CZAS ZNIEWOLONY
Archetypiczny dla cywilizacji europejskiej przekaz biblijny wskazuje, że czas wolny jest zawsze czasem po jakiejś pracy. Bóg naharowawszy się przez
sześć dni, odpoczywa dnia siódmego w sposób, co do którego Pismo milczy
(a złośliwi, jak zwykle w takich przypadkach, spekulują). Dość rzec, że ostatni dzień tygodnia stał się w ten sposób dniem wolnym,
to znaczy - uwolnionym mocą najwyż-szego od znoju codziennego trudu.
Jednakowoż fundamentalna opozycja między czasem odpoczynku (może nawet
zabawy) i czasem pracy wydaje się być co najmniej podejrzana, Po pierwsze,
już na pierwszy rzut oka widać, że czasu wolnego jest zdecydowanie mniej
niż niewolnego. Pracować - znaczy zaś, przynajmniej od czasów rewolucji
przemysłowej, zdecydowanie coś przeciwnego niż "bawić się" i "tworzyć".
Praca jest raczej reprodukcją, rodzajem powtórzenia, a w najlepszym razie
- kompilacją. Oczywiście zdarzają się perwersyjne osobniki, które upatrują
w żonglowaniu elementami rzeczywistości doskonałej formy samorealizacji.
Ale, jeśli przyjąć za fundament człowieczeństwa, ludzką zdolność do zmiany
tejże rzeczywistości (podkreślam zmiany - a nie rekonstrukcji), to zdecydowana
większość naszej pracy jest zwyczajnie nieludzka.
Obiegowy pogląd mówi, że wg. Marksa, praca stanowić miała wyznacznik
naszej gatunkowości jako ludzi. Nie jest to do końca prawda, o czym przekonuje
lektura Rękopisów... O ile można się zgodzić, że dopóki wytwory
pracy należały do pracującego, jego wysiłek był zarazem jego ekspresją,
o tyle "robotnik pozostaje do produktu swej pracy w takim stosunku jak
do obcego przedmiotu". Wydaje się, że opis taki wystarcza do dokonania
generalizaji: oto bowiem nie chodzi tu tak na prawdę o bogu ducha winną
klasę robotniczą (o ile taka w ogóle istnieje), ale o każdego z nas w centralnym
punkcie jego życia. En masse nie pracujemy, aby coś stworzyć
dla siebie i dla własnej radości, a potem ewentualnie to sprzedać (pochwaliwszy
się najpierw), ale pracujemy, aby to sprzedać, a potem ewentualnie cieszyć
się z kupionego sobie za uzyskane pieniądze czasu wolnego. Przedmiotem
wymiany nie są więc owoce naszej pasji, ale rutyny. Zresztą już sam akt
transakcji w jego formie obecnej zniechęca do "wkładania serca" w to, co
robimy.
Anonimowy towar anonimowego autorstwa czeka odtąd na anonimowego
klienta (...)
Przedruku - fragmentu, dokonaliśmy z "żurnalu proletariatu
Ducha - MONADA" - Wrocław nr 13, rok 2000.
Dziękujemy pkl. "Łabuź"
Pięć - dziesięć zdań:
O PROWINCJONALNIE AMATORSKIEJ KULTURZE
MIEJSCOWI...
nam - Łabuziom
Wielu, śmiem przypuszczać, czuje zażenowanie wobec rozbebeszonej prowincji.
Przekorny negliż i krnąbrna jawność małomiasteczkowości bywają wszak niewygodne
dla wyniosłych oczu. Jej skąpe odzienie niby pociąga, ale i zawstydza i czyni wyrzuty słabości. Najłatwiej więc upchać prowincję w formy wielce
ucywilizowane. Któż spostrzeże, że wypełza ona dźwiękiem akordeonu podwórkowego
grajka, że ulatuje czasem zapachem maślanki, kartofli i kiszonego ogórka,
że osiada wreszcie na murze zaściankowym hasłem! Myślę, że to jest właśnie
tęsknota, która - często niezręcznie - domaga się posągu, utrwalenia
i coraz mocniej przypomina o należnych jej prawach. To jest właśnie bezwstydne
barbarzyństwo szlachetności, które osiąga czasem dojrzałą postać działania.
To jest właśnie odwaga.
Zaściankowość jest bodaj najbardziej bezpośrednią, bo arogancko jawną,
formą naszej cywilizacji zachowującą tę swoją osadną charyzmę, która Bóg
wie czego w istocie dotyczy. W konkretnej, definitywnej istocie. Tak też
zaznacza się związek z naturą, przez którą najlepiej w tym kontekście rozumieć
pierwotność, symbol plemiennych i głębszych korzeni. Ale przecież nie tylko
o warstwę symboliczną tu chodzi. Gdyby ból i zachwyt były tylko przenośnią,
urobionym toposem artystycznej historii, wirtuozyjnym eksponowaniem boskiego
szału, to trzeba by uczynić egzystencję alegorią Nieznanego, przenośnią,
która poza odczytywaniem samej siebie niewiele wnosi. Takoż i istnienie
prowincji nie jest symboliczne. Zadanie polega na przypisaniu owej realnej
istności jakiegoś znaczenia. Przypisaniu - wszak nie ma tu mowy o treściach
absolutnych ani immanentnych wartościach. Zresztą - gdy znaczenie się obnaża
i zaskakuje samo siebie, nie posiada wtedy odcisków woli. Czynienie rzeczy
piękną wysiłkiem nie wyobraźni, lecz przekonania i pracy - jest godne wzruszenia
i pamięci.
Tymczasem partykularyzm staje się wycieraczką, o którą można zaledwie
nogi obetrzeć przed progiem spektakularnej kultury. Atoli zaściankowość
jest bardzo przytomna w swym upokorzeniu, przypomina bowiem, że istnieje
przeciwny biegun wartości. Biegun nad którym nie ciąży miecz Damoklesa
a ściślej - siekiera opinii. I trzeba tu pamiętać o strofach biesiadnych,
gastronomii regionalnej, czy też warsztatach stolarskich, w których pracuje
się nad kościelną ławką. Boć nie o wartościowanie analityczne tu chodzi.
Fakt, utrwalanie, autentyzm - oto tropy wydreptane przez doświadczanie
ducha prowincji, którego fenomen polega na spontaniczności i samodzielnej,
czasem nieporadnej - ale własnej - percepcji rzeczywistości.
Przestrzeń świata uświadamia istnienie prowincji globalnej. Na tle miriadów
myśli, słów i czynów dziejących się gdzieś Tam, Tu i Teraz staje się wyzwaniem
autonomicznym i koniecznym, żeby przetrwać. Prowincja jest zatem przyjęciem
tego wyzwania i zachowaniem tożsamości w międzyprzestrzeni i w międzyczasie.
Łobez. Wprzódy był on dla mnie mlekiem domu, piaskownicy, huśtawki; mlekiem,
które w tym klimacie musiało stać się żywicą. Pozostał wszak we mnie obraz
miasteczka będącego przecież kiedyś całym światem. Miasteczko i jego ulice
zawsze tak naprawdę były niedostępne, zawsze strzegły Nieznanego swoimi
przydrożnymi ogrodami i, a jakże!, oplutym brukiem. Właśnie w miasteczku
trudniej dotrzeć do Miejsca, niż w którejkolwiek innej formie cywilizowanego
świata.
Jednakowoż jest to możliwe: Łabuź. Działanie zmaterializowane
po raz 35. Domyślam się, wiem, że to nie tylko fizyczna forma pojawiająca
się od 1992r. To też jakiś trop światopoglądowy - trop, wszak tu każdy
mruczy po swojemu, uogólnienie programowe jest zatem niemożliwe. Zbiorowy,
redakcyjny finał jest efektem prywatnego zaangażowania. Przybywają tu prowincje,
śmiało rzec można, ogólnopolskie, gruntuje - łobeska, a nade wszystko uobecnia
się prowincja ducha. Dużą sztuką jest pamiętać o korzeniach w listnych
przestworzach. To jest właśnie odwaga - objawienie barbarzyństwa.
Twarde świadectwo szlachetności. Tu rozpoczyna się początek krajobrazu
prowincji, który jest we mnie. Miasteczko, społeczność, wreszcie - jednostka
stojąca na straży własnej tożsamości. I nie umiem ominąć przy tym temacie
Leona Zdanowicza - po prostu zderzam się z nazwiskiem, które w kontekście
słów o Łabuziu trzeba choćby zaznaczyć (gdyby była stopka redakcyjna -
skierowałabym właśnie do niej).
Nikt nie jest w stanie zagwarantować następnego numeru
Łabuzia. To chyba bardziej mobilizujące, niż smutne. Bo jest też obowiązek
zrobienia tego, na co pozwalają siły. Tu nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać
istnienie Łabuzia. Szkic ten miał obronić wilkołaczność, która wyje do
księżyca, która straszy zabłąkanych a czasem budzi zdziwienie, i która
tworzy wartość prowincji.
(wersja pierwsza, październik 2000)
Agnieszka Wesołowska
Wiesław Pisarski
A SUFIT PRZECIEKA
Kto wyrwie nas z tej otępiającej, rozedrganej, kaleczącej umysł rozpaczy,
która osacza nas jesienią na ulicy Niepodległości w powiatowym mieście,
które reklamuje się hasłem "Tu chce się żyć".
Kto wyrwie nas z samego środka zapomnienia, że życie jest o wiele prostsze
niż się to wydaje wszystkim uczonym w pismach. To my dajemy się pociągać
za sznurki naszemu umysłowi jak marionetki. Czyż wszak wszystko nie jest
złudzeniem? Ono nas spycha w przepaść bez dna.
Albo te twoje wiersze. Czy ty nie okłamujesz siebie i mnie? Przecież
twoje pisanie jest potrzebne tylko tobie. Już stało się to, o czym pisałeś
przed laty. Piszemy to, czego nikt już nie czyta. Piszemy tylko dla siebie.
Bo to pisanie wyrywa nas z tej spętlającej nas tęsknoty. Te wersy, te zdania
podają nam rękę, kiedy z naszego domu opada tynk, a sufit przecieka po
jesiennych deszczach.
Wiesław Pisarski sierpień 2000
Paweł Szeroki
PROWINCJONALIA (7)
W obecnym przeglądzie pięciu autorów z czterech miast: Piły, Koszalina,
Słupska i Bydgoszczy. Poezja i proza. Książki w większości warte lektury.
Choć nie do końca. I tak opór budzi nowy tom poetycki S. Pastuszewskiego
(Stefan Pastuszewski "Po przełomie", Instytut Wydawniczy ŚWIADECTWO,
Bydgoszcz 2000, str. 96). Poeta (rocznik 49) jest autorem znanym nie
tylko na Pomorzu i Kujawach; wydał kilka książek (ostatnio "Sonety i poematy"),
wiele jego utworów tłumaczono na języki obce. Powinien zatem wiedzieć,
że niektóre rzeczy - zwłaszcza komuś ze sporym dorobkiem - nie przystoją.
Dlaczego się zżymam? S. Pastuszewski swoją książkę poetycką w jednej
trzeciej wypełnił opiniami kilkunastu recenzentów. I to samymi pozytywnymi.
Mamo, chwalą nas?
Mówiąc krótko fatalna to praktyka, niestety tu i ówdzie pleniąca się
wciąż mocniej. Drodzy poeci! Nie wlewa się do jednego naczynia wina i zupy
z kaszanką!
Gdy idzie o same wiersze, a jest ich w tomie przeszło pół setki, na
ogół bronią się bez niczyjej pomocy. Jest to twórczość z gatunku oswojonego
i przyjaznego czytelnikom. Trochę eklektyczna, trochę śpiewna - obracająca
się wokół wątków lirycznych oraz przemijania. Może nie oryginalna, lecz
dobrze nadająca się na jesienno- zimowe wieczory. Naturalnie po wyrwaniu
kartek z irytującą watą recenzencką.
Nie jest wykluczone, że czytelnicy poczną wyrywać strony także innej
książce, innego autora, choć z odmiennych powodów. Mówię tu o kolejnej
pozycji Cz.Kuriaty (Czesław Kuriata "Polskie pryszcze", Wydawnictwo
POLIMER, Koszalin 2000, str. 132), dofinansowanej przez Miejski Ośrodek
Kultury w Koszalinie, a także PKO BP, Zakłady Gazownicze i restaurację
"Metro". Bo cóż nam tym razem prezentuje autor (rocznik 38) "Nieba zrównanego
z ziemią", książeczki tak niegdyś zachwalanej przez J. Przybosia? Satyryczne
zmiotki z lat różnych: i wierszyki, i fraszki, i rymowane felietony. Publikowane
wcześniej w prasie i na antenie radiowej. Literat poszkapił się (albo nie
dopilnował wydawca, czyniąc szkodę autorowi), serwując zdezorientowanemu
odbiorcy groch z kapustą. Przedobrzył Kuriata z ochoty utworzenia silva
rerum. Za dużo tu wszystkiego i bałagan w ramach tego.
I proszę, niechcący "rymnąłem" po lekturze. Ale żarty na stronę, mimo
że książeczka z założenia miała być rozśmieszająca. I taką po części być
może by była - po ostrzejszej selekcji. Gdyby usunięto radosne strofy w rodzaju Podatkiem nie obciążą nawet jołopa/ od szmalu za donos do gmachu
UOP-a. I tak dalej, i tak dalej...
Odmienny rodzaj satyry prezentuje autor "Potwornych poglądów cynicznych
krasnoludków", opublikowanych nakładem ISKIER piętnaście lat temu. Mowa
o A. Ulmanie (rocznik 31). Jego najnowsza powieść (Anatol Ulman "Pan
Tatol", nakład własny [!], Słupsk 2000, str. 218) o rozbudowanym podtytule
"czyli nieostatni zajazd na dziczy; historia burżuazyjna z końca", aż skrzy
się od fruwających noży, których celem są plecy, piersi i wszelkie inne
części ciała polskiej rzeczywistości. Książka przesycona aluzjami, bogata
erudycją, bezpardonowo atakująca kler i nuworyszy - mocno także macerująca
mechanizmy polityki ostatniego czasu. W zasadzie każdego czasu, gdy to maluczcy są notorycznie robieni w trąbę. Nie ma dla Ulmana świętości, a razy rozdziela równo.
Tył okładki okrasza cytacja J.J. Rousseau: Książki tej nie napisano,
by krążyła po świecie. Styl odstraszy ludzi kierujących się smakiem, treść
przerazi poważnych, a tym, którzy nie wierzą w cnotę, wszystkie uczucia
wydadzą się niezgodne z naturą. Nie powinna podobać się pobożnisiom, libertynom,
filozofom; będzie chyba raziła kobiety lekkie a gorszyła uczciwe. Jawna
i inteligentna prowokacja, której próbkę w postaci finalnego fragmentu
tejże powieści - "Przysmaki II Rzeczpospolitej" - czytelnicy zdążyli poznać
w 31 numerze "Łabuzia".
Jednego tylko żałuję. Doraźności. Bowiem za jakieś 30 - 40 lat potencjalny
odbiorca chyba nie bardzo będzie potrafił odczytać dziś gorącą satyrę polityczną.
A przynajmniej nie wszystkie odnaleźć niuanse.
Ulman A. jest słupszczaninem (choć urodzonym w Nancy we Francji). Słupszczanką
jest też A. Łajming (rocznik 04, choć urodzona we wsi Przymuszewo koło Chojnic), której warto poświęcić kilka słów. Autorka
to na ogół mało znana (Anna Łajming "Z leśnych pustków", Oficyna CZEC
i Oddział Słupski Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Słupsk - Gdańsk 2000,
str. 296), czego wypada żałować. Tęgie pióro. I szkoda, że krytyka
współczesna gdzieś po drodze pisarkę "zgubiła".
Prozaik, autorka sztuk scenicznych. Debiutowała w 1958 r. skeczem "Parzyn".
W sumie niewiele ma książek na koncie, ale każda nosi indywidualne piętno.
Choćby "Miód i mleko" opublikowane w 1971 roku, czy "Dzieciństwo: wspomnienia"
(1978). Starannie wydana książka "Z leśnych pustków" zawiera 54 opowiadania
- niemal wszystkie w ciągu życia powstałe. Jawi się nam tu pisarz rasowy,
rzetelny, o rzadkim talencie narracyjnym. To lektura dla smakoszy za nic
mających zgiełk doczesności. Poznajemy tu, chwilami mrocznie nakreślony,
o zabarwieniu naturalistycznym, świat leśnych pustkowi południowych Kaszub.
Znaczącą tylko przeszkodą w trakcie czytania może kazać się gwara kaszubska,
od której autorka świadomie nie stroni.
Kwartalny przegląd interesujących zjawisk literackich pomorskiej "głuszy"
kończy mikrozbiorek wierszy J. Utkina (rocznik 63). Poeta z Piły (Jerzy
Utkin "Oddalenia", Biuro Wystaw Artystycznych i Usług Plastycznych, Piła
2000, str. 12) dopiero zaskarbia sobie łaskę czytelników, choć kilka
tomów już opublikował - między innymi świetne "Oktostychy" (1989),
wyróżnione Nagrodą Młodych im. Włodzimierza Pietrzaka, Dwa lata temu ukazały
się "Oazy i fatamorgany". I teraz najnowsza pozycja - "Oddalenia".
J. Utkin, nie kryjący miłości do Josifa Brodskiego, wędruje ścieżką
rzadko uczęszczaną, gdy idzie o formę. I konsekwentnie jej się trzyma.
Bo kto dziś udatnie skrobie trzynastozgłoskowcem, z rymem, rytmem i średniówką?
Który ze współcześnie żyjących poetów odważy się przemawiać w ten sposób?
A w "Oddaleniach" właśnie rozkłada nas Utkin na łopatki serią 24 świeżych
oktostychów. Może ktoś zadać pytanie, jak to się ma do obecnie najpowszechniej
uprawianych poetyk. Wówczas odpowiem: jakakolwiek forma poezji potrzebna,
ale cóż formie bez treści? Dzięki Bogu Utkin nie bredzi i wiele do powiedzenia
pięknym językiem ma. Wyznaje również w czterozdaniowym posłowiu: Poezja
to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo drogi bez początku i końca.
Zaiste, szanowny panie poeto, zaiste!
Zanurzmy się, żegnając, w jednym z poetyckich majstersztyków Jerzego
Utkina.
zwierciadlane olśnienia rozlewiska rtęci
księżyc w pełni szuwary przeczesuje cieniem
przeniknąć oddech czasu i unieść w pamięci
to wszystko co być może jest tylko złudzeniem
posrebrzystość północy przecieka przez oczy
wiatr mieni lustro wody zachwyt rozgwieżdżony
jeszcze się nie zaczęło a już trzeba kończyć
i odjeżdżać niechybnie w mroku cztery strony
(listopad 2000)
Paweł Szeroki
Marek SłykRÓŻNICA
(z rysunkiem autora)
powiedzieć
ja poeta
i zaraz bez ociągania
strzelić
sobie
w łeb to jeszcze
na pewno
nie szczyt
rozpaczy
gorzej byłoby strzelić
i
nic nie powiedzieć
Marek Słyk
KORESPONDENCJA LITERACKA
Kontynuujemy wymianę listów między zaprzyjaźnionymi pisarzami. Na naszych
łamach korespondują : Piotr Müldner-Nieckowski i Lech M. Jakób.
Dziękujemy - pkl "Łabuź"
Podkowa Leśna, 2 listopada 2000 r.
Drogi Lechu, po licznych perypetiach zabrałem się do tego listu, żeby
nadgonić czas. Kłopoty nie były jakieś nadzwyczajne, po prostu zajęcia
po osiemnaście godzin dziennie, o czym wiesz doskonale. Nie mogę nawalić
z najważniejszymi terminami, powiedziałbym życiowymi, stąd opóźnienie w naszej korespondencji. Mam też inne zaległości epistolograficzne, na przykład
do tej pory nie odpowiedziałem na dwa (aż!) listy Agnieszki Wesołowskiej,
co mnie szczególnie boli, bo ją z całego serca lubię i cenię. Irytują mnie
te odległości po kilkaset kilometrów. Nic nie zastąpi widzenia. Może dlatego
trochę się czuję jak więzień własnych pomysłów i zobowiązań, za co Cię
przepraszam jak najuniżeniej.
Żeby jakoś z biedą przeżyć, robię idiotyczne prace wydawnicze (głównie
redagowanie i łamanie tekstów), ale właśnie zacząłem się zastanawiać nad
tym, czy nie mają one jednak sensu. Książki, a właściwie maszynopisy, które
do mnie trafiają od różnych wydawców, są nie tyle błahe czy głupie, ile
wielce znaczące dla naszej kultury. Zauważ, że w czasach komuny władza
robiła naprawdę wiele, żeby kultura docierała do ludzi. Z wyjątkiem tej
niosącej "zagrożenie" dla systemu politycznego. Śmiem jednak twierdzić,
że takiej właśnie było mniej niż połowa. Oczywiście niejeden pisarz dał
się skusić własnej przewrotności i napisał rzeczy aluzyjne, pseudohistoryczne
czy baśniowe, atakujące myślenie sowieckie, totalitaryzm i podwójną moralność
socjalistyczną, ale za tymi wysuniętymi pikami stało coś więcej niż polityczno-społeczny
dydaktyzm. Mało komu udało się tak precyzyjnie wyświetlić zakłamanie komunizmu
jak Herbertowi bez strat w sztuce. Wszyscy inni artyści po załamaniu w 1956 r. stali gdzieś obok tego i albo czuli, że środki artystyczne nie
podołają, albo woleli myśleć o literaturze jako wyrazicielce prawdy ponad
czasy. Muzycy, rzeźbiarze i malarze z prawdziwego zdarzenia w ogóle odcinali
się od literatury, choć niektórzy, pewnie w obawie przed utratą kontaktu
z publicznością (np. Duda-Gracz, Kantor, Szajna, Hasior), często się do
niej odwoływali. A więc było w kulturze lat powojennych wiele do przeżycia
dla naprawdę wielu i to poza wszelką polityką.
Nic z tego nie wyszło. Nie udało się komunie. Tępiona tandeta wróciła
w glorii wraz z liberalizmem gospodarczym i znachorstwem w 1990, bo publiczność
tylko na to czekała. Chciała tego, pożądała i natychmiast zaczęła pochłaniać.
W tej chwili kryzys wydawniczy (bo księgarski) jest już faktem, nawet tandeta
sprzedaje się źle. Wobec tego wydawcy zaczęli się rozglądać za jeszcze
gorszą tandetą, za pigułkami do przełykania w minutę. Wygląda to dziś tak,
jakby na rynku istniała tylko klasyka wszelkich sztuk i współzawodniczący
z nią kompletny kicz. W środku jest dziura. Oto tytuły, jakie mi znoszą
do składu zleceniodawcy (a ja biorę, żeby mieć na chleb i buty): "Uzdrawiająca
moc kamieni", "Hipnoza wykrywa mordercę sprzed stu lat", "Poradnik zdrowej
żywności", "Ręce, które leczą", "Tajemnicza moc magnetyzmu", "Wielka księga
wróżb i przepowiedni", "Wędrówka po zaświatach", "Życie pozagrobowe istnieje",
"Przepowiednie wielkich wizjonerów", "Poradnik snów", "Naucz się zwyciężać",
"Tarot da ci szansę", "Woda to życie", "Sztuka miłosna Wschodu", "Samozadowolenie
na co dzień" i tak dalej. Przez cały rok tylko jeden niezły tomik wierszy
i jedna powieść (niestety kiepska, ale za to kryminalna). Takie też książki
dominują na półkach księgarń i księgarze wcale się tego nie wstydzą, bo
ludzie to kupią, a skoro kupią, to będzie na papu.
Słyszałem mnóstwo utyskiwań na naszych potencjalnych czytelników. Przestali
czytać, mówi się. A nieprawda. Nigdy nie czytali! To były mity podtrzymywane
przez sztucznie windowane nakłady, wymuszane imprezy literackie, budowanie
prestiżu moralnego Związku Literatów Polskich (tego sprzed 1983 r.) i taniość
książek. Nie łudźmy się, literatura jest tylko dla wąskiej grupy. Nieraz
odnoszę wrażenie, że nawet nie dla samych pisarzy, którzy w ogóle nie czytają
kolegów. Może dla reżyserów filmowych, którzy szukają podstawy do scenariuszy?
Recenzenci i znani krytycy już nie mają nic do roboty, zostali odepchnięci,
a zastąpili ich dziennikarze.
Świetny tłumacz polskiej literatury na włoski, Paolo Statuti, tłumaczył
mi kiedyś (połowa lat 80.), że we Włoszech "idzie" tylko literatura obca
i to podłego gatunku. Dziwiłem się niepomiernie i, przyznam się, w ogóle
w to nie wierzyłem. Ale on mówił prawdę - literatura nie jest dla mas.
Kiedy się wczytałem w testament Alfreda Nobla, pojąłem, że ustanawiając
nagrodę, chciał on wesprzeć marny los dobrego pisarstwa. Minęło sto lat
i nic się nie zmieniło.
To spojrzenie na naszą kulturę, głównie literacką, ma jedną wielką zaletę.
Jeśli jesteś dobry, masz talent, piszesz niezłe rzeczy i wiesz, czym się
różni kicz od sztuki, służysz wybranym, a więc jesteś wybrany. Może święty?
Taki wybór drogi życiowej, nie poddawanie się presji wydawców i nie tworzenie
bzdur dla pieniędzy jest wyrzeczeniem, ale i najwspanialszą misją. Oni,
ci wszyscy zjadacze cukru, nie muszą cię interesować. Nie żal mi, że moja
dobra książka ukazuje się w nakładzie 350 egzemplarzy. To chyba powinno
wystarczyć. Powiem Ci więcej, jestem szczęśliwy, że przodkowie i Pan Bóg
dali mi zestaw genów, który pozwala na więcej, niż mogą zacukrzeni. A że to nie daje na lepszy chleb? No, cóż, nie można mieć wszystkiego. A ty
masz? A kto ma?
Co ciekawe, ten kto ma, patrzy na nas z pogardą. Wyraża się to na dwa
sposoby. 1. Zaczepił mnie kolega szkolny i powiedział: "Brawo, słyszałem
cię w radiu!". Kiedy go zapytałem, co mówiłem - nie wiedział. Dodał tylko,
że zdumiewa go, że za takie występy należy się honorarium. 2. Jedna z moich
znajomych dostała ode mnie krotochwilną błahostkę pt. "Nie ma haka na buraka".
Po tygodniu zapytałem z głupia frant, czy to czytała. Odparła, że "Alchemik"
Paulo Coelho jest lepszy, a buraka była w stanie przeczytać do połowy.
Nie zgadniesz, ile powiedziała prawdy, ale z pewnością chciała pokazać,
jak nisko mnie ceni. Porównywanie tak różnych rzeczy świadczy o głupocie,
nie mówiąc o tym, że dla większości społeczeństwa "Alchemik" jest najwyższym
osiągnięciem literackim.
Czego Ci absolutnie nie życzę. Wiem, że powtarzam znane banały, ale w chwilach przestoju energii, kiedy szukam odpowiedniego zakończenia jakiegoś
zdania, odchylam się myślami właśnie w stronę tych ogółów. Skończyłem poprawianie
pewnego ważnego fragmentu narracji w "Łaziebnym" i zatkało mnie na jednym
słowie. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czy warto to kontynuować. Przepowiedziałem
sobie lekcję o misji i od razu znalazło się nie tylko słowo, ale cały nowy
opis, który wstawiłem na miejsce starego. O wiele lepszy. Tak się dzieje
właśnie z banałami - potrafią być użyteczne. Jeden z moich znajomych (zawód:
wynalazca) całymi latami mi opowiada, jak strasznie głupią ma babę. Ilekroć
ją o coś zapyta, zawsze usłyszy coś beznadziejnie nietrafnego. I to uruchamia
w nim pomysłowość, o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Dlatego kocha ją
nad życie. Muzy i wszelkie inne bazy nawet powinny być prostackie. Wtedy
jest się od czego odbijać.
W ogóle nie napisałeś, jak się udała promocja Twoich "Drapieżców". Nie
mogłem być wtedy w Kołobrzegu, ale myślami krążyłem i na Twoje konto wypiłem
setuchnę żołądkowej gorzkiej, co mnie nieco podparło. Musimy to nadrobić,
bo zanik alkoholu we krwi nie jest zdrowy. Tylko kiedy? Może w Świdwinie?
Na to rezerwuję czas od roku i już dziś odrabiam słupki, żeby na początku
grudnia nie wisiały nade mną żadne miecze - ani Damoklesa, ani Demokratesa.
Pozdrawiając tak serdecznie, jak tylko potrafię
Twój Piotrek
Kołobrzeg, dnia 7.11.2000 r.
Piotrze, Stary Łotrze
- bardzo zaciekawiła mnie część wątków Twojego listu. I przypomniałem
sobie anegdotę (antyczną, bo dającą dystans do czasów naszych porąbanych),
tyczącą zagadki niewzruszalności głupoty. Wyczytaną u Stobajosa. O Sokratesie.
Otóż Sokrates ponoć mawiał, że gdyby kto w jakim zgromadzeniu wezwał
do powstania szewców, jeno oni by wstali. Podobnie byłoby z tkaczami, kowalami
i pozostałymi, w zależności od profesji. Jeśli zaś wywołano by rozsądnych
lub sprawiedliwych, podnieśliby się wszyscy. I największa to w życiu przeszkoda
- cytuje dalej Sokratesa Stobajos - że nierozumna większość uważa się za
rozumną.
Natomiast o politycznej i kulturowej schedzie po czasach sowieckich
wpływów (niszczenie klasy średniej, emigracje fizyczne i wewnętrzne, ect.)
tyle już przegadaliśmy, że nie bardzo mam ochotę dalej o tym rozprawiać.
Innymi słowy diagnoza znana, panie doktorze, ale jakie stosować leczenie?
Z drugiej strony patrząc - nie tylko nasza młoda demokracja sadzi kloce.
Bo co powiesz na przykład o alarmie w nobliwej Bibliotece Brytyjskiej?
Doniósł ostatnio dziennik The Guardian, że od 1990 roku poszło tam
na przemiał ponad 70 tysięcy (!) egzemplarzy rzadkich książek, w tym wiele
białych kruków z pieczęcią last copy discard.
Wyrzekasz na czytelnictwo. Mogę tylko, niestety, podbić bębenek.
Wszak pracowałem w kilku bibliotekach różnych miast (Szczawno Zdrój,
Wałbrzych, Słupsk, Kołobrzeg). Obecnie biblioteki, mimo wszystko, przeżywają
pewien renesans. A ludzie zawsze czytali to, co czytali, czyli przeważnie
chłam. Lecz nawyk śledzenia słowa drukowanego istniał i pośród lektur kiepskich
trafiały się wypożyczenia wartościowe.
Nie dajmy się też zwariować statystyce, bo ona kłamie, choć prawdę mówi
(np. ile wydał obywatel kraju na książki w I półroczu 99? Ano GUS wylicza,
że 1,79 zł. !). Tak zwany Przeciętny Ktosiek odpowiada ankieterowi, że czyta, a jakże - ankieter odfajkowuje i niby pięknie jest. Przeszło 60%
narodu ma żywy kontakt ze słowem drukowanym. Jednak już mniej ważne, iż
Ktosiek czyta, owszem, ale głównie gazety, nalepki na butelkach i czasem
instrukcję obsługi nowego telewizora.
Kociokwik, Przyjacielu. I na nic radosne "szały czytania" (tonący brzytwy
się chwyta) lub sprzedaż książek na kilogramy w hipermarketach.
Nasi "zacukrzeni" wciąż mają się świetnie. I nie widać światełka w tunelu.
Jako pisarz nie czuję się z tym dobrze. Nie czujemy się - ani Ty, ani ja, ani garstka nam podobnych. Przecież nigdy nie tworzyliśmy dla tak zwanych
mas. Ale także pogłębiający się elitaryzm profesji (również czytelniczy)
nie może być tytułem do chwały. Smutek, wszechogarniający smutek, a nawet
symptomy trwogi.
Lecz cóż więcej Ty, dawca dzieł jeno, uczynić możesz? Prócz przymnażania
(z Boską pomocą) dzieł kolejnych?
Dlatego wybacz, ale nie będę dalej owych kwestyj roztrząsał. Skoro możnym
świata nisko to wisi (znów kłania się przytoczona anegdota) - że powiem
kolokwialnie?
Promocja "Drapieżców". Doprawdy, masz czego żałować, a zwłaszcza biesiady
po... Lecz mówiąc serio. Na sympatyczny sposób zaskoczyła mnie wiceprezes
Oficyny Wydawniczej MULTICO Inga Szwedler, fatygując się (z osobami towarzyszącymi)
do K. osobiście. Przywiozła promocyjne egzemplarze powieści, z których
uczestnicy natychmiast wchłonęli kilkadziesiąt. Pewną barierą dla mniej
zamożnych (mimo kalendarzy MULTICO na 2001 rok ekstra do każdej książki)
była jednak cena - 25 zł.
Wyimaginuj sobie: ratusz, wieczór, w tle odtwarzane z taśmy głosy ptaków
wodno-błotnych. Około 150 osób na sali - z dostawkami. W życiu tyle kwiatów
nie otrzymałem. Goście spoza Kołobrzegu równoważyli miejscowych. Między
innymi dopisała ekipa łobeska z Leonem Zdanowiczem, Agnieszką Wesołowską,
Lidią Lalak, Czesławem Szawielem, Krzysztofem Andruszem i Bogdanem Idzikowskim
na czele. Była Jadwiga Gromadzka ze Stacji Ornitologicznej IE PAN w Gdańsku,
ksiądz Henryk Romanik - duszpasterz środowisk twórczych Pomorza Środkowego,
regionalne media (prasa, telewizja) ze znanymi Ci skądinąd Paniami z Radia
Koszalin - Grażyną Preder i Anią Rawską. Nadto moi Rodzice, nadto... Ale dajmy sobie spokój ze szczegółową listą obecnych.
Miód na moje serce położył - z premedytacją, skubaniec! - omawiający
publicznie książkę (też Ci nie obcy) Leszek Żuliński. Jego mowa tronowa
wręcz wstrząsnęła niektórymi słuchaczami. Gdyby choć w ćwierci wierzyć
temu, co mówił o "Drapieżcach", powieść natychmiast winna się rozejść w stutysięcznym nakładzie i znaleźć poczesne miejsce wśród ewenementów księgi
Guinnessa. Potem, gdy skończył mnie - zmęczony chyba - pompować do granic
wytrzymałości, rozsądnie głos zabrała Inga Szwedler. Ja też coś tam marudziłem.
Na koniec doszło do licytacji rękopisu "Drapieżców", z której to dochód,
dzieląc, przeznaczyłem na dalszy rozwój "Łabuzia" i "Dzikiego Życia".
Cóż jeszcze. Moja agentka literacka uzgodniła drugą promocję - w Szczecinie,
w klubie "13 Muz". Chyba będę musiał się telepać.
Tobie egzemplarz "Drapieżców" przedwczoraj wysłałem pocztą. Gdy idzie
o nasze ewentualne spotkanie grudniowe (XXXI edycja ogólnokra- jowego turnieju
poetyckiego im. Jana Śpiewaka) - jest spora szansa. Będący też na promocji
watażka ze świdwińskiego zamku Marian Wiszniewski coś wspominał o tegorocznym
jurorowaniu. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem dostarczy teksty i terminy
zmieszczą się w kalendarzu - przewietrzymy się w zamkowej scenerii. Czego
Tobie i sobie życzę.
Z ukłonem do ziemi głębokim, uściskiem szerokim
Twój Przyjaciel Raptus (wybacz te e-maile)
Lech
Ps. "Łaziebny", dobrze. Ale słówkiem nie pisnąłeś o postępach prac nad słownikiem frazeologicznym. I co to za historia z pisaniem
scenariusza serialu? Woda w ustach?
Piotr Bednarski
DŁUGI REJS
w kartonach puste butelki
po piwie i whisky
w kantynie
tylko czekolada i
papierosy
palce nieustannie
bębnią o blat stołu
oddech jak u ryby
wyrzuconej na brzeg
spojrzał w bulaj:
"przywołać wiatr":
myśl nagła niczym
grom z jasnego nieba.
wyrzucił amulet za burtę
i gwiżdżąc
zaczął drapać maszt
sztorm wymiata z głowy
port kobiety i bezsens
stoi się za sterem i
walczy z Bogiem
albo zasztauowany w koi
brnie się
przez dziewicze majaki.
Piotr Bednarski
Dokończenie z poprzedniego numeru
Piotr Sienkiewicz
ODYSEJA CYBERNETYCZNA
"Oto nasza epoka, dumna z maszyn, które myślą
i podejrzliwa wobec ludzi, którzy próbują robić to samo"
H. Mumford Jones
"Twórz systemy, którymi nawet głupiec potrafi się posługiwać,
a tylko głupiec będzie chciał się nimi posługiwać"
Zasada Showa
6. Komputery i sieci
W bardzo pięknej historii komputerów można przeczytać, że "Komputer,
symbol XX wieku, wywodzi się mimo wszystko z dalekiej, a mało znanej przeszłości.
Od antycznych abaków po pałeczki obliczeniowe, od maszyn Leibniza lub Pascala
po mechanizmy Babbage'a i Holleritha, od logiki binarnej Yi King po koncepcje
Boole'a przeplatają się metamorfozy wielkiej chimerycznej idei i natchnione
poszukiwania upartych wynalazców"21 . Pomysł - praktycznie
zrealizowany pod koniec pierwszej połowy naszego wieku - dojrzewał powoli,
od starożytności począwszy, przez stulecia kumulowała się wiedza, jedne
pomysły wypierały inne, aż wreszcie pojawiły się komputery, bowiem znalazły
się na "na szlaku przyrostów wiedzy empirycznej i wzrostu technologii".
Najpierw jednak musiały powstać cyfry, aby następnie powstawać mogły mechanizmy
zdolne do operowania nimi, wykonywania coraz bardziej złożonych obliczeń.
Do nich należały abaki i liczydła, które przez wieki były jedynymi urządzeniami
ułatwiającymi czynności intelektualne, jakimi niewątpliwie są operacje
obliczeniowe. Abak zrodził się gdzieś między Mezopotamią a Indiami i był
jakąś planszą obliczeniową, na której posługując się np. kamykami, żetonami
lub innymi znakami dokonywano prostych rachunków. Z kolei liczydła - powstałe
przypuszczalnie na Bliskim Wschodzie, a od V w. p.n.e. zadomowione w Rzymie
- były już kompletnym, samodzielnym i przenośnym przyrządem. Różne ich
odmiany znajdujemy w różnych krajach: w Chinach - Sua- pan, Japonii - Soroban,
Rosji - Szczaty, aż wreszcie - od XVII w. pałeczki Nepera - protoplastę
suwaków liczących.
Jednym z ważniejszych wydarzeń w rozwoju naszej cywilizacji było sprowadzenie
z Hiszpanii abakusa przez Gerberta z Aurillac, nauczyciela szkoły katedralnej
w Reims, późniejszego papieża Sylwestra II. Ten fascynujący przyrząd był
drewnianą tablicą podzieloną na 30 kolumn zawierających poziome pręty,
na których przesuwało się koraliki. Można przypuszczać, że już wtedy biegłość
w posługiwaniu się abakusem była wysoko ceniona, albowiem gdy papież napisał
do cesarza: "Mam tu dobrego matematyka", ten mu odpisał: "Nie
wypuszczaj go z miasta !"
Zapewne XVI stulecie zapisało się w sposób szczególny w rozwoju koncepcji
komputerów. Dla Francuzów wynalazcą maszyny liczącej był Blaise Pascal,
który - mając zaledwie 18 lat - obmyślił arytmometr, powielony następnie
w blisko 50 różnych egzemplarzach o różnym przeznaczeniu. Wielkiego filozofa,
autora myśli o człowieku jako "trzcinie myślącej", uprzedził w zmaganiu
o realizację idei "maszyny myślącej" Niemiec - Wilhelm Schickard. W 1623r.
pisał on do Keplera:
"...mechanicznie spróbowałem zrobić to, co ty wykonujesz ręcznie,
i zbudowałem maszynę, która natychmiast, automatycznie przelicza zadane
liczby, dodaje, odejmuje, mnoży i dzieli... Skakać będziesz pewnie z radości,
gdy zobaczysz, jak przenosi ona liczbę dziesiątek i setek lub też ujmuje
ją przy odejmowaniu".
Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii Samuel Morlond, po latach niebezpiecznych
gier politycznych (czasy Cromwella i Karola Stuarta !) skonstruował kalkulator...
kieszonkowy. Ten pionier miniaturyzacji maszyn, a pionierzy na ogół nie
mają łatwego życia (można ich poznać, jak mawiają Amerykanie, ... po strzale
w plecach), nie zawsze spotykał się ze zrozumieniem współczesnych (S. Pepys:
"Bardzo ładne, ale mało użyteczne"; R. Hooke: "Widziałem maszynkę
arytmetyczną sir Morlanda. Idiotyzm.")
Na wiek XVII przypada również żywot jednego z najprzedniejszych umysłów
wszystkich czasów - Gottfrieda Leibniza. Jego zasługi dla nauki i filozofii
są powszechnie znane, natomiast mniej znane są prace nad konstrukcją maszyn
liczących. W 1671r. Leibniz tak pisał: "Nie godzi się wybitnym ludziom
trwonić czas na niewolniczą pracę, na obliczenia, które z zastosowaniem
maszyn mógłby wykonać ktokolwiek".
W 1822r. Charles Babbage przesłał prezesowi brytyjskiej Akademii Nauk
memoriał zawierający opis projektu maszyny zdolnej do kompilowania wszelkiego
rodzaju tablic matematycznych przy użyciu li tylko metody różnic oraz propozycję
sfinansowania budowy jego maszyny różnicowej ze środków państwowych. Środki
te zostały przyznane, lecz projekt Babbage'a nie został zrealizowany, gdyż
po prostu przerósł możliwości technologiczne epoki. 11 lat później na pewnym
przyjęciu Babbage poznał pewną 18-latkę, a była to Ada Lovelace - córka
wielkiego poety lorda Byrona, którego wszak nie miała okazji nigdy poznać.
Młodsza o 23 lata od
Babbage'a Ada, łącząca młodość, pasję, inteligencję i sobie właściwy
tylko urok, stała się dla niego czymś w rodzaju podpory moralnej, ale przede
wszystkim wniosła do rozwoju idei maszyny liczącej wiele znaczących innowacji.
Gorzka była starość Charlesa Babbage'a, na co nie bez wpływu była przedwczesna
i w opłakanej sytuacji materialnej śmierć Ady (1852). Do dziś w Muzeum
Nauk przechowywany jest prototyp maszyny różnicowej, zaś jeden z bardziej
znanych języków programowania nosi imię Ady.
W 1890r. prasa amerykańska ogłosiła rozpoczęcie nowej ery: "Po raz
pierwszy w historii świata spis wielkiego narodu dokonany został za pomocą
elektryczności". Stało się to dzięki "systemom tabulacyjnym" H. Holleritha,
wykorzystującym karty perforowane. Należałoby jeszcze chociaż wspomnieć
o patentach Norwega F. Bulla i maszynie W. C. Burroughsa, o pracach logika
G. Boole'a i Hiszpana Leonardo Torresy Queredo, o Angliku A. Turingu, który
wymyślił "maszynę logiczno-matematyczną, czysto abstrakcyjną i teoretycznie
uniwersalną, przy której po raz pierwszy pojawił się pomysł automatu algorytmicznego",
czy wreszcie chociaż wymienić nazwisko Austriaka Kurta Goedla, który wykazał
w 1931r., że - najogólniej mówiąc - wszelkie rozumowanie matematyczne,
każda "metoda" winna sprowadzać się do jakiegoś algorytmu. Jeszcze do niedawna,
i niemal powszechnie, za "ojca komputerów" uważano genialnego Johna von
Neumanna, gdyż jego to koncepcja maszyny cyfrowej, opartej na binarnym
układzie arytmetycznym, rozdziale programu i danych w pamięci itp., legła
u podstaw prac prowadzonych w latach 40 w ramach wojskowego "Projektu X",
a zmierzających do skonstruowania kalkulatora elektronicznego mającego
przyspieszyć obliczenia balistyczne i z zakresu fizyki jądrowej. Uwieńczenie
tych prac nastąpiło w dniu Św. Walentego, niewiele ponad pół wieku temu,
gdy pewien generał (G. Barnes) przycisnął pewien guzik.
15 lutego 1946r. na Uniwersytecie Pensylwanii w Filadelfii uruchomiono
pierwszą elektroniczną maszynę cyfrową nazwaną przez jej konstruktorów:
Johna Mauchly'ego i J. Prespera Eckerta - ENIAC (Electronic Numerical Integrator
and Computer). Zainstalowany na parterze jednego z budynków Szkoły Moore'a,
ENIAC ważył 30 t., zajmował 72 m 2 , składał się z 18 tys. lamp elektronowych
szesnastu rodzajów, 6 tys. komutatorów, 10 tys. kondensatorów, 50 tys.
oporników itp., zaś pobór mocy wynosił 140 kWh. Ulegał częstym uszkodzeniom,
ale dobrze służył aż do października 1952r., kiedy to został sprzedany
na złom, co po 50 latach było przyczyną sporych kłopotów z uruchomieniem
ENIACA przez wiceprezydenta Ala Gore'a (nb. wielkiego entuzjastę komputerów).
Wiosną 1993r. nadano tytuł Profesora Honorowego Instytutu Cybernetyki
Ekonomicznej i Informatyki Uniwersytetu Szczecińskiego gościowi z Niemiec
- Konradowi Zuse. On to w 1938r. skonstruował pierwszą mechaniczną
maszynę liczącą Z1, pracującą w oparciu o binarny system liczenia, zmienny
przecinek i sterowaną przy pomocy taśmy dziurkowanej, a trzy lata później
Z3, która była pierwszym zadowalająco działającym komputerem na świecie.22
Dodam, że Zuse był także autorem interesujących grafik przedstawiających
nastrojowe obrazy Pomorza Zachodniego, gdzie upłynęła jego młodość.
Takie były początki, następne zwroty, a raczej przyspieszenia w rozwoju
komputerów wyznaczały kolejno wynalazki: tranzystora (1948), układu scalonego
(1957) i mikroprocesora (1971). Potem rozpoczął się - u schyłku lat 80
-"boom pecetowy", który trwa do dziś. Obliczenia wykonywane w 1946r. przez
ENIACA, w 1982r. wykonywał już mikrokomputer zbudowany z jednego lub kilku
układów scalonych i bez trudu mieszczący się w szufladzie biurka. Ale przełom
miał jeszcze nastąpić.
Rok 1969 był rokiem dwóch wielkich wydarzeń, a mianowicie: w lipcu noga
pierwszego człowieka stanęła na powierzchni Księżyca oraz uruchomiono eksperymentalną
sieć komputerową ARPA. Pierwsze wydarzenie, poza wymiarem symbolicznym,
spektakularnym, zapowiadało globalne sieci telekomunikacyjne, dla których
np. transmisja z Księżyca nie stanowiła już problemu technicznego. Drugie,
było realizacją koncepcji RAND-u systemu informacyjnego bez elementu centralnego
sterowania, o rozproszonej strukturze i wysokiej niezawodności (dzięki
alternatywnym drogom ominięcia uszkodzonych węzłów), który może obejmować
swym zasięgiem terytorium dowolnej wielkości. Wojskowa sieć ARPA składająca
się początkowo bodajże z ośmiu komputerów znajdujących się w różnych ośrodkach
uniwersyteckich, w latach 70 rozwijała się kierunku zastosowań niemilitarnych,
obejmując coraz więcej komputerów (także na innych kontynentach) i wymagając
nowych standardów komunikacyjnych (TCP/IP). Około roku 1980 połączono ją
z innymi sieciami (Usenet i BITNET), co dało swoistą mieszankę wielu sieci.
I tak na początku ostatniej dekady XX wieku powstał INTERNET, oplatający
centra komputerowe niemal na całym świecie, tworząc "splątaną pajęczynę
sieci komputerowych".23
Do szczególnie znaczących dla rozwoju Internetu wydarzeń należy zaliczyć
opracowanie przez Tima Barnersa-Lee oprogramowania i protokołów WWW (World
Wide Web), jednego z podstawowych narzędzi internetowych. Dzięki temu nieznany
przedtem inżynier z CERN znalazł się aż na 10 (!) miejscu na liście "Time'a"
- największych umysłów XX wieku. Legendarny już twórca "imperium
Microsoftu", najbogatszy aktualnie człowiek na świecie, Bill H. Gates nie
kryje, że najbliższa przyszłość należy do globalnej Infostrady opartej
na rozwoju Internetu, która stanie się podstawą "Globalnej Wioski", której
nadejście wieścił już w latach 60 Marshall Mc Luhan.24
"Postęp może kiedyś był dobry, ale trwa już za długo"
Prawo O. Nasha
"Ludzie wieku elektronicznego kształtują samych siebie
na obraz i podobieństwo technologii"
J. David Bolter
7. Cyberiady
Czego to się nie wieści u schyłku mijającego stulecia? Ileż to nowych klęsk
i zagrożeń przywołuje się, aby wstrząsnąć naszym sumieniem? A ile przeróżnych
"upadków" (obyczajów, sztuki, wartości itp.) wróży się, dostrzegając ich
źródło już nie w historii ("koniec historii"?), czy ideologii ("koniec
ideologii"?), lecz w technologii. To też już było i niemal każdy koniec
wieku ("Fin de siecle") przynosi podobne nastroje. Jednakże trzeba
przyznać, że kumulacja pozytywnych i negatywnych doświadczeń powstałych
w, trwającym mniej więcej sto lat, procesie rozwoju naukowo-technicznego,
daje podstawy, do może nie tyle kassandrycznych wieszczeń, co do zracjonalizowanego
namysłu nad tym co jest możliwe i prawdopodobne w, bliższej i dalszej,
przyszłości. I tak, wydaje się, że dotychczas stworzona globalna infrastruktura
cybernetyczna (teleinformatyczna), stale rozwijająca się (w sensie organizacyjnym,
informacyjnym, technicznym, programowym), będzie niewątpliwie terenem dalszych
przemian obyczajowych i kulturowych. Powstała swoista "kultura cybernetyczna"
(cyberculture), w której ramach mają miejsce wielce interesujące
eksperymenty z pogranicza sztuki i technologii. "Realną" rzeczywistość
przenika "rzeczywistość wirtualna". Zygmunt Bauman zauważył: "Role się
teraz odwracają: to, co narodziło się jako reprezentacja rzeczywistości,
stało się standardem i miarą dla rzeczywistości, jaką rzekomo nadal reprezentuje.
Mało która rzeczywistość potrafi tym standardom sprostać - a więc tym gorzej
dla niej". Z kolei, Kazimierz Krzysztofek zwraca uwagę na to, że "Około
półtora miliarda ludzi, o mniejszym lub większym, ale jednak ograniczonym
w przeszłości dostępie do kultury medialnej, przeżywa swoisty "cud audiowizualny".
Wskutek pauperyzacji społeczeństw i niedostatku funduszy publicznych nastąpił
regres w wielu dziedzinach życia kulturalnego i infrastrukturze kultury,
ale nastąpiła gwałtowna ekspansja najważniejszego dziś w międzynarodowych
stosunkach kulturalnych sektora audiowizualnego". W ciągu ostatnich
5 lat wskaźnik wyposażenia gospodarstw domowych w urządzenia do odbioru
programów audiowizualnych wzrósł od kilku do kilkunastu razy. Raz jeszcze
sprawdziły się przewidywania Marshalla Mc Luhana o "globalnej wiosce",
choć może właściwsze byłoby postrzeganie raczej "globalnego miasta"
(mieszkańcy jego żyją "za ścianą", obok siebie, coraz bardziej łącząc się
z sobą za pośrednictwem elektronicznych mediów), gdyż wioska pozostaje
ciągle wioską (w każdym razie w naszym kraju nie przybliża się do centrów
kulturowych). Na dobre i złe jesteśmy, choć w różnym stopniu (?), mieszkańcami
"przestrzeni cybernetycznej", korzystając z tego, co ona już oferuje
(np. telezakupy, teleedukacja, telekonferencje, E-mail, E-biznes...).
Neil Postman nazywa "technopolem" pejzaż komunikowania społecznego
zdominowany przez obrazy fotograficzne, filmowe i obrazy syntetyzowane
komputerowo25 , wytworzone przy użyciu mediów elektronicznych.
W 1989r. J.Z. Lanier stworzył pojęcie "wirtualnej rzeczywistości"
(Virtual Reality). Oznacza ono połączenie wysokiej jakości platform
graficznych zapewniających uzyskanie fotorealistycznej, trójwymiarowej
grafiki komputerowej oraz możliwości jej animacji ze specyficznymi urządzeniami
zewnętrznymi. Takimi urządzeniami są: hełm wirtualny (Head - Mounted
Display) umożliwiający widzenie trójwymiarowych obrazów zmieniających
się wraz z ruchem głowy, rękawica lub kombinezon danych (Data Glove
i Data Snit) dostarczający wrażeń dotykowych, szkielet zewnętrzny (Exoskeleton)
umożliwiający doświadczenie tzw. sił haptycznych (połączenie haptyczne
to wzajemne relacje ciała ludzkiego i otoczenia), a także elementy kontrolujące
typu systemy śledzenia ruchów (Tracking Systems). Połączenie wszystkich
tych układów w jeden system ma na celu stymulowanie zmysłów człowieka w taki sposób, aby odbierał on sztuczne, komputerowo generowane środowisko
jako realne. W tym środowisku użytkownik zostaje umieszczony wewnątrz wykreowanej
przestrzeni i widzi ją tak, jak przestrzeń otaczającego świata naturalnego.
Możliwe jest także przebywanie tam więcej niż jednej osoby oraz odtwarzanie
ich wzajemnych interakcji. Istotnymi cechami VR są: interaktywność i immersja,
której celem jest osiągnięcie wszechobejmującej iluzji zmysłowej bycia
obecnym w innym od rzeczywistego środowisku.
Uważa się, że VR może przynieść zmiany w poczuciu świadomości ludzi,
np. przeniesienie poczucia świadomości z ciała realnego w "cyberprzestrzeń".
Może to doprowadzić do zakłóceń w psychice użytkowników VR po powrocie
do normalności. Z kolei, M. Heim w książce "Metafizyka rzeczywistości wirtualnej"
analizuje następujące cechy:
-
symulacja, czyli możliwość uzyskania repliki naszego otoczenia lub obiektów, które zwodzą nasze zmysły, powodując, że symulowana sytuacja
staje się prawdziwa,
-
interakcja,
-
sztuczność,
-
immersja, czyli "poczucie zanurzenia",
-
teleobecność, czyli możliwość przenoszenia się w dowolne miejsce
(nawet środowisk wrogich człowiekowi),
-
pełna immersja ciała człowieka,
-
komunikacja w sieci.
W "technopolu" obok mediów elektronicznych wciąż istnieje np. tradycyjne
kino, chociaż po obejrzeniu np. filmu "Matrix" tracimy pewność, czy jest
to jeszcze kino. Mamy zatem do czynienia z niejednolitym modelem doświadczenia,
stanowiącego mieszaninę starych i nowych kanałów postrzegania, rodzaj maszyny
hybrydowej, łączącej bezkonfliktowo euklidesową przestrzeń, doświadczenia
cyfrowo ukształtowanego świata i rodzaj "videohalucynacji". Mitologia
nowych mediów opiera się na "ekstazie komunikowania", wskutek tego
coraz częściej komunikujemy się poprzez media elektroniczne, coraz rzadziej
ze sobą rozmawiamy, choć coraz silniej odczuwamy potrzebę lokalności, przejrzystości,
związków skupionych, osobowych, których zaczyna brakować w naszej kulturze.
Stajemy się bardziej przedmiotem informacji niż podmiotem komunikowania.
Czy zatem następuje rozstanie z "Erą Gutenberga"? I tak, i nie.
Papierowy nośnik informacji nadal dominuje, zaś kunszt edytorski, wysublimowana
estetyka wydawnictw (o jakości obrazu niegorszej od oryginału) wręcz zdumiewa.
Ale uzupełniany jest przez nośniki elektroniczne, świat multimedialny,
hipertekstualny itp. To nie alternatywa, lecz raczej swoista konwergencja
dwóch światów: schyłkowej (jednak) "Ery Gutenberga" i agresywnej,
postmodernistycznej "Ery Cybernetycznej". Ta nowa era budzenia się
z modernizmu, zdaje się być opanowana przez fantasmagorie. Poszukiwany
jest system wartości, który mógłby stanowić oparcie dla człowieka w świecie
mediów, technik i technologii informacyjnych. Wyrazem tego mogą być zarówno
ruchy kontestatorskie lat 60, gnoza "New Age" i różne odmiany agnostycyzmu,
scjentologia i renesans fundamentalizmu religijnego, jak i postmodernizmu
w kulturze wraz z dominacją kultury masowej w swoisty sposób zwielokrotnionej
przez elektroniczne media. Postmoderniści uważają, że skoro już wszystko
zostało powiedziane, to pozostaje już tylko gra konwencjami, repetycja
wzorów, logiczna tautologia, autoironia i parodia. Łączy się to z akceptacją
zwątpienia i przekonaniem o nieuporządkowanej strukturze rzeczywistości,
a w technice artystycznej - z fragmentarycznością, niespójnością fabuły,
zasadą cytatu, intertekstualnością, przemieszczeniem reguł gatunkowych
itp. Bez względu na nasz stosunek do, nader często bełkotliwych i mętnych,
wynurzeń teoretyków postmodernizmu, to należy podkreślić, że wszystkie
wymienione wyżej cechy przypisywane temu nurtowi, w warunkach "cybernetycznej
przestrzeńi" ulegają niewątpliwie amplifikacji i przyspieszeniu. Tempo
zmian, pogoń za nowością, globalizacja i wirtualizacja mediów i ich "halucynogenność"
sprzyjają alienacji, poczuciu wyobcowania i zagubienia także w rzeczywistości
wirtualnej. Już dziś funkcjonują pojęcia: "internetoholizm" - dla
określenia zjawiska uzależnienia od Internetu, oraz "syndrom pilota
TV" - dla zjawiska cokolwiek bezmyślnego zmieniania kanałów telewizyjnych
(oferowanych już nie w dziesiątkach, lecz setkach), co z powodzeniem wypiera
dotychczasowe formy wypoczynku.
Od wieków żyjemy w świecie organizacji. Przez wieki struktury organizacyjne
stosunkowo niewiele się zmieniały, że ulegaliśmy złudzeniu "hierarchii
na zawsze". Dopiero rewolucja teleinformatyczna przyniosła zapowiedź zasadniczych
zmian organizacyjnych. Jedną z nich jest koncepcja organizacji wirtualnej26.
Ujmując najogólniej, wirtualna organizacja polega na włączeniu wszystkich
lub tylko niektórych ludzi z różnych organizacji do wspólnej gry na rynku.
W organizacji wirtualnej występują: sieć, opierająca się na długotrwałych
związkach kooperacyjnych, oraz wirtualne przedsiębiorstwo, składające
się z uczestników sieci i integratora, który koordynuje ich aktywność.
Po realizacji zadania (np. usługi) uczestnicy sieci rozdzielają się i znów
funkcjonują samodzielnie. Można powiedzieć, że wirtualne przedsiębiorstwo
jest tworem sztucznym, który bazuje na indywidualnych kompetencjach kluczowych
i integruje niezależnie firmy wzdłuż tzw. wspólnego łańcucha wartości produkcji,
przy czym nie występuje żadne centrum administracyjne, zaś powiązania między
elementami mają charakter wyłącznie prawny. Wirtualna organizacja zmienia
zasadniczo rolę i charakter działania poszczególnych jej uczestników. Są
one odmienne od tradycyjnego usytuowania, które cechuje świadomość miejsca,
zakres obowiązków, charakter relacji i stosunków wzajemnych itp. Zmusza
to do zmiany sposobu myślenia o organizacji, dzięki któremu można sobie
radzić z niejednoznacznością i paradoksem. Obrazy i metafory dostarczają
także strukturalnych podstaw działania organizacji wirtualnej.
Realny człowiek w przestrzeni cybernetycznej - jako użytkownik wirtualnej
rzeczywistości i uczestnik organizacji wirtualnej - staje wobec nieznanych
dotąd dylematów. Z jednej strony rozszerza się zakres doznań i wrażeń oraz rośnie efektywność działań organizacyjnych, ale z drugiej strony - nie
zmniejsza się poczucie niepewności i nieokreśloności czy nawet zagubienia
w zmieniającym się świecie, w którym mieszają się cechy świata mijającego
i nadchodzącego. Wirtualną rzeczywistość określono niegdyś jako LSD XXI
wieku. Organizacja wirtualna wzmaga (bo wymaga) wzajemnego zaufania. Cybernetyczna
kultura może oferować: powierzchowność i ulotność wrażeń i doznań, ale także dostęp do całej pamięci cywilizacji i swobodne poruszanie się po
jej różnych obszarach.
Przybywa "internautów", których jest dziś dziesiątki lub może
setki milionów, wielkie spektakle telewizyjne ogląda - jednocześnie - ponad
miliard ludzi. Słychać o postępującej komercjalizacji Internetu i innych
mediów oraz towarzyszącemu jej "zanikaniu moralności", ale moralni (lub
nie) mogą być przecież tylko ich użytkownicy. Znany niegdyś pisarz katolicki,
Julien Green napisał: "Wiek XX jest wiekiem moralistów, a to znaczy
obłudników. Nie ma nic gorszego niż Ci, co wciąż wszystkich pouczają".
Czas kończyć ten niewielki fragment "cyberiad", w której siłą
rzeczy uczestniczę nie tylko intelektualnie. Z Internetu korzystają wszyscy
w rodzinie. Starszy syn pracuje w firmie internetowej, żyjąc dosłownie
z informacji (był także jednym z kreatorów wirtualnej kandydatki na stanowisko
prezydenta Victorii Cut i członkiem jej komitetu wyborczego), zaś młodszy
produkuje muzykę komputerową (jego płyta "Recgognition" została
uznana za jedną z najlepszych nie tylko w tej części Europy), zaś promocja
jej odbywa się w Internecie. Dzięki Internetowi komunikuje się on z zainteresowanymi
tą muzyką na całym świecie. To już nikogo nie dziwi, tak musi być, bo przestrzeń
cybernetyczna wchłania nas coraz bardziej.
Kończąc, mogę tylko powtórzyć za J. P. Barlowem: "Wiele napisano
już o cyberprzestrzeni, wychwalając i krytykując, ale dla mnie jest to wynalazek takiej wielkości, że próba jego scharakteryzowania jako rzeczy
dobrej lub złej znacznie go trywializuje. Myślę również, że jeśli chodzi
o cyberprzestrzeń, nie mamy wielkiego wyboru. To nadchodzi, czy nam się
podoba, czy nie"27.
"Wiedza jest naszym przeznaczeniem.
Naszą przyszłością jest samowiedza
składająca w końcu w jedną całość
doświadczenia sztuki i naukowe wyjaśnienia".
Jacob Bronowski
8. Społeczeństwo cybernetyczne
"Ruch ku społeczeństwu postkapitalistycznemu zaczął się wkrótce po II wojnie światowej. Ale dopiero po upadku marksizmu jako ideologii i komunizmu
jako systemu stało się jasne, że zmierzamy ku nowemu, zupełnie innemu społeczeństwu"
- twierdzi Peter F. Drucker.28 Podobny pogląd wyrażali m.in.
D. Bell, A. Toffler, R. Aaron, R. Dahrendorf, R. Rostow, J. Galbraith,
A. Etzoni, R. Brzeziński, Y. Masuda, M. Mc Luhan. Używali przy tym bardzo
różnych określeń dla nadchodzącej epoki, np. "globalna wioska" (Mc
Luhan), "społeczeństwo postkapitalistyczne" (Drucker, Dahrendorf),
"społeczeństwo postmodernistyczne" (Etzoni), "trzecia fala"
(Toffler), "era technotroniczna" (Brzeziński), "społeczeństwo
informacyjne" (Masuda), a także "społeczeństwo informatyczne"
i "społeczeństwo cybernetyczne". Mnogość użytych nazw sugeruje raczej
pewną bezradność badaczy zjawisk społecznych, zwłaszcza, że w strukturze
społecznej zatrudnienia zaczęły dominować usługi, informacyjne w szczególności,
zaś przyczyną tych zmian był postęp w dziedzinie technik i technologii
informacyjnych. Postęp ten jest rezultatem rewolucji naukowo- technicznej,
jaka miała miejsce w XX wieku, którą wyraża fascynujący rozwój informatyki
i telekomunikacji, mający swe źródła w zastosowaniach osiągnięć głównie
w dziedzinie fizyki ciała stałego. Być może nie tyle zdumiewające są owe
zmiany naukowo-techniczne, co ich tempo.
Autor japońskiego programu społeczeństwa informacyjnego, Yoneji Masuda
twierdzi: "Cywilizacja, którą zbudujemy, zbliżając się do XXI wieku,
nie będzie cywilizacją materialną, symbolizowaną przez ogromne konstrukcje,
ale będzie cywilizacją niewidoczną. Precyzyjniej powinno się ją nazywać
"cywilizacją informacyjną"". Celem społeczeństwa informacyjnego jest
- według Masudy - "społeczeństwo, które przyniesie ogólny stan
rozkwitu ludzkiej twórczości intelektualnej". Można cel ten interpretować
jako pewien proces rozpoznania przyszłych możliwości rozwojowych, dzięki
pełnemu zaangażowaniu informacji i wiedzy, aby te potencjalne możliwości
efektywnie zrealizować w praktyce społecznej.
Przyjmijmy, że społeczeństwo informacyjne to takie społeczeństwo, które
nie tylko dysponuje rozwiniętymi systemami informacyjnymi i zaawansowanymi
informacyjnymi technologiami, lecz posiadające zdolność wykorzystywania
ich jako podstawy tworzenia dochodu narodowego i źródła utrzymania większości
społeczeństwa.29
W raporcie z roku 1994 komisarza europejskiego Martina Bangemanna czytamy:
"Społeczeństwa, które pierwsze wkroczą w erę informacyjną zbiorą
największe profity. Natomiast kraje, które zwlekają, lub stosują rozwiązania
połowiczne, mogą już w ciągu najbliższej dekady stanąć wobec dramatycznego
spadku inwestycji i liczby miejsc pracy".
Powstanie społeczeństwa informacyjnego jest wyrazem nie tylko postępu
naukowo-technicznego i jego społecznych konsekwencji, co wyrazem ogólnego
postępu cywilizacyjnego. Aczkolwiek można spotkać, wcale liczne, próby
zakwestionowania kategorii postępu, to trzeba doprawdy wiele złej woli,
by nie dostrzegać tendencji zmierzającej do zatarcia granic między pracą
a zajęciem i spowodowania by praca nie była przekleństwem, kojarzącym się
z "potem i łzami", jak to w "dawnych dobrych czasach" nader często bywało.
Trudno, oczywiście, nie podzielać obaw Ryszarda Kapuścińskiego: "...
rozwój to zdradliwa rzeka, o czym przekona się każdy, kto wstąpi w jej
nurt. Na powierzchni woda płynie gładko i wartko, ale wystarczy, żeby sternik
ruszył swoją łodzią beztrosko i z nadmierną pewnością siebie, a wnet zobaczy,
ile w tej rzece groźnych wirów i rozległych mielizn (...) Niby jeszcze
się płynie, ale już się stoi, niby łódź rusza się, ale tkwi w miejscu:
dziób osiadł na mieliźnie".30
Na skutki społecznych zagrożeń związanych z rozwojem społeczeństwa informacyjnego
zwracał uwagę Umberto Eco: "Według najbardziej pesymistycznych przewidywań
ukształtuje się społeczeństwo podzielone na trzy klasy: na najniższym poziomie
klasa proletariuszy nie mających dostępu do komputerów (a tym samym do
książek) i uzależnionych całkowicie od przekazu audiowizualnego, czyli telewizji, na poziomie średnim drobnomieszczaństwo, które umie korzystać
z komputera biernie (typowym przykładem jest urzędnik linii lotniczych,
sprawdzający na komputerze rozkład lotów i listy rezerwacji); a wreszcie
"nomenklatura" (w sowieckim znaczeniu terminu), która wie, jak wykorzystać
komputer do wykonywania analiz, jak funkcjonują programy, jak odróżnić
informacje wartościowe, od takich, co niczego nie wnoszą".31
Jakie mogą być scenariusze rozwoju społeczeństwa, którego podstawą są
technologie informacyjne (teleinformatyzacja i robotyzacja)? Proponuję
rozważyć trzy warianty:32
-
"społeczeństwo rozproszone" : atomizacja i indywidualizacja zachowań
społecznych, "wolna" gra interesów, znaczne zróżnicowanie potrzeb, pośrednie
formy komunikowania (np. przez Internet) itp.
-
"społeczeństwo zintegrowane": homogenizacja wartości, uniformizacja
zachowań, gra grup interesów, standaryzacja potrzeb, komunikowanie sieciowe
itp.
-
"społeczeństwo cybernetyczne": wiedza jako naczelna wartość, możliwości
pełnego zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu, w warunkach sprawnego sterowania
społecznego, zapewniającego optymalny poziom "homeostazy społecznej" itp.
Nie jest to zapewne podział ani "rozłączny", ani "zupełny". Każdy z wariantów
ma mocne i słabe strony, każdy zawiera szansę i niesie zagrożenia. I każdy
wymaga analizy ryzyka, wszak będącego immanentną cechą każdego procesu
społecznego. Wymaga także ewaluacji skutków, wartościowania stosowanych
technik i technologii. Czy niosą zagrożenie dehumanizacji? Chyba niekoniecznie,
wszelako pod warunkiem, że unikać się będzie mylenia celów ze środkami
do nich prowadzącymi, skutków z przyczynami, natomiast zachowana zostanie
równowaga 30 R. Kapuściński: Lapidaria (1998.) 31 U. Eco: Nasze
środki masowego przekazu a książki (1996.) 32 P. Sienkiewicz: "Analiza
systemowa rozwoju społeczeństwa informacyjnego" (1993.) między Techniką
a Humanistyką. Cybernetyka, od początku swego istnienia, postulowała optymalizację
systemów i "homeostazę społeczną". Optymalizacja zakłada wybór celów, sposobów
i środków działania - najlepszych (w sensie przyjętych kryteriów) spośród
dopuszczalnych.
Homeostaza jest zdolnością utrzymywania dynamicznej równowagi funkcjonalnej przez zespół sprzężonych ze sobą elementów (regulatorów) tworzących
system. Jeżeli homeostaza społeczeństwa i homeostaza grup społecznych są
zgodne z sobą i prawem, to interesy grup są takie same jak interesy całego
społeczeństwa i pozostają w granicach prawa. 33 Jest to stan praworządności,
który należy uznać jako pożądany dla społeczeństwa cybernetycznego o rozwiniętej
sieci sprzężeń informacyjnych (Internet? Globalna Infostrada?). Perspektywa
społeczeństwa informacyjnego, którego system nerwowy opiera się o funkcjonowanie
Internetu, wydaje się być pociągająca, w każdym razie dostrzegam w nim
więcej szans niż zagrożeń, których, rzecz jasna, nie wolno lekceważyć.
W pełni podzielam zatem opinię Johna P. Barlowa (1995), że "Dzięki rozwojowi
Internetu i stale zwiększającej się komunikacji pomiędzy połączonymi w sieć komputerami staliśmy się uczestnikami najbardziej przełomowego zdarzenia
technologicznego od czasu okiełznania ognia".34
"Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek.
Już tego dowieść nie zdąży,
lata ma policzone,
krok chwiejny, oddech krótki.
Już zbyt wiele się stało,
co się stać nie miało,
a to, co miało nadejść, nie nadeszło."
Wisława Szymborska
9. Na koniec wieku.
Fiodor Dostojewski przewidywał, że wiek XX zadecyduje o wszystkim, ale - zauważył Józef Kozielecki - proroctwo wielkiego pisarza nie spełniło
się. Nie mogło się spełnić, gdyż żadne stulecie nie jest zdolne dokonać
ostatecznych rozstrzygnięć, ponieważ nastąpiłby koniec historii, a nic
na to jeszcze nie wskazuje. Francis Fukuyama wieścił "koniec historii",
ale upadek imperium i klęska ideologii, to jeszcze nie powód, aby ten sąd
potraktować z nadmierną uwagą. Faktem jest, że po "Wiośnie Ludów" zamykającej
dekadę lat 80 nie pojawił się model alternatywny wobec liberalnej rynkowo
zorientowanej demokracji. Ale na naszych niejako oczach rozwija się społeczeństwo
informacyjne, post-kapitalistyczne według Petera F. Druckera. Przynosi
ono nową filozofię rozwoju, rozwoju opartego na wiedzy wspomaganej przez
technologie informacyjne o zasięgu globalnym. Przymierzanie do niego miar
i schematów rodem z XIX-wiecznego kapitalizmu jest w istocie pozbawione
większego sensu. Zmiany kulturowe, w tym obyczajowe, wskazują jednoznacznie,
że człowiek ery "Trzeciej fali" różni się mimo wszystko od swych poprzedników
żyjących w innych epokach. Wiele kwestii "już było i nie wróci więcej",
a jeśli wrócą, to jednak w innej postaci. Można tęsknić za "epoką katedr",
lecz teraz mamy "epokę komputerów" (nb. dzięki której romańskie i gotyckie
katedry lśnią jakby pełnym blaskiem, a co również istotne, mogą być podziwiane
przez niemal wszystkich mieszkańców "globalnej wioski", zarówno w postaci
"realnej", jak i "wirtualnej"). Można wzdychać do czasów, gdy wszystko
było proste, ale proste to już było, obecnie w coraz większym stopniu "wszystko
zależy od wszystkiego". Człowiek żyje dziś znacznie dłużej (w "epoce katedr"
średnia wieku niewiele przekraczała 30 lat!) i ma, praktycznie, dostęp
do całej "pamięci cywilizacji", czyli wszystkich osiągnięć Kultury. O końcu
tego stulecia można powiedzieć, że cechą tego okresu jest nadmiar, zarówno
dóbr konsumpcyjnych (towarów) - co doświadczają tylko społeczeństwa zamożne
lub rozwijające się, sfera ubóstwa pozostaje nadal dramatycznie rozległa,
jak i nadmiar informacji. "Morze książek, czasopism, taśm, stron Internetu,
a wszystko pełne wszelkich teorii, nazw, danych.(...) Świat roi się od
niechcianej, niepotrzebnej informacji". Nadmiar towarów i informacji,
to - rzecz jasna - nie jedyne zagrożenia postrzegane na przełomie stuleci,
które charakteryzuje się także i tym, że bogaci są coraz bogatsi, zaś biedni
- coraz biedniejsi. I stanu tego nie są w stanie zmienić ani modły, ani żarliwe apele o to, by bogaci dzielili się swym bogactwem z biednymi. Należy
mieć świadomość tego, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za nasze czyny,
lecz również za nasze zaniechania.
Wiek XX dość łatwo usadowić "na ławie oskarżonych", wytaczając mu "proces"
o wiele niegodziwości, których skala przerasta wszystko, co doświadczyła
ludzkość w przeszłości. Wiek XX był stuleciem "nieprawdopodobnego", przyniósł
bowiem wiele wspaniałych odkryć i wynalazków. Był to jednak i wiek działania
"destrukcyjnego" człowieka, gdyż obrodził w okrutne totalitaryzmy, dokonujące
zbrodni ludobójstwa, przynoszące Holocaust i Archipelag Gułag, oraz dwie
okrutne, masowe wojny światowe, użycie broni masowej zagłady. Nie udało
się przeciwdziałać plagom głodu, kataklizmom, a także różnym lokalnym,
krwawym wojnom, których w drugiej połowie stulecia wcale nie ubywało. Niekiedy
przyczyn doszukuje się w Technice. To absurd. Zauważono, że "Potępienie
techniki in toto, to niepamięć o ogrodach kwitnących dzięki odsolonej wodzie
morskiej, natomiast idealizowanie techniki to niepamięć o Hiroszimie"
(Stuart Chase).
Jaki będzie wiek następny? Na to pytanie mogą beztrosko odpowiadać prorocy
i filozofowie, publicyści i politycy, opierając się na przeróżnych przepowiedniach,
których nigdy nie brakowało, a którym ochoczo dawali nieraz wiarę. Zapewne,
jeśli nie zbraknie mądrości i nie powtórzymy błędów popełnionych w minionych
latach, to już być może jej nie wystarczy, by zapobiec nowym, własnym.
Jeden z teoretyków systemów, Gerald Weinberg, zwrócił uwagę, że "Istotne
własności systemów nie dają się badać. A jak prognozować coś, co się nie
da badać?" Ale choć, nie wiemy dokąd idziemy, to idziemy tam prosto,
jak strzelił...
***
Moja "odyseja cybernetyczna" tak naprawdę zaczęła się w Łobezie. Lektury,
rozmowy i dyskusje młodości wpłynęły na ukształtowanie się jakiejś, zapewne
uproszczonej i niezbyt spójnej wizji świata. Zaszczepione, głównie przez
ojca, zasady które mógłbym określić jako "oświeceniowe", nadawały naczelną
rangę Nauce, dzięki której rozwija się Technika mająca służyć jako sprawne
narzędzie Człowiekowi. Sądzę, że dzięki temu pociągały mnie zagadnienia
i problemy multidyscyplinarne i interdyscyplinarne, niejako wspólne dla
wielu dziedzin życia, ale oparte nie na "wieszczeniu", lecz na ścisłej
wiedzy. Gdy po maturze w 1963 r. rozpocząłem studia w Wojskowej Akademii
Technicznej, rychło nie miałem wątpliwości, że tym właściwym dla mnie miejscem
jest, pierwszy w kraju, Wydział Cybernetyki. Studia cybernetyczne ukończyłem
w 1969 roku i ...kontynuuję je do dziś, pracując kolejno w Wojskowym Instytucie
Łączności, Akademii Sztabu Generalnego i Akademii Obrony Narodowej. Doktorat
obroniłem dokładnie ćwierć wieku temu na Wydziale Cybernetyki WAT, po następnych
5 latach uzyskałem stopień doktora habilitowanego, zaś w 1986 r. odebrałem
w Belwederze nominację profesorską. Napisałem tuzin książek i ok. 300 artykułów
i referatów, organizowałem dziesiątki znaczących imprez cybernetyczno-systemowych
i informatycznych, wypromowałem 30 doktorów i ok. 100 magistrów, inżynierów
i licencjatów. Wykładam w kilku różnych uczelniach. Od 1987 r. jestem prezesem
Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego. Biorę udział w pracach wielu rad,
komitetów itp. oraz towarzystw naukowych. Jest to "normalne".
Spośród napisanych książek najbardziej cenię "Teorię efektywności systemów",
ale najbardziej lubię "Poszukiwanie Golema". W 1996 roku za pracę "Od Eniaca
do Internetu" otrzymałem nagrodę w konkursie Radia Bis na najlepsze słuchowisko
popularnonaukowe, zaś jako godłem posłużyłem się nazwą: "GOLEM".
Praca naukowa, badania, dydaktyka, pisanie itp. wypełniały znaczną część
mego życia, ale nie wydaje mi się bym poświęcił się jej bez reszty, co
najwyżej wiele spraw, zwłaszcza tych osobistych, prywatnych, zaniedbałem.
Dziś, myślę sobie, że należało te proporcje odwrócić, poświęcając więcej
czasu rodzinie, bliskim, przyjaciołom. Nie żałuję wielu wyborów, zwłaszcza
tego, że - niejako w przeddzień swych 55 urodzin, obchodzonych we wrześniu
ostatniego roku XX wieku - mogę dziś powiedzieć: "Ja, cybernetyk". I nie
jest ważny ścisły sens tej deklaracji, lecz wyznanie względnie konsekwentnej
postawy, dla której kategorie: system, informacja, decyzja, sterowanie,
zarządzanie, komputer, społeczeństwo informacyjne, itp. tworzą jej podstawy.
One też określały kolejne etapy mojej "odysei cybernetycznej", której
pragnąłbym nie kończyć w mijającym XX wieku, dalej poszukując Prawdy i Piękna, a raczej swojego... Golema.
Arthur Clarke napisał: że "Kiedy dystyngowany uczony (po pięćdziesiątce)
stwierdza, że coś jest możliwe, to prawie zawsze ma rację. Jeżeli jednak
stwierdza, że coś jest niemożliwe, to z pewnością się myli". Dlatego,
chociaż nie był to jedyny powód, zajmowałem się przede wszystkim tym, co
jest możliwe i prawdopodobne. Nie wynika stąd, że w swej "odysei cybernetycznej"
nie błądziłem, zawijając niekiedy do niewłaściwych portów. Jednakże pomyłki
nie są fałszywą nauką, lecz fałszywą nauką jest nieprzyznawanie się do
pomyłek.
Warszawa, sierpień 2000r.
Piotr Sienkiewicz
21 R. Ligonniere: "Prehistoria i historia komputerów" (1992.)
22Obecnie egzemplarz Z3 można oglądać w monachijskim muzeum
techniki.
23P. Gilster: "Internet. Przewodnik użytkownika" (1995.)
24M. McLuhan: "Wybór pism" (1975.)
25N. Postman: "Technopol. Triumf techniki nad kulturą" (1995.)
26J. Rosenoer i inni: "Firma w Internecie" (2000.). B. Gates:
"Biznes szybki jak myśl" (1999.)
27J. O. Green, wyd, cyt.
28P. F. Drucker: Społeczeństwo postkapitalistyczne (1999.)
29Szerzej w pracy T. Gobon - Klasa i P. Sienkiewicza pt.
"Społeczeństwo informacyjne - szanse, zagrożenia i wyzwania" (1999.)
30R. Kapuściński: Lapidaria (1998.)
31U. Eco: Nasze środki masowego przekazu a książki (1996.)
32P. Sienkiewicz: "Analiza systemowa rozwoju społeczeństwa
informacyjnego" (1993)
33M. Mazur, wyd. cyt.
34J. O. Green: "Nowa era komunikacji" (1999.)
Henryk Banasiewicz
***
Taki jestem niemądry - straciłem nadzieję
I półmrokiem okryty jak kamiennym płaszczem
Niczego już nie pragnąc skryłem się w głąb siebie
Puste swojego serca zwiedzałem pałace
Taki jestem niemądry - lecz jak mogłem sądzić
Że gdzieś za horyzontem, poza nieboskłonem
W kolumnadzie słonecznej, w arkadach powietrza
Nad świetlistym cię mógłbym odnaleźć jeziorem
Dla mnie jesteś zbyt piękna, zbyt wiele masz wdzięku
Cierpię myśląc, że znikniesz... że ktoś mi cię porwie
Że zostanę na brzegu - jak zbudzony ze snu
I tylko chmur odbicie zobaczę w jeziorze
Henryk Banasiewicz
Lech M. Jakób
DRAPIEŻCY
"TRÓJKĄT ŚMIERCI
Podczas rutynowego obchodu Jeziora nadleśniczy Andrzej Hok dokonał
niecodziennego odkrycia. Znalazł w Zatoce Spokojnego Żeru trzy martwe zwierzęta
złączone uściskiem: szczupaka, wilka i bielika.
Początkowo sądził, iż trafił na ślad kłusowniczej działalności.
Ale przeczyło temu odgryzione skrzydło orła. Przytrzymywany jego szponami
szczupak miał rozdarty brzuch. Wilk był okulawiony. Ostry dziób bielika
głęboko poranił też wilczą szyję. Woda wokoło była czerwona od krwi, a ciało wilka jeszcze ciepłe. Do dramatu musiało dojść tuż przed przybyciem
nadleśniczego.
Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z Instytutem Ochrony Przyrody.
Nie potrafiono nam wyjaśnić, jak do podobnej sytuacji mogło dojść. Natomiast
wyrażono zdumienie obecnością wilka. Gatunek - canis lupus - zniknął z tego obszaru blisko pół wieku temu. Pojawienie się wilka zapewne ma związek
z wieloletnim programem całkowitej ochrony Jeziora i przyległych terenów,
zmierzającym do przekształcenia strefy w rezerwat krajobrazowo - ornitologiczny.
(jn)
("Gazeta Pomorska" nr 217, 18.09.1995r. )
Rozdział IV
Odcinek XII
Od góry jaśniało. Stojący w głęboczku szczupak ożywił się, by po chwili,
ruszyć w stronę wypłycenia. Parł wolno, z krótkimi przystankami wśród mijanych
kęp ramienic.
U podstawy stoku żerowały leszcze. Słyszał je wcześniej, lecz nie one
zmusiły do opuszczenia kryjówki. I nie małe okonki, którym poświęcanie
uwagi było stratą czasu. Intrygował ruch w górze zbocza. Niewyraźny, ale obiecujący. Takie drgania mogły pochodzić od chorej lub osłabionej ryby.
Ekscytacja szczupaka wzrosła, gdy podpłynął jeszcze trochę. Widoczny
na tle wywłócznika krąp - bowiem to on zwabił swoim nienaturalnym zachowaniem
- właśnie opadał w toni. Bezwładnie, brzuchem do góry. Ledwo jednak jego
pokryty białoszarymi plamami grzbiet dotknął dna, zerwał się i wzbijając
obłok mułu wrócił pod powierzchnię. Ryba wyraźnie dogorywała.
Drapieżca nie czekał dłużej ze zgarnięciem zdobyczy. Wystarczyło leniwe
uderzenie ogona. Pochwycony krąp drgnął, by prawie natychmiast znieruchomieć
w mocno zwartych szczękach. Tym razem niepokaźna ofiara połknięta została,
bez obracania.
Pierwszy posiłek tego dnia przyszedł łatwo. Ale wartało rozejrzeć się
za następnym kąskiem, póki słońce odbierze ochotę do jakiegokolwiek ruchu.
Gdyż rankami, po wydłużających się nocach, przegrzana woda wprawdzie stygła,
jednak dzienny skwar nadal robił swoje. Około południa temperatura przypowierzchniowych
stref potrafiła przekroczyć i dwadzieścia pięć stopni. Zaś głębiej, mimo
trochę większego zimna, brakowało z kolei tlenu. Musiał przeto lawirować
w ciągu doby, dzieląc czas między krótkie okresy polowania poszukiwania
najdogodniejszych, miejsc postoju.
Uporawszy się z krąpiem wolno przemknął wzdłuż łanów wywłócznika na
wschód. Bliżej brzegu taplały się grążyce. Towarzyszący ich żerowaniu hałas
nie przeszkadzał szczupakowi. Pozostał w tym rejonie, schodząc tylko trochę
niżej - między łodygi grzybieni. Kształt zbocza wskazywał na to,
że właśnie tędy powinna prowadzić trasa wędrówek jego potencjalnych ofiar:
wzdręg oraz: ulubionych płoci.
Cierpliwe czuwanie przerwał nowy ruch. Odległy i chwilowo trudny do
rozpoznania. Docierał zza południowowschodniego zakrętu. Jakby gdzieś tam
poczęły gromadzić się stada drobniejszych ryb. Drapieżca opuścił dotychczasową
czatownię, by niespiesznie minąć zakręt.
Na wschodzie stromizna zbocza łagodniała. Zagłębienia znaczyły świeże
kręgi jaśniejszego osadu zwieńczone wydalonymi łuskami - widomy ślad niedawnej
obecności innych szczupaków. Lecz wszystkie wymiotło. I co ciekawe, wszystkie
pognały w tę samą stronę - jeszcze dalej na wschód.
Dopiero teraz pojął przyczynę wzmożonej aktywności drobiazgu. Już niegdyś
w podobnym wydarzeniu uczestniczył: jego pobratymcy szykowali się do zbiorowej
nagonki! Stąd wyczuwalne napięcie - stąd też pierwsze objawy paniki wśród,
okrążanych. Bo szczupaki - o czym przekonał się niebawem - blokowały ujście
mikrozatoczki.
Chętnych do wspólnego polowania wciąż przybywało. Wkrótce przed zatoczką
stały dziesiątki drapieżników. Głównie młodocianych. Lecz nie tylko. Z okolic nadciągnęły także osobniki większe.
Samotnik ominął zgrupowanie i zszedł niżej, by zająć stanowisko w zachodnim
łuku przydennej niecki. Powierzchnię wody od zarośniętego rogatkiem i moczarką
dna dzieliło w tym miejscu niewiele ponad metr. Gorączkowo kłębiąca się
drobnica kusiła - z trudem powstrzymywał przedwczesny atak.
Wreszcie pobratymcy ruszyli. Jednocześnie, szeroką ławą. Napierając
w głąb zatoki od powierzchni. Zrazu wolno, potem szybciej.
I nagle spokojną dotąd taflę wody wzburzyły setki pierzchających rybek.
Napastnicy uderzali zdecydowanie. Coraz ciaśniejsza przestrzeń między atakującymi
a brzegiem poczęła wręcz kipieć. Część szalejących z przerażenia ofiar
wyskakiwało wysoko w powietrze, pozostałe próbowały ucieczki w stronę brzegu.
Lecz i tam czekała na nie zguba. Szczupaki były już wszędzie - także w oczeretach i na wypłyceniu wśród trzcin.
Niebawem masakrowanej drobnicy zagrozili następni rybożercy. Przedłużający
się hałas zmasowanych ataków ściągnął mewy.
Również i samotnik w tym czasie nie próżnował. Uderzenie nacierających
zepchnęło wielu uciekinierów głębiej - między rośliny. Akurat w pobliże
jego stanowiska.
Zielony gąszcz krył i okazalsze ofiary. Wprawdzie - w odróżnieniu od
drobnicy - tak szybko popłochowi nie uległy, ale i one, koniec końców,
ujawnić się musiały.
Jako jeden z pierwszych przemknął obok samotnika lin. Tuż nad dnem,
oddzielony kępą moczarki. I gdyby nie dezorientujące natężenie dźwięków
z góry, byłby czyhający uderzył w porę. Niestety, zabrakło ułamka sekundy.
Uciekinier zdążył prysnąć.
Podobnie stało się z wyrośniętą płocią, która wyskoczyła prostopadle
.prawie od ogona, Tej nawet nie ścigał, w chwilę później zajęty wyłuskiwaniem
uklejek.
Umykały meandrującym sznurem, wykorzystując wąski prześwit między roślinami.
Zaczajonemu u wylotu korytarza samotnikowi nie pozostało nic innego, jak
łykanie rozpędzonych kąsków. Ukleje same wpadały w co rusz rozwierany pysk.
Chwytał jedną, moment odczekiwał niżej i znów się podnosił. Trwało to wystarczająco
długo, by zapełnić żołądek siedmioma rybkami. Bez uganiania się i zbędnego
wysiłku.
Zasadnicza nawałnica przetoczyła się górą, gasząc swój impet w głębi
zatoki. Amok szczupaczej sfory ustał. Co prawda jeszcze tu i ówdzie trwały
indywidualne pościgi, lecz właściwie było już po wszystkim. Rozkołysana
powierzchnia wody wygładzała się, z wolna cichły głosy podnieconych ptaków.
Nasycony dosyć obfitym posiłkiem samotnik zawrócił w stronę ujścia mikrozatoczki
i ostrożnie spłynął niżej, kierując się ku wschodowi. Bokami oraz górą
doganiały go i wyprzedzały cienie pobratymców. On sam za szybko poruszać
się nie mógł. Znów kręgosłup. Znów ponowienie bólu, który - przynajmniej
ostatnio -jakby ucichł. Cóż, wystarczyło kilka ostrzejszych zrywów w trakcie
zbiorowego polowania i dolegliwość wróciła.
Teraz pragnął tylko odetchnienia. Dać odpocząć nadwyrężonemu kręgosłupowi
i w spokoju strawić pokarm. Jednak dogodne miejsca na wschód od małej zatoczki
okupowały inne szczupaki, I choć z większością dopiero co polował, dla
miejscowych nadal był obcy. Poczucie wspólnoty minęło razem z finałem nagonki.
Niektórzy z roślejszych pobratymców demonstrowali niechęć wobec niego aż
nadto wyraźnie.
Chcąc uniknąć zwady przemknął dalej, by wkrótce oderwać się od stoku
i pokonując głęboki rów osiągnąć zbocze podwodnej górki. Szczyt wzniesienia,
ukryty pod powierzchnią, zarastały trzciny i już obsychające turzyce. Panującą
tu ciszę zakłócał tylko jeden perkoz. A i w głębi nic nie odstręczało.
Szczupak, wolno okrążywszy wypłycenie, zszedł niżej. Wybrane do odpoczynku
miejsce obmywał ledwo wyczuwalny nurt. Wróciły przejściowo spłoszone drobniejsze
ryby. Nie przeszkadzała im obecność pokojowo nastawionego drapieżcy. Może
wśród nich stać, póki nie zdradzi ochoty na nowe polowanie.
Zgubiony przez popielicę orzech spadł wilkowi na kark. Śpiący pod leszczyną
otworzył oczy, zadarł głowę i przeciągając się wstał. Niemal natychmiast
wróciło mrowienie kikuta. Odruchowo podkurczył uszkodzoną łapę na wysokość
piersi.
Pijąc wodę z pobliskiej kałuży wciąż nie potrafił otrząsnąć się z sennych
widzeń. O bok ocierała się wilczyca; czuł na łopatkach jej łapy, delikatne
kąsanie warg oraz pieszczotę jej szorstkiego języka wokół uszu. Lecz owa
wizja, aczkolwiek wyrazista, ustąpiła silniejszemu obrazowi: rozrywaniu
brzucha sarny, A wychłeptywana z kałuży woda zdawała się mieć smak i zapach
krwi. Oblizał się z niedowierzaniem.
Zdumienie; jego jeszcze wzrosło, gdy ujrzał zębiełka z młodymi. W poszyciu,
może o dwa kroki dalej. Samiczka, jakby nie dostrzegając basiora, wiodła
długi szereg małych. W gęstniejącym mroku trochę przypominało to pełznięcie
węża. Zwłaszcza, że żywy sznur scalały łączenia: poczynając od pierwszego
maleństwa za matką każdy następny przytrzymywał poprzednika zębami.
Dłuższy czas tkwiący nieruchomo wilk jednym susem dopadł wiodącego zębiełka.
Dopadł i natychmiast wypuścił. Pod nogi upadła gałąź. Suchy, skręcony kij
- niczym nie przypominający przed momentem obserwowanej karawany ryjówkowatych.
Nieufnie obwąchał przyległy rejon. Nic rzadnych śladów zapachowych. Żadnego
szelestu czy widomej obecności jakiegokolwiek stworzenia. Czyżby aż tak
się pomylił?
Zdezorientowanemu basiorowi ciekła z pyska ślina. Dawało o sobie znać
coraz silniejsze kruczenie w brzuchu. Wstrząsnął głową i pokuśtykał na
północ, w stronę torfowisk.
Minął rozgrzebane mrowisko, ślimaczą kuźnię pod świerkowym zagajnikiem
i przewrócony jesion, by conocną rutynową trasą dotrzeć do ścieżek jeleni
i dzików. Teraz ich skrzyżowanie znaczył dodatkowy trop: rysia. Tym dziwniejszy,
że nie spotykany od lat. W każdym razie nigdy nie zetknął się z nim tu,
w okolicach jeziora. W przypływie gniewu nastroszył grzywę. Jednak bliższe
obwąchiwanie ściółki zaprzeczyło pierwotnemu rozpoznaniu.
Szybko zapomniał o kocie, gdy uwagę przyciągnęła smużąca się nad ziemią
woń padliny. W miarę podążania ku zachodowi mocniejsza, wręcz przenikliwa.
I znów błąd. Stanął jak wryty. Woń pochodziła od sromotnika. Już nie dowierzał
węchowi. Wprawdzie oba zapachy - tego właśnie grzyba oraz padliny - były
podobne, ale nie potrafić ich odróżnić? Rozczarowany ruszył dalej.
Zza skraju lasu niosło granie świerszczy. W prześwitach drzew pokazały
się gwiazdy. Zwolnił trochę, a wkrótce stanął, ciężko dysząc.
Zmęczenie? Lecz skąd? Kilometr przebiegł, może dwa. Zwykle łapy zaczynały
drżeć po solidniejszym wysiłku. Nie wiedział, co się dzieje. Ciałem wędrowały
fale gorąca.
Przysiadł z wywieszonym językiem. Wśród rozrzuconych wokół piór walały
się kości, daremnie usiłował powiązać widok ptasich, resztek z ledwo wyczuwalną
wonią ryb. Zamknął na chwilę oczy.
Sypało śniegiem. Wirujące w powietrzu płatki miękko opadały na sierść,
tajały i przyjemnie chłodziły skórę. Leżąc w zaspie zgryzał i przeżuwał
świeżą kość. Wreszcie pękła i mógł się dobrać do szpiku. Jeden ze spadających
płatków raptem począł rosnąć i upodabniać się do drapieżnego ptaka.
Zaniepokojony otworzył oczy. Prosto z góry nadlatywał borowiec. Bezszelestnie
skręcił tuż nad jego głową, zniknął między drzewami i po chwili wrócił.
Z łopotem. Olbrzymiejąc do rozmiarów bielika, którego wysunięte ku przodowi
szpony nie pozostawiały wątpliwości: skrzydlaty drapieżca atakował!
Dźgnięty lękiem basior popędził w głąb lasu.
I gnał tak, póki starczyło oddechu. Wkrótce rzekomy atak birkuta poszedł
w niepamięć. Zachłannie pił wodę z napotkanego strumyka. Znów miała smak
krwi.
Głośne chłeptanie wystraszyło jakieś zwierzę. Odszukał i odprowadził
je wzrokiem, nie bardzo dowierzając temu, co widzi. Gdyż umykające stworzenie
wskoczyło na drzewo, a dosyć wyraźnie odcinająca się na tle rozgwieżdżonego
nieba sylwetka sugerowała, że na gałęzi przycupnął zając. Basior wytężył
wzrok, lecz mimo usiłowań nie udało się dostrzec w tym miejsca ani wiewiórki,
ani tumaka. Podbiegł do drzewa, wsparł przednią łapę o pień i podniósł
głowę. Nadal szarak. Tyle, że typowo wiewiórczym sposobem smyrgnął dwa
konary wyżej.
Drżenie mięśni nie ustępowało. Czuł się osłabiony i wyczerpany. Również
rozkołatanemu sercu należał się odpoczynek. Spać. Jedynie tego obecnie
pragnął. Nawet dojmujący głód gdzieś zniknął. Oczy zamknęły się same.
Nie zdążył jeszcze zasnąć, gdy do niedawnych, omamów węchowych i wzrokowych
dołączyły słuchowe. Raptem zewsząd i jednocześnie eksplodowały znajome
dźwięki. Słyszał czuszykanie cietrzewi, warkot bekasa, godowy ryk jeleni,
brzęczenie komarów, nawoływania puszczyka oraz trzask gwałtownie łamanych
drzew. Wszystko to mieszało się ze sobą,by ostatecznie u cichnąć, zwieńczone
gasnącym trelem drozda.
Niżej, pod długimi szypułkami dojrzewającej trzmieliny, srebrzyła się
rosa. Krople pękały, opryskując z trudem przedzierającego się wysoką trawą.
Zbierał na pierś i pajęczyny osnuwików.
Nie zważał już na zwodnicze obrazy. Intuicja podpowiadała mu, że zarówno
galasy niepostrzeżenie zmieniające się w myszy, jak i przeobrażona w kunę
jaszczurka są niewartymi zachodu przywidzeniami; że powinien gnać dalej,
pędzić tak długo, póki nie znikną albo ich nie zgubi.
Po jakimś czasie istotnie zgubił. Otworzyła się przed nim pusta przestrzeń.
Zgromadzone nad horyzontem szare zwaliska chmur rozpłynęły się w dali.
Pojaśniało. I raptem spostrzegł, że biegnie mu się wyjątkowo lekko, bez
uprzedniej męki. Znów ma cztery sprawne łapy. Przechodzi z truchtu w spokojny
galop, a czerpana z ruchu zmysłowa przyjemność pobudza do galopu pełnego
- co jest łatwe.
Biegną razem. Dostrzega obok siebie waderę i pozostałych członków watahy.
Podniecenie udziela się wszystkim - zaraz okrążą daniela, już doganiają,
wystarczy uciekinierowi odciąć drogę. Właśnie wydłuża krok i przyspiesza,
gdy po ściganym zostaje tylko ciemniejąca mgiełka.
Ponownie jest sam. Nie wiadomo kiedy ze ścigającego przemieniony w ściganego
słyszy za sobą groźny łopot skrzydeł birkuta. W ostatniej chwili zastawia
się zębami i szuka ratunku w głębokiej wodzie.
Wydawało mu się, że tonie. Parskając i prychając wyskoczył z bajora,
otrząsnął mokrą sierść. Jakież było jego zdumienie, gdy spostrzegł, że świta. Wokół panowała cisza. Tylko od wschodu niosło cichy skrzek orzechówki.
Z minionej nocy nie zapamiętał nic lub prawie nic. Co robił w bajorze?
Polował? W ogóle coś jadł? Chyba jadł, skoro czuł posmak prawdziwka. Grzyb?
Może zgryzł żabę? Brak pewności. Zmysły smaku i węchu nadal zwodziły.
Za to miał inną pewność. Że gorączka ustąpiła. Razem z majakami. Wciąż
trochę dygotał, lecz z zimna. W ciągu kilku ostatnich godzin temperatura
spadła blisko zera. Rozlewający się przy ziemi chłód ożywił zapomniany
od wiosny reumatyzm.
Jednak, mimo ogólnego wyczerpania, czuł się na tyle dobrze, by pokuśtykać
nad jezioro. Brzeg dużej wody obdarowywał nieraz godziwymi posiłkami.
I tym razem się nie zawiódł. Jego głośne stąpanie przepłoszyło wydrę,
która porzuciła nadjedzonego szczupaka. Niecierpliwie i z rozkoszą wbił
zęby w rybi grzbiet.
Nie przerywając gryzienia uniósł głowę. Z mgły od zachodu pojawił się
nad trzcinami jakiś złowrogi cień.
Kłęby mgielnych oparów - prześwietlone; już słońcem od góry, ciemniejsze
nad wodą - łączyły się i rozdzielały, tworząc miejscami. długie prześwity
o lepszej widocz- ności. Czasem dało się w nich coś zobaczyć: liść grążela
albo pałkę wodną na tle rozmytych trzcin. Lecz nie mijała chwila i widok
znikał, by nagle pojawić się w innym rejonie. Równie krótko: i tak samo
niewyraźnie.
Siedzący ruch mgieł bielik nadal cierpliwie czekał. Niebawem opary powinny
się rozsnuć, a wtedy zapoluje. Tego ranka zaspokoi głód. Musi. Wszak wczorajszy
dzień był kiepski. Jeśli pominąć odbitą mewie ukleję, nie złowił nic. Zbliżonymi
rezultatami zamykały się i wcześniejsze dni. Jakieś truchło kreta, jakiś
mięczak, śnięta płoć, marne resztki zdobyczy krogulca i na tym koniec.
Nieustannie czuł w żołądku ssanie.
Rany po odstrzelonym kciuku i środkowym palcu zasklepiły się. Musiał
tylko uważać na ucisk. Przy silniejszym - jak choćby teraz, gdy siedział
na konarze - lewą stopę przeszywało dokuczliwe kłucie. Zapobiegał temu
przerzucając większy ciężar ciała na stopę prawą.
Znacznie gorzej wyglądało uszkodzenie skrzydła, Początkowo rana w ogóle
nie chciała się goić. Przedramię, zwłaszcza okolice nadgarstka, spuchły.
Obolałe miejsce jątrzył tkwiący pod skórą śrut. Co prawda dwie ołowiane
kulki wypadły samoistnie podczas wznawianych prób lotu już następnego ranka,
lecz ostatnia, usadowiona głębiej, omal nie doporowadziła do zakażenia.
Szczęśliwie w porę ją wyłuskał. A właściwie wytrącił, wciąż manewrując
dziobem wokół rany. Dopiero wtedy obrzmienie poczęło z wolną ustępować.
Minęły też silniejsze bóle.
Jeden z mgielnych prześwitów rozwarł się szerzej. Na odkrytym pasie
wody przed oczeretami mignęła sylwetka kaczora krzyżówki. W pobliżu musiały
krzątać się także inne ptaki. Świadczył o tym rosnący gwar.
Orzeł czujniej uniósł głowę. Serce przyspieszyło rytm. Nawet nie widząc
przez opary doskonale wiedział, gdzie są. Płynęły wzdłuż trzcin, od wschodu.
Dokładnie takiej okazji wyczekiwał.
Zaatakuje tego kaczora poza grupą. I uderzenie musi powieść się za pierwszym
razem. Ewentualną dłuższą gonitwę wyklucza osłabione skrzydło. Czyli jeden
udany atak, albo... kolejna klęska. Wiedział o tym aż nadto dobrze.
Wykorzystując sprzyjającą zamysłowi mgłę zeskoczył z gałęzi i poszybował
nad trzcinami. Kaczor nie mógł odpłynąć daleko. Byle nie przeoczyć najlepszego
momentu.
Wreszcie dojrzał cel. Był tuż tuż - na przedłużeniu linii lotu. Bez
wahania ściągnął skrzydła i natarł ukosem z góry.
Niestety, znów fiasko. Wprawdzie udało się ofiarę dopaść, lecz uszła.
Zawiodły szpony - ich słaby chwyt.
O powtórce ataku nie miał co marzyć. Rozhisteryzowane kaczki pierzchły,
a i nadwyrężone skrzydło odmawiało posłuszeństwa. Jak niepyszny wrócił
na przybrzeżną olchę.
Chwila odpoczynku wystarczyła. Rozgrzany polowaniem wystartował jeszcze
raz. Może spotka lepszą szansę na wschodzie. Tam wrzask przerażonych kaczek
nie dotarł.
Rzednące opary odsłaniały wciąż większe połacie wybrzeża i wody. Starał
się lecieć nie ożywiając pulsującego bólu w uszkodzonym skrzydle. Jeśli
będzie szybował bez gwałtowniejszych zrywów, utrzyma się w powietrzu dłużej.
Wilka dostrzegł z daleka. Ujrzał, ale nie rozpoznał. Początkowo wydawało
ma się, że to lis. Mgła nadal deformowała obrazy. Z resztą, nawet i przy
dobrej widoczności mógł basiora pomylić z jakimś drobniejszym czworonogiem.
Siedzący na brzegu chudzielec pożerał rybę. A zmierzwiona sierść i sterczące
żebra włóczęgi nie budziły respektu. Jednak - widząc ostrzegawczo obnażone
zęby - zawahał się i zrezygnował z już podejmowanej próby odbicia zdobyczy.
Musi szukać dalej.
Nowa okazja posiłku zjawiła się dopiero na wschodnim wypłyceniu. W lokalizacji
pomógł stos pustych skorup małż między trzcinami; widomy znak obecności
piżmaka.
Gryzoń, akurat zajęty rozłupywaniem powłok skorupy szczeżui, do ostatniej
chwili nie dostrzegł zagrożenia. A gdy ujrzał, było za późno. Bielik wręcz
na nim usiadł, wduszając zdrową stopą w piach.
Rozparcelowanie wywleczonej na brzeg ofiary nie trwało długo. Jeszcze
z mokrym od krwi dziobem wrócił do wody po rozłupaną szczeżuję. Nie mógł
pogardzić mięsem małży. Liczył się teraz nawet najmniejszy kąsek.
Przegrzebawszy pozostałe puste skorupy ruszył pieszo na południe. Szedł
i mocno kołysał się na boki, szorując wodę lotkami nienaturalnie zwieszonego
skrzydła. Mógłby je podciągnąć, ale każde napięcie mięśni niosło przykre
rwanie. Wystarczająco męczył się z lewą stopą. Przypominała o sobie na
byle nierówności dna.
Plusk towarzyszący brodzeniu orła słyszano i w pobliskim lesie. Na bezpieczną
odległość przezornie odsunęły się żerujące grążyce, umykały drobne ryby.
Nie zważał na to. Teraz interesowały drapieżcę wyłącznie młode żabki wodne.
W pozyskiwaniu łatwiejsze, chociaż i z tym miał spory kłopot. Maleństwa
potrafiły nieźle skakać. Raz po raz chybiał dziobem lub za susami żywotnych
płazów po prostu nie nadążał. Mimo wszystko w sumie upolował kilka sztuk.
Okaleczona stopa rozogniła się. Dalsza gonitwa mogła tylko pogorszyć
jej stan. Nieco zwłócząc odstąpił od łowów, gdyż utarczki z żabim drobiazgiem
powoli zaczynały go wciągać. Skoro pozyskanie większej zdobyczy nie wychodziło,
chętnie byłby tu jeszcze pozostał. Cóż, może wróci później.
Zwykle wzbijał się bezpośrednio z wody. Teraz jednak nie zaryzykował.
Ostrożnie wyszedł na suchy ląd, rozglądając się za korzystniejszym miejscem
startu. Znalazł takie trochę dalej, pod nawisem osiki. Wszedł tam, obrócił
się ku brzegowi i z krótkiego rozpędu, ciężko łopocząc, uniósł się w powietrze.
Okupiony bólem start zniechęcił do patrolowania południowych obrzeży
jeziora. Wzbił się wyżej wyłącznie po to, aby resztę trasy pokonać z nieruchomo
rozciągniętymi skrzydłami.
Wypoczynkowa olcha wkrótce przywróciła nadwątloną energię. Poprawił
się też nastrój bielika. Były ku temu powody. Wszak zjadł tego ranka więcej,
niźli w ciągu ostatnich paru dni.
Z rosnącą ciekawością rozejrzał się dookoła. Słońce stało już wysoko.
Rozproszyły się resztki mgielnych oparów. Brzegiem lasu odlatywała na południowy
wschód kukiełka. Zresztą, nie tylko ona. Zniknęły także trzcintaki, bączki
i rybitwy. O nadciągającej jesieni świadczyło również gromadzenie się w duże stada młodych i starych łysek - ulubionych ofiar birkuta.
Poranny ziąb z wolna ustępował. Niebawem zrobiło się gorąco. I właśnie
ów skwar wytrącił orła z leniwego bezwładu. Zamarzyła mu się kąpiel. Zeskoczył
z gałęzi i rozłożywszy skrzydła pomknął lotem ślizgowym w głąb zatoki.
Rozerwana piersią powierzchnia wody bryznęła rozpraszanymi strugami.
Taplał się, otrząsał i podskakiwał, płynąc jednocześnie w stronę płycizny.
A osiągnąwszy ląd prawie z marszu wystartował w powietrze.
Poderwał się i... spadł. Moment nieuwagi. Na chwilę zapomniał o urazie
przedramienia. Jedno zbyt mocne targnięcie i natychmiast skarcony został
przeszywającym bólem.
Gdy oszołomienie minęło, brodząc wrócił na brzeg. Teraz postępował rozważniej.
I przede wszystkim się nie spieszył. Przy okazji obsychały pióra.
Druga próba była przeciwstawieństwem pierwszej. Wystartował miękko,
z drżeniem o to, że za chwilę runie znów. Lęk minął po domknięciu kręgu
nad zatoką.
Lecz prawdziwie odetchnął w górze, dźwigany wstępującymi prądami. Dopiero
wówczas zelżało pulsujące rwanie prawego przedramienia. Krótko potem zapomniał
i o bólu. Odczuwał jedynie rozkosz, jaką dawały: pęd, niczym nie skrępowana
przestrzeń i słonawy zapach północnego wiatru.
Lech M. Jakób
Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa "Multico"
Paweł Kozioł
***
Na twarzy
dotyk skrzydeł.
Jak przed burzą
powietrze pełne niewidzialnych ptaków.
Proporce wiatru, surmy
ciszy. Zaraz trzeba
wyruszać. Przeciwko swoim
wiatrakom.
Paweł Kozioł
Tekst sponsorowany: Stanisław Muszalski
Kazimierz Obuchowski
CYWILIZACJA A KULTURA - Część I
Cywilizacja
Cywilizacja to wg. Małego słownika języka polskiego - "stan rozwoju
społeczeństwa ludzkiego w danym okresie historycznym, ze szczególnym uwzględnieniem
kultury materialnej. Przeciwstawiamy cywilizację stanowi dzikości i barbarzyństwa".
Natomiast kultura to wg. tego samego słownika: "całokształt dorobku
ludzkości wytworzonego w rozwoju historycznym lub w określonej epoce".
Inne słowniki, jak np. internetowy Webster, definiując "cywilizację",
kładą nacisk na jakość i poziom stanu technologii, a kulturę ujmują jako
postać cywilizacji.
Definicje te są na tyle ogólne, a synonimy zawarte w tezaurusach na
tyle odległe od podanego wyżej znaczenia, że można pozwolić sobie na definicję
własną, zwłaszcza że zależy mi na takiej, która byłaby dostosowana do wymagań
nauk psychologicznych. Mogłaby ona brzmieć następująco:
Cywilizacja to zbiór na tyle wyodrębnionych i funkcjonalnych instytucji,
że mogą one kontrolować jednostki ludzkie, znajdujące się w ich zasięgu,
za pomocą (a) formowania realnych wzajemnych oczekiwań wyznaczających normalność
i (b) egzekwowania zobowiązań1.
Ujmując rzecz inaczej, można stwierdzić, że z cywilizacją mamy do
czynienia wówczas, gdy w danych społecznościach powstają instytucje o charakterze
podmiotów, gdyż tylko one mogą po coś, czegoś chcieć od innych i od siebie,
i skłonne są do egzekwowania swoich wymagań. Pod tym względem każda cywilizowana
instytucja może być rozpatrywana jako analog osobowości jednostki ludzkiej,
a nawet stwarza badaczowi szansę włączenia jednostek ludzkich w zakres
zjawiska, jakim jest cywilizacja, rozpatrując je tak, jak instytucje społeczne.
Metaforycznie, mówi się o niektórych ludziach "człowiek-instytucja",
podkreślając zakres jego wpływów i skuteczność wymagań stawianych w imię
określonych celów nadjednostkowych.
Zwracam uwagę na to, że używanie w prawie cywilnym kategorii "osobowość
prawna" dodatkowo uzasadnia takie ujęcie.
Chcę posunąć się o jeden krok dalej i stwierdzić, że być może cywilizacja
powstaje dopiero wówczas, gdy jakieś jednostki ludzkie uzyskają stan podmiotowości.
To one dopiero są w stanie formować instytucje cywilizowane.
Barbarzyństwo, stanowiące przeciwieństwo cywilizacji można by więc
utożsamiać z brakiem podmiotowości zarówno jednostek, jak i eo ipso - instytucji.
W związku z takim ujęciem, wyróżnianie rodzajów cywilizacji, opierając
się na kryteriach technologicznych, jak na przykład "cywilizacja technologiczna"
lub "postindustrialna", nie jest konieczne, nawet przesuwa uwagę na cechy
nieistotne, gdyż istotą cywilizacji jest istnienie wymagań, oczekiwań i zobowiązań instytucji w stosunku do jednostek ludzkich, a nie stosowane
w tym celu środki techniczne lub warunki ich formowania. Nośnik cywilizacji
może być ważny, wspomnę o tym analizując Alvina Tofflera koncepcję fal
cywilizacyjnych, ale nieistotny dla zaistnienia samego zjawiska.
Wymienione w definicji "oczekiwania", czy wprost "wymagania", ze strony
instytucji, jak i ludzi mogą być formułowane bezpośrednio lub pośrednio.
Dotyczą one przestrzegania różnego rodzaju zasad i standardów postępowania
oraz wykonywania określonych działań - stawianie się do poboru, płacenie
podatków itp. Jednostka, znajdując się w obszarze działania danych instytucji,
liczy się z ich wymaganiami, dokonując wyborów uznawanych za prawidłowe,
właściwe i ma również zwrotnie oczekiwania wobec tych instytucji. Przestrzeganie
ich stanowi kryterium normalności obowiązujące w obszarze działania danych
instytucji. Oczekiwania te nie muszą być jednolite i mogą być różne wobec
osób zajmujących różne pozycje w tej samej instytucji. Dlatego inne jest
kryterium normalności postępowania prezesa rady nadzorczej, a inne jego
sekretarki. Nie ma tu więc ludzi jako takich. Są dani ludzie spełniający
różne oczekiwania. I tak to ujmuje psychologia środowiskowa.
Jest oczywiste, że szkoła, rodzina, zakład pracy, klub sportowy, jednostka
wojskowa, parlament czy warsztat samochodowy, których członkiem lub uczestnikiem
jest jednostka, różnią się rodzajem stwarzanych oczekiwań i zobowiązań.
W klubie żeglarskim inne wymagania są stawiane wobec barmana, a inne wobec
członka klubu. Są jednak podstawy do tego, aby sądzić, że w różnych okresach
historycznych istnieją wspólne właściwości instytucji spowodowane istnieniem
określonego paradygmatu cywilizacyjnego, co stwarza ich podobieństwo w danym okresie lub na danym obszarze. Jest to temat do osobnych studiów.
"Zobowiązania" natomiast ujmowane są w postaci przepisów lub regulaminów
dotyczących określonych osób. Stanowią element przymusu i przestrzeganie
ich obwarowane jest sankcjami, stanowiąc kryterium odpowiedzialności obustronnej.
W wielu wypadkach jednostka formalnie zobowiązuje się do uznania ich za
obowiązujące, składając podpis pod zobowiązaniem lub przysięgę.
Użyte w definicji słowo "realne" oznacza, że i oczekiwania, i zobowiązania
nie są martwe i są na tyle konkretne, że można je zoperacjonalizować. U podstaw tego wyróżnika leży założenie, że istnieją oczekiwania i wymagania
martwe lub niefunkcjonalne. Istnieć one mogą W tradycji instytucji lub też w jej regulaminach, ale nikt nie spodziewa się ich spełniania, ani nie wymaga tego. Takim martwym oczekiwaniem w moim uniwersytecie jest praca
młodych naukowców nad rozwojem własnym lub wychowywanie przez szkołę. Martwym
oczekiwaniem jest równość ludzi wobec prawa i ich prawo do zachowania godności.
Historia wskazuje na nieustanne ponawianie prób eliminacji lub zmiany
oczekiwań i zobowiązań, zarówno jednostek wobec instytucji, jak i instytucji
wobec jednostek. Jest to często wynikiem gry sił dokonującej się na obszarze
oczekiwań i zobowiązań między instytucją a jednostkami istniejącymi w niej
lub dla niej. Ta gra sił w wypadku rewolucji politycznej prowadzi nieraz
do zmiany instytucji lub jej nazwy, a w wypadku ewolucji - do zmiany sposobu
jej funkcjonowania.
W wielu instytucjach możemy obserwować spontaniczne zmiany oczekiwań,
które powodują z czasem zmiany celów instytucji, i odwrotnie, nadana z zewnątrz zmiana celu powoli lub w ogóle nie prowadzi do zmiany oczekiwań.
Zmianom oczekiwań z reguły towarzyszy zachowawczość wobec istnienia samej
instytucji. Na przykład w 1980 roku hasło przemian, pod którym strajkowano
w Polsce, brzmiało "Socjalizm tak, wypaczenia nie!". Że naprawdę o to tylko
chodziło, znajdujemy na wielu przykładach niektórych jednostek przemysłowych.
Przypomnę, że w okresie rozkwitu "Solidarności" globalnej przejmowała
ona automatycznie role komitetów partyjnych i takie też były wobec niej
oczekiwania. Po swoim upadku odrodziła się ona w postaci partii politycznej
i to od razu opozycyjnej i apodyktycznej, bez względu na swój udział w rządach. Być może zaszło paradoksalne zjawisko polegające na tym, że instytucja
koncentrująca się na walce z inną i tylko tą instytucją zostaje zniewolona
wzorcem działania przeciwnika, być może nawet jego samookreśleniem, celami
i metodami. Wyrażało tę obserwację ironiczne określenie: "Solidarność
nieodrodna córa Partii". Może nawet można by uzasadnić tezę, że nastawienie
na sam tylko cel destruktywny
(a więc technicznie prosty) powoduje uprzedmiotowienie. Natomiast
ludzie, którzy spełniali się w instytucji, która przegrała, nie mają innej
szansy niż fundamentalizm z jego negatywnymi konsekwencjami lub zmiana
tożsamości na rzecz takiego samookreślenia, które historycznie sprawdziło
się. Paradoksalnie, to nieraz ci drudzy bywają, bardziej niż zwycięzcy,
skłonni do budowania nowej instytucji, bardziej podmiotowej i inteligentnej,
niż ta która przegrała wbrew ich interesom.
Kultura
Przejdę teraz do dokładniejszego omówienia zdefiniowanej wyżej kategorii
"kultura", przecinającej się na ogół znaczeniem z kategorią "cywilizacja".
Przypomnę, że definicje słownikowe są niejasne i różnią się zakresem. Pominę
tu określenia redukujące kulturę do sztuki, "dobrego wychowania", oddziaływań
wymuszających "uczłowieczenie" jednostki ludzkiej2, a zwrócę
tylko uwagę na definicje wypracowane w ramach socjologii. Wydaje się, że szczególnie dogodna dla psychologii jednostek ludzkich jest definicja sporządzona
przez Bronisława Malinowskiego, wychodząca znacznie poza obszar jego badań
kultur pierwotnych:
"Kultura to jest całkowity zespół narzędzi, przywilejów grup społecznych,
ludzkich idei, wierzeń i zwyczajów, tworzy ogromny układ, który daje człowiekowi
większą możność uporania się z konkretnym specjalnym problemem, który napotyka
w czasie swego przystosowania się do otoczenia i zaspokajania swych potrzeb"3.
Takie ujęcie jest dogodne i dla psychologa, gdyż Bronisław Malinowski
zwracał szczególną uwagę na czynniki psychologiczne. Dlatego przez okres
wielu lat posługiwałem się nim. Łatwo jednak zauważyć, że obejmuje ono
praktycznie wszystko - od środków wytwarzania, przez organizację społeczną,
do sposobu przystosowania się człowieka do świata i spełniania jego pragnień.
W studium, którego oś stanowi odróżnienie kultury od cywilizacji, a człowiek
pozostaje w różnorodnych indywidualnych relacjach z nimi, muszę pokusić
się o definicję bardziej dostosowaną do specyfiki psychologii. Wykorzystam
tu idee wartości wypracowane na gruncie psychoanalizy, psychologii humanistycznej
i szeroko eksponowane w badaniach psychologów społecznych, skłonnych nawet
do traktowania wartości jako autonomicznego przedmiotu badań. Wynikiem
tego podejścia jest redukcja pojęcia kultury do jej funkcji wartościującej
w działaniach jednostki ludzkiej. Zdefiniuję ją w sposób następujący:
Kultura jest zbiorem skodyfikowanych lub luźno funkcjonujących standardów
jednostki ludzkiej określających co jest dobre, a co jest złe.
Ujmując ją w ten sposób, można by stwierdzić, że nie są kulturą wartości
tylko zapisane w statutach instytucji lub w dziełach ideologicznych. One
mogą stać się kulturą, gdy ożyją w umyśle ludzkim. Są propozycjami kulturowymi,
jak poemat lub podręcznik etyki. Bez znalezienia sobie miejsca w osobowości
człowieka są martwe. Istotą kultury jest to, że zapisy jej nie zawierają
skodyfikowanych sankcji. Sankcje mogą im nadać instytucje, włączając je
w zestaw swoich wymagań i nieraz egzekwując je szczególnie zdecydowanie.
Dotyczy to z reguły instytucji ideologicznych, jakkolwiek znane są wypadki
instytucjonalizacji kultury w wojsku lub w przemyśle.
Oznacza to, że o kulturze możemy mówić dopiero wówczas, gdy jakaś co
najmniej jedna jednostka ludzka akceptuje dane wartości i stanowią one
dla niej kryteria oceny jej samej i jej działań. Związek kultury z indywidualną
akceptacją oznacza, że działania lub właściwości niezgodne z akceptowanymi
przez jednostkę standardami kultury wywołują u niej sankcje psychologiczne
w postaci nieprzyjemnego poczucia obniżenia swojej wartości, z czym nieraz
łączy się zmiana samooceny, dyskomfortu uczuciowego lub wyrzutów sumienia.
Jak to zauważył Zygmunt Freud - to psychika jest aparatem egzekwowania
sankcji w wypadku działań (lub myśli) sprzecznych ze wskazówkami kultury.
Oznacza to, że kultura ma wpływ na tło postępowania, na jego skutki
dla działającej osoby, określa preferencje decyzyjne, nie jest jednak czynnikiem
wymuszającym takie lub inne postępowanie. Wydaje się, że im silniejsza
instytucja, w wyniku oddziaływania której sformatowane są główne odniesienia
kulturowe jednostki ludzkiej, tym mocniej określone wartości są preferowane
na jej rzecz. W ten sposób powstaje rodzaj hierarchii wartości i ich zrelatywizowanie.
Wstrząsającym przykładem jest decyzja Inkwizytora, postaci literackiej
z Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. Skazał na stos Chrystusa, mimo
że był on dla niego wartością najwyższą. Inkwizytor zdawał sobie sprawę
z tego, jaką groźbę stanowi żywy Chrystus dla instytucji, w imię której
podejmował decyzję o zabiciu. Dla wielu ludzi, których ideologia jest powiązana
mocno z instytucją - nie są złem: kłamstwo, zdrada, potwarz, podstęp, gdy
służą ich zdaniem celom tej instytucji. W ten sposób mamy nieraz do czynienia
z akceptacją działań, które przy innym odniesieniu byłyby sprzeczne z własnym
kodeksem moralnym. Na tym prawdopodobnie polega zjawisko zmiany hierarchii
i znaku wartości w wyniku stosowania różnych metod badawczych lub w różnych
sytuacjach. Sądzę, że dzieje się tak nie po prostu wskutek tego, że wartości
stanowią hierarchię o zmiennym układzie dominacji, co w ogóle cechuje organizację
układu programującego osobowości4. Istotą problemu jest pochodzenie
kultury. Gdy została ona dana jednostce, jest fragmentem jej konkretno-sytuacyjnego
obrazu świata, jednostka nie może mieć wobec niej dystansu i w sytuacjach
aktualizacji wartości to one decydują o ocenie jednostki, one kontrolują
wynikające z tej oceny decyzje, poglądy czy działania. Po prostu dane one
zostały jednostce w różnych sytuacjach, przez różne instytucje i tym samym
należą do tych sytuacji, a nie do poglądów osoby. Oznacza to, że źródła
kultury, przynajmniej w swojej części, ulokowane są poza jednostką. I tutaj,
tak jak w opisanej wyżej sytuacji "kto kogo", powstaje problem: czy dana
jednostka ludzka spełnia włożone w nią zasady dobra i zła, czy też ona
sama na podstawie własnej refleksji ocenia realną wartość określonych zdarzeń
lub przedmiotów. Znajduje to swój wyraz w paradoksie, o jakim miałem możność
pisania w Człowieku intencjonalnym. Ludzie, których źródła kultury ulokowane
są na zewnątrz nich, spełniający tylko standardy przedmiotowe - są lubiani
i cenieni, jako przewidywalni i uczciwi. Natomiast ludzie, których źródła
kultury wypływają z nich, spełniający standardy podmiotowe - są szanowani.
Jednakże niezależnie od tego, czy źródłem własnej kultury jest osoba ludzka
czy też instytucja, jej adekwatność wobec aktualnego świata jest ograniczona.
W pierwszym wypadku powodem jest zmienność świata lub zmiana pozycji geograficznej
osoby, a w drugim -jej odmienność, ograniczona przystawalność do reguł
powszechnych.
To nam wyjaśnia, dlaczego celem instytucji autorytarnych jest spowodowanie,
aby ludzie przejmowali kryteria kultury od nich, i tylko od nich. Instytucje
te są więc nastawione wrogo wobec każdej kultury będącej poza zasięgiem
ich oddziaływania (kultura przedmiotów jest taka zawsze) i decydują się
nieraz na najbardziej ostre działania wobec jej przejawów. Dyskredytowanie,
fałsz, fałszywki - to środek stosowany po czasy dzisiejsze. Gdy brak argumentów,
coś musi zostać zrobione5. Pod nazwą nadbudowy kultura bywa
więc jednym z najważniejszych przedmiotów oddziaływania i obszarów walki.
Gdy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer - wołał Goebbels. Problem
anektowania kultury przez instytucje jest tematem samym dla siebie. Najwygodniej
jest im z kulturą zredukowaną do sztuki - literatury, malarstwa, muzyki.
Nimi najłatwiej pokierować. Nawet gdy zostaje zredukowana do propagandy,
przestając istnieć jako sztuka, nazwa pozostaje6.
Jak przy takim wąskim ujęciu kultury można by określać takie zjawiska,
jak: zmiana, rozwój lub nawet wysublimowanie kultury? Zmiana kultury to po prostu zmiana tego, co podlega wartościowaniu. Natomiast rozwój kultury,
jej sublimacja polega na tym, że obiektem wartościowania stają się nie
tylko fakty, znaki i ryty, ale i abstrakcyjne formuły, symbole i całkiem
nowe wydarzenia posiadające dla osoby nadrzędny, czasem nowy sens. Być
może rozwój kultury ma też związek z rozszerzeniem udziału procesów kognitywnych
w procesie wartościowania, a więc wychodzeniem jednostki poza odruchy emocjonalne.
Może poziom rozwoju kultury określają proporcje wydarzeń wartościowanych
konkretnie i abstrakcyjnie. Można wykazać, że wartości wynikające z refleksji
i zrozumienia formują się łatwiej i łatwiej też ulegają zmianom, gdyż wymagają
nie uczenia się lub po prostu warunkowania, ale zrozumienia.
Dlatego dynamika rozwoju kultury ma prawdopodobnie tym większe tempo,
im bardziej kultura jest dojrzała, to znaczy oparta na własnym wysiłku
intelektualnym podmiotów. Wysiłek ten jest funkcją woli jednostek,
często wspartej koniecznością określenia się wobec tego, co całkiem nowe
lub też poznaniem czegoś, co rzuca całkiem nowe światło na znane już jakby
sprawy. Nieraz jest to wynikiem iluminacji pod wpływem poezji lub nagłego
przestrukturyzowania się rozumienia świata.
Szans takich nie mają jednostki niewykształcone lub/i wyznające kategorie
stanowiące system zamknięty lub nadany im w toku indoktrynacji, jako jedyny
i niezmienny. Z natury rzeczy, taki system jest ubogi i utrudnia wzrost
różnorodności wyganiających się problemów. Nawet przeciwnie, skłania do
uproszczeń, do trwałego wiązania danych ocen z tym wszystkim, co posiada
co najmniej kilka cech znanych. Jak to wykazał Iwan P. Pawłow, badając
dynamikę stereotypów, system ten skłania do negatywnej oceny każdej zmiany.
Dlatego w miarę zmian świata, kultura ludzi ograniczonych do konkretno-sytuacyjnego
obrazu świata musi składać się z przewagi ocen negatywnych, tym bardziej
masywnych i ostrych, im te zmiany były szybsze i bardziej powszechne.
Biorąc pod uwagę zróżnicowanie instytucji, jednostek ludzkich i różnice
między instytucją a kulturą można przyjąć za możliwe istnienie sytuacji,
w której dana osoba będzie posługiwać się rozbieżnymi kryteriami i odpowiedzialności,
i normalności, i wartości. Na przykład radca prawny stara się odebrać odszkodowanie
osobie, której ono się należy, posługując się nadinterpretacją istniejących
przepisów. Czyni tak, gdyż jego kryterium normalności, właściwego celu
działania wynikającego z przynależności do instytucji, która go zatrudnia,
zakłada działanie wyłącznie na rzecz tej instytucji. Radca ten wykraczając
poza literę przepisu i podejmując decyzję nie biorącą pod uwagę swojego
prywatnego kryterium dobra i zła, zdejmuje z instytucji i bierze na siebie
odpowiedzialność za skrzywdzenie człowieka. Być może radca ten w życiu
prywatnym nigdy by inwalidy nie skrzywdził, a nawet by mu pomógł. Wydarzenie
takie może być podłożem jego konfliktu wewnętrznego, ale też i poczucia
dumy z przezwyciężenia własnej "słabości". Język potoczny nazywa takie
zachowania schizofrenicznymi, przypisując je ubiegłemu ustrojowi. Jest
to jednak chyba właściwość wszelkich systemów autorytarnych, zamkniętych,
opartych na założeniu nadrzędności interesów instytucji nad odczuciami
jednostki. Środkiem obrony psychicznej, najczęściej tu stosowanym, jest
właśnie wytwarzanie dumy z podporządkowania siebie interesom zwanym "ogólnymi".
Sytuacja taka jest w istocie prawidłowością, normą istnienia w społeczeństwie,
w którym jednostka musi nieraz podlegać kilku instytucjom o wykluczających
się oczekiwaniach, a nawet regulaminach. Stoją przed nią dwie możliwości:
- albo uznanie jednej z instytucji za najważniejszą,
- albo uznanie własnych standardów wartości za najważniejsze.
Wybór pierwszy jest psychologicznie najłatwiejszy i znajduje wsparcie
w instytucjach kontrolujących sumienie człowieka.
Problem ten jest i był powodem wielu konfliktów i rezygnacji. Można
znaleźć argumenty wskazujące na to, że historycznie rzecz ujmując, zmiany
w obrębie cywilizacji i kultury dokonują się od pełnej ich tożsamości do
pełnego ich rozdzielenia.
Wydaje się, że również odpowiedzialność i oczekiwania w obrębie instytucji
podlegają dysocjacji. Tak jak ze wszystkimi zróżnicowaniami psychologicznymi,
proces ten przebiega od synkretyzmu, przez wyodrębnianie się sprzeczności
i zróżnicowanie się ich nośników - do autonomii funkcjonalnej, a następnie
i strukturalnej.
Przyjęcie tego założenia oznaczałoby, że istnieją podstawy, aby sądzić,
że cywilizacja i kultura były u swoich początków tym samym, a więc kryteria
odpowiedzialności, normalności i wartości pokrywały się wzajemnie. Podobnie
ma się rzecz z zasadami wewnątrz instytucji, których jednolitość, jak wydaje
się, zależy od ich wieku. Instytucje na początku ich powstania formują
oczekiwania zgodne z przepisami, a chyba nawet zgodne z kulturą ich założycieli
lub pierwszych uczestników. Rozdzielanie się tych standardów wskazywałoby
na starzenie się instytucji. Jednorodność ich bywała przedmiotem marzeń,
a wizja Raju obejmowała również wspólne funkcjonowanie Boga, ludzi i zwierząt.
Raj skończył się w wyniku równoczesnego złamania zasad dobra i zła, przepisów
i oczekiwań. Proces dysocjacji tych standardów bywa powodem wielu żalów
i niepokojów o losy świata.
W pracy Jednostka ludzka7(Obuchowski, 1993) uzasadniałem
tezę, że kształtujące się historycznie, oczywiste dla danej społeczności,
koncepcje jednostki ludzkiej nie zanikają i współistnieją z nowymi, w różnych
proporcjach, na różnych obszarach społecznych. Im więc świat nowocześniejszy,
tym więcej funkcjonuje w nim, obok siebie, różnych, nawet sprzecznych koncepcji
jednostki ludzkiej. Obecnie tezę tę rozszerzam na całość form cywilizacji
i kultury. Oznacza to, że należy oczekiwać istnienia ludzi, w których
życiu standardy odpowiedzialności, oczekiwań i dobra pozostają we wszystkich
możliwych powiązaniach - od pełnego ich utożsamienia do pełnego rozdzielenia
i autonomizacji.
Możemy więc na przykład oczekiwać, że są ludzie, dla których działalność
w danej instytucji podlega zarówno standardom tej instytucji, jak i własnym
standardom kulturowym. Są też ludzie, którzy swoje standardy kulturowe
spełniają poza instytucją, czyniąc w jej ramach to, co uważają za właściwe,
a "prywatnie" oceniając to jako niedobre. Są też osoby, które z punktu
widzenia instytucji działają nieodpowiedzialnie i niewłaściwie, gdyż kierują
się tylko własnym standardem kulturowym dobra i zła. Zauważę tu, że tylko
takim ludziom przypisuje się posiadanie charakteru. Można na podstawie
powyższego zestawić matrycę, ujmującą różne typy spełniania standardów
cywilizacji i kultury:
Są to ludzie postępujący, na przykład:
odpowiedzialnie, prawidłowo i moralnie;
odpowiedzialnie, nieprawidłowo i moralnie;
odpowiedzialnie, nieprawidłowo i niemoralnie;
nieodpowiedzialnie, prawidłowo i moralnie;
nieodpowiedzialnie, nieprawidłowo i moralnie;
nieodpowiedzialnie, nieprawidłowo i niemoralnie;
itd.
Nakładając tę matrycę ujmowania typów relacji człowieka i instytucji
na stan rzeczy istniejący w naszym kraju można z góry założyć, że podstawowym
czynnikiem mającym wpływ na przynależność do danego typu jest proporcja
zaniku starych instytucji i powstawania nowych oraz stopień uczestnictwa
w ich powstawaniu możliwie dużych liczb ludzi.
Można oczekiwać tym większej zgodności między cywilizacją i kulturą,
a także lepszej koherencji zasad wewnątrz cywilizacji - im więcej jest
nowych instytucji i im większa liczba ludzi zaangażowana jest w ich powstanie
i uformowanie się. Udział w tworzeniu nowych instytucji sprawia, że łatwiejsze staje się bycie odpowiedzial- nym, normalnym i moralnym.
Byłby to argument za powstawaniem nowych form samorządności. Za powstawaniem
szkół o innych zasadach nauczania niż te, które ukształtowały się w procesie
powstawania oświaty powszechnej, za nowymi formami karania przestępców
i nowymi instytucjami wychowującymi. Można oczekiwać, że przeciwnikami
tego trendu będą instytucje, które już zestarzały się, i ludzie, których
nie stać na własne standardy kulturowe.
Kazimierz Obuchowski
1 Zobowiązania te są w zasadzie skodyfikowane. W pewnych warunkach,
które być może stanowią wyraz patologii cywilizacji, kodyfikacja ta nie
jest jednostkom ludzkim znana, co sankcjonuje zasada, że nikogo nie usprawiedliwia
nieznajomość prawa. Zasada ta jest skrajnym wyrazem uprzedmiotowienia jednostek
ludzkich.
2 Por. K. Obuchowski, Człowiek intencjonalny, op. cit, rozdz. VI.
3. "Doczłowieczenie i odczłowieczenie".
3 Cyt. za; I. Tumau, "Przegląd Socjologiczny", 1947, t DC. Z. 1-4,
s. 505.
4 Por. K. Obuchowski, Adaptacja twórcza, op. cit.
5 Por. przypis 155 niniejszej pracy.
6 Nawiązuję tu do spóźnionej wypowiedzi Błoka: "Sztuka jest nie do
pogodzenia z naciskiem wywiewnym przez jakiekolwiek władze" (cyt. za: J.
Czapski, Tumult i widma, Warszawa, Znak, 1997, s. 25).
7 Czasopismo Psychologiczne, 1996, l, s. 47-59, por. też rozdz. II niniejszej pracy.
Za zgodą autora, na prawach rękopisu przedruku dokonujemy
z książki pt. "Od przedmiotu do podmiotu" - Wydawnictwo Akademii Bydgoskiej
- Bydgoszcz 2000r.
Dziękujemy Pkl. "Łabuź"
D E B I U T
Zyta Kwiatkowska
DŁONIE
Mam duszę wędrowca, lecz oswoiły mnie ręce mężczyzny. Bardzo je lubię,
Są szczupłe, silne i zwinne kiedy dotykają moich włosów. Mam duszę wędrowca,
lecz wracam zawsze do krainy rąk. Jest ona pełna zakamarków nieznanych
mnie, bo nie dostępnych wędrowcom. Kiedy wędruję, marzę o tych miejscach,
pełnych soczystych winogron, które delikatnie toczą się po ziemi porośniętej
jasnozieloną trawą. Marzę o nich, bo są mi niedostępne. Kiedy powiem "Chwilo
trwaj! Jesteś piękna.", wtedy poczuję słodki smak winogron.
Te dłonie, zbudowane na kształt rąk bogów greckich, Aresa czy Apolla,
otwierają przede mną granice. Wówczas czuję ich ciepło. Ciepło greckich
krain przesyconych ateńskim słońcem. Kiedy przemierzam bezbrzeżne krainy
dobroci i ciepła czuję się jak wędrowiec, który odwiedza dobrze znane miejsca.
Lubię tę pewność, że one istnieją. To daje mi bezpieczeństwo. Gdy podążam
przed siebie jedynym majątkiem i bagażem, który posiadam jest wspomnienie
tych miejsc. Odchodząc, odzwyczajam się od rąk mężczyzny. Podobno wtedy,
tak szepcze mi Afrodyta gładząc twarz, stają się one krainą wymarłą, Atenami
pełnymi gruzów i wspomnień słodkiego smaku winogron. Są wówczas krainą,
w której płaczą drzewa, bo nie potrafią unieść ciężaru cierpienia owoców.
Kiedy wracam, odczuwając głód i wycieńczenie nad umarłymi liśćmi winogron
zaczyna wschodzić słońce. Wracając waham się czy będę miała tyle siły,
aby przezwyciężyć tęsknotę za faustowskimi słowami. Gdy wracam czuję, że Ares, który dawno nie walczył i Apollo, który z rezygnacją odłożył lirę
odżywają. Kiedy wracam czuję, że moja bezdomna dusza odnajduje dom.
Zyta Kwiatkowska
Listopad 1998
|