Na seminarium magisterskim z poezji
współczesnej i teorii literatury Edwarda Balcerzana trwała dyskusja na temat;
metafora a poetyckie obrazowanie. Ambitni studenci szukali związków między
poezją a malarstwem. Ktoś referował poglądy na temat poezji Przybosia, ja
szukałem przykładów metafor w malarstwie Magritte'a. Gdy byliśmy już
przekonani, że w metaforach i metonimiach poetyckich mogą być ukryte obrazy,
Edward Balcerzan zadał prowokacyjne pytanie: Czy można zobaczyć
"nieobecność ryby"? Przykład, choć nam znany, obezwładnił nas
całkowicie i zapanowała znacząca cisza. Nagle poprosił o głos kolega Wojtek
Kowalczyk i z determinacją zadeklarował; ja mogę to narysować.
Wiedziałem, że Wojtek sporządzając notatki
pracowicie marginesy zeszytów zapełnia rysunkami i wierszami, ale myślałem, że
na prowokacje, odpowiedział prowokacją. Dziś już tej pewności nie mam. Mam
kłopot z ustaleniem daty poetyckiego debiutu Wojtka. Dopiero w 2003 roku
opublikowano w "Czasie Kultury" kilka jego wierszy. Jednak już w czasie
studiów Wojtek występował ze swoimi próbami literackimi na studenckich
imprezach, jednak nigdy się nie zdobył na poskładanie tomiku. W czasie strajku
studenckiego w 1981 przygotowywaliśmy almanach poezji strajkowej i Wojtek
Kowalczyk przyniósł kilka wierszy, w tym nie wiedzieć dlaczego - erotyki. Żaden
wiersz nie zmieścił w antologii, ponieważ autor zmieniał je do ostatniej chwili
i redakcja straciła cierpliwość.
Pewnym zaskoczeniem nawet dla znajomych była
wiadomość, że Wojtek rozpoczął studia na wydziale rzeźby poznańskiej PWSSP. Od
rzeźbiarza Mirka Borusińskiego dowiedziałem się, że jest taki student Wojciech
Kowalczyk, który swą żywiołowością i erudycją imponuje kolegom, a wykładowców
wprawia w zakłopotanie. Studia artystyczne Wojtek zakończył z sukcesem, jego
praca dyplomowa była wystawiona na targach sztuki INTERART. Kameralna rzeźba w
srebrze, bliższa biżuterii tworzyła swoiste morskie bestiarium. Można było
uwierzyć, że widział "nieobecność ryby". W stanie wojennym przepadł
na rok, jak się później okazało trafił do wojska. Wrócił wychudzony i
przygnębiony, ale z każdym dniem odzyskiwał dawny wigor nowy pomysł na życie,
postanowił zarabiać jako konserwator zabytków. Wyjechał na kontrakt do
Poczdamu. Zawsze kiedy nadarzała się sposobność, rekonstruował i odtwarzał
rzeźby, meble i obrazy.
W poszukiwaniu pracy przemierzał różne
zakątki Polski. Z tych wypraw pamiętam, że gdziekolwiek by się nie natknąć na
jakiś stary kościół, rzeźbę, pomnik, Wojtek potrafił o tym obiekcie opowiedzieć
całą historie, ale nie była to wiedza z "Katalogu Zabytków Polskich".
Potrafił ocenić biegłość pracy, opisać techniki jakimi była wykonana. W pracach
konserwatorskich prowadził swoisty dialog z dawnymi mistrzami, jakby chciał
wydrzeć im ich tajemnicę, a może zwyczajnie porozmawiać.
Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy wykonane
przez niego meble, wydawało mi się, że są efektem kolejnej fascynacji Wojtka
Podhalem. Były rustykalne w formie i nie budziły zaufania. Po bliższym
kontakcie z tymi ławami, stołami, krzesłami i biurkami, okazywało się, że są w
swej formie organiczne; z jednej strony starannie wykończone, ale jakby
uwypuklały anatomię drewna, wystudiowane w proporcjach, jak dobra rzeźba, lecz
bez nadmiernego zdobnictwa. W jednej formie łączył dwa porządki, sztuki
"wysokiej", klasycznej i kultury rustykalnej. Oddaje to najpełniej
całą jego osobowość, wrażliwego artysty, refleksyjnego, a jednocześnie
witalnego i rubasznego.
Przypadek tak sprawił, że przez kilka lat
przemieszkiwaliśmy po sąsiedzku, na Osiedlu Batorego, typowym blokowisku.
Przegadaliśmy wtedy nie jedną noc. Ja dłubałem jakieś chałtury w komputerze, a
Wojtek siedział ze szkicownikiem i ciągle notował. Nie zapisywał tych rozmów,
tylko szkicował i rysował motywy do kolejnych obrazów, albo zwyczajnie chciał
opowieść zilustrować, czymś, co zauważył i chciał się tym podzielić. Innym
razem ja wpadałem do niego z kajetem, kiedy cyzelował jakieś rzeźby, naprawiał
polichromie na świętych figurkach. Czytałem mu, co wymyśliłem, czasem to szkic
jakiegoś pomysłu, który nigdy nie został zrealizowany, ale to już inna
historia.
Rugałem go wtedy strasznie, bo odżywiał się
byle jak i zupełnie nie dbał o swoje sprawy. Jego łazience mieszkał świerszcz,
a w pokoju pracownia, w kuchni najczęściej tylko herbata i chleb. Na pożegnanie
padała ta sama kwestia:
- Wojtek, to, co opowiadasz, to
niekończący się esej. Skończ go wreszcie i zapisz.
- Tylko rozmowa ma sens, bo to jest jakaś
wymiana myśli.
- Spisz, chociaż swoją kwestię.
- Ostatnia kwestia już padła.
Na obrazach Wojtka obsesyjnie pojawiały się
trzy motywy; weneckie gondole, instrumenty muzyczne, zwłaszcza trąbki, oraz
ptaki. Gondole, jak łodzie Charona pływające po kanałach umierającego miasta.
Wraz z Wenecją umiera cała dawna cywilizacja i kultura. Łodzie są puste, bez
wioślarzy, przepływają przez brunatno brązowe pejzaże, gdzie niegdzie
rozświetlone złotem. Fascynowały go też inne pływające machiny. Wykonał serie
prac ilustrujących rekonstrukcje dawnych łodzi i żaglowców.
Kiedy Rysiu Sarbak opowiedział mi o
dziwacznej prośbie Wojtka, mianowicie szukał zdezelowanych trąbek, wiedziałem,
że ujawnia się kolejna pasja muzyczna Kowalczyka. Pamiętam jak lubił siadać
przy pianinie i wystukiwać jednym palcem jakieś frazy. W jego pokoju w
centralnym miejscu stały bębny. Sam lubiłem na nich grać, były proste i surowe.
Miały jednak dobre brzmienie. Trąbki pojawiły się na obrazach. Tym razem o
jasnych barwach, choć stonowanych. Instrumenty na jego obrazach żyły, były tak
ekspresyjne jak grający na nich muzycy. Zainteresowanie starymi trąbkami było
jasne, chciał poznać "anatomię" instrumentów. Wojtek czujnie łowił
uchem dźwięki, od mistrzów baroku, Góreckiego, Kilara, po Santanę i bluesmanów
i. Ostatnio pasjonowała go muzyka chóralna i etniczna. Głos jako instrument, to
odwieczny temat dociekań artystów, być może dlatego jego obrazy muzyczne były
tak organiczne.
W sąsiedztwie osiedla Batorego był rezerwat
"Żurawiniec". Kiedyś na mokradłach żyły tam żurawie. Na początku
jeszcze mogłem je obserwować. Później mogliśmy rejestrować jak rezerwat umiera,
mokradła wyschły. Ptaki się wyniosły. Kiedyś pojechaliśmy pod Pyzdry na
rozlewiska Warty, bo Wojtek chciał podglądać ptaki. Studiował nie tylko ich lot
i anatomie, ale też charaktery. Intrygowała go "smocza proweniencja"
tych stworzeń. Ptaki symbolizują wolność, bo oswajają przestrzeń, ale dla
Wojtka w ptakach była zaklęta jakaś tajemnica. Obraz w srebrzystoszarej tonacji
przedstawiał ptaka przeglądającego się w lustrze jak bazyliszek. Dla Elżbiety i
Pawła Wilczyńskich zrobił rzeźbę na motywach japońskiej czapli z polerowanej
stali. Wydawało mi się to przedsięwzięciem karkołomnym. Taki temat - w takim
materiale! Powstała forma niezwykła, lekka i dynamiczna, ale równocześnie
bardzo kameralna. Ażury i refleksy światła na metalu sprawiały wrażenie jakby
była wyrzeźbiona światłem. Stworzyć coś trwałego, a jednocześnie ulotnego jak
sama natura przestrzeni, to marzenie każdego rzeźbiarza.
Zmieniliśmy adresy. Wojtek kończył budowę
domu w Przeźmierowie. Pokonywał kilkanaście kilometrów na rowerze. Wyciągał z
torby zeszyty, luźne kartki i czytał nowe wiersze. Namawiałem go, żeby jakoś to
uporządkować, żeby zostawił je do przepisania. Odpowiadał, że tak, oczywiście,
tylko coś jeszcze musi poprawić i tak w nieskończoność poprawiał. Nigdy sam ich
nie przepisał na komputerze. Komputer go obezwładniał i mógł, co najwyżej z
jego pomocą napisać umowę, lub rachunek. Ja w pewnym momencie zostałem zmuszony
do korzystania wyłącznie z komputera, a rękopisy leżą teraz w pudłach, a ja
powoli zapominam, co w nich jest. Straciłem też kontakt z obrazami, ale nie
straciłem kontaktu z Wojtkiem. Wreszcie dojrzała idea poskładania jego wierszy
w tomik. Zaproponowałem, żeby miał on tytuł "Ptasia
kaligrafia". Wojtek przyjął tą propozycje z entuzjazmem i natychmiast
zabrał się do pracy. Do istniejącego już cyklu ptasich portretów dodał jeszcze
kilka ilustracji.
Kiedy tomik trafił do drukarni, dotarła do
mnie porażająca wiadomość. Wojtek trafił do szpitala z podejrzeniem raka.
Badania potwierdziły nowotwór. Początkowo były nadzieje, jednak okazało się, że
są już przerzuty. Od dawna uskarżał się na bóle żołądka i kręgosłupa. Tłumaczył
to sobie złym odżywianiem i nadwerężeniem kręgosłupa pracami kamieniarskimi.
Zawsze w takich okolicznościach mówi się; a gdyby wcześniej, a jakby dbał...
odłóżmy te spekulacje. Przez ostatnie dwa lata obserwowałem, jak walczy z
przeznaczeniem. Miał mnóstwo pomysłów i ciągle się martwił, że nie zdąży...
Sporo rysował i szkicował, ale z pisaniem szło gorzej, zapisywał jedynie
wiersze. Namawiałem go, żeby spisywał swoje eseistyczne pomysły. Zawiozłem mu
dyktafon, ale nic z tego nie wyszło, nie mógł przełamać niechęci do techniki.
Ja teraz jestem całkowicie od elektroniki uzależniony. Może z tych rękopisów,
zapisków i rysunków, złożyłaby się kolejna książka?
Zadzwoniłem pod koniec listopada 2005 roku,
aby zawiadomić o nagłej śmierci Włodka. Włodek Filipek zmarł na zawał. Mimo
wątpliwości w końcu zadzwoniłem. "Miał chłop szczęście" - odparł
Wojtek. Jego reakcja była spontaniczna i prawdziwa, pozbawiona obłudy, bo niby
co lepszego miał do powiedzenia? Odwiedzałem go i dzwoniłem w tym trudnym
czasie nie tak często jakbym chciał. Chętnie zamieniłbym z nim parę słów, ale
nie chciałem, aby tracił siły na życie towarzyskie.
- Co wymyśliłeś nowego?
- Przyjacielu ja umieram!
- Ja też, tyle, że w zwolnionym tempie.
- Jesteś cynicznie radosny i ironicznie
szczery.
- obrazy odchodzą, już nie wiele ich
pamiętam, a inne zmysły też zawodzą.
- To dobrze, że nie musimy kłamać."
W ubiegłym tygodniu zadzwonił do mnie Wojtek
Olesiak, zapytał jak się czuje Wojtek. Odparłem, że najlepiej będzie, jak
pojedzie ze mną do niego. Zawieźliśmy mu kilka płyt i przybory do rysowania.
Wizyta trwała siedem godzin. Czuliśmy się jak dwa wampiry, osłabiające go swoją
obecnością. Wojtek jednak chciał, żebyśmy siedzieli, więc na wstępie
ustaliliśmy, że bez skrępowania będzie oddawał się terapeutycznym procedurom i
fizjologii. Słuchał muzyki, rysował, dopytywał się o znajomych. Przeczytał
kilka wierszy. W pewnej chwili zrobiło mi się głupio, bo domagał się dalszych
rozdziałów książki, którą zacząłem pisać. Wcześniej dałem mu wstęp i dwa
rozdziały i nie ukrywam, że miał ogromny wpływ na to pisanie i prawdopodobnie
gdyby nie nasze rozmowy, rzuciłbym tą robotę. Z powodu terminowych zajęć musiałem
rzecz odłożyć, ale zawiodłem go, bo wiem, że z niecierpliwością czekał na ciąg
dalszy.
Wśród tych ostatnich wierszy były fragmenty
poematu o pszczelarzu, znakomitej i dowcipnej stylizacji nawiązującej do
"Kwiatów polskich", oraz kilka metafizycznych haiku, ale mi w pamięci
utkwił jeden wiersz o ziołach. Zaparzane w filiżance zioła pod wpływem wrzątku
rozprostowują się, powróciwszy do pierwotnej formy, oddają życiodajną moc w
naparze, by przekazać ją w leczniczym posłannictwie. Mam nadzieje, że ten rękopis
się odnajdzie. Na pożegnanie narysował nam zbiorczy portret. I tylko musieliśmy
mu obiecać, że przywieziemy następnym razem sepiowe kredki i stary papier.
Trudno było się wywiązać z tego zadania i kiedy zdobyłem sepię i papier
"żeberkowany ecru", i miałem pojechać, zatelefonowała żona Wojtka.
Morfina już nie działała. Organizm był wycieńczony - zapadł w śpiączkę.
Wojciech Kowalczyk zmarł 13 lutego rano.
Kochajcie niechcianych geniuszy, bo bez nich
tylko tracicie czas na tej planecie.
Oto list, jaki nadesłał do Autora Dominik
Księski:
"Andrzeju!
Zazwyczaj to ja dostaję sprostowania, ale tym razem wystąpię w nie swojej roli.
Przeczytałem Twój artykuł o Wojtku Kowalczyku. Tak się złożyło, iż w wyniku pokoleniowej
zmiany warty w Kole Polonistów dostąpiłem w lutym 1981 roku zaszczytu
redagowania almanachu poezji strajkowej i doskonale pamiętam wszystko (bez
pomocy IPN-u). Nie muszę brać go w rękę, aby napisać, iż znalazły się tam
cztery wiersze Wojtka. Przyniósł ich nam circa czterdzieści; czytając je
czuliśmy się, co najmniej jak redaktorzy Wydawnictwa Literackiego, w rękach
których leży decyzja o "być albo nie być" tekstu. Owszem - autor
poprawiał je do ostatniej chwili, wycofywał, przynosił nowe - jak to autor. Ale
cierpliwość (z tego powodu właśnie) mieliśmy anielską. A czemu to były erotyki?
Pamiętam, iż przymierzając te wiersze do całości tomu traktowałem je, jako głos
polemiczny wobec paradygmatu: "Bywaj dziewczę zdrowa, ojczyzna mnie woła".
Uznałem, iż autor wewnętrzny nie godzi się na judymowski wybór: albo eros albo
strajk i myślę, że wiersze te z całą pewnością też mówią coś o naszym strajku.
Trzymaj się, serdecznie pozdrawiam
Domini k"