lat
pracują na jednym wydziale.
- Powiedz, kurde - mruknął zaniepokojony - będą zabijać?
- Kiedyś będą, na pewno. Sam słyszałeś.
ZEGAREK
Teraz wszyscy myślą tylko o tym, kto spadnie, a kto się wysunie
do awansu. Co prawda o awansie społecznym nie ma mowy, wszystko
zależy od tego, czy ktoś podpisze deklarację lojalności, czy nie, ale jest
mowa o większych pieniążkach za etat. Na tym też rzecz polega, że obecnie
dzięki awansowi ma się naprawdę większą władzę i nie trzeba tak ciężko
harować, jak na niższym stanowisku. Może dlatego wymyślono, że im kto
niżej, tym ma większą pensję. No tak, ale im kto wyżej, tym ma większe
układy i plecy i może lepiej żyć w tych naszych czasach, kiedy pieniądze nic
nie są warte, a liczy się towar, benzyna i wódka.
Dlatego szlag mnie trafił, kiedy się dowiedziałem, że
Leszek Wichura podpisał deklarację. Przecież to debil do kwadratu, jego
rozum skupia się w kroczu i w lewej ręce, bo jest istotnie mańkutem
i rzadkiej jakości rozpłodowcem. W warsztacie Kalinowskiego wszystkie
żony mechaników rodziły dzieci z podwójną powieką, a taką cechę
mógł im dać tylko Wichura. W dodatku Lesio sypał na
przesłuchaniach bardzo nieszczęśliwie, wszyscy moi kumple zostali internowani
i bałem się, że to grozi ich córkom.
Więc Lesio został szefem wydziału montowni silników.
Podszedłem do niego i powiedziałem:
- Lesiu, ty tu długo nie pobędziesz. Cały wydział jest obsadzony
przez damskie pracownice. Tego ci życzę i żebyś padł.
Wichura podniósł oczy znad papierów, których góra leżała na
czarnym, wytłuszczonym biurku w oszklonej kabinie szefa, wyprostował
zeza i klepnął się otwartą dłonią w czoło.
- A co ty myślisz? Że ja się na stanowisku będę łajdaczył? Ty nie
znasz tego stanowiska.
Po trzech dniach sam przyszedł do mnie, położył przede mną
podanie i poprosił, żebym zaopiniował. Żądał przeniesienia go ze stanowiska
szefa montowni z powrotem na brygadzistę.
- Co ci odbiło? - zapytałem i podpisałem, że popieram podanie kolegi.
- Ach, odbiło. Dosyć mam tego. - Wyciągnął z kieszeni
pudełko z tytoniem i bibułkami i dał mi w prezencie. - Dziękuję, stary, teraz
będę miał życie jak w Madrycie. Ciężkie czasy trzeba okupić ciężkim
życiem, więc swoje odkupiłem i cześć.
Nie wiedziałem, co może szary robol opiniować w takim
względzie i według tego tematu, ale Lesio widocznie miał w tym swój cel.
Jedno wiem, że się znał na zegarkach, umiał dorobić najtrudniejszą część,
byleby nie była elektroniczna. Oddałem mu tytoń, bo nie palę, ale zdjąłem
zegarek z ręki i powiedziałem, żeby coś z tym zrobił, bo raz idzie za szybko,
raz za wolno, a ja się nie lubię ani pchać za wcześnie, ani spóźniać
z życiowymi sprawami.
Tak jak myślałem, Lesio przeniósł się na stanowisko
technologa wyrobów, po to chyba, żeby jeszcze mniej zarabiać na coraz
wyższej funkcji. Złapałem go na korytarzu, ale nie chciał już ze mną rozmawiać.
- Ty byłeś w "Solidarności" sprzed stanu wojennego, kochasiu.
Ty nalatywałeś na kierowników. Ja nie będę represjonował, ale ty się
odpieprz, kochasiu.
Żonę miał piękną i dlatego w rok później powiła dziecko, chyba
jego pierwsze dziecko bez podwójnej powieki, ale jak powiedziałem, Lesio
to debil i tego już nie zauważył. Zaprzyjaźniłem się z nim, lubiłem
kołysać malucha na rękach, a Lesio nieraz robił mi herbatę w chwili, kiedy
małego uczyłem rozpoznawać przedmioty. Zegarka już nie odzyskałem. Być
może zostanę kiedyś internowany za całkowity brak punktualności.
Całe to życie streszcza się już niesamowicie.
Piotr Müldner Nieckowski
Jacob Böhme
AURORA
Rozdział dziewiąty
Wielka tajemnica niebios i Boga - O dostojnej,
przyjaznej i miłosiernej miłości Bożej
Ponieważ piszę tutaj o rzeczach niebiańskich i boskich, co jest
nader obce zepsutej naturze człowieka, z tego powodu Czytelnik bez
wątpienia mógłby się zdziwić i rozgniewać patrząc na prostomyślność Autora,
gdyż motywacja zepsutej natury kieruje się wyłącznie do czegoś
dostojnego niczym dumna, dzika, lubieżna i występna kobieta, która
w swym popędzie ogląda się zawsze za pięknymi mężczyznami, aby się
z nimi parzyć.
2. Taka jest też butna, zepsuta natura człowieka. Wypatruje tylko
tego, co błyszczy i popisuje się przed światem, mniema, że Bóg zapomniał
o kimś ubogim, dlatego udręcza go z tego powodu, czyniąc go
jeszcze nędzniejszym. Sądzi, że Duch Święty patrzy tylko na rzeczy dostojne,
na sztukę tego świata, na zajęcia wielkie i głębokie.
3. A jak się rzeczy mają naprawdę, tedy spójrz tylko za siebie,
wówczas odkryjesz istotę rzeczy. Kim był Abel? Owczarzem. - Kim byli
Henoch i Noe? Ludźmi prostomyślnymi. - Kim byli Abraham, Izaak
i Jakub? Pasterzami bydła. - Kim był Mojżesz, wierny mąż Boży? Pasterzem
bydła. - Kim był Dawid, gdy powołały go usta Pana? Owczarzem. - Kim
byli prorocy wielcy i mali? Pospolitymi i lichymi ludzikami, po części
zaś chłopami i pasterzami, byli jedynie włóczęgami tego świata.
Uważano ich wyłącznie za szaleńców. Choć czynili cuda i dawali znaki, świat
wciąż spoglądał do góry i Duch Święty musiał być ich podnóżkiem, gdyż
butny szatan zawsze i wszędzie pragnął stać się na świecie królem.
4. No, w jaki sposób nasz król, Jezus Chrystus, przyszedł na ten
świat? Biedny i w wielkim zmartwieniu i nędzy, nie miał miejsca, gdzie
mógłby położyć głowę, Mt 8, 20.
5. Kim byli jego apostołowie? Biedni, pogardzani, nieuczeni
pomocnicy rybaków. Kto wierzył im kazaniom? Biedny, pogardzany ludek.
Dostojnicy i uczeni w piśmie byli pomagierami katów Chrystusa, którzy
krzyczeli wtedy: Ukrzyżuj, ukrzyżuj go! Łk 23, 21.
6. Kto zawsze i wszędzie najmocniej stał przy kościele
Chrystusowym? Biedny, pogardzany ludek, który ze względu na Chrystusa przelewał
krew. Kto zawsze i wszędzie fałszował i kwestionował prawdziwą
i czystą chrześcijańską naukę? Uczeni w piśmie, papieże, kardynałowie,
biskupi i wielka Hanza. Dlaczego świat szedł za ich przykładem? Dlatego że
mieli wielkie poważanie i popisywali się przed światem. Taka dumna
kurew jest zepsutą naturą człowieka.
7. Kto wymiótł w Niemczech z kościołów papieską żądzę
złota, zabobonów, kapitału i iluzji? Biedny, pogardzany mnich. Przez co
władza albo siła? Przez moc Boga Ojca i przez siłę Boga Ducha Świętego.
8. Co jest jeszcze zakryte? Prawdziwa nauka Chrystusa? Nie,
lecz filozofia i głębokie podłoże Boga, niebiańska rozkosz,
objawienie stworzenia aniołów, objawienie przejmującego grozą upadku szatana,
skąd pochodzi zło, stworzenie tego świata, głęboka przyczyna
i tajemnica człowieka i wszystkich kreatur w tym świecie, Sąd Ostateczny
i przemiana świata, tajemnica zmartwychwstania umarłych i życia wiecznego.
9. Wyłoni się w głębi w wielkiej prostocie, dlaczego nie
w sztuce wysokiej? Nikomu nie wolno się chwalić, że dokonał tego, gdyż
tym samym zostanie odkryta i unicestwiona buta szatana. Dlaczego Bóg
to czyni? Ze swojej wielkiej miłości i miłosierdzia względem
wszystkich ludów, aby pokazać tym, że przyjdzie kiedyś czas odrodzenia tego, co
się utraciło, gdy ludzie będą oglądali i zażywali doskonałości i zakłębią
się w bogatym, jasnym i głębokim poznaniu Boga.
10. Dlatego zanim wzejdzie Jutrzenka, należy określić albo
jakoś wskazać ten dzień. Kto więc chce spać, ten niech śpi bez ogródek,
a kto pragnie czuwać i przyozdabiać swoją lampę, ten niech czuwa na
wskroś. Popatrz, zbliża się narzeczony. Kto czuwa więc i jest ozdobiony,
ten wstępuje na wieczne, niebiańskie gody, a kto śpi, kiedy się zbliża, ten
śpi wciąż i nieustannie w mrocznym więzieniu wściekłości.
11. Dlatego chciałem Czytelnika wiernie ostrzec, żeby pilnie czytał
tę księgę i nie gniewał się na prostomyślność Autora. Bóg bowiem
nie spogląda na dostojność, sam bowiem jest dostojny, lecz patrzy,
jak wspomóc to, co niskie. Jeśli uda ci się postąpić na tyle, że
uchwycisz ducha i sens Autora, wtedy nie będziesz potrzebował już
napominania, lecz będziesz się cieszył w tym świetle i będziesz zadowolony. Twoja
dusza będzie się w nim uśmiechała i triumfowała.
12. Zapamiętaj więc: Miłość nadobna, która jest piątym
duchem źródlanym w boskiej mocy, jest źródłem zakrytym. Nie może pojąć
ani objąć go cielesna istota innym sposobem, jeśli nie wzbije się
w tej strukturze cielesnej. Wtedy ta struktura cielesna triumfuje w nim
i rodzi się przyjaźnie i miło. Nie należy bowiem do wytworu jakiegoś ciała,
lecz wyrasta w tym ciele jak kwiat z ziemi. Więc ten sam duch źródlany
bierze na początku swój matecznik ze słodkiej jakości wody.
13. Zrozum to tak, jakie jest, tutaj zaś uważaj właściwie: Najpierw
jest cierpka jakość, potem słodka, następnie gorzka. Słodka istnieje
pośrodku między cierpką a gorzką. Cierpka więc zawsze utwardza,
oziębia i zaciemnia, gorzka strzępi, pędzi, sroży się i rozdziela. Te dwie
jakości nacierają na siebie i ścierają się z sobą wzajemnie tak mocno i kłębią
się tak bezlitośnie, że powijają gorąco. W tych dwóch jakościach jest
ono zaciemnione tak jak gorąco w kamieniu.
14. Jeśli weźmie się kamień albo coś równie twardego i pociera się
go o drewno, wówczas rozgrzewają się obie te rzeczy. To samo gorąco
jest bowiem tylko pewną formą ciemności i nie ma w nim światła. Tak jest
też w boskiej mocy. Gdyż cierpka i gorzka jakość bez słodkiej wody
nacierają i pędzą na siebie tak zażarcie, że rodzą mroczne gorąco i zapalają się w sobie.
15. To razem więc stanowi gniew Boży, źródło i matecznik
ognia piekielnego, jak to można zobaczyć u Lucyfera. Podniósł się i tak
mocno ugniatał się ze swymi legionami, że wysuszyła się w nim słodka
woda źródlana, zapaliło się w nim światło i podniosła się w nim miłość.
Dlatego jest teraz wiecznie cierpkim, twardym, chłodnym, gorzkim
i gorącym, kwaśno cuchnącym zdrojem studziennym, bowiem gdy wysuszyła
się w nim jakość słodka, wówczas pojawił się mroczny, kwaśny
smrodek i dolina narzekania, dom zepsucia i nędzy.
16. Dalej zatem w tej głębinie: Kiedy więc tak mocno ścierają się
z sobą jakość cierpka i gorzka, że powijają gorąco, taka jest też jakość
słodka, słodka woda źródlana pośrodku między cierpką i gorzką, a gorąco
rodzi się między jakością cierpką a gorzką w słodkiej wodzie źródlanej
dzięki jakości cierpkiej i gorzkiej.
17. Tam w gorącu zapala się światło w słodkiej wodzie źródlanej.
Jest to początek życia. Bowiem cierpka i gorzka jakość są
początkiem i przyczyną gorąca i światła. Słodka woda źródlana staje się
przeto jaśniejącym światłem podobnym do błękitnego i jasnego nieba.
18. Ta sama jasna woda źródlana zapala cierpką i gorzką
jakość, i gorąco, jakie rodzi się w słodkiej wodzie z jakości cierpkiej
i gorzkiej, podnosi się ze słodkiej wody źródlanej dzięki jakości gorzkiej
i cierpkiej. W gorzkiej i cierpkiej jakości wysusza się najpierw światło
i błyszczy, dlatego robi się ruchliwe i triumfujące.
19. A więc kiedy potem światło podnosi się ze słodkiej wody
źródlanej w jakości gorzkiej i cierpkiej, wówczas gorzka i cierpka jakość
smakują jasną i słodką wodę. Gorzka jakość łapie smak słodkiej wody;
w słodkiej wodzie istnieje światło, lecz tylko w kolorze niebiesko-błękitnym.
20. Następnie gorzka jakość drży i rozciera stwardnienia
w cierpkiej, wysusza światło w cierpkiej i świeci jasno, o wiele świetliściej niż
słońca blask. W tym wznoszeniu się jakość cierpka staje się delikatna,
jasna, subtelna i miła, otrzymuje swe życie, którego matecznik bierze
się z gorąca w słodkiej wodzie. Takie jest zatem prawdziwe
źródło studzienne miłości.
21. Rozważ to w głębokim sensie: Jak miałaby nie istnieć
miłość i radość tam, gdzie pośrodku w śmierci rodzi się życie, a światło
pośrodku w ciemności? Czy powiesz, jak do tego dochodzi? - Tak, gdyby mój
duch siedział w twoim sercu i tryskałby w twoim sercu, wtedy
odnalazłoby i zrozumiałoby to twoje ciało. Inaczej nie mogę bowiem wprowadzić
tego do twoich zmysłów. Nie możesz tego pojąć albo zrozumieć, zanim
Duch Święty nie zapali twojej duszy, a wówczas to światło samo
zapłonie w twoim sercu. Następnie owo światło urodzi się w tobie samym jak
Bóg i wzejdzie w twojej cierpkiej i gorzkiej jakości w twojej słodkiej
wodzie i zatriumfuje jak Bóg. Jeśli więc to się stanie, wtenczas dopiero
zrozumiesz moją księgę; nie wcześniej.
22. Zapamiętaj: Jeśli światło rodzi się w gorzkiej jakości, to jest:
kiedy gorzkie i suche źródło łapie słodką wodę źródlaną życia i pije ją,
wtedy w cierpkim duchu ożywia się gorzki duch, i cierpki duch pojawia się
jako duch brzemienny; jest brzemienny życiem i nieustannie musi rodzić
życie. Słodka woda bowiem, a w słodkiej wodzie światło, ciągle podnosi
się w cierpkiej jakości. A gorzka jakość ciągle w niej triumfuje i nie
jest niczym innym jak tylko śmiechem i radością, wyłącznie miłowaniem.
23. Cierpka jakość bowiem kocha słodką wodę najpierw dlatego,
gdyż w słodkiej wodzie rodzi się duch życia, i pije cierpką, twardą
i zimną jakość, oświetla ją i ogrzewa, bowiem życie znajduje się w wodzie,
gorącu, świetle.
24. Dalej cierpka jakość miłuje gorzką dlatego, że gorzka
w słodkiej wodzie, to jest: w wodzie, gorącu i świetle triumfuje w cierpkiej
i czyni cierpką ruchliwą, dzięki czemu może także triumfować cierpka.
25. Po trzecie cierpka jakość miłuje gorąco, dlatego że w gorącu
rodzi się światło, dzięki czemu cierpka jakość rozświetla się i ociepla.
26. A słodka jakość także miłuje cierpką, po pierwsze dlatego, że
osusza cierpką, że nie rozrzedza się na podobieństwo wody żywiołowej,
a jej jakość istnieje w mocy, i że w cierpkiej jakości światło, jakie się
w niej rodzi, staje się jasne i suche. Do tego cierpka jakość jest przyczyną
gorąca powijającego się w słodkiej wodzie, gdzie wznieca się światło, gdzie
słodka woda znajduje się w wielkiej czystości.
27. Po drugie słodka jakość także miłuje gorzką, dlatego że jest
również przyczyną gorąca, i także dlatego, iż gorzki duch triumfuje
w słodkiej wodzie, gorącu i świetle, i drży; czyni słodką ruchliwą i ożywioną.
28. Po trzecie słodka jakość tak bardzo miłuje gorąco
miłością wytworną, że z niczym nie jestem w stanie tego porównać: Unaocznij
to sobie takim porównaniem, które wprawdzie jest o wiele za słabe,
gdy w dwojgu młodych ludzi szlachetnego charakteru, kiedy ci
sami rozgrzewają się wzajemnie w zapale miłości, wówczas pojawia się
taki ogień. Jeśli mogą się wzajemnie połączyć w ciele albo przemienić
się w jedno ciało, wtenczas czynią to. A ziemska miłość jest tylko zimną
wodą, nie ogniem prawdziwym. Nie można znaleźć właściwego
porównania w tym świecie na poły martwym jak tylko w zmartwychwstaniu
umarłych podczas Sądu Ostatecznego. To jest doskonałe porównanie, we
wszystkich boskich rzeczach prawdziwe doznawanie miłości.
29. A słodka jakość dlatego tak miłuje gorąco, gdyż w niej rodzi
się duch jasności, który jest przecież duchem życia. Życie zaś
powstaje w gorącu. Gdyby bowiem nie było gorąca, wówczas wszystko
byłoby mroczną doliną. Czyli gdy miłe jest przeto życie, wtedy miłe jest
także gorąco słodkiemu duchowi, gdy w gorącu wyłania się światło.
30. A gorzka jakość także miłuje wszystkie inne duchy źródlane,
najpierw słodkie, bowiem w słodkiej wodzie pokrzepia się gorzki duch i gasi
w nim swoje ogromne pragnienie, a jego gorzkość łagodzi się w niej i dostaje
swoje życie świetliste. A w cierpkiej ma swoje ciało. W niej triumfuje, chłodzi
się i łagodnieje. A w gorącu ma swoją siłę i moc, nie mówiąc już o radości.
31. A gorąca jakość także miłuje inne jakości, a przeto również
w niej miłość jest ogromna wobec innych i do innych, jednak nie sposób
tego porównać, gdyż rodzi się z tych innych. Jakości cierpkie i gorzkie są
ojcem gorąca, a słodka woda źródlana jest jego matką, która przyjmuje je
i powija. Bowiem przez cierpką i gorzką twardy pęd staje się gorącem.
W słodkiej jakości wyłania się w taki sposób jak w drewnie.
32. Jeśli nie dajesz temu wiary, tedy otwórz oczy i podejdź do
jakiegoś drzewa i przyglądaj się mu. Na pierwszy rzut oka zobaczysz przeto
całe drzewo. Weź nóż i odkrój z niego kawałek i posmakuj, jakie jest;
wtedy najpierw poczujesz jakość cierpką, od której ścierpnie ci język. Ta
sama zatem trzyma także i ściąga wszystkie siły drzewa. Potem doznasz
gorzkiej jakości. Drzewo czyni ruchliwym; dlatego rośnie, zieleni się
i otrzymuje swoje gałęzie, listowie i owoc. Następnie odczujesz słodycz nader
łagodną i ostrą; ostrość bowiem uzyskuje od jakości cierpkiej i gorzkiej.
33. Te jakości zatem byłyby ciemne i martwe, gdyby nie było
w nich gorąca. A skoro tylko przychodzi wiosna, że słońce swymi
promieniami dosięga ziemi i ogrzewa ją, wówczas duch ożywia się gorącem
w tym drzewie i duchy drzewa podnoszą się do zielenienia; rosną
i kwitną. Bowiem duch podnosi się w gorącu, wszystkie duchy cieszą się
w nim, żyją w nim, i między nimi panuje jedna wspaniała miłość. Gorąco
wszakże rodzi się przez siłę i pęd cierpkiej i gorzkiej jakości w słodkiej
wodzie. Lecz gorąca słońca muszą użyć do zapalenia się, dlatego że jakości
w tym świecie są w połowie martwe i zbyt osowiałe, czego przyczyną jest
król Lucyfer. Znajdziesz to w opisie odnoszącym się do jego upadku
i przy stworzeniu świata.
O przyjaznej miłości, majestacie i jedności
tych pięciu duchów źródlanych Boga
34. Chociaż jest niemożliwy wystarczający opis tego
przedmiotu ludzkimi rękami, tedy jednak widzi to oświecony duch człowieka,
bowiem pojawia się w takiej formie i postaci na podobieństwo światła boskiej
siły, jak i w tych samych jakościach, jakie istnieją w Bogu.
35. U człowieka można żałować tylko tego, że jego jakości są
zepsute i na pół martwe, dlatego więc duch człowieka albo jego
źródła, powstawanie albo zapalenie się w tym świecie nie mogą
osiągnąć doskonałości.
36. I przeciwnie: Ogromnie trzeba się cieszyć tym, że duch
człowieka w swojej biedzie jest rozjaśniany i zapalany Duchem Świętym,
podobnie jak słońce zapala w drzewie albo zielu zimne gorąco, dzięki czemu
zimne gorąco nabiera życia.
37. Zauważ przeto: Podobnie jak członki człowieka, gdzie jeden
kocha drugiego, tak też duchy w boskiej mocy; nie jest to bowiem nic innego
jak tylko tęsknota, pożądanie i spełnianie, bowiem dzięki tym duchom
rozum i zróżnicowanie pojawia się w Bogu, w aniołach, ludziach,
zwierzętach, ptakach i we wszystkim, co tu żyje, gdyż w tych pięciu jakościach
wyłania się widzenie, wąchanie, smakowanie i czucie. Nastaje duch rozumny.
38. Kiedy wynurza się światło, wtedy jeden duch widzi
drugiego. A kiedy słodka woda źródlana w świetle przechodzi przez wszystkie
duchy, wtedy jeden smakuje drugiego. Następnie duchy ożywiają się i siła
życia przenika przez wszystko. W tej samej sile jeden wącha drugiego,
a przez to tryskanie i przenikanie jeden czuje drugiego. Nie ma nic
oprócz serdecznej miłości i przyjaznej tęsknoty, dobrego powonienia,
dobrego smakowania i odczuwania miłości, powabnego całowania,
wspólnego posiłkowania się, picia i rozkoszy miłosnych.
39. To jest luba narzeczona, która cieszy się w swym oblubieńcu
tam, gdzie jest miłość, radość i rozkosz. To jest światło i czystość, to jest
miły zapach, to jest przyjazny i słodki smak. Teraz i na zawsze bez końca,
jak może się tym rozkoszować bez ograniczeń niebiańska kreatura!
Ach, miłości i lubości! Nie masz przecież kresu, w tobie nie widzi się
przecież kresu: Twoja głębia jest niewyczerpywalna; jesteś przeto wszędzie,
tylko nie we wściekłych szatanach, którzy zepsuli cię w sobie.
40. Powiadasz przeto: Gdzie można spotkać któregoś z tych
dostojnych duchów? Mieszkają tylko w sobie samych w niebie? Odpowiedź: To
są inne otwarte wrota Boskości. Tutaj musisz szeroko otworzyć oczy
i obudzić ducha w swym na poły martwym sercu, nie jest to bowiem wcale
bajanie, poezjowanie czy fantazjowanie.
41. Zapamiętaj: Siedem duchów Bożych obejmuje w swym biegu
albo przestrzeni niebo i ten świat, bezmiar i głębię poza niebem i ponad
niebem, ponad światem, pod światem i w świecie, nawet całego Ojca, który
nie ma początku ani końca. Obejmuje także wszystkie kreatury w niebie
i w tym świecie. Wszystkie kreatury w niebie i w tym świecie są
utworzone z tych duchów i żyją w nich niejako na swych włościach. Ich życie
i rozum rodzą się w nich w taki sposób, jak rodzi się boska istota. I to w tej
samej sile. Z tej samej struktury cielesnej siedmiu duchów Bożych są
wykonane i pochodzą wszystkie rzeczy, wszystkie anioły, wszystkie szatany,
niebo, ziemia, gwiazdy, żywioły, ludzie, zwierzęta, ptaki, ryby, wszystkie
robaki, drewno i drzewa, do tego kamienie, ziele, trawa i wszystko, co istnieje.
42. Zapytasz przeto: Skoro więc Bóg jest wszędzie i sam
jest wszystkim, jak dochodzi potem do tego, że w tym świecie jest takie
zimno i gorąco; do tego gryzą i biją się wszystkie stworzenia, i w tym
świecie nie ma niczego prócz samej wściekłości. Zobacz: oto przyczyna
i źródło zła: Gdy król Lucyfer siedział w swoim państwie niczym
dumna, wyniosła oblubienica, wtedy uchwycił należące do jego włości
miejsce, gdzie teraz jest to stworzone siedzisko wykonane z wody, jak
i miejsce stworzonego świata aż do nieba, do tego tę głębię, gdzie teraz jest
ziemia. To wszystko było czystą i świętą pramaterią, gdzie siedem
duchów Bożych istniało doskonale i miłośnie jak teraz w niebie, acz
jeszcze w tym świecie są doskonali. Zwróć jednak tylko właściwie uwagę na
te okoliczności:
43. Gdy podniósł się król Lucyfer, wtedy podniósł się
w siedmiu duchach źródlanych i zapalił je swym wywyższeniem się:
wszystko wypaliło się do cna. Cierpka jakość zrobiła się tak twarda, że
zrodziła kamienie, i tak wyziębiona, że słodka woda źródlana ścięła się
w lód. A słodka woda źródlana zrobiła się nader gęsta i smrodliwa,
a jakość gorzka uczyniła się wręcz wściekła, rozdzierająca i szalona; z tego
powodu burzy się jad, i ogień albo gorąc stał się cały zapalczywy,
płonący i pożerający, cały przemienił się w nieznośną dysharmonię
albo pomieszanie.
44. Z tego powodu króla Lucyfera wypchnięto więc z jego
królewskiego miejsca albo stolca, jaki miał w tym miejscu, gdzie teraz jest
niebo stworzone i tamże rychło z tego względu nastąpiło stworzenie tego
świata, i została spędzona twarda, cierpka materia, która ostała się
w siedmiu zapalonych duchach źródlanych. Z tego wyroiła się ziemia
i kamienie. Potem wykonano wszystkie kreatury z zapalonej prasiły siedmiu
duchów Bożych.
45. Te duchy źródlane stały się przeto tak wściekłe w swym
zapaleniu, że jeden psuje drugiego nieustannie swym złym źródłem. Więc czynią
to teraz takie stworzenia, które są wykonane z tych duchów źródlanych
i żyją w tym samym pędzie. Stąd kąsa się, pcha i zazdrości sobie wszystko
wedle charakteru tych jakości.
46. Na to więc cały Bóg postanowił Sąd Ostateczny. Zamierza
wówczas oddzielić zło od dobra, i dobro znowu postawić w delikatne i miłe
rozkosze, jak było przed ohydnym zapaleniem się szatana, i chce dać to wściekłe
na wieczne pomieszkanie królowi Lucyferowi. Wtenczas z tego
państwa powstaną dwie części. Jedną dostaną ludzie z ich królem
Jezusem Chrystusem, drugą szatan z bezbożnikami i złem.
47. To jest przeto krótkie wprowadzenie, żeby Czytelnik zechciał
tym lepiej zrozumieć boską tajemnicę. Wszystko znajdziesz właściwie
opisane wedle długości przy upadku szatana i przy stworzeniu tego świata.
Z tego powodu chciałem Czytelnika napomnieć, żeby wszystko czytał
w należnym porządku, wtedy zaś trafi na właściwy grunt.
48. Mianowicie od początku świata nie objawiło się to w całości
w ten sposób nikomu z ludzi. A ponieważ Bóg chce się tym
rozkoszować, pozwalam postępować jego woli. Chciałbym ujrzeć, co Bóg przez
to pragnie uczynić, gdyż jego drogi, którymi kroczy przed siebie,
w większej części są zakryte przede mną. Od tyłu wszakże duch postrzega go aż
do najdostojniejszej głębiny.
Jacob Böhme
Przełożył Andrzej Pańta
Ariana Nagórska
Cykl pt. "Miniatury sponsorskie"
ZŁOTY INTERES
Otrzymał autor nakład 500 egzemplarzy
i zabrał się solidnie do jego sprzedaży.
Po handlu za 5 złotych kupił masło i chlebek,
zjadł... i pięciozłotowy ma debet.
Ariana Nagórska
Janusz A Korbel
GLOBALNY DEKALOG DLA PRZETRWANIA NIECO DŁUŻEJ:
Pan rozsunął Niebiosa i rzekł do ludu swego
1. Nie zabijaj bez potrzeby życiowej, lecz ochraniaj wszelkie życie.
2. Nie będziesz miał dzieci więcej niż 1-2
3. Nie ukradniesz Ziemi już ani kawałka więcej, a ekosystemy
naturalne i pierwotne zachowasz jako rezerwaty zamknięte przed tobą, póki
życie w pełni nie wróci do nich, a twój gatunek zredukuje pogłowie.
4. Nie będziesz pożądał rzeczy z odległych regionów. Nie
będziesz sadził gatunków obcych, ani sprowadzał egzotycznych zwierząt,
ani wyrobów z nich.
5. Swoje inwestycje będziesz prowadził tylko na
obszarach zaludnionych i zdewastowanych przez człowieka.
6. Będziesz płacił podatki w zależności od skali
zniszczenia, zawłaszczenia lub zaśmiecenia ziemi (na podstawie
ekologicznego wskaźnika
efektywności wyrażonego stosunkiem skali
zaspokojenia potrzeb życiowych do skali zużycia ziemi).
7. Nie będziesz budował domów wolno stojących i będziesz dążył
do życia w większych wspólnotach niż tradycyjna, egoistyczna
rodzina faryzeuszy.
8. Największym grzechem i niemoralnością jest rozbudzanie
potrzeb braci, dążenie do wzrostu konsumpcji i produkcji przedmiotów
nie związanych z potrzebami życiowymi, co nazywam wszelkim
zbytkiem. Dlatego będziesz odróżniał informację od reklamy; tę ostatnią uznasz
za zakazaną.
9. Będziesz dążył do ograniczania liczebności
gatunków udomowionych i zmutowanych, które nie są ci niezbędne do życia.
10. W miarę zmniejszania się populacji będziesz ustępował
z obszarów zimnych, gdzie twoje życie podtrzymywane musi być
dodatkowymi wydatkami energii.
Janusz A Korbel
|