|
Dlatego - nie zgadzając się z laurkami recenzentów na końcu książki - chcę powiedzieć, że S. Chyczyński jeszcze nie jest poetą spełnionym. Póki co, za wiele w tych wersach zapożyczeń, puszczania oka do czytających oraz samozadowolenia. Lecz spora grupa udanych utworów pozwala mi wierzyć, iż ten twórca lepsze czasy ma dopiero przed sobą.
Natomiast czyżby lepsze czasy miał już za sobą J. Utkin? (Jerzy Utkin "Skazani na tęsknotę", Biblioteczka "Tygodnika Nowego", Piła 2001, str. 16) Czytelnikom "Łabuzia" ów autor (rocznik 63) nie jest obcy. Ostatnio publikował kilka utworów w okazjonalniku, omawiana też była w "Prowin-cjonaliach" jego uprzednia pozycja pt. "Oddalenia" (2000). Nie licząc arkuszy poetyckich, ma na swoim koncie jeszcze 3 inne zbiory poezji. Publikował też w almanachach - między innymi w "Ho, ho i sto cztery inne wiersze" (1996). Skąd zatem wstępne żachnięcie, tyczące autora? Ano stąd, że po lekturze 35 utworów zmieszczonych w zbiorku zawładnęło mną przykre uczucie, że to, co niegdyś było siłą poety - na przykład w świetnych "Oktostychach" (1989) - obecnie staje się coraz niebezpieczniejszą manierą. Innymi słowy: klasycyzujące strofy Utkina z tomików wcześniejszych, tak wyróżniające autora na tle współczesnej produkcji poetyckiej, poczęły osuwać się w szarość i wtórność. Jakby twórca stanął w miejscu, kręcąc się wokół własnego ogona. Dowodem bezpośrednim powyższej refleksji są zgrane metafory i figury poetyckie. Na przykład: jak loków złoto spływa po jej czoła zboczu czy (w innym już utworze) co na samym dnie serca skryła smuga cienia/ porusza czułą strunę uczuć rwący potok. Niestety, znajdziemy tu więcej podobnych perełek. Cóż, cóż. Może to chwilowa zadyszka? Poczekajmy na kolejny zbiór autora z Piły. Chciałbym wtedy napisać coś przyjemniejszego. Osobna uwaga jest do edytora zbioru, czyli Biblioteczki "Tygodnika Nowego". Wiersze to nie kartofle, ciasno zgromadzone w worku. Jak można upchać 35 sporych objętościowo utworów na ledwie kilkunastu stronach? Poezja potrzebuje przestrzeni - w tym także papierowej. Nie zaszkodziłby również wydawnictwu spis treści.
Znacznie schludniej edytorsko wyglądają 2 następne tomiki poetyckie opublikowane w serii Biblioteki ARKADII pisma katastroficznego, tomy 7 i 8. Tom 7 zawiera utwory K. Siwczyka (Krzysztof Siwczyk "Wiersze dla palących", INSTYTUT MIKOŁOWSKI, Mikołów 2001, str. 48), poety, który hałaśliwie wszedł do literatury ciekawym zbiorem wierszy "Dzikie dzieci" (1995). Laureat wielu konkursów, w tym jednego z ostatnich turniejów poetyckich w Świdwinie. Nota biobibliograficzna pomieszczona na okładce jest wyjątkowo skąpa. Dowiadujemy się z niej jedynie tyle, że autor (rocznik 77) mieszka w Gliwicach. Poza wymienionymi tomikami wydał jeszcze dwa zbiory: "Emil i my" (1999) oraz "Dane dni" (2001). Skądinąd jednak wiadomo, że dodatkowego rozgłosu przyczynił sobie odtworzeniem roli Rafała Wojaczka w ambitnym, choć miernym artystycznie, filmie o Wojaczku właśnie. Już tylko z powyższego widać, iż ów dwudziestoczteroletni poeta świetnie rozpoznał metody rynkowych zagrań i potrafi medialnie się sprzedać. Nie czynię z tego zarzutu. Informacje te mają jedynie pomocnicze znaczenie w kontekście twórczości autora. "Wiersze dla palących" zawierają 40 utworów nieustannie balansujących na krawędziach znaczeń słowa. Poeta, biegle żonglując wymiennymi pojęciami, zdaje się czerpać radość z tej gry. To z jednej strony. A z drugiej ostentacyjnie demon-struje nieufność wobec używanego języka. W pewnej chwili powiada wprost: Wiem, jak ci o czymś powiedzieć,/ ale ze słowami jest tak,/ że lepiej nie mówić. Osobiście nie gustuję w tego rodzaju roztrząsaniach. Kilka tekstów w podobnej tonacji się strawi, lecz ciąg kilkudziesięciu po prostu nuży. Jest to poezja wyprana z poezji, bezemocjonalna i sucha. Dodam nieco uszczypliwie: czyżby miał się zapowiadać nowy zbiór Siwczyka, teraz przypuszczalnie pod tytułem "Wiersze dla pijących"? Polem do popisu mogą być też na przykład "Wiersze dla ćpających".
Trochę podobnie, ale nie do końca, wygląda sytuacja z M. Meleckim (Maciej Melecki "Przypadki i odmiany", INSTYTUT MIKOŁOWSKI, Mikołów 2001, str. 62). Autor, mieszkaniec Mikołowa (rocznik 69) na Śląsku, od kilku lat współpracuje z "Łabuziem", publikując tu czasem swoje utwory. W 1994 roku zdobył główną nagrodę ogólnopolskiego turnieju poetyckiego w Świdwinie. Dotąd ogłosił trzy tomiki wierszy: "Te sprawy" (1995), "Niebezpiecznie blisko" (1996) oraz "Zimni ogrodnicy" (1999). Skąd uwaga, iż Meleckiego można porównać z Siwczykiem? Ano stąd, że - mimo odmiennych poetyk (Melecki, w przeciwieństwie do Siwczyka, operuje rozbudowanymi obrazami, inaczej rytmizuje wersy) - obaj twórcy zdają się chodzić po tej samej linie. Dwa razy w dłuższym odstępie czasu czytałem "Przypadki i odmiany", zastanawiając się, co tak naprawdę poeta chciał powiedzieć oprócz tego, iż - jak wynika ze strof - bardzo mówić lubi? I gdzie u tego autora kończy się świadoma prowokacja, a zaczyna twórcza bezradność? Notuje Melecki w tytułowym tekście: (...) Tu jestem trochę/ Zasko-czony, tam otoczony murem,/ A tu, jakbym niczego innego nie robił, tylko/ Przelewał z pustego w próżne, lekko podchmielony,/ I podejrzewał, że właśnie o to chodzi. Nie chcę ujść za czepialskiego, ale czy takie gadanie nie przypomina bicia piany? Wiem, że podobna twórczość ma swoich admiratorów, zwłaszcza w rówieśniczym pokoleniu, lecz mnie ona nie przekonuje. Bo, mimo wielu rozmaitych zalet, w tym warsztatowych, wyprana jest z pierwiastka prawdziwej tajemnicy istnienia.
Na koniec został nam M. Wabik (Mateusz Wabik "Próba głosu", Związek Literatów Polskich, Kraków 1999, str. 45), debiutant (rocznik 75). Z notatki na okładce dowiadujemy się, że studiuje filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował swoje utwory w "Nowym Wieku", "Metaforze", również w almanachach. Czasami, pisząc o debiutantach, daje się im taryfę ulgową. Ale wygląda na to, że Wabik taryfy ulgowej nie potrzebuje. "Próba głosu" dosyć dobrze broni się sama. Większości z 35 zawartych w tomiku wierszy nie powstydziłoby się wielu bardziej doświadczonych poetów. Na czym polega siła strof autora? Przede wszystkim na wyrazistości obrazowania oraz umiejętnie rozkładanych akcentach. Przekonujący jest też klimat utworów (np. teksty "Pierwszy zawiedziony", "Czytanie własnych wierszy jest jak umieranie"). Naturalnie, widać w debiutanckim tomie sporo grzechów, wynikających głównie z "naczytania" innych autorów. Ale nie są to aż tak natrętne naśladownictwa - raczej poszukiwanie własnej drogi poprzez ćwiczenia. I jest szansa, że za pewien czas, w drugiej książce, głos Wabika bardziej się wyostrzy. Lecz, póki co - przekonuje poeta - sprawy mają się tak, iż: (...) jedyne co pozwala pchać ten
Paweł Szeroki
(październik 2001)
Jerzy Michał Czarnecki - KrakówONIRozminęli się na krawędzi snu. Ona jeszcze oddycha zapachem fiołków, on wydeptuje ścieżkę pod inną górę. Niby jeszcze razem, a każde w innej stronie świata. Ich Ziemie świadomości tak odległe... Może jeszcze kiedyś spotkają się w uprzejmym pozdrowieniu.
Jerzy Michał Czarnecki
Dariusz Kaleta, Robert H. ćwik - KołobrzegAUDIO-JELEŃ*Dzień był piękny. Życiodajne Słońce wisiało nad Ziemią, lśniąc niczym rozpalona gorączką łysina chorego na malarię. Upał był nie do zniesienia, a Pan Piórko bliski obłędu z tego powodu. Pocił się przy tym tak straszliwie, że nawet Buka nie chciała do niego podejść. Na dodatek skończył mu się dezodorant, a do najbliższego kiosku było zbyt daleko. Chwytał się więc wszelkich sposobów, by ulżyć swoim cierpieniom. Nie pomagał jednak zimny prysznic, owijanie ciała mokrym prześcieradłem, ani żadne inne sztuczki mogące złagodzić żar lejący się z nieba. Gorączka wypełniała i najdrobniejsze zakątki miasta, no, może z wyjątkiem podziemnych systemów kanalizacyjnych, ale tam akurat nikt ochłody nie szukał. Pan Piórko zebrał się jednak jakoś w sobie i postanowił nie dać się zwariować. W przypływie desperacji wyciągnął z łazienki miednicę, w której zazwyczaj robił pranie, wlał odrobinę zimnej wody, rozebrał się do naga i usiadł w niej. Teraz był już spokojniejszy i znacznie mniej niezadowolony z życia, niż przed chwilą. Chłód wody w misce przyjemnie pieścił zanurzone części ciała. Doznania były tak miłe, że rozluźniony Pan Piórko po prostu zasnął.
Minęła chwila nim Pan Piórko ostatecznie przekroczył granicę snu i przypomniał sobie, dlaczego siedzi goły w miednicy na środku pokoju. Upał. Upał jednak już ustąpił. A Słońce zaszło chyba dość dawno, skoro od ściemniałego za oknem nieba sączyło się sztuczne światło pobliskiej katedry. Jeden zabłąkany promień omiatał akurat siedzącego w miednicy i Bukę ciągnącą swego pana za palec u nogi. Światło odbite od wody tworzyło ruchomą poświatę, przydając całej sytuacji grozy i tajemniczości. Scena niemalże jak z obrazu Salvadore Dali lub Borisa Vallejo. Brakowało tylko pegazów, lwów, chimer, centaurów, faunów, driad i bachantek, aby Pan Piórko wyglądał niczym Dionizos w kadzi z winem. Wstał wreszcie i poczłapał do łazienki, aby się wytrzeć. Następnie, pędzony pragnieniem, wychłeptał łapczywie trzy szklanki wody z kranu i dopiero wtedy mógł zadośćuczynić życzeniu psa, czyli wyjść z Buką na wieczorny spacer. Ledwie jednak wyszli na korytarz, niemal zderzyli się z Malwiną, która krzyknęła przeraźliwie. I dopiero w tym momencie Pan Piórko uświadomił sobie, że wciąż jeszcze jest nagi. Prędko cofnął się do mieszkania i w pośpiechu założył jakieś spodenki oraz koszulę. Nogi jak zwykle wsunął w lekarskie drewniaki i ponownie otworzył drzwi na korytarz. Wstrząśnięta Malwina nadal tkwiła u szczytu schodów. - Dobry wieczór, Malwina. Co wam? - zagadnął uprzejmie. - Ja... Panie Piółko... co pan sobie... żeby goły mężczyzna... schodami... do mnie... przodem... tyłem... tak się nie godzi... - Zwariowałyście, czyście pijana? Jaki goły mężczyzna? Chyba ten upał wam zaszkodził. Malwina nieco oprzytomniała, słysząc naturalny, prawie beztroski, ton głosu Pana Piórko. "Może to i zwidy, może to z gołąca..." przemknęło jej przez myśl. Szok wywołany przelotnym widokiem nagusa powoli ustępował. - Oj, Panie Piółko - dodała speszona - gołąc taki dzisiaj, że może i mnie na oczy cosik padło. Ja przepłaszam, Panie Piółko. Stała już jestem... - Eee tam, zaraz stara - kurtuazyjnie odparł Pan Piórko. - Zmęczenie po prostu i to wszystko. Każdemu się zdarza. Dobranoc. Zadowolony z takiego obrotu sprawy zbiegł z Buką schodami na ulicę. Z rozrzewnieniem spojrzał na ziejącą w ziemi dziurę, zastępującą niegdysiejszy skwerek. Potem raz jeszcze sprawdził, czy latarnia oświetlająca katedrę nie ujawnia jego wyznań miłosnych drapanych na murze świątyni. Tymczasem Buka zrobiła zrobiła swoje i mogli wracać. W mieszkaniu Pan Piórko uwolnił Bukę od sznurka i zrzucił z nóg drewniaki. Spojrzał na zegarek. Czas na wiadomości. Włączył telewizor, z zapartym tchem śledząc krwawe i ociekające ludzką nędzą wieści ze świata. Zamierzał wyłączyć aparat z końcem informacji sportowych, ale nie chciało mu się nawet sięgnąć po pilota. Reklamy. Bla Bla. I nagle coś... dają pieniądze, duże pieniądze, a wystarczy tylko odpowiedzieć na dwa pytania i zadzwonić. Numer jakiś dziwny, bo zaczynający się od 0-700 i opłata prawie pięć złotych za minutę, ale te pieniądze... Co tam piątak, co tam pięćdziesiąt nawet, kiedy dają tysiąc razy więcej... Oczy mu rozbłysły. "Dobra - pomyślał - co to za pytania?". W tym momencie spiker przemówił. Najpierw opowiadał coś o matematyce i astronomii, a na koniec zapytał: "Czy według ciebie 2 razy 2 to: a) trzy, b) cztery, c) pięć?" Pan Piórko sięgnął po pudełko zapałek. Wyjął dwie, a potem jeszcze dwie i przeliczył. Cztery. Żadnej wątpliwości. Wynik zapisał na kartce, a tymczasem, po dalszym wprowadzeniu, spiker rzucił drugie pytanie: "Czy Mikołaj Kopernik był: a) Eskimosem, b) Holendrem, c) Polakiem?" Tu Pan Piórko zawahał się, wnet sięgając po znalezioną kiedyś na śmietniku encyklopedię z lat sześćdziesiątych, pozbawioną kilku stron początkowych i końcowych. Środek jednak był. - Kasza... kawa... kibuc... kiszonka... kopa... kopaczka mechaniczna... koparka... koper... Kopernik, Mikołaj... Jest!" Telewizyjny gadacz obwieścił właśnie wszem i wobec, że losowanie nagród odbędzie się przy okazji najbliższego zaćmienia księżyca, które przypadało kilka dni później. Pan Piórko wziął kartkę ze swoimi notatkami i podszedł do telefonu. Połączenie uzyskał natychmiast. Ale - ku jego zdziwieniu - po drugiej stronie odezwał się automat zgłoszeniowy. "Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pogadanki o szkodliwości palenia tytoniu..." Potok słów trwał około 5 minut. Na koniec padło pytanie: "Czy twoim zdaniem palenie tytoniu jest przyczyną raka płuc i chorób serca? Naciśnij jedynkę na tak, albo dwójkę na nie." Spocona dłoń Pan Piórko ledwo utrzymywała słuchawkę. Palec ześliznął się z jedynki na dwójkę. Sygnał śmignął gdzieś na drugi koniec świata, a gdy dotarł na miejsce, wróciły słowa: "Przykro mi, odpowiedź jest błędna. spróbuj jeszcze raz." Klik, pii... pii... pii. Coś przerwało połączenie. Pan Piórko zatrząsł się ze złości i wybrał numer ponownie. "Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pogadanki o szkodliwości palenia tytoniu..." I cała procedura od początku. Tym razem jednak nacisnął "1" po pierwszym pytaniu. "Odpowiedź prawidłowa. Zapraszamy do dalszej zabawy. Tu system Audio-Jeleń, Gra o Kasę. Czy znasz odpowiedź na pierwsze pytanie? Czy dwa razy dwa to według ciebie... " Nacisnął klawisz oznaczony cyfrą 2. "A teraz drugie pytanie w naszej zabawie Audio-Jeleń, Gra o Kasę. Czy znasz odpowiedź na drugie pytanie? Czy Mikołaj Kopernik był: a) Eskimosem... " Nacisnął klawisz oznaczony cyfrą 3. "Usłyszysz teraz krótki sygnał. Po sygnale podaj głośno i wyraźnie swoje imię, nazwisko, datę urodzenia, miejscowość, z której do nas dzwonisz i numer telefonu. Kiedy skończysz, odłóż słuchawkę." Pii... Tu Pan Piórko, krzycząc co sił w płucach, podał żądane informacje i odłożył słuchawkę. Telewizor brzęczał dalej. Pytania, na które udzielił odpowiedzi, powtórzono jeszcze kilka razy tego wieczoru. Gdzieś, w bliżej nieokreślonym miejscu, grupka ludzi siedziała wpatrzona z przydechem w wyświetlacz licznika połączeń przychodzących. To organizatorzy Audio-Jelenia, zacierając dłonie, już liczyli swoje zyski. Przypadająca im część opłat za połączenia w pierwszym dniu z powodzeniem wystarczyłaby Panu Piórko na rok bezproblemowego życia. Audio-Myśliwi, polujący na Audio-Jelenia, mieli jednak większe apetyty. Ale Pan Piórko tego nie wiedział. Zmęczony upalnym dniem wyłączył telewizor i - rojąc o zbliżającej się fortunie - poszedł spać. Nawiedzający go sen był jak zawsze niezwykły, zagmatwany i wielo-wymiarowy. Pan Piórko rzadko kiedy zapamiętywał widzenia senne w całości, ale nieraz wzdychał z żalem, że na jawie idzie mu znacznie gorzej. Tym razem podświadomość zniosła go z powrotem do szkoły. Wprost na maturę ustną z... właściwie ze wszystkiego. Być może był to efekt artykułu o reformie oświaty i tak zwanym nauczaniu zblokowanym. Czytało tym, czekając w kolejce u fryzjera kilka dni wcześniej. - Powiedzcie nam, Piórko - zaczął przewodniczący komisji maturalnej - czy gdyby Janko Muzykant żył w naszych czasach, miałby szansę odebrać gruntowne wykształcenie i stać się wybitnym muzykiem, sławiąc imię naszego kraju? Prosimy uzasadnić swoją odpowiedź w oparciu o ostatnie wyniki badań powierzchni Marsa, zmiany klimatyczne na ziemi i ogólną teorię względności w powiązaniu z podstawowymi założeniami ewolucji i postulatami rewolucji francuskiej. -Nie - stanowczo odpowiedział Pan Piórko. - Najpierw musieliby go wyleczyć, a szpital pewnie nie miałby podpisanej umowy z kasą chorych. Chłopak tak czy inaczej wykorkowałby na gruźlicę, jakkolwiek zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga mógłby pokonać chorobę sam lub z pomocą filipińskich uzdrawiaczy, co w świetle faktu, że nie udało się jeszcze w stu procentach potwierdzić obecności wody na Marsie, oraz wciąż większy jej deficyt na Ziemi, może prowadzić do wniosku, że osobniki dotknięte chorobą płuc mogłyby, w trakcie ewolucji, zrezygnować z nich zupełnie i oddychać za pomocą otwartych kości pneumatycznych czaszki, co miałoby tę przewagę nad oddychaniem tradycyjnym, że szeregowi żołnierze rewolucji francuskiej musieliby obawiać się już tylko syfa, gruźlica by im nie groziła. - Odpowiedź, hm... Zapytajmy widowni. Ci z państwa, którzy zgadzają się z wypowiedzią proszeni są o przejście na niebieską stronę sali, ci zaś, którzy się z nią nie zgadzają, niech przejdą na stronę żółtą. Pan Piórko odwrócił się zaskoczony. Sala pełna była ludzi, którzy teraz właśnie wstawali, przechodzili z miejsca na miejsce i siadali znowu. Przewodniczący komisji egzaminacyjnej podszedł z mikrofonem do jednej z osób. - Pani zmieniła miejsce na niebieskie. Dlaczego? - Bo siedzący koło mnie facet puszczał wiatry i już nie szło wytrzymać. Poza tym z tego miejsca lepiej widzę męża za kamerą. Józek! Tu jestem! - zawołała kobieta, machając w stronę operatorów. - Ale, czy zgadza się pani z tym, co powiedział egzaminowany? - nie ustępował przewodniczący. - Panie - odparła zniecierpliwiona - a co mnie to obchodzi! Ja tu mężowi kanapki przynoszę. Raptem zrobiło się zamieszanie. Paczkę z kanapkami rzuconą przez kobietę operator co prawda złapał, ale nogi zaplątały mu się w przewody i padając uderzył w kamerę. Ta, zsunięta ze statywu, potrąciła reflektor. Trzasnęło i niebieski płomień zalał podłogę, gdyż operatorowi kamery pękła ukryta za pazuchą ćwiartka spirytusu. Jednocześnie wysiadły bezpieczniki i salę opanowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem płomieni. Pan Piórko niepewnie podszedł do niebieskiego ognia. - Jesteś wreszcie. Czekałem. Mam już wszystko, czego potrzebujesz, aby pokonać smoka - odezwał się jakiś głos. - Ale dlaczego przychodzisz nagi? Pan Piórko spojrzał na siebie, uśmiechnął się bez przekonania i chciał coś powiedzieć, lecz głos nie dopuścił go do słowa. - Rozumiem, przychodzisz także po zaklętą zbroję. To będzie kosztowało jeszcze jedną sakiewkę złota. Podejdź i wstąp w krąg ognia. Pan Piórko zrobił kilka kroków do przodu i dostrzegł właściciela głosu. Za ruchliwymi płomieniami stał chudy facet, z orlim nosem i świdrującym spojrzeniem, ubrany w biały chałat oraz śmieszną czapkę zdobną w gwiazdki i księżyce. - Tak w ogóle coś ty za jeden? - zapytał cudaka. - Nie drwij, panie, znasz mnie przecież dobrze. To ja, Malwin, twój wierny czarnoksiężnik i astrolog pokorny. Szykuję cię do wielkiej wyprawy na smoka, co krainę naszą rujnuje, a tyś zgodził się bestię pokonać. Pan Piórko przyjrzał się bliżej dziwacznej postaci, dostrzegając pewne podobieństwo ze starą Malwiną. - Skoro tak mówisz, może tak jest - stwierdził i poczuł się naprawdę wielki, wspaniały i mężny. - To co jest do zrobienia? - ćwok, panie. Zabij ćwoka, a nagroda cię nie minie... - Zaraz, zaraz - przerwał Pan Piórko. - Chyba smoka, chciałeś powiedzieć? - Smoka, ty ćwoku, to jest jaśnie panie! - sprostował szybko Malwin, tłumiąc ledwo słyszalny chichot. - Król córkę swoją za żonę odda i tyle złota, ile będzie ważył pobity. Ale moja pomoc niezbędna, więc mam nadzieję, że się nagrodą podzielisz, ze mną, niegodnym - Malwin uśmiechnął się przymilnie. - Dawaj, co masz dać i nie marudź. Potem pogadamy o forsie. - Rozkaz, panie. Tu Malwin zaczął coś mruczeć pod nosem. Płomień zmienił barwę z niebieskiej na żółtą, potem na czerwoną i znowu na niebieską. Pan Piórko poczuł ciężar na głowie i ramionach. Spojrzał w dół. Jego ciało pokrywała rycerska zbroja. Malwin stanął naprzeciwko z lustrem i Pan Piórko ujrzał siebie w hełmie z pióropuszem i w niebieskiej zbroi. U jego boku wisiał ciężki miecz. Wyjął go z pochwy. Stal ostrza zalśniła oślepiającym blaskiem. Pan Piórko podniósł broń do góry i nie zastanawiając się wiele, krzyknął buńczucznie: - W drogę, na smoka, bij, zabij! Wtem znikło wszystko. Świat zalewało słoneczne światło. Pan Piórko stał przed smoczą jaskinią, z której dobiegały porykiwania bestii. - Wyłaź, gadzie - wołał Pan Piórko - stań do walki, paskudo jedna! I smok wyszedł. Przybyły z przerażeniem stwierdził, że bestia jest ogromna. Kształty smoka coś mu przypominały. Zwłaszcza ogon, długi i łysy jak u szczura, rozwinięte siekacze oraz uszy dość obwisłe. Nie zastanawiając się dłużej Pan Piórko skoczył do przodu i zdecydowanie dźgnął bestię tam, gdzie, jak przypuszczał, mogło być jej serce. Uderzenie było naprawdę mocne. Kiedy dosięgło smoka, ten zmalał niczym balon, z którego wypuszczono powietrze i nie był większy od królika. Skakał teraz i ujadał. Pana Piórko postanowił bestię dobić. Z przerażeniem jednak spostrzegł, że i jego miecz zmalał do rozmiarów zabawki. Smok, czy raczej smoczek teraz, biegał wokół niego, a Pan Piórko raz jeszcze przyjrzał się ostrzu miecza. Widniał tam napis "Dla Audio-Jelenia Roku", a z drugiej strony "Made in China". Ze złości kopnął skaczące dookoła niego zwierzę tak mocno, że stworek wyleciał wysoko w niebo. Potem patrzył, jak zwierzę rozdyma się, ulatując coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie z wielkim hukiem pękło pod nieboskłonem i zaczął spadać deszcz banknotów. Wszystkie o nominale dwustu złotych. - Wiktoria!!! - zawołał uradowany. Wtedy, nie wiadomo skąd, przyczołgała się obnażona Wiktoria, która - biegając na czworakach tam i z powrotem - przynosiła w zębach rozrzucone banknoty. Pan Piórko aż oczy przetarł z wrażenia i... obudził się, niestety. - Ale sen - mruknął do siebie. - Ciekawe, co może znaczyć. Audio-Jeleń... No tak! Zwycięstwo, bogactwo, Wiktoria u mych stóp! Wygrana! Aż dygotał z radości, lecz zaraz też uświadomił sobie, że do losowania pozostawało jeszcze sporo dni. Postanowił pomóc fortunie i zwiększyć swoje szanse. Włączył telewizor, nerwowo oczekując na kolejny konkurs Audio-Jelenia. Na pewno ten matematyczno-astronomiczny nie był jedyny. Nie mylił się. Co prawda jego telewizor odbierał tylko dwa programy telewizji publicznej i jeden komercyjny, ale i one dawały wybrańcom losu niezłe szanse na zrobienie fortuny bez ruszania się z domu. Zabawy nazywały się różnie, a to Audio-Jeleń, a to Tele-Jeleń, albo też Jeleń-Tele, zawsze jednak chodziło o to samo. Bez opamiętania wykręcał podawane tam numery, wysłuchując różnorakich pogadanek, odpowiadając na trywialne pytania w rodzaju "Jak nazywał się wybitny poeta polski z Czarnolasu, Jan Kochanowski?", "Które zwierzę domowe poluje, według tradycji, na myszy" i tym podobne. Tak minęło kilka dni. Nadszedł termin losowania nagród za poprawną odpowiedź w pierwszej zabawie Audio-Jeleń. Pan Piórko z wypiekami na twarzy śledził losowanie. - Pan Aurelisz Gaciowy - zaanonsował prowadzący program, z trudem powstrzymując się od parsknięcia - z miejscowości Gołodupiec Dolny. - Tu spiker nie wytrzymał i zgiął się w pół. Panem Piórko zatrzęsło ze śmiechu. Potem zawahał się. Skoro wygrał taki gołodupiec, to znaczy, że jego wysiłki poszły na marne. Zdenerwowany dał upust lżąc telewizję. Wyrzucona wiązanka inwektyw była wręcz imponująca. Opanował się wreszcie i już spokojniejszy pomyślał, że przecież odpowiadał na wiele pytań także w innych konkursach, więc może i do niego uśmiechnie się szczęście. Nie musiał czekać długo. Tydzień po pierwszym losowaniu odbyło się następne. Tym razem nagrody stanowił sprzęt gospodarstwa domowego, a typowano aż pięciu szczęśliwców. Pan Piórko z niedowierzaniem usłyszał wśród nich również swoje nazwisko. Po chwili zadzwonił telefon i telewizyjny spiker prosił go, aby się przedstawił. Okazało się, że został posiadaczem supernowoczesnej lodówki. Wartość nagrody - według tego, co mówił dzwoniący - wynosiła dwa tysiące pięćset złotych. Pan Piórko nie ukrywał wzruszenia. - Nowa lodówka! - cieszył się. - Nareszcie oddam rzęcha na złom! Następnego dnia niecierpliwie wyglądał kurierów z nagrodą. Doczekał się jedynie listonosza. - Dzień dobry. - wylewnie przywitał doręczyciela. - Oglądał pan wczoraj losowanie w Audio-Jeleniu? Wygrałem, panie, lodówkę za dwa i pół patola. Wkrótce przywiozą. - No, no - pokręcił głową listonosz. - Ale i ja mam tu coś dla pana. Wręczył adresatowi list z charakterystycznym znaczkiem Telekomunikacji Polskiej. - To tylko rachunek za telefon - skwitował Pan Piórko. - Dziękuję. Wszedł do pokoju, usiadł i otworzył kopertę. Szczęściem siedział, bo inaczej przewróciłby się z pewnością widząc kwotę, na jaką opiewał rachunek. Dwa tysiące czterysta pięćdziesiąt złotych! Ledwie o pięćdziesiąt mniej, niż warta była wygrana lodówka. Z niedowierzaniem obracał rachunek w rękach. "Czy to możliwe?" - myślał. Jednak po przeanalizowaniu połączeń z Audio-Jeleniem oraz innymi podobnymi "instytucjami" doszedł do wniosku, iż rzeczywiście mógł tyle "wygadać". Kilka dni później z bólem, bo z bólem, ale rachunek zapłacił, a firma spedycyjna przywiozła wygraną lodówkę. "Cholera" - rozmyślał, patrząc na nowy sprzęt - "Wyszło na to, że ja to, nie planując, kupiłem. Trudno, jest jak jest". Z lekcji tej Pan Piórko nie wyciągnął jeszcze żadnych wniosków. Dalej więc wydzwonił, odpowiadając na coraz głupsze pytania, z nadzieją na wielką wygraną. Po jakimś czasie w mieszkaniu przybył nowy telewizor z magnetowidem. Rachunek telefoniczny był niestety większy i w ten sposób musiał dopłacić jeszcze do nagrody. Przysyłano mu także mnóstwo nagród pocieszenia w postaci pluszowych zwierzątek i elektrycznych maszynek do zębów, które psuły się po kilkukrotnym użyciu. Potem przestał wygrywać. Rachunki telefoniczne pochłonęły wszystkie oszczędności. Pan Piórko chodził zły i załamany. Nie bez oporów zrezygnował z Audio-Jelenia. Wiedział, że następnego rachunku nie udźwignie i że na pewno wyłączą mu telefon, naślą komornika, albo zrobią jeszcze coś gorszego. Tylko cud mógł uratować Pana Piórko przed taką przyszłością. I cud się zdarzył. Oto w jednym z ostatnich konkursów, w którym brał udział, główną nagrodą było trzydzieści tysięcy złotych. W dniu losowania jak zwykle zasiadł przed nowym telewizorem i z wypiekami na twarzy śledził całą procedurę. Losowanie prowadziła młoda spikerka. Z namaszczeniem grzebała w szklanej kuli, w której zgromadzono kartki z danymi dwustu szczęśliwców wytypowanych przez komputer, a potem wyciągnęła z niej pasek papieru i odczytała: "Pan Piórko z Kołobrzegu". Nie dowierzał, ale w chwilę później zadzwonił telefon i usłyszał głos spikerki, która - przedstawiwszy się - poprosiła o podanie imienia, nazwiska, daty urodzenia oraz miejscowości. Gratulacje dzwoniącej i cała reszta gadania już do niego nie docierały. Automatycznie odłożył słuchawkę. "Trzydzieści kawałków" - myślał intensywnie. "Opłacę telefon, a potem ruszę gdzieś na wycieczkę" - planował dalej. Odżył i odzyskał pogodę ducha, która nie opuszczała go do chwili odbioru wygranej. Tego też dnia otrzymał kolejny rachunek telefoniczny. Drżącymi rękami rozerwał kopertę i zawył, niczym raniony lew. Wielki szlag trafił jego forsę i wycieczkę. Pan Piórko widział już wiele, ale czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Odłożył rachunek na bok. Wstał, założył drewniaki i powlókł się do delikatesów po dwie puszki piwa. Wrócił do mieszkania, wyjął szklankę z szafki, usiadł przy stole, otworzył piwo i nalał sobie do pełna. - No, to za nagrodę - powiedział do siebie, unosząc szklankę z piwem. A spełniwszy toast, raz jeszcze spojrzał na rachunek i kwotę do zapłaty. Dwadzieścia dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć złotych. Za swoją wielką wygraną mógł sobie kupić co najwyżej dwie puszki piwa. "Audio-Jeleń" - pomyślał Pan Piórko, a potem zaczął się śmiać tak głośno, że aż Buka przybiegła zobaczyć, czy z jej panem wszystko w porządku. Lecz na tym się nie skończyło. Wkrótce musiał zwrócić wygraną, bo dopatrzono się błędu formalnego w ankiecie. Otóż w niepojęty sposób przy dacie urodzenia znalazł się - miast roku 1958 - rok 1858. Powiadomiono go o tym telefonicznie. Gdy próbował zaprotestować, rozmowę ucięto bezpardonowo: - Wstyd! Pan powinien już dawno nie żyć. W piersi Pana Piórko coś zaskowyczało, a może i załkało. Wytarł spoconą dłoń o sierść Buki i wykręcił numer zgłoszeniowy "Adio-Jelenia", chcąc zgłosić się do działu reklamacji. "Spokojnie, tylko spokojnie' kreska_dolna powtarzał przez zaciśnięte zęby, coraz mocniej szturchając drewniakiem przestraszonego psa. Wreszcie odezwał się automat zgłoszeniowy. "Witamy. Właśnie dodzwoniłeś się do systemu Audio-Jeleń. Wiemy, że spieszy ci się, aby podać prawidłowe odpowiedzi, ale najpierw posłuchaj pouczającej historii próby oszustwa w naszej zabawie, której dopuścił się niejaki Pan P. z Kołobrzegu, usiłujący zafałszowanymi danymi osobistymi wyłudzić od nas trzydzieści tysięcy złotych. Przeciw temu panu wysyłamy pozew do sądu. Niechaj będzie to ostrzeżeniem dla naciągaczy. A jak zaczęła się historia z Panem P.? Całkiem niewinnie. Dzień był piękny... "
Dariusz Kaleta
Robert H. Ćwik *drugi fragment powieści pt. "Pan Piórko", której pierwsza część, zamieszczona we wrześniowym numerze, rozbawiła wielu czytelników. Autorzy poszukują sponsora lub wydawcy, który podjąłby się opublikowania książki. Kontakt z duetem autorskim: roberthc@poczta.onet.pl
Piotr Michałowski - SzczecinKRÓTKA HISTORIA JAZZU
(impresja)
nie bo ziemi słoń drze świat
Niebo Ziemia Słońce Drzewo i radość Światła - z Nocy Słońce od tysiącleci wciąż na nowo ze Skały Strumień z Drzewa Owoc Drzewo - Cisza Cisza - Dźwięk
Ziemia dyszy oddechem tropiku dudni wielki bęben pod pałkami stóp tańczy ognisko korowodem cieni ich pióra głaszczą potęgę chmur a ponad wszystkim leśne echa a ponad wszystkim gwieździsta noc i świt i dzień w zieleni
Z plantacji nędzy podróży westchnień zaułków cudzych wspomnień płynie blaszany oddech wolności lecą w tlen czasu promieniste dźwięki przez próg milczenia i autostradą saksofonów - w błękit
pękły na szczytach Manhattanu w zachody słońca zieleń motyle zapach bananów gorący deszcz - z nich rośnie Drzewo - gałęzi ma tyle pod obcym niebem w termitierach miast
w błękitnomglisty chłód poranka na moście spotkań w kapeluszach chwil gdzie mewie sen płoszą klaksony pośpiechu - wyrasta Drzewo - gałęzi ma tyle tyle ma gałęzi gałęzi tyle ma że tylko czasem zbłądzi do uszu niezrozumiała tęsknota buszu Ziemi Nieba Gwiazd
(1976,2001)
Piotr Michałowski
Mieczysław Machnicki - Warszawa***Ktoś woła w niebie. Ktoś chce mnie pogrzebać. A ja nie wiem, czy zapisać ten nie skończony podsłuchany wiersz, czy poczekać na głos sumienia?
Mieczysław Machnicki
Pięć - dziesięć zdań:
Nauka będąc zaledwie kolejnym systemem wierzeń, jest tak samo skażona i dogmatyczna jak każda religia, a zatem ma tak samo swoje "szaleństwa" i sofizmaty. Nasza obecna bezkrytyczna wiara w jej ostateczną prawdę tylko potwierdza porażkę w rozpoznawaniu podstawowych niezgodności i anomalii, które uzasadniają późniejsze testy. Obiektywnie jest ona bliżej spokrewniona z oczekiwaniami i potrzebami niż jest to ogólnie szacowane. Powinniśmy zaznaczyć, że ci którzy czują się pewni prawdy metodologii naukowej, rzadko pracują na rubieżach nauki. Nasze źródła rozwinęły się z komórkowego chaosu, bezkształtnego, protoplazmatycznego szlamu, poprzez przedtotemiczne i słoneczne kulty, do dzisiejszego zaufania pokładanego w podobnych, prymitywnych kultach atomicznych. Prawdziwa ewolucja dopiero się rozpoczęła. Potrzebowalibyśmy teraz wytworzyć własną wewnętrzną mutację albo zyskać prawdziwe zrozumienie przestrzeni kosmicznej, przestrzeni między przestrzeniami, cienia między cieniami i nieskończonej ciemności tego, w czym zwycięża metafizyczna transgresja. Póki nie rozpoczęliśmy naszej podróży przez wewnętrzny świat mikrokosmosu, gdzie DNA jest ostatecznym pasożytem, a życie jest niczym więcej - tylko wibracją - tym lepiej. Istnieje prawdziwa potrzeba odkrycia magicznych wykresów i cyfr, które rozpieczętują komórki wszystkich wymiarów.
B. Lustmord, Los Angeles, maj 1994
tłumaczenie: Łucja Agnieszka Pławska
Paweł Senderek - Kraków* * *mocno senny ten szósta zero pięć dźwiga główną aleją miasta rękaw do czoła przyklejony i jak do swojego wyciągniętą sękatą skibę dłoni co to każdy złamany kłos obwiązywała bandażem palców wilgotna atramentem połamanymi stalówkami paznokci prześlizguje się po arkuszach mgły i o czymś tam w drodze ciągle zapomina
Paweł Senderek
Pięć - dziesięć zdań:
Drogi Leonie, z Frankfurtu nad Menem informuje Ciebie,
że w Piśmie "Krajobrazy
Dziedzictwa Narodowego" nr 1 (5) 2001 wydawanym
w Warszawie przez Ośrodek Ochrony Zabytkowego Krajobrazu,
p.
"... Tymczasem w Europie Zachodniej, której standardy są jednym z celów polskich przemian, poziom życiowy i estetyczny małych miast należy do najwyższych w skali krajowej. Nie ustępuje on standardom metropolii, a często go nawet przewyższa. Pojęcie prowincji posiada tam charakter pozytywny, a nie pejoratywny jak u nas. Traktowanie prowincji z szacunkiem i dbałość o jej wysoki poziom zwłaszcza w małych miastach jest przejawem zachodnioeuropejskiej kultury i cywilizacji...".
Święta prawda, i takie jest Wasze samopoczucie w Łobezie, i filozofia "Łabuzia", i stąd też moja do Was sympatia. Należałoby powiedzieć: nic dodać!!! Utwierdzając Cię, Leonie, w sensie robienia "Łabuzia", informuję, że "Krajobrazy Dziedzictwa Narodowego" są lekturą obowiązkową.
Tymczasem w Europie..., Leonie.
Z najlepszymi pozdrowieniami
Stefan Kosiewski Wiesław Pisarski - LesznoPISZĄCPisząc chodzę po butwiejących kościach dotykam omszałych płyt nagrobnych zapalam znicze zgasłych oczu podnoszę przewrócone losy
Pisząc dotykam ran krwawiących sporów przeciętych ostrym mieczem spojrzeń do dna wyschniętych studni pękniętych ścian rodzinnych domów
Pisząc oswajam zmarszczki przemijania
wrzesień 2000
Wiesław Pisarski
| |
| |
Lech M. Jakób - KołobrzegAUTORYTET
W świecie współczesnym, wobec rosnącej erozji wartości kulturowych i społecznych, panuje nie zaspokojone łaknienie autorytetu. Przy czym nie zawsze idzie tu o autorytet wynikający ze sprawowania (lub posiadania) władzy, a raczej o coś, co może być między innymi związane z szacunkiem dla wybitnej umysłowości, czy też kogoś, kto budzi podziw na przykład stroną etyczną.
Łaknienie autorytetu, do którego czasem chcemy się odwołać, jest zrozumiałe. Ludzie niezmiennie potrzebowali wyraźnego odnośnika dla własnych zamysłów, rozważań lub czynów. Taką rolę pełnią zwykle osobnicy w swych dziedzinach wyspecjalizowani lub przywódcy różnych społecznych grup na rozmaitych poziomach. I tak autorytetem zawodowym dla robotnika jest brygadzista, dla kierowników poszczególnych działów dyrektor firmy, dla młodszego dzieciaka rodzic, dla studenta profesor uczelni, zaś dla członka sekty jego guru.
Albo inne przykłady. Dla społeczeństwa, z racji umocowania politycznego, autorytetem może być prezydent. Dla chrześcijan (a zwłaszcza dla katolików) autorytetem moralnym i religijnym będzie papież. Naturalnie założenie takie wymaga spełnienia określonego warunku. Ktoś, w kim chcielibyśmy postrzegać autorytet, musi być znaczącym probierzem w swojej dziedzinie. Przewyższać innych wiedzą, talentem, władzą, gruntownym wykształceniem lub czymkolwiek, co autorytet czyni rzeczywistym.
Inaczej przedstawia się sprawa z autorytetami urojonymi, sztucznymi lub w przypadku mieszania znaczeń. A z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w szczęśliwie umarłym 12 lat temu poprzednim systemie politycznym naszego kraju. Na on czas, o czym zapomnieć nie sposób, pojęcie autorytetu bywało nadużywane lub wykrzywiane. Często monopolista władzy uchodził za mentora i znawcę jednocześnie rozmaitych dziedzin życia. Najpośledniejszy aparatczyk pouczał uzależnionych maluczkich co i jak mają robić, o czym myśleć. Politycy bezkompromisowo wypowiadali się o sposobach produkcji masła i sznurka do snopowiązałek, a lada fachowiec od ekonomii uświadamiał nas moralnie. Najdziwniejsze i równocześnie najbardziej niepokojące było jednak to, że przeciętny "autorytetobiorca" godził się z tym. A nawet chyba gorzej: zdawał się nie dostrzegać w podobnych praktykach niczego nagannego.
Wiadomo jak systemy totalitarne demolowały mentalność obywateli. Dlatego śmiesznie dziś wygląda hodowca drobiu zawłaszczający rolę (i autorytet) specjalisty od kultury, żałość budzi elektryk strofujący naród z pozycji właściciela wszystkich rozumów, zniesmacza socjolog pouczający pracownika produkującego gwoździe.
Autorytetami w rozmaitych dziedzinach (by chociaż zechcieli poprzestać na A z faktu, że istotnie zdarzają się pisarze będący równocześnie na przykład filozofami lub moralistami, wynika jedynie to, iż właśnie oni - mimo predestynacji - na ogół wymądrzania publicznego się nie imają. Jeśli już, cechuje ich powściągliwość. Ciekawe, prawda?
Lech M. Jakób
Zofia Badura - Wrocław***Tłusta pielęgniarka chciała pisać wiersze i jej praktyczna siostra, i kierownik klubu. Wszyscy. Nie było w tym nic śmiesznego. Tłukąc ramionami wzbijaliśmy się w powietrze jedno po drugim. Na górze płacono honoraria. Policzki płonęły jak po uderzeniu. Sięgaliśmy prędko po papierosy. Zbierało nam się na uroczysty szloch: tak, panie redaktorze, wiersze były naprawdę życiem i to już przepisanym na czysto!
Zofia Badura
Piotr Rybczyński - ElblągWCHODZĄC DO BOGAWchodząc do Boga nie słyszałem dziecięcego chóru ani anielskich organów nikt na mnie nie spojrzał U Boga wszyscy byli zajęci robieniem dobra Stanąłem w kącie nawet nikt mnie nie wyrzucił.
Piotr Rybczyński
|