strona główna

Andrzej Wilowski

Kowalczyk niechciany geniusz

13 luty 2006

Na seminarium magisterskim z poezji współczesnej i teorii literatury Edwarda Balcerzana trwała dyskusja na temat; metafora a poetyckie obrazowanie. Ambitni studenci szukali związków między poezją a malarstwem. Ktoś referował poglądy na temat poezji Przybosia, ja szukałem przykładów metafor w malarstwie Magritte'a. Gdy byliśmy już przekonani, że w metaforach i metonimiach poetyckich mogą być ukryte obrazy, Edward Balcerzan zadał prowokacyjne pytanie: Czy można zobaczyć "nieobecność ryby"? Przykład, choć nam znany, obezwładnił nas całkowicie i zapanowała znacząca cisza. Nagle poprosił o głos kolega Wojtek Kowalczyk i z determinacją zadeklarował; ja mogę to narysować.

Wiedziałem, że Wojtek sporządzając notatki pracowicie marginesy zeszytów zapełnia rysunkami i wierszami, ale myślałem, że na prowokacje, odpowiedział prowokacją. Dziś już tej pewności nie mam. Mam kłopot z ustaleniem daty poetyckiego debiutu Wojtka. Dopiero w 2003 roku opublikowano w "Czasie Kultury" kilka jego wierszy. Jednak już w czasie studiów Wojtek występował ze swoimi próbami literackimi na studenckich imprezach, jednak nigdy się nie zdobył na poskładanie tomiku. W czasie strajku studenckiego w 1981 przygotowywaliśmy almanach poezji strajkowej i Wojtek Kowalczyk przyniósł kilka wierszy, w tym nie wiedzieć dlaczego - erotyki. Żaden wiersz nie zmieścił w antologii, ponieważ autor zmieniał je do ostatniej chwili i redakcja straciła cierpliwość.

Pewnym zaskoczeniem nawet dla znajomych była wiadomość, że Wojtek rozpoczął studia na wydziale rzeźby poznańskiej PWSSP. Od rzeźbiarza Mirka Borusińskiego dowiedziałem się, że jest taki student Wojciech Kowalczyk, który swą żywiołowością i erudycją imponuje kolegom, a wykładowców wprawia w zakłopotanie. Studia artystyczne Wojtek zakończył z sukcesem, jego praca dyplomowa była wystawiona na targach sztuki INTERART. Kameralna rzeźba w srebrze, bliższa biżuterii tworzyła swoiste morskie bestiarium.
Można było uwierzyć, że widział "nieobecność ryby". W stanie wojennym przepadł na rok, jak się później okazało trafił do wojska. Wrócił wychudzony i przygnębiony, ale z każdym dniem odzyskiwał dawny wigor nowy pomysł na życie, postanowił zarabiać jako konserwator zabytków. Wyjechał na kontrakt do Poczdamu. Zawsze kiedy nadarzała się sposobność, rekonstruował i odtwarzał rzeźby, meble i obrazy.

W poszukiwaniu pracy przemierzał różne zakątki Polski. Z tych wypraw pamiętam, że gdziekolwiek by się nie natknąć na jakiś stary kościół, rzeźbę, pomnik, Wojtek potrafił o tym obiekcie opowiedzieć całą historie, ale nie była to wiedza z "Katalogu Zabytków Polskich". Potrafił ocenić biegłość pracy, opisać techniki jakimi była wykonana. W pracach konserwatorskich prowadził swoisty dialog z dawnymi mistrzami, jakby chciał wydrzeć im ich tajemnicę, a może zwyczajnie porozmawiać.

Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy wykonane przez niego meble, wydawało mi się, że są efektem kolejnej fascynacji Wojtka Podhalem. Były rustykalne w formie i nie budziły zaufania. Po bliższym kontakcie z tymi ławami, stołami, krzesłami i biurkami, okazywało się, że są w swej formie organiczne; z jednej strony starannie wykończone, ale jakby uwypuklały anatomię drewna, wystudiowane w proporcjach, jak dobra rzeźba, lecz bez nadmiernego zdobnictwa. W jednej formie łączył dwa porządki, sztuki "wysokiej", klasycznej i kultury rustykalnej. Oddaje to najpełniej całą jego osobowość, wrażliwego artysty, refleksyjnego, a jednocześnie witalnego i rubasznego.

Przypadek tak sprawił, że przez kilka lat przemieszkiwaliśmy po sąsiedzku, na Osiedlu Batorego, typowym blokowisku. Przegadaliśmy wtedy nie jedną noc. Ja dłubałem jakieś chałtury w komputerze, a Wojtek siedział ze szkicownikiem i ciągle notował. Nie zapisywał tych rozmów, tylko szkicował i rysował motywy do kolejnych obrazów, albo zwyczajnie chciał opowieść zilustrować, czymś, co zauważył i chciał się tym podzielić. Innym razem ja wpadałem do niego z kajetem, kiedy cyzelował jakieś rzeźby, naprawiał polichromie na świętych figurkach. Czytałem mu, co wymyśliłem, czasem to szkic jakiegoś pomysłu, który nigdy nie został zrealizowany, ale to już inna historia.

Rugałem go wtedy strasznie, bo odżywiał się byle jak i zupełnie nie dbał o swoje sprawy. Jego łazience mieszkał świerszcz, a w pokoju pracownia, w kuchni najczęściej tylko herbata i chleb. Na pożegnanie padała ta sama kwestia:

- Wojtek, to, co opowiadasz, to niekończący się esej. Skończ go wreszcie i zapisz.

- Tylko rozmowa ma sens, bo to jest jakaś wymiana myśli.

- Spisz, chociaż swoją kwestię.

- Ostatnia kwestia już padła.

Na obrazach Wojtka obsesyjnie pojawiały się trzy motywy; weneckie gondole, instrumenty muzyczne, zwłaszcza trąbki, oraz ptaki. Gondole, jak łodzie Charona pływające po kanałach umierającego miasta. Wraz z Wenecją umiera cała dawna cywilizacja i kultura. Łodzie są puste, bez wioślarzy, przepływają przez brunatno brązowe pejzaże, gdzie niegdzie rozświetlone złotem. Fascynowały go też inne pływające machiny. Wykonał serie prac ilustrujących rekonstrukcje dawnych łodzi i żaglowców.

Kiedy Rysiu Sarbak opowiedział mi o dziwacznej prośbie Wojtka, mianowicie szukał zdezelowanych trąbek, wiedziałem, że ujawnia się kolejna pasja muzyczna Kowalczyka. Pamiętam jak lubił siadać przy pianinie i wystukiwać jednym palcem jakieś frazy. W jego pokoju w centralnym miejscu stały bębny. Sam lubiłem na nich grać, były proste i surowe. Miały jednak dobre brzmienie. Trąbki pojawiły się na obrazach. Tym razem o jasnych barwach, choć stonowanych. Instrumenty na jego obrazach żyły, były tak ekspresyjne jak grający na nich muzycy. Zainteresowanie starymi trąbkami było jasne, chciał poznać "anatomię" instrumentów. Wojtek czujnie łowił uchem dźwięki, od mistrzów baroku, Góreckiego, Kilara, po Santanę i bluesmanów i. Ostatnio pasjonowała go muzyka chóralna i etniczna. Głos jako instrument, to odwieczny temat dociekań artystów, być może dlatego jego obrazy muzyczne były tak organiczne.

W sąsiedztwie osiedla Batorego był rezerwat "Żurawiniec". Kiedyś na mokradłach żyły tam żurawie. Na początku jeszcze mogłem je obserwować. Później mogliśmy rejestrować jak rezerwat umiera, mokradła wyschły. Ptaki się wyniosły. Kiedyś pojechaliśmy pod Pyzdry na rozlewiska Warty, bo Wojtek chciał podglądać ptaki. Studiował nie tylko ich lot i anatomie, ale też charaktery. Intrygowała go "smocza proweniencja" tych stworzeń. Ptaki symbolizują wolność, bo oswajają przestrzeń, ale dla Wojtka w ptakach była zaklęta jakaś tajemnica. Obraz w srebrzystoszarej tonacji przedstawiał ptaka przeglądającego się w lustrze jak bazyliszek. Dla Elżbiety i Pawła Wilczyńskich zrobił rzeźbę na motywach japońskiej czapli z polerowanej stali. Wydawało mi się to przedsięwzięciem karkołomnym. Taki temat - w takim materiale! Powstała forma niezwykła, lekka i dynamiczna, ale równocześnie bardzo kameralna. Ażury i refleksy światła na metalu sprawiały wrażenie jakby była wyrzeźbiona światłem. Stworzyć coś trwałego, a jednocześnie ulotnego jak sama natura przestrzeni, to marzenie każdego rzeźbiarza.

Zmieniliśmy adresy. Wojtek kończył budowę domu w Przeźmierowie. Pokonywał kilkanaście kilometrów na rowerze. Wyciągał z torby zeszyty, luźne kartki i czytał nowe wiersze. Namawiałem go, żeby jakoś to uporządkować, żeby zostawił je do przepisania. Odpowiadał, że tak, oczywiście, tylko coś jeszcze musi poprawić i tak w nieskończoność poprawiał. Nigdy sam ich nie przepisał na komputerze. Komputer go obezwładniał i mógł, co najwyżej z jego pomocą napisać umowę, lub rachunek. Ja w pewnym momencie zostałem zmuszony do korzystania wyłącznie z komputera, a rękopisy leżą teraz w pudłach, a ja powoli zapominam, co w nich jest. Straciłem też kontakt z obrazami, ale nie straciłem kontaktu z Wojtkiem. Wreszcie dojrzała idea poskładania jego wierszy w tomik. Zaproponowałem, żeby miał on tytuł "Ptasia kaligrafia". Wojtek przyjął tą propozycje z entuzjazmem i natychmiast zabrał się do pracy. Do istniejącego już cyklu ptasich portretów dodał jeszcze kilka ilustracji.

Kiedy tomik trafił do drukarni, dotarła do mnie porażająca wiadomość. Wojtek trafił do szpitala z podejrzeniem raka. Badania potwierdziły nowotwór. Początkowo były nadzieje, jednak okazało się, że są już przerzuty. Od dawna uskarżał się na bóle żołądka i kręgosłupa. Tłumaczył to sobie złym odżywianiem i nadwerężeniem kręgosłupa pracami kamieniarskimi. Zawsze w takich okolicznościach mówi się; a gdyby wcześniej, a jakby dbał... odłóżmy te spekulacje. Przez ostatnie dwa lata obserwowałem, jak walczy z przeznaczeniem. Miał mnóstwo pomysłów i ciągle się martwił, że nie zdąży... Sporo rysował i szkicował, ale z pisaniem szło gorzej, zapisywał jedynie wiersze. Namawiałem go, żeby spisywał swoje eseistyczne pomysły. Zawiozłem mu dyktafon, ale nic z tego nie wyszło, nie mógł przełamać niechęci do techniki. Ja teraz jestem całkowicie od elektroniki uzależniony. Może z tych rękopisów, zapisków i rysunków, złożyłaby się kolejna książka?

Zadzwoniłem pod koniec listopada 2005 roku, aby zawiadomić o nagłej śmierci Włodka. Włodek Filipek zmarł na zawał. Mimo wątpliwości w końcu zadzwoniłem. "Miał chłop szczęście" - odparł Wojtek. Jego reakcja była spontaniczna i prawdziwa, pozbawiona obłudy, bo niby co lepszego miał do powiedzenia? Odwiedzałem go i dzwoniłem w tym trudnym czasie nie tak często jakbym chciał. Chętnie zamieniłbym z nim parę słów, ale nie chciałem, aby tracił siły na życie towarzyskie.

- Co wymyśliłeś nowego?

- Przyjacielu ja umieram!

- Ja też, tyle, że w zwolnionym tempie.

- Jesteś cynicznie radosny i ironicznie szczery.

- obrazy odchodzą, już nie wiele ich pamiętam, a inne zmysły też zawodzą.

- To dobrze, że nie musimy kłamać."

W ubiegłym tygodniu zadzwonił do mnie Wojtek Olesiak, zapytał jak się czuje Wojtek. Odparłem, że najlepiej będzie, jak pojedzie ze mną do niego. Zawieźliśmy mu kilka płyt i przybory do rysowania. Wizyta trwała siedem godzin. Czuliśmy się jak dwa wampiry, osłabiające go swoją obecnością. Wojtek jednak chciał, żebyśmy siedzieli, więc na wstępie ustaliliśmy, że bez skrępowania będzie oddawał się terapeutycznym procedurom i fizjologii. Słuchał muzyki, rysował, dopytywał się o znajomych. Przeczytał kilka wierszy. W pewnej chwili zrobiło mi się głupio, bo domagał się dalszych rozdziałów książki, którą zacząłem pisać. Wcześniej dałem mu wstęp i dwa rozdziały i nie ukrywam, że miał ogromny wpływ na to pisanie i prawdopodobnie gdyby nie nasze rozmowy, rzuciłbym tą robotę. Z powodu terminowych zajęć musiałem rzecz odłożyć, ale zawiodłem go, bo wiem, że z niecierpliwością czekał na ciąg dalszy.

Wśród tych ostatnich wierszy były fragmenty poematu o pszczelarzu, znakomitej i dowcipnej stylizacji nawiązującej do "Kwiatów polskich", oraz kilka metafizycznych haiku, ale mi w pamięci utkwił jeden wiersz o ziołach. Zaparzane w filiżance zioła pod wpływem wrzątku rozprostowują się, powróciwszy do pierwotnej formy, oddają życiodajną moc w naparze, by przekazać ją w leczniczym posłannictwie. Mam nadzieje, że ten rękopis się odnajdzie. Na pożegnanie narysował nam zbiorczy portret. I tylko musieliśmy mu obiecać, że przywieziemy następnym razem sepiowe kredki i stary papier. Trudno było się wywiązać z tego zadania i kiedy zdobyłem sepię i papier "żeberkowany ecru", i miałem pojechać, zatelefonowała żona Wojtka. Morfina już nie działała. Organizm był wycieńczony - zapadł w śpiączkę. Wojciech Kowalczyk zmarł 13 lutego rano.

Kochajcie niechcianych geniuszy, bo bez nich tylko tracicie czas na tej planecie.

 


P.S. 26 marca 2006

Oto list, jaki nadesłał do Autora Dominik Księski:

"Andrzeju!
Zazwyczaj to ja dostaję sprostowania, ale tym razem wystąpię w nie swojej roli.
Przeczytałem Twój artykuł o Wojtku Kowalczyku. Tak się złożyło, iż w wyniku pokoleniowej zmiany warty w Kole Polonistów dostąpiłem w lutym 1981 roku zaszczytu redagowania almanachu poezji strajkowej i doskonale pamiętam wszystko (bez pomocy IPN-u). Nie muszę brać go w rękę, aby napisać, iż znalazły się tam cztery wiersze Wojtka. Przyniósł ich nam circa czterdzieści; czytając je czuliśmy się, co najmniej jak redaktorzy Wydawnictwa Literackiego, w rękach których leży decyzja o "być albo nie być" tekstu. Owszem - autor poprawiał je do ostatniej chwili, wycofywał, przynosił nowe - jak to autor. Ale cierpliwość (z tego powodu właśnie) mieliśmy anielską. A czemu to były erotyki? Pamiętam, iż przymierzając te wiersze do całości tomu traktowałem je, jako głos polemiczny wobec paradygmatu: "Bywaj dziewczę zdrowa, ojczyzna mnie woła". Uznałem, iż autor wewnętrzny nie godzi się na judymowski wybór: albo eros albo strajk i myślę, że wiersze te z całą pewnością też mówią coś o naszym strajku.

Trzymaj się, serdecznie pozdrawiam Domini k" 

 


Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści

Ë CyjSoftware