|
to temat na zapełnienie kilku bibliotek, co też w ogromnej mierze jest spełnione, chociaż nowe osądy pozostają przed nami i kolejnymi pokoleniami. Dystans do historii Europy, do jej włóczni i dzwonnych jutrzni, dystans do barbaryzmu i etosu dobrej roboty pozwala budować syntezy dziejów, aczkolwiek uogólnienia kaleczą minioność, pozostawioną drogę. Unijnie będziemy mogli "oficjalnie" mówić o sobie: Europejczycy. Rozrośnie się w umysłach Polaków i spokrewnionych narodów uczucie mocarstwowości, mocarności, a pewien jestem, że tak się stanie, bowiem to proces wkomponowany w ludzką psychikę.
A jednak boję się o słowiańską inteligencję: abyśmy "ułańsko", z euforią nie zderzyli się z racjonalizmem, z kalkulacjami czy też krzywdzącymi stereotypami o Polakach. Zalecam powściągliwość w osądzaniu innych narodów, kultur. Unijną przynależność potraktujmy jak otworzenie przed nami domu, danie nam kluczy, jak zdjęcie ogrodzeń do wspólnego terytorium. Już przecież Dante w "De Monarchia" budował myśl o wspólnym kontynencie wypełnionym pokojem, zjednoczonym pod wspólnym berłem. Poeta, noblista z 1960 r., Saint-John Perse, będąc szefem gabinetu ministra spraw zagranicznych Francji, napisał przemówienie projektujące utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, a minister Aristide Briand wygłosił je 5 września 1929 r. na forum Ligi Narodów... Projekt poety miał stanowić tamę przed agresją, przed bliskim ludobójstwem. Był, szansą wspólnej gospodarki, wspólnej, a różnorodnej kultury, dziedzictwa, był nowym punktem wyjścia historycznego. Niestety, projekt utknął w archiwach którejś z komisji ówczesnej Ligi.
Kultura w Europie nie może być przyduszona przez gospodarkę, handel. Mamy szansę, jako ród europejski, uskrzydlić kulturę tak dla indywidualistów jak i dla rzesz obywateli. Zapewne istnieje pilna konieczność odbudowy dorzeczy wspólnoty ludzkiej, społecznej, odbudowy więzów serdeczności, przyjaznych spotkań, bezpiecznych miejsc. Jean Monnet, jak pisze w szkicu "Europa -wyzwanie dla kultury"J. M. Domenach powiedział: "my nie sprzymierzamy państw, my jednoczymy ludzi". To niemalże jądro sprawy - schyłek dominacji "państwa" nad obywatelami, państwa w znaczeniu klasycznym, z rządem, prawem i granicami strzeżonymi. Tendencja zachodnia ucieczki i grodzenia swej prywatności, zapewne ulegnie metamorfozie ku jedności, wszak socjalizacja będzie nieunikniona, jeśli pragnie się zachować pozytywny bieg zdarzeń społecznych, bez roszczeń, bez wybuchów. Nasycenie kapitałowe to początek drogi, duchowość musi dotrzymać kroku.
Kazimierz Wyka w "Liście do Jana Bugaja" w maju 1943 r. (J. Bugaj -okupacyjny pseudonim Krzysztofa Baczyńskiego), pisze: "Najpiękniej w wierszu "Historia" jawi się ta znamienna dla owych zamyśleń równość historii wobec cierpienia. Odpatetycznia Pan historię ()". Europo, posłuchaj Baczyńskiego, który poległ w stolicy, na Senatorskiej:
Arkebuzy dymiące jeszcze widzę.
jakby to wczoraj u głowic lont spłonął
i kanonier jeszcze rękę trzymał,
gdzie dziś wyrasta liść zielony.
Wiele wskazuje na to, że w przyszłości świata, Europa będzie igłą kompasu.
Tomasz Agatowski
Erem pod Dębami, wrzesień 2003 r.
Joanna Obuchowicz
staję się słowem które mówię
do ciebie /choć głównie topnieję/
choć (chodź) ci mówię, ciebie nie mam
i tylko słyszę wirowanie
wolnych rodników w policzkach.
się rumienię.
Joanna Obuchowicz
Irena Obuchowska
ŚWIĘTY MIKOŁAJ W TODZE
"Babciu! Ja wiem, gdzie mieszkają święci Mikołaje! Widziałem ich! Maszerowali rzędem! Mieli takie długie płaszcze, czerwone albo czarne, albo inne Ale nie mieli worków ani paczek. Dlaczego, babciu?"
Początkowe zdania były pełne zachwytu, ale w końcowym pytaniu pobrzmiewał niepokój. Babcia roześmiała się dobrotliwie (jakkolwiek niesłusznie) i powiedziała "ty głuptasku", a potem usiłowała wytłumaczyć wnuczkowi, że to nie byli Mikołaje, ale osoby, które tak jak jego mama miały uroczystą promocję doktorską. Jaś na to: "Przecież wiem, ale tam przyszli Mikołaje" Babcia dalej tłumaczyła, że przebrana była też jego mama, miała na sobie długą do ziemi, czarną togę, a na głowie biret "Ja wiem" - upierał się Jaś - "ale jak ona siedziała, to weszli Mikołaje". "To byli profesorowie" - tłumaczyła babcia - "to taki zwyczaj, takie piękne świętowanie w uniwersytecie". "Święto Mikołaja?" - zapytał Jaś.
A następnego dnia poszedł z babcią na ulicę Wieniawskiego i wskazując budynek Collegium Minus, najpoważniej oświadczył "To tu mieszkają święci Mikołaje".
Babcia Jasia, opowiadając mi o zdarzeniu, śmiała się, ale była też trochę zaniepokojona "Przecież to inteligentne dziecko" -mówiła - "dlaczego Jaś nie mógł zrozumieć tej sytuacji, może rodzice niepotrzebnie go ze sobą zabrali?"
Uspokoiłam babcię, że to wspaniale, iż go ze sobą zabrali, a przeszkodą w zrozumieniu sytuacji był z jednej strony nadmiar wrażeń, z drugiej myślenie życzeniowe dziecka.
Jaś bowiem po raz pierwszy znalazł się we wnętrzu dużego budynku, w którym na wspaniałych schodach kłębili się ludzie, jedni szli do góry, inni schodzili, jedni mieli w ręku bukiety kwiatów, inni aparaty fotograficzne Ruch, gwar, tłok. A potem oszołomiony chłopiec zobaczył te dziwnie przebrane postacie. Swojej mamy niemal nie rozpoznał, dopiero kiedy go przytuliła. I trzeba było cichutko siedzieć w wielkiej sali, z tatą, ale z dala od mamy. Mówiono na przemian po polsku i w tym dziwnym języku nazywanym łaciną. Dla Jasia był to piękny film z mamą i świętymi Mikołajami. A mama się przebrała, bo chciała Mikołajom pomóc. Tylko gdzie te worki, gdzie oni schowali prezenty dla dzieci? I dlaczego na głowach nie mieli czerwonych czapek? Właściwie to głównie brak tych czapek podważał autentyczność Mikołajów. Jaś wahał się. A może specjalnie zmienili czapki, żeby dzieci nie mogły ich rozpoznać? I zebrali się na naradę? "W jakiej to sprawie mieli się naradzać?" - zapytała babcia A Jaś odpowiedział z wielką powagą "W sprawie prezentów".
Dzieci przytłoczone nadmiarem wrażeń albo gubią się w nich, stają się emocjonalnie pobudzone i myślą chaotycznie, albo "wybierają" jeden wątek i wokół niego krążą ich myśli i uczucia W tym drugim wypadku mamy do czynienia z psychologicznym mechanizmem oswajania" świata, z dążeniem do jego uporządkowania w oparciu o najprostsze skojarzenia Postacie przebrane w togi skojarzyły się w umyśle dziecka ze świętym Mikołajem, co spowodowało, że trudna do zrozumienia sytuacja nabrała klarowności. U Jasia w proces "oswajania" świata włączyło się jego myślenie życzeniowe, jego oczekiwanie na świętego Mikołaja, wynikające z wiary w jego realne istnienie. U chłopca pojawiła się też fiksacja nieodłączna od tego tematu, czyli niemożność oderwania się od niego, ciągłe powracanie do tego wątku. Fiksacja pojawia się najczęściej przy przeżywaniu lęku, można więc przypuszczać, że chłopiec obawiał się, że może być inaczej, niż on sądzi. On po prostu bronił w ten sposób swojego przekonania, że rzeczywiście zobaczył świętego Mikołaja, w dodatku w liczbie mnogiej.
Wewnętrzny świat uczuć i myśli dziecka jest fascynujący. I wcale nie taki prosty, jak wielu dorosłym się wydaje.
A co do świętego Mikołaja, to jest to piękna tradycja i warto ją pielęgnować, bo obdarza radością dzieci i dorosłych. Wiadomo, że dzieci z niecierpliwością czekają na świętego Mikołaja, piszą do niego listy, opowiadają sobie o nim, a także trochę się nim wzajemnie straszą. Bo jakkolwiek święty Mikołaj obdarza podarkami i radością, to dobrze wie, co kto przeskrobał.
Najmłodsze dzieci nie potrafią jednoznacznie odróżniać fikcji od rzeczywistości. Ta zdolność myślenia rozwija się powoli i u większości dzieci dojrzewa około piątego roku życia. Wówczas wiara w świętego Mikołaja albo stopniowo ulega zachwianiu, albo znika w jednej chwili. Jeżeli dziecko samodzielnie pozna tajemnicę, wówczas najczęściej triumfalnie oznajmia o swoim odkryciu, co nie przeszkadza mu w kontynuowaniu - odtąd już "zabawy w świętego Mikołaja".
Jednak niektóre dzieci udają, że nadal wierzą w dobrego świętego - "żeby nie zmartwić rodziców". Są i takie dzieci, które czują się głęboko rozczarowane i płacząc, pytają: Ale dlaczego go nie ma?" Rozczarowane bywają te dzieci, które nie miały szansy samodzielnego odkrycia, bowiem jakieś inne dziecko albo dorosły nagle odarli je z czaru. Lepiej więc, żeby dziecko samo dojrzewało do swoich odkryć, nie utrudniajmy mu tego.
Jak jednak odpowiedzieć dziecku, jeżeli nas o istnienie świętego Mikołaja zapyta? Przecież on istnieje symbolicznie, a więc istnieje. Tak więc na pytanie dziecka odpowiedzmy, że święty Mikołaj istnieje w miłości rodziców i każdego człowieka, który pragnie jego istnienia. I zapytajmy dziecko, czy tego pragnie. Jeżeli tak, to święty Mikołaj istnieje!
Nie tak dawno prasa podała, że pewna nauczycielka w Australii została zwolniona z pracy, bowiem - zapytana przez uczniów - zaprzeczyła istnieniu świętego Mikołaja, bez uprzedniego porozumienia się w tej sprawie z rodzicami. Rzeczywiście, postąpiła nieroztropnie, nie powinna bowiem bezpośrednią odpowiedzią odtajemniczać świętego Mikołaja. Mogła przecież zainicjować proces stopniowego dochodzenia do prawdy. Na przykład zaproponować dzieciom, aby najpierw od rodziców zebrały informacje o świętym Mikołaju, a potem można było na lekcji przeprowadzić "burzę mózgów" i dopiero w jej wyniku doprowadzić dzieci do konkluzji, nie pomijając faktu, że kiedyś dobry biskup o imieniu Mikołaj istniał naprawdę. Jednakże dorośli bywają nieroztropni. I dzieci o tym wiedzą.
Irena Obuchowska
Ariana Nagórska
ni...
między uprawą ducha a uprawą ciała
jakże zwie się ten obszar niech no mi ktoś wyzna
odległość ni to lotna, ni płynna, ni stała
ni meta-, ni -fizyka
incognitalizman
Ariana Nagórska
Maciej Melecki
SKUTKI I PRZYCZYNY
Celebrowana niechęć łasi się u podnóża
Zasłoniętej dniem nocy, wyjadając resztki z ciała
Przypadkowo ustrzelonej chwili. Dlatego tym chętniej obserwuję
Okna, jak przepuszczają grymaśne odgłosy szwędających się
Pod domem, kiedy rozciągnięty na łóżku
Prawie że odlatuję w pierzchające już rozmówki i
Ścigam ogon komety, która mnie tutaj przywiodła.
Czy tak miał wyglądać planowany desant
Na osłonięte tyły, nie zaprószone ogniem z popielnika
Ulicy, na której byliśmy krótko sami i widząc
Nagłe odpalenie pory o pięciopalczastej aurze,
Schodziliśmy się szybko, szybciej się chyba nie dało.
Aż tu niespodziewanie ląduję i łóżko
Wypływa spode mnie. Mam przed sobą masę
Odpadków mieniących się jako dopiero co
Powstałe ciągi uwag i zdań, artykułowane
W słuchaweczce snu jako podstawowe i
Niezbędne, ale cóż, faktów jak na złość nie ma, bo
Zanim zacznie się uwodzenie, czar kopci już
Próżniowe ściany dnia i nawet podstępne, hienowate
Kształty cieni ulegają nęcącemu urokowi materii.
Okrążenie daje się łatwo przerwać i już jesteśmy
Na polanie przetrąconej jakąś linią biegnącą
Na wprost ze skłębionego słońca, i ta linia
Staje się poręczną busolą, przynajmniej na moment, bo
Wiemy już dokąd bieży pielgrzymujący po rozstajach
I moczarach tłum, który zjechał karawaną samochodów,
Zatrzymując się teraz pod gołym jak pięść niebem.
Nie jesteśmy tacy samotni, jakby chciało się niekiedy
Tego dowieść, albowiem w pobliżu zawsze coś samo z
Siebie się tłumaczy, wyrastając niespodziewanie w
Trakcie ogólnego przytępienia i staje przed lustrem czyjejś
Twarzy. I nad tym rozbitym jak namiot widokiem
Rozpływa się przypomnienie o tym, co musieliśmy zostawić
Lub oddać, bo z jednej strony wyzierające oko nie sięga w drugą.
Nie pokrywa się ze sobą żadna z przyjętych wersji tego, co
Losowo zostało wybrane, dzięki czemu skutek może zamienić się
Teraz w przyczynę i zatrzymując resztę, wchłonąć ją.
Maciej Melecki
Tomasz Rybak
ZA KULISAMI
Wieczór. Romeo i Julia siedzą w pokoju przy stole, na którym leżą resztki jedzenia. Kolejna kolacja zakończona zwycięstwem żołądków. Kochankowie piją herbatę z eleganckich filiżanek. Są sztywni jak trupy. Ciche siorbanie przerywa Romeo.
- Otello mnie podrywa.
Julia zachłystuje się herbatą.
- Słucham?! Otello to obcokrajowiec i może po prostu źle się wyraził.
- Ale on oferuje mi kasę za seks!
- Chyba się nie zgodziłeś?!
- Pewnie, że nie! Za tak śmieszne pieniądze?
Romeo gwałtownie wstaje od stołu.
- Co się z tobą dzieje?!
- Wychodzę!
Julia wydaje się zaniepokojona
- Czy ty Czy ty masz kochankę?!
Romeo siada przed lustrem.
- Idę z kolegami na piwo! - wykrzykuje, po czym bierze szminkę i zaczyna malować usta.
- Dla kogo się stroisz? Przecież nie dla mnie! Czyżby dla Otella?!
- Dla tego skąpca? Chyba żartujesz. - oświadcza doklejając sobie sztuczne rzęsy.
- Masz natychmiast powiedzieć, dla kogo się stroisz!
- Dla Makbeta! To prawdziwy dżentelmen. I ma pieniądze. - mówiąc łypie okiem na półkę. - Pożyczam lakier.
- Ty chyba zwariowałeś!
- Dosyć mam życia postaci literackiej! Potworna nuda! - ciska lakierem o podłogę. - Wiesz, że wszyscy mówią o nas - tragiczni kochankowie? Ale to nie moja wina, że nie wychodzi nam w łóżku!
Bohater wyjmuje z szafki krótką spódniczkę i z nerwów zakłada ją tył na przód.
- Co ty pleciesz?
- Chcę zakosztować czegoś nowego! Kochać się z mężczyzną! Zapadła kurtyna na nasz związek!
- Psychika ci się całkiem wyszczerbiła! Tato miał rację. Od razu mu się nie spodobałeś.
- Pewnie - bo mam krzywe nogi i gruby tyłek! - wkłada perukę i wymyka się z domu.
Edyta Niewińska
HISTORIA
Pewnie niektórzy stwierdzą, że zdarza się im taka historia co tydzień; ja powiem, że to przesyt. Inni powiedzą, że dzięki Bogu nic takiego w życiu ich nie spotkało, i oby tak pozostało; powiem im, że nie wiedzą, co tracą. I powiem też, że ta historia mogła się przytrafić każdemu z nas. Jest nawet w samej fabule zdarzenia coś fikcyjnego, coś niedorzecznego, coś co równie dobrze mogło zostać stworzone przez moją wyobraźnię, albo mogłam o tym od kogoś usłyszeć, albo ukraść komuś tę historię, albo też kupić na bazarze cudzych wspomnień. Może to nawet nie jest takie istotne, czy zdarzyła się mi, czy którejś z moich tak uwielbianych śmiałych i wyemancypowanych przyjaciółek, może ta historia jest naszą wspólną tajemnicą, kluczem, który otwiera drzwi do naszej wyobraźni, mityczną przypowieścią o tym, jakie potrafimy być, jakie naprawdę jesteśmy. Może nawet nie powinnam o tym mówić, ale czyż nie należy czasem uchylić rąbka tajemnicy i otworzyć wyobraźnię? Może to nic takiego, a może właśnie dla nas coś ważnego, cząstka naszej wspólnej historii.
Historia zaczyna się właśnie wtedy, gdy zabrakło mi słów, gdy z rozpędem nabrałam powietrza w płuca, żeby wykrzyczeć swoją złość na podły dzień, który wciąż nie chciał się skończyć, choć nie wiedziałam, jakimi słowami go przekląć i przegonić, może właśnie krzycząc na tego faceta, obcego w moim domu, błogosławionym miejscu ucieczki przecież, a teraz właśnie nie! On uśmiechnął się ironicznie i powiedział, nie ma się co irytować, zrobi się i się zobaczy, ale zapewniam panią że będzie ładnie, wtedy znów mnie zatchnęło i usiadłam zrezygnowana w fotelu. Będzie ładnie, no pewnie że będzie ładnie, jemu jak najbardziej może się tak zdawać, ale ja obiecałam sobie, że pozbywam się złudzeń, więc niech obcy facet w moim domu nie mami mnie fałszywymi słówkami! Gniew we mnie kipiał i opadał gorącymi falami, a nieprzejednany wzrok obcego patrzył z ironią i spokojem, którego mi brakowało, więc tym bardziej go nienawidziłam i z każdą chwilą coraz bardziej. A teraz niech się zajmie na nowo tą łazienką, niech zamknie za sobą drzwi dokładnie i niech pozwoli mi spokojnie skonać. Rozstanie z tym światem wydawało mi się najlepszą decyzją, teraz i na zawsze, kiedy miewałam niespodziewane zakręty w życiu, w które jak zwykle wchodziłam z za dużą prędkością, a potem już tylko chciałam skonać. Mężczyzna ze śmiechem zajął strategiczna pozycję gdzieś między wanną a lustrem, ja tymczasem powoli odpływałam w niebyt, oddając się łagodnym objęciom Morfeusza, w na wpół rozpiętym płaszczu, okularach na nosie, z bosymi stopami w przedpokoju na fotelu.
Jeśli kiedyś zdarzył wam się obcy facet od remontów, z którym nieoczekiwanie przyszło wam spędzić każdą wolną chwilę przez co najmniej tydzień, to dokładnie wiecie, o czym mówię. Jakby tego było mało, podówczas nie miałam zbyt wiele rzeczy do zrobienia, korzystałam z zaległego urlopu, więc załatwiałam zaległe sprawy w znienawidzonych bankach i urzędach, stąd więc moja głęboka nienawiść do życia. Ponieważ zawsze ceniłam sobie niezależność osobistą, nie w smak mi było jeszcze wysłuchiwanie cudzych mądrości, nie mówiąc już o tym, że w moim małym mieszkanku wpadaliśmy na siebie ciągle, natomiast ja, przyzwyczajona do samotnego mieszkania, niedzielenia się z nikim problemami, z trudem znosiłam jego obecność. Absolutnie nieistotne było, kim jest, był obcy i taki pozostał, nie zapytałam go nawet, czy ma psa i co robią jego rodzice. Zgodnie z umową pojawił się, ułożył ładnie kafelki w łazience, i wyjechał. Operacja trwała jakiś tydzień, jeden tydzień z mojego życia, od tamtego tygodnia dziura w łazience - pozostałość po poprzednim lokatorze, należała już do wspomnień, mało istotnych zresztą. Może nie tak samo, jak jego obecność, choć w jakimś sensie sobie podobnych. Dla mnie obcy był jak pies, którego się przygarnia, karmi, rozmawia z nim i śpi, wszystko po to, żeby przez chwilę było inaczej. Niektórzy mówią, że robi się takie rzeczy, żeby na chwilę poczuć się czyimś, zapomnieć o samotności. Uwierzycie mi na słowo, że to bzdura, że w takich momentach człowiek nie myśli o sobie i samotności, która zresztą z łatwością daje się oswoić? Jedyna myśl, jaka mi przyświeca, kiedy przygarniam stworzenie, kota albo mężczyznę, to odmiana. Z góry zakładam, że odejdzie. Inaczej bym go nie wzięła. A ponieważ tak się włóczy, pewnie chciałby też czasem przez chwile pobyć z kimś, pośmiać się z ironii losu i pomilczeć nad książką. Pomruczeć dla kogoś. Popatrzeć strudzonymi oczami w czyjeś oczy. Odpocząć. Ja też. Dlatego czasem, na tydzień lub dwa, przypadkiem raczej, biorę do domu kota lub psa, adoptuję nieumyślnie cudze dziecko lub mężczyznę. I chociaż jest dobrze i miło, z ulgą witam moment, kiedy muszą odejść. Bez żalu, raczej z wdzięcznością. Czyjaś obecność nie jest dla mnie rozrywką ani ucieczką. Jest spotkaniem, rozmową, wytchnieniem, łyżką miodu po gorzkiej kawie. Lubię tak samo kawę, jak miód, tylko że miód rzadziej jadam. I to tyle.
Problem z byciem polegał na tym, że nie wybrałam go, był kimś kto przez tydzień musiał mieszkać między wanną a lusterkiem. Nie pytałam, jaki jest, bo też wcale mnie to nie obchodziło. Inaczej sprawa się ma z przybłędami, spotykasz je na ulicy i przez jeden błysk oka wiesz, masz absolutną pewność, że łączy was niewidzialna więź, dziwne porozumienie polegające na podobieństwie genotypu że potraficie uszanować swoją obecność-nieobecność, niechęć do zapisania się trwałym wspomnieniem w czyimś życiu. Milczenie, tajemnica, niecierpliwość, ciepły uśmiech już po wszystkim, byle nie za dużo słów, tak żeby niczego nie zagadać, zostawić pole do działania marzeniom. Obcy był inny, stale opowiadał jakieś historie, robił kawę sobie i mi, nie pytając wcale, czy mam ochotę. W niczym nie przypominał psa ani kota, ani nawet dziecka. Może dlatego nie miałam na niego żadnego sposobu, nie wiedziałam, jak się oswaja takie istoty i wcale nie zamierzałam tego robić, tylko o tyle, o ile możliwe było potencjalne współżycie przez ten trudny tydzień. Nie miałam sposobu, słowa więzły mi w gardle, dech mi zapierało, gdy chciałam je z siebie wyrzucić, brwi podnosiły się w wielkim zdziwieniu, a we mnie rodził się prawie podziw dla rozmiarów śmiałości i, w moim mniemaniu, bezczelności obcego. Z całych sił próbowałam więc przetrwać, jak najmniej oddychać i przeczekać. Absolutnie samozachowawcze egoistyczne wyjście. Wyjście też było dobrym pomysłem, ale ile czasu do licha można spędzać poza własnym domem, kiedy sprawy ma się załatwione, a czas wolny się jakoś nie kurczy?
Tak więc w płaszczu i na fotelu obudziłam się wieczorem, przede mną stał obcy, najwyraźniej na coś czekał. Kiedy doszłam do siebie, a on doszedł do wniosku, że jestem w stanie zrozumieć jego słowa, z bezczelnym uśmieszkiem zapytał, jakie piwo piję. Piwo, prychnęłam, tylko wino i w dużych ilościach. Tym samym miałam nadzieję, że się obrazi, zniknie na cały wieczór i nie pojawi się przed dziesiątą rano. Jak bardzo się myliłam, zrozumiałam, kiedy otwierałam mu drzwi, a on przytachał trzy butelki czerwonego chorwackiego wina i z przewrotną miną powitał mnie w tychże drzwiach tekstem: kolacja gotowa? O mało nie pękłam, nie zdążyłam zamknąć mu drzwi przed nosem, bo był już w przedpokoju. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że może on czegoś ode mnie oczekuje. Postanowiłam więc dobitnie dać mu do zrozumienia, kto tu rządzi. Ale jak mogłam to zrobić, skoro on był szybszy, i niestety błyskotliwy jak sam diabeł. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko upić się. Trzy butelki wina to tak w sam raz na wieczór, tak żeby zapomnieć o świecie za oknem i dobrze się bawić. Zdawało się to możliwe nawet w jego towarzystwie. Nawet się nie myliłam, bo po jakichś głupawych rozmówkach wyciągnął skądś moje stare scrabble, więc graliśmy we wszystkie możliwe nieprzyzwoite słowa, potem w zagadki, zgadnij co mam na myśli, gdy myślę o tym wszystkim, na co na co dzień nie mam czasu i co czasem wydaje się zbyt głupie, żeby w ogóle o tym myśleć. Bawiłam się przednio, dawno minęła już północ, prześcigiwaliśmy się nawzajem w opowiadaniu anegdotek, w głowie szumiało mi przyjemnie, sen tak jakby był jeszcze daleko i nawet nie wiem, kiedy obudziłam się wciąż na podłodze, wtulona w obcego. Nic między nami nie zaszło, odetchnęłam z ulgą, ani jeden guziczek mojej garderoby nie był odpięty, wszystkie dzielnie komunikowały, że nie było żadnych podchodów w tym kierunku. Co za nierozważność, westchnęłam, zgrabnie wyplątałam się z jego dłoni i wsunęłam mu jaśka pod głowę. Chciałam wziąć prysznic, ale łazienka, ach, nie była tymczasem w najlepszym stanie. To mi natychmiast przypomniało o powinności obcego, wszystko wróciło na swoje miejsce. Chociaż może nic się ze swojego nie ruszało, wynajęłam go jako gościa, który zrobi mi łazienkę, a nie jako faceta do towarzystwa. Wczoraj było zwyczajnie miło, przypadkiem spędziliśmy razem czas. Nie zamierzam niczego się wypierać, bo tłumaczą się przecież winni, a ci najwinniejsi się wypierają.
Moje życie uczuciowe z pozoru nie wydaje się skomplikowane. Patrząc z zewnątrz rzadko bywam sama, patrząc jak najbardziej z wewnątrz, zawsze jestem. Jest to stan dla mnie optymalny, najlepszy z możliwych. Nie oczekuję rozczulania się ani pocieszenia, to dobry stan. Mam czas dla siebie, kotów i psów, mężczyzn. Nic nikomu nie ujmując, od mężczyzn oczekuję tylko elementarnej wspólnoty uczuć i przyjemności, pomijam wierność, wspólne gospodarstwo domowe, dzieci, miłość, kanapę i telewizor, wspólne debaty nad życiem, a choćby i na wszelkie możliwe tematy filozoficzno-społeczno-polityczno-ekonomiczne, choćby nawet jak najszczersze i najlepsze porozumienie; nie wydaje mi się, żebym w ogóle tego chciała. Może to wrodzony deficyt uczuć, może chłodna kalkulacja, może trzeźwe założenie życiowe. Tak jest i tak niech pozostanie, dopóki jest dobrze.
Zamknęłam za sobą drzwi, zanim się obudził, nie zostawiłam mu kawy na stoliku ani karteczki z wyjaśnieniem. Nie mogę też powiedzieć, że ten dzień miał dla mnie jakieś szczególne znaczenie. Zwyczajnie, dzień jak co dzień, do domu wróciłam znów lekko poirytowana. W ręku miałam jakiś obrzydliwy papier z banku i nowiutki sweter, który choć odrobinę osładzał mi złość na wszelkie instytucje tego świata. A może zwyczajnie do tego świata się nie nadaję? Mam za mało cierpliwości, za mało asertywności, za mało kreatywności, och w nosie mam te wszystkie przemądrzałe tekściki, czy nie wystarczy, że jestem sobą? Cóż, oby się nie okazało, że właśnie nie
Wieczór spędziłam w towarzystwie przyjaciółki, piłyśmy piwo w knajpie i oceniałyśmy babskie kreacje i męskie starania. Wróciłam późno, niestety on wciąż tam był. Najnormalniej w świecie spał na fotelu w przedpokoju przytulony do mojego nowego swetra. Zabawne; wcale nie będę mu przeszkadzać, bynajmniej, tylko drzwi do sypialni zastawię krzesłem.
Rozmyślałam przed snem o sytuacji mojej i moich zamężnych bądź też uwikłanych w jakieś związki przyjaciółek, nie jestem pewna, czy doszłam do jakichś sensownych wniosków. Nasłuchiwałam szmerów za drzwiami, było zupełnie cicho. Zasnęłam jak dziecko. Nad ranem obudziło mnie pragnienie, w kuchni wpadłam na zaspanego obcego. Nie wydawał się wcale groźny, był raczej dziecinny w swoim rozczochraniu i lekkim zagubieniu w sytuacji. Nalałam mleka do dwóch kubków, wydawał się zadowolony z mojej akceptacji sytuacji. Nie tak szybko, pomyślałam, a po chwili, nie nie tak po chwili, po rozmowie, uroczej rozmówce, dialożku, pogadance; do licha, jak by tego nie nazwać, potem zasnęłam spokojnie w jego ramionach, w moim własnym łóżku.
Jeśli powiem, że życia nie zmienia się takimi jak to spotkaniami, to z pewnością nie będę w błędzie. Takie chwile to deser, rozkoszne danie na koniec trudnego dnia, przyjemność, bonus od życia, którego wcale się nie spodziewasz, przynajmniej nie w tym momencie. I doprawdy wcale nie chodzi o to, czy się z tym kimś sypia czy nie. No a jeśli tak, to jest tym przyjemniej. Wygrałaś los na niewiele obiecującej loterii życia i postaraj się jak najszybciej przepuścić całą tę kasę, a gwarantuję, że będzie bardzo, ale to bardzo hedonistycznie. Tym większa jest przyjemność, im mniej masz wyrzutów sumienia - przecież mama cię uczyła, że trzeba oszczędzać pieniądze i uczucia, ha, jeśli się w ogóle uczucia daje w zastaw w tej grze.
I nic szczególnego nie stało się także tego poranka, trąby nie zagrały, nawet wróbel nie zastukał dziobem w szybę okna. Nic szczególnego nie stało się dla mnie ani dla obcego. Pozostał obcym, a ja pozostałam rozkapryszoną dla niektórych panienką, dla innych zaś zbyt wyemancypowaną feministką. On poszedł po materiały do tej nieszczęsnej łazienki, ja od niechcenia wystukałam jakiś artykuł. Nad kubkiem kawy przyszła refleksja - jeśli tak wygląda życie w związkach to, moi drodzy, to ja z całą odpowiedzialnością się wypisuję z tego interesu. I nawet nie uwierzę, że kiedyś stałam w kolejce po takie dobrodziejstwo.
Kolejna noc była nawet bardziej ekscytująca, ale cóż, można stracić głowę dla tej chwili, lecz nie dla mężczyzny. I nie chodzi o obcego, wcale nie był taki zły. Tracić głowę dla mężczyzny to tracić siebie, powolutku trwonić własną energię, aż starczy jej tylko na prasowanie koszul, o ile koszule mi wtedy będą jeszcze potrzebne. Ach prawda, niektóre prasują wtedy już tylko męskie koszule. Jakie to smutne...
Być może w tych moich sądach nie byłam wcale sprawiedliwa i nawet chyba nie miałam zamiaru być, po prostu widziałam już tyle smutnych kobiet, samotnych u męskiego boku, że nie chciałam powtarzać ich błędu. To pewnie nie był jeden błąd, ale cała seria błędnych posunięć, więc tym gorzej dla nich i tym lepiej dla mnie, jeśli ustrzegę się tego pierwszego. Myślałam tak zawsze w kontekście mojego całego życia, natomiast nie miało to jakiegoś szczególnego związku z obcym. Obcy przypominał historię z czasów, kiedy traktowałam mężczyzn jak używki, a przecież używki to tylko przyjemność, a do tego jak bardzo psują nam zdrowie! To była gra, prowadzona głównie według moich reguł i na moim terenie, gra która skończyła się trzy dni później wraz z jego wyjazdem.
Błyskotliwy jak sam diabeł obcy jeszcze mnie zadziwił parę razy, grał w tej grze mocna kartą, wiedząc że nagrodą jest jedynie przyjemność, nie zaś zdobycie serca księżniczki z samotnej wieży. Zresztą nie sprawiał wrażenia, jakby czyjeś serce go w ogóle obchodziło. Tym lepiej dla mnie, bo mnie w przeciwieństwie do niego serca obchodziły bardzo. Ponieważ nie brał pod uwagę centralnego organu w tej grze, nie zachodziła obawa, że ktoś wyjdzie z niej poraniony,
a o to mi przecież chodziło.
Pamiętam jeszcze, że nad ranem pożegnał mnie uśmiechem, jakiego nawet diable wcielenie Jamesa Bonda by się nie powstydziło, i tyle go było w moim życiu. Zasnęłam spokojnie, wiedząc, że obudzę się tak jak co rano i może dzisiaj nic szczególnego się nie wydarzy, ale jutro, kto wie nie zdumiewały mnie wielce takie niespodzianki, co nie znaczy, że nie sprawiały odpowiedniej do wydarzenia radości. Bardzo lubiłam ten stan rzeczywistości w rzeczywistości, jaki wnosiły w moją codzienność. Stało się coś prawdziwego, co jednak było prawdą nie mieszczącą się do końca w moim życiu, więc potraktowanie tego jak historię, którą się czasem komuś opowiada, było jak najbardziej na miejscu. Poza tym była to nie tylko moja historia, choć nie sądzę, żeby obcy do niej często wracał. Wiedziałam, że nie spotkam go na ulicy, musiałby znów przejechać pół Polski, żeby tu się znaleźć, a nie wydaje mi się, żeby miał do tej historii aż taki sentyment. Ja osobiście lubię tę historię, nie dla jej prawdziwości lub też nie, lecz dla prostoty, wdzięku i lekkości jakie wnosi do mojej własnej, rozpisanej na lata, epizody i katastrofy, życiowej opowiastki.
Edyta Niewińska
Jacek Durski
DRUGI
Ewy urodzinki. Lecz nie dla mnie. Poszła do brata. "To ty przyjdź z tym, co zrobiłaś", rozkazał przez telefon. "Zjemy u mnie podczas seriali." Poczłapała do niego z wielkim bólem głowy i torbami serników. "O Jezu, o Jezu", słychać ją było do windy. Jej matka z bratową ciężko chore na oczy. Nie mogą patrzeć na siebie. Leżą na dwóch kanapach przed dwoma telewizorami. Mają się pogodzić podczas przyjęcia.
Obrażony poszedłem na dworzec. Pociąg stał na peronie i stał. Nie chciał jechać do moich Katowic. Pisałem na lewym kolanie. Dużo słów podpowiedziała mi książkowa Donajska. Skąd ona je wzięła? Nigdy nie potrafiła dobrze mówić ani dobrze się ruszać, co denerwowało moją matkę i wuja Donajskiego. A na prawym kolańsku przeglądałem Prawdziwe małe historie Niepodległej z moją Podstawówą. Ładnie wydali w Warszawie. "Napierski nie jest już bohaterem?", wyjąkała nauczycielka patrząc po wszystkich, jakbywyrosły nam z głów kolorowe bimbolki. Podstawówę napisałem przeciw złu za Tobą, dla Ojczyzny. To dobrze, że dostała nagrodę w ogólnopolskim konkursie. Mijały dziesięciolecia, a ja nosiłem w sobie ten obraz zastrzelonej w Poznaniu kobiety. Trzymałem go pod sercem, wierząc, że kiedyś będę mógł o tym powiedzieć. Teraz mam nagrodę za Wiarę. Pocałuj ten tomik, ale tak, żeby nikt nie zauważył, powiedziały wargi do czoła. Zresztą całuj, jak chcesz. Niech patrzą w wagonie na miłość, zachrobotał ząb o tekturę i zasnął w koronie idei.
W okienkach snu mnóstwo pań. Z jakichś galaktyk. Każda z innego układu i z innej materii. Co za seks w zgęszczeniach, co za siły grawitacyjne. Niestety podczas kochania przyśnił mi się wuj Wicek. Wyjął z siebie drugiego Wicka, swoje zwłoki. Obydwaj przeliczyli się z talentem. Chcieli zagrać błyskawicę zamiast grzmotów. Po Wickach śniła mi się matka. Opowiadała o pierwszych dniach spędzonych pod ziemią. Myślałem, że umrę ze strachu, że się nie wybudzę. Nie mogłem wydostać się z czarnej dziury. "Przestańcie mnie dręczyć", przeniosłem uczucie z matki na żonę-nieżonę. Ze starej na starą. Z "Jesteś złym synem. Masz wśród piątek czwórkę" na "Jesteś złym mężem, nie kupiłeś mi samochodu, tylko coś, co nie pamiętam". "Nie wyjdę z tej dziury, z czarnego", krzyczałem śniąc na stojąco, oparty o szybę wagonu. Nie mogłem wyjść z podziemia. Przeszkadzała mi w tym jakaś piękność z jakiejś konstelacji? Zamiast głowy miała pochwę. Aż do płuc. Do macicy. Była na przestrzał. Sam przelot z nieziemską spiralą. Opowiedziałem kobiecie o nienormalnej Bergelowej, nauczycielce biologii. Oprócz tasiemca trzymała w spodniach paznokcie Wasilewskiej. Tak ją pofyrtał Miczurin. Za bardzo się podnieciłem gadając. Chciałem ją mieć w pociągu. Sfrunął z chmury Anioł stróż. Przesypały się słowa przez brzegi kosmosu. Nie wiedziałem, co robić z błękitną łyżką. Ktoś mi ją wsadził do gęby. Moja matka, jaśnie pani. "Włóż to swojemu Eisenowi", wyrwałem z pyska metalowy herb. "Ja nie słodzę herbaty ani kawy. Ludziom też nie słodzę, chyba że ich kocham. Teraz kocham osiemdziesięciu ośmiu. Wcale nie za dużo. To dobra liczba, wiecznie doskonała."
Byłem w Katowicach? Nie, na Porąbce. Jak to się stało? Przez ten wybuch uczuć. Zniósł mi pióra na cmentarz, do pani Janiny. Tam też zielono. A nawet błękitnie. Las z niebem. Drzazgi światła i wióry cienia. Zacząłem kolejny rozdział. Eisengraeber przy jedzeniu drażnił matkę łokciami. Dostał w pychol talerzem. Na płask porcelaną. Co to za krzywa zapisuje te moje myśli? Skąd to? Wracając przechodziłem koło ogrodu Łuckosiowej. Teraz "starych" i młodych Otrychów. Niby ten sam. Te same drzewa dalej stoją w ziemi. A jednak Nie ma już tamtej trawy. Wzięłaś ją do Niebieskiego Ogrodu. Jak Tam, pani Janino? Nie jedź teraz do Sosnowca, radziła Łuckosiowa z zaświatów.
Nie posłuchałem mądrej i omal Tak bardzo zdenerwowała mnie Ewuś swoją rodzinką. Mamuśka chora, bo bratowa chora. No to braciszek też chorusiany. Nie będzie obsługiwać leniwych bab. Też będzie nygusem. Poleży przed kablówką po bogatej ciotce. Jak prawdziwy inżynier. "Niech wszystko zrobi Ewuś. Ona nie ma dziecka", powiedział oglądając Euro-sport. No tak! Po to zakatrupili jej nie narodzone, żeby mieć coś z morderstwa, przeleciały przez pokój czarne myśli. Tak czarne, że aż zobaczyłem między szybami okna maleńki cień. Może to był gołąb? Taki nieduży? Ta kłótnia i te na suficie chroboty. Chroboty i turkotania. Turkotania, szczękania doprowadziły mnie do drzwi balkonowych ze straszną fantazją. Lecz one, na co dzień, takie marne, lichutkie, zacięły się mocno, żebym nie wyskoczył. Nie powiem już, że "są do dupy".
Dzisiaj mój dzień. Dzień Ojca. Pięć minut starego. Przyjechał Jacek z Kasią. Każdy przy nich to piąty. Nawet nie trzeci. Są tak bardzo razem. Dwoje w szklanej kulce zamkniętych na kulę. Kocham syna. Lecz czy on mnie kocha? Nic nie mówi o nas. Tylko o komputerach. "Gadaj, jak jest między nami!", wyprowadziłem za drzwi pijaną Zagusową. Przytoczyła się z butlą bimbru i swoim pieskiem. Trzymała go w zębach. Dosłownie, do dziąseł, "żeby nie uciekł". Biedne te psy na Osiedlu Zwierzaków. Ale dlaczego nie przyjechała An? Nie pamiętała? Czarne płatki w oczach. Z czarną różą trudno. Zadzwonił telefon. Zamiast życzeń od córki zwierzenia Boniuszowej. "Tydzień temu przyszedł do mnie Walerian. Nie proszony nawet przez kota. Zepsuł nam słodki nastrój kwaśnym pierdnięciem. Włożyłam mu w sińce oba bukiety, które przyniósł z gumami."
Długo pisałem o matce. Zwlokła z siebie taftową suknię. Łyskliwa czerwień. Białe kawały ciała. Ciągle myślę o starej. O jej niedobrych oczach i pięknym tyłku. Nie pozbędę się już tego myślenia. Musiałbym wyrzucić pamięć. Przekrzywiają się nad matką cienie Eisengraeberów. Unosi się krzyk.
W drugim pokoju cisza. Jakby tam nikogo nie było. Nie rozmawiam z Ewą od niedzielnej scysji. Pierwszy raz nie gadamy tak długo. Zwykle pokłócimy się na dwadzieścia minut. Zle mi z tym milczeniem. Bardzo źle. W sercu i w jelitach niepokój. A w głowie, w moim młynku, rodzina Ewusi zmielona na śmierdzący proszek. Z czerwonych i różowych czerwonawy puder. Świetna zasypka na lewą nogę. Dla prezydenta Wałęsy. Coś kiepsko ustawiłem mózg. Ciaśniej pod czaszką i ciaśniej przy biurku. A do tego, co do tego, nie pamiętam co. Ach, tak pada z sufitu. Znowu nam zalewają mieszkanie. Już nie przenoszę rzeczy z pokoju do pokoju. Rozmokły słówka, rozpadły zdania. Ewuś nie podaje mi herbat. Szukam pokoiku w leszczyński(e)m. Już nie mam zdrowia handryczyć się z osiedlowym Zwierzakiem, gadać do niego po ludzku, kiedy on szczeka i wyje przemieniony wódką na halucynozę. I jeszcze te "esemesy" od An. Przeprowadza się na Plebiscytową. Z matką. Meble zostawiają biednym. Kupią nowe na nowe mieszkanie. Oczywiście, na kredyt. Ale kto spłaci pożyczkę?
"Kto?", prześladuje mnie to pytanie od przedwczoraj. Kto?, uśmiechnąłem się do pani bibliotekarki rysując na kartce kilka pytajników. Sześć. To liczba nie tylko dla Pitagorasów, powiedział mi w głowie ojciec. Zajmij się teraz szóstkami zamiast myśleć, że już nie wejdziesz do tego mieszkania pod 18a. Odzyskasz dzięki szóstkom równowagę Kosmosu, odezwał się powtórnie. "Zajmij się tą cyfrą, to nie będziesz widział tego parkietu z Mariackiej, gdzie na każdej klepuni za dużo się działo", wyszeptałem sobie do ucha przez zwinięty w trąbkę zeszycik. Pani bibliotekarka też zwinęła w trąbę "Rzeczpospolitą" i zaczęła "lornetować" po swojej czytelni. Mnie bez głowy i puste krzesełka. Zacząłem pisać patrząc w "lornetę". Eisengraeber urósł pod sufit, a ciotka Hela do parapetu. Kartki zawalone słowami. Przylepiłbym je chętnie do bibliotekarek. Niech chodzą z akcją. I tak się już pogubiłem w Eisenach. Za dużo ich, a za mało ojca.
Dzięki Mariackiej, dzięki tej powieści, mieszkanie pod 18a stało mi się jeszcze bliższe niż kiedyś. I przez te dwa miesiące w tym roku, spędzone z córką, z Palantem i "krótkopisem". I przez ten palec w biurku. I przez ten mróz od pieca. Wszystko mnie tak "przy" do tego mieszkania. A teraz idzie w podstępne łapy. To my mieliśmy prawo pierwokupu. A nie ten, znikąd, który po cichu nabył kamienicę, a potem czekał w zmowie z urzędnikami, tak w zmowie, aż minie czas, po którym jest bezkarny. Pisałem już trochę o demokracjach. Ale tu, na mojej ulicy, pod tym numerem, trzeba powiedzieć bez cukru: "Demokracja w słabym państwie to dobra dziwka dla rodzimych i obcych alfonsów. Trzeba być narodowcem dla tej całej zgrai." Gonić z ojczyzny rajfurów, myślałem do obrazu. Dlaczego spadł ze ściany? "Moje piąstki lekkie jak piórka. Nie dowalą cichocichym. Nie rzeźbię od kilku lat. Gdybym trzymał dłuto", mówiłem całą noc. Chodził Twój cień po obwodzie miasta."Sprzedane kręgosłupy, miednice. Nikt już nie urodzi idei", wołał do Orła Białego.
Czerwony ranek. Ewuś w cząsteczkach nasycona kwasem. Rozsypała sól. Będzie się kłócić dla zasady. Rzeczywiście, wpieprzyła mnie bardzo, tak że wyskoczyłem z jadącego samochodu. Nie zdenerwowała, lecz W! Tą gadką o swojej matce. Szedłem jakimiś ulicami nie mogąc trafić na dworzec. Wściekły na siebie, że kiedyś nie pozwoliłem koleżkom z "Białych Brygad" zrzucić tej starej ze schodów wraz z Umsiałem, jej kuzynem z SB. A tak chcieli strącić tę parę. Podżegaczkę z "nagrywaczem". Tak swędziały ich białe łapy, żeby spuścić po schodach czerwony duet. Lecz ja byłem "taki chrześcijanin" i nie pozwoliłem na to. I nie wiem teraz, gdzie PKP. Kto poda mi pociąg na szynach? W końcu zobaczyłem taksówkę. Co za światła z klamki? "Proszę do Katowic. Powiększa mi się nieprzyjemnie głowa. Za dużo myśli złożonych." "Wchodź pan! Ja również wstałem za wcześnie i w nie te buty. Najpierw pokłóciłem się z żoną. Upierdliwa mżawka. A potem z zięciem. Ten to już deszczy. Napełniona kroplami gęba.", opowiedział pan taksówkarz swoje przedpołudnie. Dowiózł mnie do Katowic ze swoją rodziną.
Pisałem w kawiarni na Wawelskiej. Spod parasola wszedłem na moje podwórko. Biegał po nim szczur. Tańczył ze zmarłym dozorcą. Wyjąłem z klatki schodowej żywą Pućsamino "pogódź się z mężem". To był porządny sukinsyn, nie kapusta, nie donosił na mieszkańców domu. Po Wawelskiej na Starowiejską. Czytałem Herberta. Z tego, co pod słowami wzniósł Jasną Górę, stos świateł.
Na imieninach u Nymankowej. Puszczono mi "Pegaz Śląski." Popatrzyłem na siebie, na konia, a potem na solenizantkę. Bardziej interesująca. Inne panie też. Ale mniej. Tylko na Ewę nie mogłem patrzeć. Co na nią spojrzałem, zaraz mróz w czaszce. Tak ziębiła z obu biegunów. Myślałem, że już tak będzie do końca Sosnowca. Ja z Ewą osobno w jednej wannie i przed jednym telewizorem. Ale w domu Ewuś rzuciła mi się na szyję i przepraszała za wszystko. Za swoją matkę i moją. Rozdzielił nasze słówka niepotrzebny przecinek. Telefon od jej brata. Dzwonił jak tramwaj, "przyjedź, bo nie mam motorniczego".
Jacek Durski
Zamieszczony fragment otrzymaliśmy od zaprzyjaźnionego z "Łabuziem" autora, wcześniej niż został włączony do książki pt. "ROK" wydanej przez "Nowy Świat" i promowanej na Warszawskich Targach, w maju br.
Dziękujemy pkl. "Łabuź"
Katarzyna Brzóska
***
jak naciągnięta jałowa gaza
szczelnie przylegają
pokratkowane usta
nabrzmiałe poletka naginają się
do czerwieni rysy
sierpca paznokcia na
przybrudzonym niebie
Katarzyna Brzóska
Oskar Szwabowski
GUZ
Rosło niezadowolenie, niechęć do istnienia, aż do mdłości. Pulsowało pod czaszką, co i zlokalizował lekarz mówiąc mocą autorytetu.
- To może być guz.
Na pewno, bo co by innego. Co innego by przeszkadzało wykonywać czynności maszynie jeśli nie usterka.
- To da się wyciąć.
Jasne. Mózg nie jest zbytnio potrzebny. Byle sprawnie funkcjonować. Dzięki nauce coraz sprawniej. Nie ma co się spierać, chcąc czy nie chcąc, raj otrzymamy, zbudują nam go. Tylko, zaraz, czy ktoś mógłby nie chcieć raju? Przez ten guz dziwne myśli się rodzą.
Kiedyś natknąłem się na znajomego w tramwaju, który wracał z wykładu do domu. Za oknami szarówka całodniowa i wieczna mżawka, więc trochę senni, bo trzeba funkcjonować w niesprzyjających warunkach. On zresztą od pewnego czasu nie działał tak jak trzeba. No i wytłumaczono mu, o! naukowe oświecenie! dlaczego. Po prostu mózg rozrósł się tak, że naciskał na czoło, czy też czoło naciskało na mózg w każdym razie, w wyniku złego rozrostu mózgu lub czaszki, w pewnym miejscu nastąpił nacisk, co, w konsekwencji, spowodowało, powoduje coś określonego, określone zachowanie.
- Depresja, stany lękowe, niechęć do tłumu, myśli samobójcze. Ujawniają się akurat w wieku dwudziestu lat, coś koło tego - tłumaczył a tramwaj wiózł nas ku miejscu przeznaczenia. Tak to chyba się mówi. Nie wiem, czy dobrze, bo skąd. W dodatku guz, z nim to nigdy nic nie wiadomo. W każdej chwili gotów figla spłatać. Jak każdy twór wrogi człowiekowi nieprzewidywalną ma naturę, taką irracjonalną. Może pójdę do kościoła to trochę pokrzepi mnie. Pójdę pod Złote Łuki, to odegna ale nie chcę tam iść. Przez tego guza zaczynam odczuwać wstręt do wszystkiego co ludzkie, co człowiecze, co człowiecze łapki zbudowały, stworzyły, przy czym karki naszych ojców się pociły. By guza pokonać. Na pewno po to. Abyśmy żyli zdrowi. Tylko po to.
Coś nie mogę przestać myśleć. Ja wędkarz, a defekt mózgu, obce ciało pod czaszką jest przynętą. Przynętą na grubą rybę.
Gruba ryba by przyszła i nagle zobaczyłbym wszystko, tak, znałbym wszystko, wszystko wiedziałbym. Tylko co z tego? Mógłbym się chwalić w towarzystwie jaki to mądry jestem, zdobywać prestiżowe nagrody. Albo bym milczał. Stałbym się nieistniejącym śmieciem dryfującym w zimnym kosmosie, śmieciem, który wszystko przejrzał. Bo wiedza odsuwa od ludzi, wszak wszyscy wielcy myśliciele to samotnicy. Stąd prosty wniosek, wysnuty przez niejednych geniuszy, że niemożliwy jest kontakt z innymi, że to tylko złudzenia, a prawda, Prawda jest samotna. Nie ma co, Wybitne Umysły, działające w statycznym środowisku, poszukiwacze prawdy modelu. Jak te pająki, tkające sieć a potem czekają na wiernych, na muszki tłuściutkie. I biorąc pod uwagę ilość i jakość much ocenia się genialność sieci. Moim zdaniem, słusznie. Skoro sieć służy do łapania, to, im więcej łapie, tym jest skuteczniejsza, czyli lepiej od innych branych pod uwagę, a mniej łapiących much sieci, spełnia swoje funkcją, jest lepsza. Jest najbardziej sieciowata, aż do idei sieci opisanej w trzecim tomie Idee. Idee składają się z dwudziestu tomów i wciąż pisane są nowe, a stare poprawiane. Chyba tak jest. Potem umieszcza się Księgę, tom po tomie, karteczkę po karteczce, w mózgu ludzkim. To jest wielka dobroć naszego świata. Wszystko robią za nas. My dajemy tylko swe życie. Splunięcia warte życie. Nawet go sobie wyobrazić nie umiem. Już tyle istnieję, a wciąż nie wiem, czym jest życie. Tylko coś przeczuwam, jakąś tęsknotę ale to tylko efekt spowodowany przez guz. Stwarza on iluzję i przez to jest niebezpieczny. Jeszcze zacznę sobie wyobrażać kobiety w bieli i błędnych rycerzy. Tylko jak jest?
- A o czym mówimy?
- No Tak ogólnie.
Mężczyzna zaśmiał się. Wstał, dając do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Dopiero gdy położyłem dłoń na klamce, dodał:
- To i tak sprowadzi się do mordobicia. Tylko tak to się da zrobić i tylko w ten sposób można rządzić.- A kto chce rządzić - mruknąłem zamykając drzwi. Przede mną korytarz pusty, koloru wypłowiałego błękitu. Jarzeniówki mrugają. Na dworze gęsta noc. Tak to w grubych rysach wyglądało.
- Tak i wygląda, ale jak jest, kto to wie?
- Inaczej?
- O! w to nie chcę wątpić.
Siedząc w fotelu, na który sam zapracowałem, by się wygodniej siedziało, odpoczywało z satysfakcją, zastanawiałem się, co jest we mnie, jak to się mówi potocznie. Wymagała tego ciągłość, no i pewna logika. A może to logika tworzy tę ciągłość? Całkiem prawdopodobne. Więc paląc papierosa, nocą ciemną, przy zgaszonym świetle, rozpocząłem sekcje zwłok. Jak wędkarze, co to brzuchy drapieżników rozcinają, by poznać ich jadłospis, tak i ja sprawdzałem swe menu. No i zjadłem parę książek, te myśli poszarpane, lekko wypaczone, krążą we mnie, jak i gazetowe czy zasłyszane, na czterdziestopięciominutowych lekcjach zapamiętane. Mieszają się. Łączą to, to rozłączając, zamieniając się miejscami tworzą najdziwniejsze struktury. Niektóre zastygają, twardnieją, są przez chwilę lub dłużej drogowskazami, pewnikami, fundamentami, podłogą są. Niekiedy niszczeją same lub pod wpływem delikatnego dotyku. Inne potrzebują trzęsienia, niespodziewanego, silnego wstrząsu. Wszystko to krąży, to co zasłyszane, zobaczone, wtłoczone. To wszystko i coś. Guz. Guz co się śmieje z tych myśli genialnych. Samą swą obecnością ośmiesza je. Ale już jutro mam iść na prześwietlenie. Chcą sprawdzić, gdzie się dokładnie drań schował i czy usunąć się da. Jeśli nie - to na śmietnik stary, pa, pa, nic tu po tobie. To i prawda. Nic tu po mnie. Nic tu po moim ja, które nie wrzeszczy: jeść, które swego miejsca nie ma, co w pochodzie nie idzie. Guz nie wrzeszczy: jeść; jest brakiem miejsca, jest wstecznictwem, kłodą. Tylko psuje, tylko burzy, jak potwór bagienny z horroru, co powstał szerzyć trwogę w zhumanizowanym żesz twoja mać zracjonalizowanym miasteczku. Nawet nie wątpię, i nikt nie wątpi, że trza go usunąć. W diabły z nim. Tylko psuje ludziom humor.
Już jutro precz z głowy mej, i do pracy wrócę. Albo zwariuję. Wśród durnych piosenek i maszyn. W łoskocie zanurzony skonam. Taki to i los ludzi z guzem. Pierdolonej Arystokracji Ducha Przecież jestem taki sam jak wy. Jak wy wszyscy. Nawet rysy mam podobne. Wczoraj kupiłem na Turzynie. Wszystkie ciężko zarobione pieniądze wydaję na to, by upodobnić się do was, by podobać się wam, by być taki jak wy. By być.
- Nic tu nie ma. Jest pan zdrowy.
- Na pewno? Tamten lekarz
- Proszę pana, nie każdy, kto nosi kitel, jest zaraz lekarzem. Nie ogląda pan telewizji? Pełno teraz tępaków bez specjalizacji, takich, co to niby wszystkim się zajmują, ale, proszę pana, gówno w gruncie rzeczy wiedzą. Sam pan jest ofiarą niekompetencji, sam pan widzi. Na zachodzie to już dawno wyeliminowano tępaków, a u nas? Lepiej nie mówić. Zacofanie, proszę pana, zacofanie.
- Więc czemu to wszystko, te objawy Jaki jest ich powód.
- Cóż, najlepiej będzie ograniczyć na pewien czas papierosy i kawę. Możliwe, że to chwilowe osłabienie. O tej porze roku, to, pan rozumie W każdym razie guza pan nie masz. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Proszę, po prostu, mniej palić. Do widzenia panu.
Hm. Wiec to nie guz, a po prostu nadmiar nikotyny nie. Nie, to nie nikotyna czy kofeina. Pewnie drań się na chwilę schował, zwiódł lekarza. Co to dla niego! Nic. Pestka. Splunięcie. Wykiwał doskonałe maszyny, zrobił je w karola. Jako ich największy wróg zna się na tym, nieuchwytny niepokój ale mnie nie wykiwa. Czyżby? Musiałbym być czymś co z nim Nie! Złudna myśl. Zbytnio filozofuję Konkrety, konkrety, jak wykrzykiwał człowiek, gdy się zaczynały na słowa przepychanki. Niby obiektywnie krzyczał, niby. Potrzebuję teraz konkretów, nie by wyjaśnić co sądzę, by przekonać, tylko by wygrać z tym, co urodziło nagle pod czaszką, ku zagładzie mej wyskoczyło. Tak niby nagle.
Historia choroby ma się tak - pokrótce, ale jasno: Jako że wszystko, co istnieje, musiało powstać według schematu pewnego myślenia, musiało mieć jakąś tam przyczynę sprawczą. Tak jak, by kwiat wyrósł, wpierw musi ziarno znaleźć się w ziemi. No tak, ale w ziarnie istnieje już ten kwiat, po prostu zostaje aktualizowany. Więc może tak, że istnieje coś, tylko że ukryte, a pod wpływem pewnych działań, się ujawnia. Nie rodzi, nie powstaje, tylko, że tak powiem, przybywa, unaocznia, tak, to dobre słowo, unaocznia się. Sądzę, że może być taka ontologia na poczekaniu. Według niej historia choroby ma się tak, że był sobie on we mnie, i nagle, pod wpływem jakiś czynników ujawnił się, stając się w pełni istniejącym, a nie tylko potencjalnym guzem. Lecz dlaczego akurat w mojej głowie? I czy tylko w mojej? Czyżby nieprawidłowy rozwój mojej osoby uaktywnił guza. Czyli wszyscy musimy mieć tą skazę, a tylko wychowanie chroni nas przed nim. I to właściwe wychowanie.
Niegłupie to nawet rozumowanie, tylko czy aby nie za szybko wyciągam wnioski? Niekiedy miewam złudzenie, wrażenie takie, że zamiast myśleć, gdy pojawia się w rozumowaniu jakiś znak zapytania, po prostu myśl przywołuje, co mocą autorytetu odpowiada. Niczym kojący balsam, maść, ranę maskuje ale nie zabliźnia. Jak proszek na ból zęba.
- I proszę je stosować codziennie. Przez dwa tygodnie. Dziękuje.
- Dziękuje.
Teraz szwendam się po ulicach opustoszałych, po mieście sennym, zmęczonym. Błąkam się po ulicach wyludnionych. Wśród kamienic, bloków milczących. Jeszcze parę dni urlopu zostało, a potem Co potem? Nie wiem. Wciąż ta sama melodia gra. Melodia niezrozumiała, wroga, mimo że ze mnie, z natury mej. Melodia guzowata.
- Najprawdopodobniej, jak głoszą doniesienia, naukowcy amerykańscy odkryją gen odpowiedzialny za agresję. Odkrycie to będzie miało - przemawiał do milionów z ambony nauczyciel ludzkości - telewizor.
Czyli jesteśmy dobrzy czy źli? Ani dobrzy, ani źli. Wszystko zależy od tego, czy uda się zło stłumić, a dobro ujawnić. Siłą z mroku wydobyć. I przekształcić w coś
O! Zagubienie! Myśli guza! Niemal już mną zawładnął i targa po labiryncie. Tu ciemność i iluzji tysiące. Cienie tworzą fantastyczne formy. Pieszczą źrenice. Rozmywają się Cienie. Mrok. Gdzie jesteś, Ariadno?! Gdzie do kurwy nędzy twoja nić!? Diabeł śmieje się. Śmieje się guzem. Słyszę to. Czuję. Nie ma wyjścia z nierealności, z ułudy. Nić! Gdzie a może nić diabelska? No nie popadajmy w paranoje. Jedna choroba wystarczy. Fakt, potwierdzony naukowo w dodatku, że jedna choroba pociąga za sobą inne. Jak gdyby zapraszała kumpli na imprezę. Chodźcie! Tu jest fajna melina, naprawdę niezła, można się zabawić. Tak jak hemofilia ściąga skaleczenia, tak guz mózgu ściąga Guz mózgu ściąga skaleczenia. On zagładę na mnie sprowadzi, jeżeli nie przezwyciężę wstrętu do istnienia, jakie wcześniej prowadziłem, a raczej przez jakie byłem prowadzony, koniec ze mną. Jak amen w pacierzu. Tylko jak to zrobić, gdy nawet słowa opisujące przeszłe życie są wstrętne, mdłości przywołują.
Zamglony park wpuścił mnie w swe kojące łono. Otuliła mnie mgła oświetloną przez lampiony ciągnące się, ginące w dali. Niewyraźny blask podkreślał masywne pnie drzew, co rozpostarły potężne konary na niebie, nad głową mą. Nad głową mą, co niosła guza, niebo popękane.
Zasiadłem na ławce, zasiadłem wśród mgieł, w kręgu światła rozproszonego, niemal na samej granicy między widzialnym a nie, zasiadłem. Papierosa zapaliłem, może to zabije tego guza. Powoli wykończy się od nikotyny. Całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że szlug mu usta zamyka. Jemu i mi. W ciszy nocnej, parkowej, papieros zamyka mi usta.
Kocham ten park. Ubóstwiam przychodzić tu nocą, gdy aleje są puste, a lampiony bawią się z drzewami, cieniami. To przez niego zostałem, przez ten świat parkowy, zaczarowany. Mówili, wyjedź, tam jest świat. A ja zostałem na peryferiach, bo tu jest park. Tam też są, mówili. Tak, ale tylko jeden taki. Jeden, jedyny w mieście, na peryferiach Polski, świata cywilizowanego, chociaż położony najbliżej, najbliżej zachodniej granicy. Zostałem tu. Dla parku, z którym jestem za pan brat. W nocy, gdy świecą się dla siebie lampiony, a miasto śpi. I tylko, czasami, jakiś wędrowiec zapuści się w te rejony
Oczywiście, że sensowniej byłoby wyjechać tam, gdzie perspektywy na sukces większe (bo sukces najważniejszy) i gdzie znani i wielcy, wielcy bo znani, ulicami spacerują. A ich krok przemienia bruk w marmur. Gdzie idee importowane z Zachodu krążą, gdzie o nich dyskutują. Gdzie są na bieżąco. Cóż, było by sensowniej, bardziej po ludzku, rzucić to miasto bez nadziei, ten park, i pojechać. Ale zostałem. Pewnie przez guz. Musiał się zacząć rozwijać już wcześniej, ujawniać, powoli objawiać. Niekiedy na sekundę, dwie, trochę dłużej, ale przezwyciężałem go, odsyłałem w niewidzialne, przez to nieistniejące. Ciągle wymiatałem go z bytu realnego w potencjalny. Aż do teraz. Teraz on zdobywa władzę wypierając mnie centymetr po centymetrze, dopóki nie ujrzy moich zwłok.
Ta hipoteza nawet dużo tłumaczy. Wyjaśnia chwile zwątpienia, niepewności, niechęci, pragnienia ucieczki, zaczęcia wszystkiego od początku, po guzowatemu. Zostawienia, zerwania z historią. Dobre sobie, z historią. Weźmy człowieka jakiegoś tam No właśnie! Jakiegoś tam, bo bez historii. Bez przeszłości. Bez tego co przed nami, czy też za nami, było.
Cóż no ma? No, masę faktów i fakcików. Zna dokładnie datę i miejsce narodzin, nazwy szkół, do których chodził, imiona rodziców, dziadków, kolegów, datę bitwy pod Grunwaldem i wybuchu drugiej wojny światowej. To wszystko co ma, poza telewizorem, żoną, dziećmi, samochodem, a żyje
- Pracą żyje. Korporacje mówią mu, co ma myśleć i co ma robić. On rozpływa się w nich. One przywłaszczają sobie jego życie, dając w zamian poczucie przynależności i uwalniają od grozy. Zostaje wkręcony w maszynę, stając się maszyną, pozbawianą prywatności, wolnego czasu. Normalnie, kastrują go z duszy. Pracą żyje, trybem maszyny.
- Żyje on zapożyczonym życiem. Tak zwanym substytutem, co i tłumaczy sukces Big Brathera czy gry typu Sim. Substytut istnienia jest jedną z form iluzji. Model ten, proszę państwa, jest tak rozpowszechniony w codziennym życiu, że z trudem można odnaleźć sytuacje, gdy mamy do czynienia z realnością, ale i ona w oczach człowieka nowoczesnego wciągana jest w porządek iluzji i ginie, gdyż realność wymaga realnego człowieka. Jakkolwiek by się mogło wydawać, ruch ku iluzji jest naturalną konsekwencją postępu, rozumianego jako dystansowanie, oraz źle rozumianego człowieczeństwa, które urealnia się w odrzeczywistnieniu, w nierealności, kiedy można zapomnieć o ziemi, o tym co za oknem. Zostawia się tamto, strefę poza murami domu na pastwę niezrozumiałych sił, powodując tym samym rozłam, a w konsekwencji wtargnięcie w ciepło domowego ogniska i totalne zatarcie granic. Jednostka musi uczestniczyć w obiektywności, która jest mistyfikacją. Może jej nawet nie akceptować, ale musi ją uznawać. Życie jest, proszę państwa, spektaklem, teatrem. W tej nieciekawej sytuacji życia można doświadczyć tylko w teatrze, jeszcze, chociaż i tu pojawia się zaprzedanie i czysta rozrywka Ruch ten nie nastąpił nagle, raczej trwał od początków istnienia ludzkości, ale dopiero teraz nabrzmiał do astronomicznych wręcz rozmiarów. I, jak wszystko wskazuje, ruch ten będzie postępował coraz szybciej, ogarniając coraz szersze rejony, osuwając realność w niebyt, a tym samym negując człowieka. Będzie to pierwszy przełom, który nie będzie w stanie prowadzić dyskusji z tym, co było. Po raz pierwszy przeszłość naprawdę przestanie być.
No i proszę. Słyszałeś guzie? Słyszałeś?! Nażryj się słów i zdechnij. Zdechnij z przejedzenia.
I daj mi święty spokój, spokój człowieczy. Pozwól bawić się i śmiać. Ze wszystkimi na parkiecie tańczyć, robić zakupy, jeść i pić. Szczęśliwym pozwól być. Pozwól, by mnie to zaspokoiło. Zaspokajało, koiło jak kiedyś. Kiedy byłeś w niewidzialnym, tam gdzie realność. Ty pieprzony obrębie, wszawa drzazgo realności tak nam wrogiej, tak niewygodnej, bezsennej, pytającej, tęskniącej.
Już chciałem wstać i do domu powędrować, bo guzowato czuć się zacząłem. W dodatku rachubę traciłem. Przydałby się kontrolowany tok myślenia, tylko tylko przez co kontrolowany? Już chciałem wstać i do domu powędrować, gdy cudze kroki cisze zakłóciły miarowym rytmem, chrzęstem kamyczków drobnych, miażdżonych. I sylwetka czyjaś się ukazała, z mroku się wyłoniła. Szła czarna postać owiana delikatną mgłą po alejach w kierunku moim.
To dobry znajomy.
- Witaj. Jak się czujesz? - zagadałem.
- A chuj wie - burknął. Nabrał oddechu, jakby chciał wygłosić mowę, jednak wypuścił powietrze z głośnym ni to świstem, ni to westchnieniem, i dalej powędrował. Z głową zwieszoną, krokiem wolnym. Szedł i żaden lekarz nie mógł mu pomóc.
- Strajkujemy przez pana.
No więc szedł. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Co zrobić ze sobą, gdy bogowie opuszczą, wywieszą nieprzyjazną karteczkę na drzwiach? Co robić? Pozostaje tylko czekać, aż sobie przypomną i zajmą się nami. Nic ponad to.
- Pierdolę! - wrzasnął, jak gdyby w ten krzyk włożył resztki życiowej energii, ostatni jej błysk. Wrzasnął gdzieś z mglistej czerni.
Zasępiłem się. On mógł jeszcze czekać, lecz ja, co zrobić mam ja? Nie mogę liczyć na pomoc lekarzy, już nie, zostałem wyrwany brutalnie z łona. Przez guz, nowego boga psia mać, i teraz w jego wrednej mocy jak marionetka. Tylko, że on nie chce się mną zajmować, nie tłumaczy, nie prowadzi. Niemal jakbym był bez boga. Opuszczony. Sam na pustyni niemej. Zdany na samego siebie. Nie, to straszne. Destrukcyjne. I gdybym chociaż znalazł skrawek jakiegoś materiału Co ja mówię? Już późno. Zmęczony jestem wewnętrznym monologiem, co ślizganiem jest. Ślizganiem koniecznym, bo gdy przestaje, wtedy guz śpiewa. A tego znieść nie mogę. Jakbym się przećpał.
To pewnie wynik złego wychowania i lektura niewłaściwych książek, nie takich jak trzeba filmów. Tak jak było z Don Kichotem, co naczytał się, a potem mu odbiło i przestał odróżniać fikcję od rzeczywistości. Odbiło, odpierdoliło przez złe książki, przez głupie książki. Gdyby nie one, nic takiego by się nie stało. Pewnie i ja musiałem naczytać się jakiś toksyn i teraz jestem No bez jaj! Czyżby guz był tylko wymysłem, moim wymysłem?
Odkryłem pewną książkę, o której ludzie z nazbyt rozwiniętym guzem mówią, że jest pisana ze znajomością Księgi, no i tam o delikwencie pod moją czaszką było. Może nie tyle o guzie, co o objawach. Takich bzdur to dawno nie czytałem. Autor (musi mieć notabene niezłe znajomości w wydawnictwach i wśród elit rządzących) uważa, że objawy jakie powoduje intruz są naturalną (to już przesada!) konsekwencją trybu życia, które prowadziłem. Są zjednoczone ze złem będąc zarazem przejawem dobra, przejawem stłamszonego człowieczeństwa, które (tu widać już jawną ideologię i zidiocenie nie-na-czasie) istnieje i kiedyś rozkwitnie, pomimo niesprzyjających warunków produkcji kapitalistycznej. Są to oznaki upadku, kryzysu, ale dzięki nim, a raczej przez nie, zbliżamy się do samo refleksji i krytyki, do czynu. To takie boskie nasienie z penisa szatana.
Dużo ten autor napisał. Musiał mieć niezłego guza pod czaszką, a mój guz, co najgorsze, chce się zgodzić z autorem, ze słowami guza. I pragnie zrozumieć. A może to ja chce pojąć w czym rzecz, bo, myślę sobie tak, że wiedza zabije drania. Tylko że to jest śmieszne. Nierealne. I zupełnie nie wiem, dla kogo śmieszne, dla kogo nierealne, kto teraz mówi, nie wiem.
Kiedyś coś podobnego czytałem, ale zapomniałem, zmusiłem się by zapomnieć. Szybko nauczyłem się prowadzić rozmowy bez treści, pustosłowne bełkotanie, co nawet się nie ociera. I ślizgać po powierzchni. Zabijać czas, by wyglądało na pasjonujące zajęcie. A gdy ktoś czasem zaczął rozmawiać ze mną w dawnym języku - zbywałem go. Nauczyłem się nawet myśleć o tych odmieńcach jako o jednostkach zakompleksionych, nie umiejących się dostosować. Takie Bernardy Marksy. Nie wierzyłem w Dzikusa. Bo ja byłem Dzikusem, co porażkę odniósł. Tak. Tak się przynajmniej myśli, niekoniecznie zgodnie z prawdą, ale ważne, że przyjemnie brzmi dla ucha wewnętrznego. To nawet romantyczne. Hm. O tym to nawet komuś zaufanemu przy piwie powiedzieć by można było. Wrażenie by się zrobiło.
Pamiętam, że zawsze byłem wyznawcą. Gorącym, ale mało stabilnym. Jeżeli chodzi o zmianę wyznania, to robiłem to nieświadomie. W ramach myślenia. Jeszcze, z palcem do góry wyciągniętym, głosiłem wielkość myślenia, że jest niezależne, że do wolności prowadzi. No bo popatrzcie na mnie, jak łatwo zmieniam fronty. I wystarczy czytać więcej od innych, mniej znanych tytułów, a nawet oklaski zdobyć można było. A jak!
Ale co to ma do guza, skąd ta myśl tu, tak ni jak, z konopi. A no, po części z konopi, bo konopia ułatwia, daje impuls, do takich autorefleksji, po części guz, bo bez guza nic by nie było, no i musiałem wyrzucić to z siebie, ten gnój dawnego życia Tego tu życia, którym się przez guza brzydzę.
Nie, nie można tak dalej, to do niczego nie prowadzi, to memłanie wnętrzności, gniecenie flaków w nieskończoność. Trzeba wstać i do domu iść. Zamknąć się w pokoju i
KONTROLOWANE MYŚLENIE O GUZIE
(teraz gdy już napisałem poniższy tekst, wiem że to gówno, że może lepiej by było, gdybym zajął się ODPOWIEDZIALNYM MYŚLENIEM O GUZIE, ale to wymaga siły i jaj jak arbuzy, jest to zadanie, któremu trudno sprostać, chociaż teoretycznie jest proste, bo zakłada możliwość pomyłki, błędu. Nie to najgorsze, najgorsza ta odpowiedzialność, czyli świadomość własnych słów. Mówienie z pełną mocą. Ale na to trzeba tęgiego chłopa, dlatego postanowiłem przepisać tekst bez większych zmian, jest on tak rozmamłany i nijaki, że zapewnia mi bezpieczeństwo, możliwość manipulacji, a przede wszystkim uwalnia od ciężaru własnych myśli i słów, dając je na pastwę przeintelektualizowanych krytyków i innych mend, które lubią się chwalić wiedzą zdobytą przez konsumpcję. A może to, co teraz dopisuję, jest nędzne i śmieszne. Potrzeba tu tęższej głowy niż moja. Najczęściej tęższa głowa wymagana jest od czytelnika, na niego zrzuca się doszukiwanie sensu natchnionej wypowiedzi, a nam pismakom pozostaje swobodne słowne spuszczanie się, niby wolne, ale tak naprawdę kurewsko zniewolone).
Kontrolowane myślenie wymaga koncentracji na jednym danym problemie. Powinno unikać się zbędnych dygresji, aby nie utracić wymaganej jasności wypowiedzi. Wprowadzanie światła w gęste mroki jaskini, prostoty w słowie, jest powinnością, którą mierzy się wielkość myśliciela.
W imię grzeczności powinno się podać słownik. Słownik, czyli wytłumaczenie użytych słów, np. mówię noc w znaczeniu nocnika. Pozwala to uniknąć problemów ze zrozumieniem między jednym podmiotem a drugim, gdyż wszelkie spory filozoficzne toczą się nie tyle o Prawdę, ile o słówka. Pomimo wszystko, słownika nie podam. Bo nie. Pierdolę to. Jeszcze by wyszło na jaw, że nie wiem, o czym mówię, że nie znam problemu, a wolę zachować iluzję.1
Teraz powinienem ustalić metodę badawczą, którą będę stosował. Wynająć przewodnika. Najlepiej by był z firmy z tradycją. Brałem pod uwagę, by guza wynająć. Wtedy guz mówiłby sam o sobie ale, ponieważ nie ufam intruzowi, zostałem zmuszony szukać gdzie indziej. Niestety, wakacje, więc niemal wszędzie zamknięte, nikogo zastać nie można. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak wybrać się w podróż samemu. Bez mapy i kompasu nawet, bo w sklepie dla turystów wszystkie już wykupiono. Sprzedawca, starszy człowiek, co łączył w sobie usłużność z pogardą, spojrzał i powiedział: panie, tu tylu się gubi, bez mapy
Ano bez mapy poszedłem, bez znajomości terenu, w mrok, a tak naprawdę siedziałem na krześle w blasku lampy i zastanawiałem się, jakie zdanie dodać do poprzedniego i jak ewentualny czytelnik zareaguje.
Na pytanie czy guz istnieje, czy jest tylko iluzją, nie potrafię opowiedzieć, biorąc pod uwagę wyżej wymienione zarzuty w myśleniu ciągłym - niekontrolowanym. Nie wiadomo, czy jest jakikolwiek sens, choćby tyci-tyci, myśleć w kategoriach realności i fikcji. Dlatego, by nie utknąć w punkcie martwym już na samym początku wypowiedzi, uznamy guz za byt na wpółistniejący. Posiada on bowiem realne istnienie w mojej świadomości i tego istnienia już nic mu nie odbierze. Ktoś może zapytać, dlaczego w takim razie nie nadać guzowi istnienia w pełni realnego. Odpowiadam następująco, ktoś inny, będący poza mną w swej fizyczności może zakwestionować istnienie guza, bo go nie widzi. To jak z przedmiotami przedstawionymi w przestrzeni, a przedmiotami, które można znaleźć w przestrzeni. Guz jest takim przedmiotem przedstawionym w przestrzeni, którego nie można znaleźć. I tak lekarz nie może zlokalizować czegoś, o czym ja dobrze wiem, gdzie jest i że jest. Dla niego pozostaje zakryty, pozostaje niebytem. Może jedynie uwierzyć mi na słowo, skoro maszyny i gołe oczy, nic nie może mu pomóc. Na słowo, ale to za mało. Z tego też powodu guz jest bytem na wpółistniejącym, na wpółrealnym.
Określiłem naturę bytowości guza. Czas najwyższy przejść do pełniejszego opisu jego natury ogólnej, przy czym posłużymy się metodą, którą roboczo nazwę, metodą kontrastu.
Będzie to próba odpowiedzenia na pytanie, czy guz jest wrogim człowiekowi, czy nie. Nie ukrywam, że będę próbował udowodnić wrogość tego tworu, jego destrukcyjność. W końcu guz to guz. Sama nazwa wskazuje.
Jeżeli człowiek jest stworzony do mechanicznej pracy, do efektywności ilościowej, do produkcji bezdusznej, a guz utrudnia wykonywanie tego, sabotażuje, jakże nie nazwać go wrogiem? I to wrednym, złośliwym. Ponad to, jak doświadczyłem, powoduje on mdłości i bezsenność a to już jest agresja jawna, agresja na fizyczne istnienie!
Zobaczmy kiedy guz się ujawnia a z łatwością dostrzeżemy złośliwość, perfidię jakąś. Oto osiągamy upragniony sukces, tłumy wiwatują, serpentyny, szampany pach! pach! leją się obficie na obfite biusty panienek co w zachwycie, fleszów trzask, a my zamiast euforii, radości, czujemy tylko w ustach gorzki smak, a cień pokrywa oblicze. Niektórzy idioci stworzyli wprost niewiarygodnie głupie teorie, skąd bierze się gorycz. A jest ona, po prostu, wytwarzana przez gruczoły znajdujące się na chropowatej powierzchni guza. Wytrysk goryczy zależy tylko i wyłącznie od woli pasożyta w naszej głowie.
Powiedziałem, jak pewnie uważny czytelnik zauważył, dwie ważne rzeczy. Mianowicie, że guz posiada własną wolę (czy wolną, tego nie wiem) i że jest bytem istniejącym w związku z nami, będąc jednocześnie bytem samoistnym. Kwestie te wymagałyby dokładniejszego wyjaśnienia, zwłaszcza że są problematyczne, a ja tu sobie tak, strzelenia palcami - a priori.
No i co z tego.
Pasożytniczy wpółrealny byt potrzebuje osobnika, w którym mógłby się zagnieździć. Taki zainfekowany podmiot jest jego pożywieniem, terenem działania, a nawet staje się narzędziem, dzięki któremu może ingerować w tak nam drogą obiektywność i próbować przemienić na modłę guzowatą, jak ci wszyscy reformatorzy i rewolucjoniści.
Wcześniej powiedziałem, że jest on nam przypisany, możliwe, że całemu gatunkowi, możliwe, że tylko nielicznym. Rodzimy się z nim, ale nie znaczy to, że jest częścią nas, jak ręka czy noga. Jest nowotworem, nowatorem. Nie każe więc uważać go za przejaw natury ludzkiej, jak to niektórzy idioci próbowali, przyczyniając się tym samym do wzrostu liczby objawień guza, wmówić ludzkości. Jest on nam przeciwny. Jest nienormalnością, antycząsteczką, przy założeniach powziętych powyżej.
Na tym rozważania zakończę, pomimo że nie uważam ich za wyczerpane. Ledwo co naszkicowane.
Przeczytałem, co dotychczas napisałem, popijając ciepłą herbatkę i popalając papierosa. I gdy skończyłem mlasnąwszy z zadowoleniem, guz zaśmiał mi się w twarz. Pociągnął za dywan tak, żem koziołka fiknął. Straciłem grunt. Zachwiały się ściany wśród śmiechu straszliwego. Jakoś uciec przed nim chciałem, ale śmiech był ciągle w mojej głowie. Śmiech okrutny, niszczycielski.
On wciąż wymaga ode mnie koncentracji, napięcia, nie pozwala się ślizgać. I ty guzie wychowywać mnie chcesz? Ty!? co do zagład wielkich doprowadziłeś. I ty wychowywać nas chcesz?! Nas!?
...
Chwiejnym krokiem odszedłem od lustra. Jeszcze trochę wódki zostało. Za oknem już świta. Słońce delikatnie rozlewa się miodem wśród bloków. Zagląda do pokoi jeszcze nocą otulonych. Powoli dzień poddźwiguje się z furkotem maszyn, dzwonieniem tramwai, przekleństwami kierowców i płaczem dzieci. Podnosi się potężna sylweta, kładzie świetlisty cień na miasto, na mnie. Ja piję. Kielonek za kielonkiem.
*
Historia ta powinna zakończyć się całkowitym upadkiem bohatera, który przez guza nie może dostosować się do życia i stacza się coraz niżej, popada w osamotnienie. Więdnie tracąc kolory i zmysły.
Ale postanowiłem inaczej.
*
Zbyszek wyrżnął łbem w drewnianą półkę nabijając sobie solidnego guza. Psia mać, pomyślał, jak to mogło się stać, pieprzona półka! Jak to się mogło stać, że wyrżnął, że guza sobie nabił. Będzie mnie teraz cały dzień boleć głowa, pomyślał wychodząc do pracy.
1 Najbardziej ze wszystkiego, pragnę zachować iluzję. Ocalić ją.
Oskar Szwabowski
Pięć - dziesięć zdań:
"[...] Nie posuwajmy się jednak za daleko. Prowincja to również źródło słabości i "upupienia", o czym mówiliśmy wcześniej. Pamiętam taki cytat z Andrzeja Bursy, który sobie z lubością powtarzaliśmy z kolegami na polonistyce poznańskiej: mam w dupie małe miasteczka. Prowincja nie jest krainą dla orłów - tego wówczas byliśmy pewni. Jeśli rzeczywiście ktoś chce się wybić, pofrunąć" i w pełni zaistnieć, musi z niej uciekać. Tak jak Miłosz zawsze chciał uciec z prowincjonalnego Wilna. Są jednak dowody na to, że bywa odwrotnie. Ten boczny tor staje się często źródłem siły. Tutaj także jest możliwość wzlotu..."
Krzysztof Czyżewski
cytat zaczerpnięty z książki "Metafizyka prowincji" autorstwa Jana Kamieńskiego wydanej przez "KARTKI" - Białystok 2001
Dziękujemy pkl. "Łabuź"
Pięć - dziesięć zdań:
"[...] Pierwszą sprawą jest samo pojęcie rozwoju osobowości. Tu Karen Horney bardzo zbliża się do psychologii humanistycznej postulującej idee, że normalny, nie wypaczony, wszechstronny rozwój osobowości wymaga tylko usunięcia czynników, które go blokują. Właściwie jest to nowy paradygmat kulturowy. Przypomnę, że dla wieku industrializacji, ufności w naukę i zwycięstwo w zmaganiach z przyrodą było oczywiste, że każdy produkt naturalny jest gorszy niż produkt wytworzony przez człowieka, wyposażonego w swoją wspaniałą wiedzę i cudowne narzędzia: las posadzony przez człowieka i hodowany przez niego jest lepszy od lasu naturalnego, rzeka uregulowana, ujęta w betonowe ramy, jest lepsza od rzeki wijącej się wśród piaszczystych łach. Marzono o pastylkach, które zastąpią befsztyk i chleb, a chleb produkowano coraz bielszy. Poeci opiewali dymy fabryk i asfalt ulic. Podobnie rzecz miała się z człowiekiem. Jeden po drugim zgłaszali się uczeni, proponując swoje metody "urabiania" człowieka, wpasowywania go w określone wzorce, uczynienia z niego bardziej niezawodnego narzędzia pracy. Miał jeść tylko w określonych godzinach, tylko określone pokarmy, kształtować swoje ciało w taki a nie inny sposób, i myśleć dokładnie według przygotowanych wzorców [...]"
Kazimierz Obuchowski
"W poszukiwaniu właściwości człowieka" Oficyna Wydawnicza "GARMOND" Poznań 2001
Dziękujemy pkl. "Łabuź"
M. Trynkiewicz
ROBOT
I ruszył robot ogłupiały
ze zgrzytem zardzewiałych piast
I zrobił tak, jak mu kazano -
tunele drążąc w brzuchach miast.
I rękę w łokciu sobie złamał,
Wykopał łychę śpiącej ziemi
i rzucił w oczy śpiących gwiazd.
M. Trynkiewicz
|