Proszę Państwa,

Dostajemy dużo listów, za co serdecznie dziękujemy. Wszystkie bardzo dokładnie czytamy. Wszystkie dla nas bardzo ważne. Są bardzo piękne, osobiste, mówiące o ludziach, zdarzeniach i sytuacjach z nami, bądź z naszą muzyką związanych. Opowiadają jak spotkanie, czasem krótkie, jedyne, może być ważne, znaczące. Czytając takie listy, dopiero zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności za każdy gest, słowo, emocję. Przepraszam, jeżeli kiedykolwiek mogło być coś nie tak, my też jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje słabości, kłopoty, zmartwienia a czasem po prostu zły dzień. Rzadko listy zamieszczamy na naszej stronie, ale są takie przy czytaniu, których kłuje w dołku i wiem, że mimo wielu przeciwności, trudu dla takich kilku słów warto było ...

J.H. Chrząstek

*      *      *


Zbyszku i Horacy.

Nawiązując do naszego spotkania w Łęczycy na Nocniku, przesyłam Wam moje skromne wspomnienia z czasów, kiedy miałem to szczęście poznać i zapamiętać na całe życie ludzi, których się nie zapomina.



Bar "U Izy" Ruciane Nida 1980.

Miło było usłyszeć na nowo brzmienie muzyki mojej młodości, przypomnieć sobie dawne klimaty z nią związane i chociaż na chwilę przywołać dawne wspomnienia. W końcu to prawie trzydzieści lat. Dla mnie poznanie w 1980 roku Zbyszka, Jacka i Jasia było jak objawienie. Czasy nieciekawe. Szaro biednie, nieufnie, bez perspektyw. Człowiek poruszał się wtedy pewną utartą drogą, schematem bez wyraźnego celu. Jakiekolwiek odstępstwo od normy delikatnie mówiąc nie było najlepiej widziane. Z grupą swoich kumpli wyjechałem wtedy pod namiot na Mazury do Rucianych Nida, poczuć trochę wolności i beztroski. Jak co wieczór siedząc przy ognisku produkowałem się na gitarze grając różne kawałki Wałów Jagielońskich, Olka Grotowskiego, Jacka Zwoźniaka /wtedy to byli dla mnie absolutni faworyci/. Nagle słyszę dźwięk fletu, ale jaki dźwięk. Nie widzę postaci, tylko ten dźwięk, przenikliwy, wibrujący idealnie wpasowujący się w linię melodyczną. Skończyliśmy razem. Po chwili z cienia wyszła drobna postać, zakapturzona w czarnej pelerynie, z workiem na ramieniu pełnym fletów. Po prostu leśny skrzat. Tak poznałem Jacka. Następnego dnia dołączył Zbyszek I Jasiu. Potem już mój pobyt na Mazurach to były niekończące się wspólne biesiady / tzn. piwo i obowiązkowe frytki / i muzyka i to jaka muzyka. Poezja Leśmiana, Szymborskiej wymieszana z Omegą , Locomotivem i utworami własnymi tworzyła niepowtarzalną atmosferę wszelkich spotkań. Niemal każdego dnia , późnym popołudniem, chodziliśmy do takiego baru w lesie ,"U Izy" gdzie po zaspokojeniu pragnienia chłopaki zaczynali swój koncert. Po piętnastu minutach było już pełno ludzi. Często przypadkowych, którzy akurat przechodzili, ale byli też i tacy którzy słyszeli ich poprzedniego dnia i chcieli jeszcze raz posłuchać. Teraz się śmieję, że były to początki kapitalizmu. Stefańscy napędzali barowy interes pani Izy, a ona i tak dolewała nam wody do piwa. Nie to było jednak najważniejsze. Jacek, Zbyszek i Jasiu grali dla ludzi, dla siebie, dla atmosfery, dla śmiechu i nastroju. Ta muzyka wypływała z nich, była naturalna i szczera, oni po prostu nią żyli.



Bar "U Izy" Ruciane Nida 1980.

Jaki był wtedy Jacek? Był przede wszystkim fantastycznym człowiekiem, ciepłym i serdecznym, dającym lubić się od razu. On kochał ludzi, ufał im, brał wszystkich jedną miarką, dzielił się swoją energią i był w tym wszystkim szczery. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym , i zawsze było ciekawie, i zawsze było mało. Któregoś wieczoru zaczepił go i pobił jakiś miejscowy osiłek. Złamał mu nos i ogólnie poturbował. Przyjechała milicja, miejscowego zamknęła w areszcie, Jacek poszedł zeznawać. Na drugi dzień, kiedy dowiedział się, że facet ma recydywę i grozi mu parę lat więzienia, poszedł i wycofał zeznania. Ten potem przyszedł do nas wieczorem dziękować i na swój sposób przepraszać, że tak wyszło. Jacek bez żadnych oporów przyjął przeprosiny, poklepał go po ramieniu i powiedział coś w stylu - nie przejmuj się stary ciesz się życiem, wszystko ok. Tamten chyba do końca nie mógł zrozumieć dlaczego nie siedzi w pudle.



Bar "U Izy" Ruciane Nida 1980.

Jaka była ich muzyka? Każdy z nich miał to coś, co chyba określa się iskrą bożą. Jasio zawsze nieśmiały, spokojny z ciepłą ironią w głosie i cylindrem na głowie. Jego solówki wyważone, czasami oszczędne ale bardzo poetyckie. Zbyszek , już wtedy charyzmatyczny o mocnym głosie, wkładający w swoje śpiewanie i grę wszystko czym obdarzyła go natura. Po prostu pełna ekspresja. Natomiast Jacek. Dla mnie był genialny. Jakby się urodził z tymi fletami. Jakby ta muzyka bez przerwy w nim krążyła. On grał wszystko. Na jednym, na dwóch fletach, na nosie, do tego śpiew. To było coś niesamowitego. I robił to wszystko z takim zaangażowaniem i jednocześnie z taką lekkością. To była jego pasja, jego miłość, jego szczęście.

Z takimi ludźmi i w takiej atmosferze mazury minęły jak piękny sen. Stefańscy wyjeżdżali. Zaprosili nas do Gdańska. Mieliśmy za tydzień jechać nad morze, więc po drodze. Zaproszenia czasami są z natury grzecznościowe, takie ot po prostu tak wypada. Jacek widział moje wahanie. Podszedł i powiedział, że coś mi zostawi, wtedy na pewno przyjedziemy. Wyciągał jakieś flety, dokumenty i Bóg wie co jeszcze, dopóki obiecałem, że będziemy. No i byliśmy. Nie trzeba było długo szukać. Tak jak powiedział w bramie usłyszysz muzykę i to wszystko.

Ta gdańska brama była ich taką małą salą koncertową z ciągle zmieniającą się publicznością. Kiedy grali robił się niezły tłumek. Ludzie słuchali, rozdziawiali paszcze, bili brawo. Zbyszek czasami przemycał jakieś kabaretowe kawałki i aluzje. Ludzie się bawili. Ja dostałem zatrudnienie w postaci dwóch grzechotek /puszki po piwie wypełnione ryżem/, a przy końcu występu brałem Jasia cylinder i bardzo grzecznie zachęcałem opornych do wrzucenia paru drobnych. Taki koncert trwał z pół godziny, potem przerwa z godzinkę i znowu do bramy. Dni mijały na muzyce, rozmowach przy piwie i przeżywaniu każdej chwili. Wieczory często mieszały się z porankiem. Świt czasami potrafił zaskoczyć nas na plaży. W dniu naszego wyjazdu Zbyszek stwierdził, że trzeba nam coś dać na drogę, żebyśmy z głodu nie poumierali. Jasiu wtedy popatrzył na nas tymi swoimi dobrymi oczami i powiedział - Słuchajcie ja mam taki pomysł. Najlepiej będzie jak każdy da ile chce. Ja daję 50 groszy. - Wszyscy gruchnęli śmiechem. Na dworzec odprowadzał nas Jacek. Podczas pożegnania rozłożył flet wyjął z niego jakieś banknoty wcisnął mi je do kieszeni mówiąc żebym się nie bronił, że oni zaraz sobie coś zarobią i że chce nam postawić jakieś pierwsze piwa nad morzem i że ma nadzieję ,że do Gdańska zawsze będę chętnie wracał nie zapominając o Stefańskich.

Chyba w styczniu 1981, w każdym razie zimową porą pojechałem na wycieczkę do Gdańska. Byłem wtedy w klasie maturalnej więc była to zorganizowana wycieczka szkolna. Po przyjeździe na miejsce zadzwoniłem do Jacka. Okrzyk radości, potem żal że tylko dwa dni. Profesorowi powiedziałem, że mam rodzinę w Gdańsku, miasto znam, wszędzie już tutaj byłem, a z rodziną chętnie się zobaczę. Takie niewinne kłamstwo, ale nie mogłem inaczej. Uwierzył i nawet pozwolił mi zabrać ze sobą mojego kumpla. Pojechałem do Wrzeszcza. Jacek czekał. Nie mogliśmy się nagadać. Czasy burzliwe, Solidarność, podziemie, nielegalne drukarnie, ulotki, poezja drugiego obiegu, nastrój niepewności i podekscytowania. Tego wszystkiego będąc tam na miejscu mogłem dotknąć i zobaczyć. Dzięki Jackowi. Wieczorem drugiego dnia miałem się stawić w schronisku. Nie bardzo nam to było w smak. Autobus odjeżdżał następnego dnia o ósmej. Przed nami jeszcze cała noc. Poza tym miał przyjechać Zbyszek z Jasiem. Jacek długo się nie zastanawiał, chwycił za telefon, zadzwonił do schroniska, poprosił profesora i przybrał poważny ton, wygłaszając oświadczenie mniej więcej tej treści. "Panie profesorze, nazywam się Jacek Stefański i jestem wujem Jarka. Otóż dziś właśnie jest u nas w domu taka mała uroczystość rodzinna i moja żona, to jest Jarka ciocia, była by niezmiernie szczęśliwa gdyby chłopcy którzy się w tej chwili bardzo denerwują, mogli jeszcze u nas zostać do jutra. Ja ze swojej strony obiecuję panu, że jadąc jutro rano swoim służbowym samochodem do pracy, odstawię ich pod samo schronisko." Zadziałało. Nie wiem co bardziej, czy jego poważny ton, czy wzmianka o służbowym samochodzie. To była noc o jakiej się nie zapomina. Muzyka, poezja, wspomnienia, plany, wódka pita pod miętę. Późną porą dotarli Zbyszek z Jasiem i jeszcze jacyś ludzie. Ranek był ciężki, ale na autobus zdążyłem. Mój kolega do tej pory wspomina, że zdarzyło mu się w życiu poznać takich ludzi i przeżyć takie niesamowite spotkanie.

Pod koniec lipca 1983 pojechałem w swoją podróż poślubną do Jastarni . Moja żona Lidka była już w widocznej ciąży. Odwiedziliśmy Gdańsk. Miałem nadzieję, że kogoś spotkam. Idąc Długim Targiem dostrzegłem Jacka pośród obrazów, koralików w swojej nieśmiertelnej pelerynie ze strzechą na głowie. Chyba równocześnie się zobaczyliśmy. Jacek zaczął biec w naszą stronę, po czym padł przed Lidką na kolana z okrzykiem "moja najmilejsza dlaczego mi to zrobiłaś" Tak moja żona poznała Jacka. Siedzieliśmy w słońcu na ławce, gadaliśmy, śmialiśmy się. Była z nami wtedy Małgosia Zwierzchowska i chyba przewinąłeś się Ty Horacy. Jacek opowiadał mi o swoim małym synku ,o Fimfie i o tym jaki jest szczęśliwy, o swoich planach i o tym co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy. Pożegnaliśmy się późnym popołudniem tradycyjnym niedźwiadkiem. Patrzyłem jak odchodzi. Ostatni raz.

W sierpniu przyjechała do nas Małgosia Zwierzchowska i powiedziała co się stało. Prosiła też o zdjęcia które robiłem na ostatnim spotkaniu z Jackiem. Wszystkie te fotografie okazały się kompletnie prześwietlone. Nie chce pisać o tym co wtedy czułem. W każdym razie długo nie mogłem w to uwierzyć i się z tym pogodzić ,podobnie chyba jak wielu innych ludzi. Był to dla mnie koniec pewnego etapu do którego nie chciałem wracać. Teraz po latach kiedy słyszę waszą muzykę, wasze brzmienie, tembr głosu Zbyszka i dźwięk fletu, cieszę się , że dane mi było was poznać i chociaż przez krótkie chwile cieszyć się moja bytnością z Wami. Zbyszku, dziękując mi za spotkanie powiedziałeś, że to dowód na twoją teorię, że czas tak naprawdę jest bez znaczenia, jeżeli prawda łączy ludzi. Nie pozostaje mi nic innego jak się z Tobą zgodzić.

Serdeczne pozdrawiam Jarek Ogorzewski




*      *      *

Serdecznie witam.

Nazywam się Seweryn Chmielewski, pochodzę z Chełmży pod Toruniem. Spotkałem się z wami po dwudziestu kilku latach na koncercie w Gdańsku, w Watrze, 20 lutego. Udało mi się dotrzeć do Zbyszka i kilka słów zamienić - poprosił mnie, bym się odezwał i jakiś ślad zostawił, może Bozia pozwoli kiedyś na jakiś bliższy kontakt i powspominanie. Co niniejszym czynię.

Muszę też jednak podzielić się czymś, co od lat noszę w sobie, od spotkania z wami. Był to rok Czarnobyla (1986), kończył się paskudny stan wojenny, ale przyszłość była zamazana, nastroje raczej ponure, zwłaszcza na prowincji. Ale był to też czas sporej aktywności różnych grup artystycznych, wiadomo, walczyli o chleb. Działał u nas (w Chełmży) wówczas niezwykle operatywny kierownik klubu (nazwy nie pamiętam, ale to był jedyny klub i nikt nie używał nazwy...) niejaki Tomek zwany też Bolkiem D. On spod ziemi wydostawał jakieś środki i zapraszał rozmaite, na ogół bardzo znakomite, (co się okazywało dopiero po latach) osobistości i zespoły (pamiętam m.in. Leszka Długosza, Piotra Bakala, wielu po prostu nie pamiętam).Tą drogą trafiła do nas grupa "Bez Jacka". Wasz koncert był dla nas przeżyciem. Piękna poezja, znakomita muzyka, niezwykły kontakt z publiką, niekończące się kawały Jasia (pamiętam, jak wyjaśniał wypadek Czarnobyla: przybijali hasło pierwszomajowe i za długie gwoździe wzięli...). Był też z wami niejaki Remik oraz Lumbago, nie było wtedy Horacego, chociaż był wymieniany, jako członek zespołu. Szczególnie silne było to przeżycie dla mojego przyjaciela, Zbyszka H, który uwielbiał poezję śpiewaną, był człowiekiem wielu zalet oraz tuszy, miał tylko kłopoty ze słuchem, tym muzycznym, za to nadrabiał głosem...To on zdecydował się zaprosić was do swego domu, a że ja byłem nie tylko jego przyjacielem, ale i sąsiadem, impreza rozciągnęła się na dwa domy i chyba parę nocy...

Jednak niezwykłość tego spotkania nie tkwi w tym, co powyżej, macie takich spotkań setki. Otóż jestem ojcem dziecka autystycznego, dzisiaj - osoby autystycznej (ma 30 lat). Długo musiałbym tłumaczyć, co to autyzm, dość, że powiem, że taka osoba ma zaburzone kontakty ze światem zewnętrznym, szczególnie emocjonalne, ma kłopoty z mową (wielu nie mówi w ogóle) oraz prawie zawsze zaburzoną sensorykę. To mądre słowo oznacza, że bodźce, które dla nas są słabe, mogą przekraczać możliwości percepcji dzieciaka, np. szept może być krzykiem, muśnięcie może być ciosem itd. Taki właśnie był nasz syn - szczególnie wrażliwy na hałas, ale o wrodzonym smaku artystycznym... Wcale się nie śmieję, rok przedtem (1985) odbywał się konkurs chopinowski, w którym mój Radek od początku odkrył mistrza: gdy grał Wietnamczyk (wówczas on zwyciężył), chłopak słuchał jak zaczarowany, gdy grał kto inny - wychodził z pokoju. Wasz casus polegał na tym, że chłopak spokojnie słuchał waszych pieśni znajdując w nich upodobanie, mimo że wraz z upływem biesiady poziom odtwórczy raczej się obniżał...Mieliśmy na taśmie nagrany i wasz występ w klubie i późniejsze -nazwijmy to- dokonania. Niestety, taśmy się nie uchowały, Radek tyle razy je przesłuchiwał, że zdarł je do zera. Zna waszą twórczość, odróżnia was po pierwszym takcie. Gdy skończyły się taśmy, rozpaczliwie zacząłem szukać płyt. Jeśli chodzi o słowa, byłem spokojny, wspomniany już wasz gospodarz Zbyszek H, znał wszystko na pamięć! Niestety, z odtworzeniem melodii miał kłopoty.

W 1990 wróciłem na Wybrzeże, z tysiąca i jednego powodów. Zamieszkaliśmy na Kaszubach. Zaczął działać internet. Kiedy, nie pamiętam, ale z Dalmafonu zdobyłem waszą płytę "Zatańcz ze mną na polanie", nawiasem mówiąc nieomal tak samo zdarta już, jak owe taśmy. Przymierzałem się do waszych koncertów kilka razy, ale życie, wiadomo. W końcu się udało. Radek koncerty źle znosi, ale was wysłuchał w całości, doskonale pamiętał Zbyszka, że u nas był.

Było w was tyle ciepła i ludzkiej życzliwości, że pozostawiliście trwały ślad, w nas i naszych rodzinach. Nadawaliśmy na tych samych falach. Tchnęliście takim optymizmem w tamtych mrocznych czasach, że dało nam to wiele sił na przetrwanie. Potraktowaliście niesprawnego dzieciaka jakoś tak, że do dzisiaj kojarzycie mu się z czymś dobrym. Ktoś, kto z założenia nie odczuwa emocji tak, jak my je rozumiemy, nagle się otworzył i uznał was za kogoś swojego. Byliście chyba pierwsi spoza najbliższej rodziny zaliczeni do kręgu ludzi pozytywnie nieobojętnych. I za to - dzięki. Dzięki, że jesteście, i że jesteście właśnie tacy.

Któregoś dnia w radio usłyszałem wieść smutną o odejściu Jasia. Powiadomiłem Zbyszka H, przeżywał, rwał się do was, żądał ode mnie (z Wybrzeża) kontaktów. Świat znowu stanął na nogi, gdy usłyszeliśmy gdzieś znowu cudowną gitarę i ten niepowtarzalny głos Zbyszka. Bardzo to nas podniosło na duchu wtedy, pamiętam dobrze. Dziś Zbyszek H razem z Jasiem opowiadają sobie w niebie kawały, może wspominają tamtą biesiadę, która mocno zmieniła nasze myślenie o życiu, a mojemu chłopakowi pozostawiła tak miłe wspomnienia. Dzięki.

Pozdrawiam serdecznie, przepraszam za przydługi list. Poczułem potrzebę podzielenia się dobrymi emocjami związanymi z waszą grupą.
Do miłego!

Seweryn

Wiatrem pisane... (14.01.2007)

Wasza strona zachęca do pisania... Wy zachęcacie swoją twórczością do odwagi bycia w tym XXI wieku. Niespodziewanie było mi wczoraj dane znaleźć się na koncercie i przeglądziku poetyckim w krakowskim Loch Nessie. Niespodziewanie, bo miałam być wówczas kinie z przyjacielem. O koncercie dowiedziałam się dzień wcześniej od poznanego na pewnym kursie chłopaka, który brał udział w tym przeglądziku. Koncert- cudo malowane, mało nie wyskoczyłam z krzesła (tj. z kolebiącej się ławki) ;).

Emocje, jakie wyzwala namacalne spotkanie z wykonawcami, których zna się z walkmenowskim słuchawek, czy empetrójkowych nagrań, są niesamowite. To tak jak w dzieciństwie słucha się opowieści o podróżach z górskim wiatrem na ramieniu, a potem idąc samemu zagubionym szlakiem, czuje się ten wiatr we włosach. Bez Jacka na żywo, to właśnie taki podmuch wiatru. Ciepły, zaskakujący za każdym razem(chociażby obecność chóru...), niosący liście wspomnień, a przede wszystkim naglący do dalszej drogi, dodający sił do dalszej wędrówki.

Pierwszą piosenką, jaką usłyszał bodajże 2 lata temu na rajdzie harcerskim była Zwiewność(na moją zdziwioną minę, jedna osobą odpowiedziała: "jak to nie znasz Zwiewności?").Powoli zaczęłam się dokopywać do twórczości, ale tak naprawdę stała mi się ona bliska, kiedy koleżanka przywiozła mi Wasza kasetę z Yapy 2005. Wtedy i moja gitara zaczęła się z Wami oswajać. Błyskawicznie:] Mój osobisty stosunek do grupy nie wynika z obecności na koncertach(ten był przecież pierwszy i na pewno nie ostatni), czy znajomości członków(mam dopiero 19 wiosen i jesieni na karku:P). Jest inny powód. Stało się w zeszłym roku tak, jak to zwykle bywa w ludzkim życiu, kiedyś pojawia się bardzo trudna sytuacja, że podłoga stała się sufitem, a sufit podłogą, wszystko wywróciło się do góry nogami, rękami i nosem też. Ot życie.

Nie mogąc, ba nie będąc w stanie przebywać we własnym domu, wychodziłam włócząc się do północy sama po parku. Jedyne, czego panicznie boje się na razie przez te 19 lat, to ciemność. Wyobraźnia nadmiernie uformowana. Brałam do kieszeni kurtki walkmana, ową kasetę ze śliczną błękitną okładką i ruszałam do parku. Zagłuszenie skupienia na mrocznym i niepewnym otoczeniu (a przecież to tylko drzewa...). Chciałam się bać, żeby zostawić za sobą dom.

Nie wiem, w jaki sposób Bez Jacka to zrobiło, ale przez wiele listopadowych dni 2005 roku, kiedy tak igrałam sobie z niebezpieczeństwem, dzięki ich piosenkom wiedziałam, że muszę wrócić. Pomimo wszystko, że jeszcze trochę, że na ucieczkę jeszcze przyjdzie czas, przyjdzie Kraków.

Zatańcz ze mną na polanie ot tak po prostu... Zatańcz ze mną w sobie... Tańczyła we mnie Wasza muzyka. I za to chcę Wam bardzo podziękować. Za "Rycerza" najbardziej. Bo moja tarcza pękła, ale blask oczu pozostał i zwyciężył...

Alex

Wyborcze granie

Koncert w Kielcach w dniu 25 września 2005 poprzedzony był dwoma wydarzeniami.
- Podróż sentymentalna BJ do miejsc i zakamarków gdzie wszystko się zaczęło:
- Bolmin koło Kielc – tutaj Zbyszek dostał na urodziny swoją pierwszą gitarę
- Chęciny gdzie Zbyszek i Horacy do szkół chodzili i pierwsze potyczki muzyczne przebyli ( Horacy w Chęcinach oddał swój głos wyborczy)
- Kielce, pierwszy prawdziwy klub i pierwsze prawdziwe koncerty Drugim wydarzeniem bezpośrednio poprzedzającym koncert był:
- taniec „ taniec to dziwny ale prawdziwy” jaki wykonała w trakcie próby mikrofonowej NINFA PARKOWA.

Panowie z BJ byli w świetnej kondycji i brawurowo wykonali założone minimum, a w nadprogramie wymuszonym przez wyborców (którzy wybrali ich koncert) nadal prezentowali dobrą formę. W magicznym parku Pałacyku Zielińskiego byli i tacy fani, którzy zrezygnowali z możliwości oglądania Stinga na rzecz słuchania BJ.

Po koncercie w Kielcach oprócz nowych wrażeń Naród I Społeczeństwo miasta Kielce obdarowało Zbyszka SCENĄ .Teraz Zbyszek mas swoją własną Scenę i do tego NARODOWĄ A pieśni pod strzechy trafiły- Tak jest w Chęcinach w rodzinnym Miasteczku BJ ich pieśni śpiewane są w pabach na imprezach plenerowych i uroczystościach rodzinnych.

KZ

Bez Jacka w perspektywie 25-lat

Poznałem Bez Jacka chyba w 80-lub 81 roku w Gdańsku. Sprzedawałem obrazy na Długim Targu i tam wśród grupy artystów wystawiających obrazy był Horacy wołali na niego Uczeń. Nie wiem czy wystawiał obrazy własne, ale „trzymał się” z malarzem Tadrosem – Tadeuszem Drozdowskim. Był chyba najmłodszym z nas malarzy i w dodatku nie pił. Przychodzili do Niego wszyscy Stefańscy, a najczęściej, Jacek z małym synkiem chyba Szymonem. Jacek wydaje mi się był z nich najbardziej zdolny, przepięknie wygrywał na swoich fujarkach, czasem chodził w czarnej pelerynie. Postać Jacka, zawsze w kieszeni ze swoją fujarką, ciągle grającego niesamowite „rzeczy” jawi mi się jak Paganini, z jakąś diabelską zdolnością, z niesamowitą ekspresją. Jacek został tutaj zapomniany a wydaje mi się osobowością najważniejszą w całym muzykowaniu Stefańskich.

Jasiu przychodził ze swoją dziewczyną Hanią. Wiecznie śmiejący się i dowcipny. Muzycznie chyba najgorszy, ale dobrze uzupełniający całość. Zawsze pod zgubnym wpływem Zbyszka, jakby sam lekko niepewny. Jacek i Zbyszek to dwie silne osobowości, ale życie Zbyszka, było prostsze, dlatego Jasiu trzymał się Zbyszka. Horacy wtedy był bardzo młody i muzycznie ostrożny . Pod wielkim wpływem Jacka, obydwoje sobą zauroczeni. Zbyszek niestety zawsze pił, bez względu na wszystko i wszystkich. Nie wiem jak z Nim tyle lat wytrzymali. Piękny głos, dobra dykcja, taki zdolny i ... Sory Zbyszek.

Na początku lat osiemdziesiątych grywali w Zielonej Bramie i zbierały się tam tłumy a wtedy byli prekursorami grania na ulicy. Przeplatali swoje poetyckie piosenki węgierskimi, rockowymi utworami zespołów Omega i Lokomotiv GT. To było niesamowite.

Potem słuchałem ich w Stanie Wojennym lub zaraz po. Już bez Jacka. To już inna grupa, ale też i czasy były inne. Klub HI-FI na Politechnice, ludzie pożerali wszystko co leciało ze sceny. Potrzebowaliśmy ich bardzo. Poetyckie piosenki w które wszystko można było włożyć i których sens różnie brzmiał zależnie od okoliczności i stanu ducha słuchającego, a wszystko na przemian z żartami i dowcipami. To dziwny przemieszanie ale bardzo wtedy potrzebne. Sam humor byłby płaski, ale same piosenki za melancholijne za ciężkie. W tym paradoksalnym połączeniu był jakiś głębszy sens. Ich pieśni dodawały nam ducha, czuliśmy się lepsi, odważniejsi, a dowcip pomagał przetrwać beznadzieje, szarość i niemoc. Tu odnalazł się Jasiu, był kapitalnym satyrykiem słowa. Wyśmiewał paradoksy życia i świetnie opowiadał dowcipy. Występował z Nimi jeszcze Lumbago, miał się za gwiazdę ale to nie ten poziom żartu, a muzycznie kiepski.

W latach dziewięćdziesiątych pamiętam wiele koncertów "Bez Jacka", ale dwa chciałem opowiedzieć bo były istotne. Odbyły się one w Gdańskim "Żaku", wtedy chyba Horacy był prezesem Klubu Studentów Wybrzeża "Żak". Prowadził też Szkołę Języków Obcych, chodziłem tam na włoski. Za Jego czasów "Żak" był najlepszym klubem studenckim w Polsce a może i w Europie. Tyle imprez, tłumy ludzi. Kino, DKF, Teatr, Galeria, Księgarnia, Pub, Kawiarnia, Szkoła Języków, każdy rodzaj muzyki na "żywo". To był Żak, no ale radni chcieli mieć siedzibę. Ale wróćmy do koncertów pierwszy to chyba 94 rok, koncert Bez Jacka in Rock. Sala nabita, że palca nie wciśniesz. A na scenie trzech panów siedzi: dwóch na gitarach /Zbyszek i Jasiu/ i jeden na flecie /Horacy/. Ładnie grają, mija 15-20 minut, fajnie ale jakiś szmerek "jaki to koncert rockowy", jakieś zniecierpliwienie. Grają "Za spokój", dochodzą do refrenu i nagle reflektory, perkusja, pełno muzyków na scenie, właściwie Bez Jacka-Band. Na saksofonach grał Adam Went, na gitarze Mietek Wróbel, Roman "Mały" Sławiński śpiewał, na perkusji Słowinski, na basie Tabaka, była jeszcze altówka ale nie pamiętam kto grał. Było niesamowicie, na końcu "Zwiewność" i popisy solówek, każdy po kolej, trwało to ze 20-minut. To był czad, myślałem że to nie zabrzmi ale dobra muzyka zawsze się "obroni". Drugi koncert styczeń 1996r - ostatni koncert Jasia. Wydany niedawno na płycie. Ale na żywo było jeszcze lepiej i gdybym wtedy wiedział...

Od kilku lat grają z Olkiem Grotowskim, znanym pieśniarzem kabaretowym, gra u Nich na basie. Ze starego "Bez Jacka" został tylko Zbyszek i Horacy. Horacy rozwinął się od tamtych czasów niesamowicie, słychać w jego grze melodyjność Jacka i niesamowitą wrażliwość i ekspresję. Zbyszek to dobry gitarzysta, bo nie ważne na ilu akordach się gra ale co się gra i jak. Po tylu latach nadal „trzyma” głos, ma dobra dykcję i ma „to coś’ dane od Stwórcy. Dlatego Zbyszku, tyle gorzkich słów pod Twoim adresem, bo nie mogę patrzeć jak marnujesz daną Ci szansę. Po wielu latach grania Zbyszek i Horacy tak świetnie się uzupełniają, że stanowią jedność i czasem nie wiem kto gra a kto śpiewa. Ten flet dośpiewuje Mu jakieś frazy, maluje jakieś niedośpiewane obrazy, a gitara pokazuje perspektywę, nadaje rytm i ramy dla przepięknego dialogu fletu z głosem.

Znaleźli nareszcie „swojego” wydawcę, nagrali 2-kolejne płyty. Dalmafon powinien Ich hołubić bo to perełki i muszą jeszcze nagrywać. Lubię ich płyty koncertowe, tylko takie nagrywają, są żywe, bez oszustw, jak ich muzyka. Nie „zrobione” ale autentyczne nawet „błędy” i potknięcia słychać. Są cały czas w świetnej formie. Przetrwali już tyle lat, przeciwstawiając się różnym modom, trendom i wszechogarniającej papce. Są częścią mojego życia, nie wyobrażam sobie życia bez ich muzyki, znam ich wszystkich i dlatego jest tu tyle prawdy. Chodzę na ich koncerty od 25-lat i wierzcie mi, że każdy koncert jest dla mnie świętem, bo to jest dobra muzyka i dobrzy ludzie.

nie mogę zdradzić imienia i nazwiska,
bo może mi to wiele popsuć,
powiedzmy, że mam na imię Andrzej

Moja historia „Bez Jacka”

"Bez Jacka" dziękuję Wam, że jesteście i za Waszą muzykę i słowa. Zwracam się do wszystkich wielbicieli "Bez Jacka", hej, drodzy moi czy poza podziękowaniami, pięknymi słowami, potraficie coś jeszcze z siebie wykrzesać? Czy myślicie, że wystarczy tylko "dziękuje" i kropka? Czy tylko na tyle Was stać w stosunku do tej wspaniałej grupy? Jeśli nie, to przeczytajcie moją historię.

Mam 40-lat i od czasu kiedy mój ojciec wziął mnie pierwszy raz w góry z plecakiem minęło 33 lata. Tak zaczęła się moja miłość do gór, muzyki i poezji. Czas poznania "Bez Jacka" był dla mnie przełomem. Ich muzyka i teksty zaczęły mi towarzyszyć wszędzie, przez wszystkie te lata. Byli ze mną kiedy szwędałem się po górach i kiedy los wygnał mnie daleko w świat. Byli ze mną w piaskach pustyni, w górach Ameryki, w śniegach i lodzie bezkresu Montany, zawsze mogłem na Nich liczyć, zawsze nieśli mi radość, zadumę i wspomnienie dalekiego domu. Dzięki Nim pojąłem sens starej szkolnej lektury "Latarnik", to "Bez Jacka" i inni nasi bardowie, byli dla mnie tym, czym dla latarnika polska książka. Dzisiaj to, że moje dzieci są w Polsce, to jest właśnie ICH zasługa, dzięki IM za to, że nigdy mnie nie zawiedli.

Pewnego dnia przyszedł czas na refleksje. Myślę sobie, otrzymałem od NICH to, co najlepsze, nigdy mnie nie opuścili, jak najlepszy przyjaciel byli zawsze dla mnie, a co ja dałem im za to? Nic, nic i jeszcze raz nic. Czy ktoś z Was, drodzy fani zastanawiał się nad tym, jak ci nasi muzycy żyją dzisiaj, w tym świecie pełnym komercji i wiary pieniądza? Czy ktoś z Was drodzy fani pomyślał, jak ONI, tysiąc krotnie wrażliwsi od nas muzycy i poeci walczą z dzisiejszą rzeczywistością? Zawsze z nami, zawsze na skinienie ręki od tylu lat! Czy ktoś z was drodzy fani zorganizował u siebie ICH koncert? Uwierzcie mi, że można i że zawsze "Bez Jacka" do was przyjedzie, jak wierny przyjaciel. Popatrzcie w swoje serca, czym my odpłaciliśmy IM za wierność, wytrwałość i piękno jakim nas obdarzają od tylu lat? CZYM? Na swoją rocznicę uparłem się i zaprosiłem "Bez Jacka", przyjechali do Krakowa i było wspaniale. Teraz co roku, w każdą drugą sobotę stycznia ja i moi przyjaciele będziemy organizować koncert "Bez Jacka" i Ich przyjaciół. Zapraszamy wszystkich do Krakowa na zupełnie nie komercyjną imprezę przyjaciół grupy "Bez Jacka".

Narodził się też pomysł zorganizowania czegoś wielkiego, KONCERTU KWINTESENCJI całej twórczości grupy, i tu zwracam się do wszystkich o pomoc. Jestem tylko szarym człowiekiem z marzeniami i wiarą że warto coś dla NICH zrobić. Każdemu, kto zechce nam pomóc obiecuję niezapomniane chwile, do każdego zadźwonię i wyłuszczę istotę sprawy. Proszę o kontakt poprzez Horacego (ze względu na zmieniające się miejsca mojego pobytu) i dziękuję z góry.

Pomyślcie o tym wszystkim, wierzę, że wielu z Was czuje i myśli to samo, przecież kochamy tą samą muzykę. Czas pokazać, że tysiące ludzi w Polsce chce i słucha muzykę inną niż ta radiowa, komercyjna, muzyki która porusza całe nasze jestestwo, całą duszę. Czy ktoś z Was pamięta tekst przeboju z przed 20 lat? Nie, ale czy ktoś zapomniał tekst "Madonny" lub " Zwiewności"? Nie, i to jest właśnie ocena wartości. Jeśli czujecie to samo co ja, jeśli macie w sobie potrzebę zrobienia czegoś dla "Bez Jacka" odezwijcie się, proszę. Kiedyś Olek Grotowski powiedział, że jestem napalony. Olku, masz rację jestem napaleńcem, bo jest jeszcze we mnie odrobina człowieczeństwa i wiary w człowieka, bo chce dotrzymać wierności swoim zasadom i ideałom, bo tli się we mnie resztka czegoś zupełnie zapomnianego, resztka honoru, bo 33lata temu zaciągnąłem dług serca i chcę go dzisiaj sercem spłacić. Spłacić go "Bez Jacka", Tobie Olku i wielu innym , ludziom którzy poprzez swoja twórczość odcisnęli swoje piętno na moim życiu, ludziom dzięki którym jestem CZŁOWIEKIEM.

Alek

*      *      *

Dla mnie to, co zawsze robiliście, wasza muzyka była, czymś bliskim, potrzebnym, innym, przy tym czego daliście mi doświadczyć powinnam się nauczyć być lepsza, inna doskonalsza i czasem tak jest. Ilekroć sięgam pamięcią wstecz, a robię to coraz częściej, chyba starość mnie goni, przywołuję chwile, które stały się dzięki Waszemu śpiewaniu moją własnością, nie uczestniczyłam, w Waszej Historii, a zostałam do niej dopuszczona, za to z całego serca dziękuję.

Pamiętam pierwszy Wasz koncert, pamiętam i ten ostatni, wiem, że każdy odbiera teksty i przekaz piosenek w swój sposób, dla mnie są bardzo osbiste, z wielu wiadomych Ci względów. Czasem wracam do nich, by powrócił, czyjś uśmiech, ludzie których kiedyś spotkałam, z biegiem lat coraz bardziej tęsknię za dzieciństwem i to nie tym gdy miałam mało lat, ale za tym wtedy na koncertach, gdy zaczynacie śpiewać, a ja w jakiś dziwny sposób czuje się ważna.

Dla mnie dzięki temu co śpiewacie zawsze jesteście, nawet gdy Was nie ma. Horacy to co napisałeś, jest bardzo dobre, nie patetyczne, a dobre, pisz więcej, strona mi się podoba, i ponownie potwierdza się moje przekonanie o tym, że marnujesz się jako Dyrektor, w Tobie tkwi ta tęsknota za ... Jeśli uda się Tobie choć w części zostać takim jak kiedyś, mimo, że czasy się zmieniają, a i wrażliwość słuchaczy jest inna, to ocalisz w Sobie dla swoich dzieci coś bardzo ważnego, cennego.

Wiesz, że dla wielu Wasza muzyka jest takim swoistym sięganiem w przeszłość? Tęsknotą, jeśli ja to odczułam, człowiek mało wrażliwy, to choćby dlatego warto było.

Terenia

*      *      *

Mnie utkwił w pamięci występ grupy na YAPIE, dawno, dawno temu. Wtedy nie byli jeszcze tak znani. Zapowiedź występu "Bez Jacka" wywołała śmiech na widowni i okrzyki z sali:
- A Jacek gdzie?

I różne mniej i jeszcze bardziej mniej mądre przypuszczenia gdzie jest Jacek. Po wyjaśnieniach skąd nazwa zespołu, zapadła cisza. A cisza na YAPIE to rzadkość. A kiedy zagrali i zaśpiewali publiczność była już "kupiona".

Nutka

   Copyright © Bez Jacka                                       projekt i wykonanie Tomch
Listy i autorzy
Nawigacja