Polowanie na krytyka
Kiedyś krytycy zapełniali całe szpalty nawet codziennych gazet.
Czytelnicy z wypiekami poddawali się lekturze recenzji w poszukiwaniu nowych dzieł
i odkryć. Szukali wskazówek jak omijać literackie mielizny, jak odróżnić
rzemieślnika od geniusza. Czy dziś czytelnik nie potrzebuje cudzej rady, czy
autorytet krytyka jest anachronizmem?
Pod koniec kwietnia miesięcznik "Czas Kultury"
obchodził dwudziestolecie istnienia. Od połowy lat osiemdziesiątych zmieniło
się wszystko, nie tylko skład redakcji. Pismo zaczynające w podziemiu z samej
racji wydawania poza oficjalnym obiegiem miało swoją wiarygodność jako organ
niezależnej opinii, wolnej od nacisków politycznych, nie poddające się nożycom
cenzury. Można zadać sobie pytanie, czy to jedyne kryteria wartościujące?
Oczywiście, że nie, bowiem pisali na łamach "Czasu Kultury" ludzie
spoza nomenklatury nie tylko literackiej, ale i akademickiej. Ci pierwsi bali
się o zapis na nazwisko, ci drudzy o posady. Pozwolę sobie na drobną dygresję,
publikowałem w tym czasie pod własnym nazwiskiem i nikt mi z tego powodu nie
czynił żadnych przykrości, bezpieka nękała mnie za inne sprawy, a pisanie w
jakiś podziemnych pismach literackich uważano za przejaw ekstrawagancji a nie
szkodnictwa politycznego. Wszak inteligenci nie byli w stanie "obalić
ustroju siłą". Może i wtedy nikt się za bardzo nie przejmował krytykami. A
czytelnik?
Mylili się wszyscy. Mam liczne dowody na to, że literatura w
tamtych czasach odegrała znaczącą rolę w rozbudzaniu świadomości politycznej.
Nie było też tak prosto, jak się niektórym wydaje, dość powiedzieć, że
publiczność podzieliła się na zwolenników widzenia rzeczywistości prezentowanej
przez Tadeusza Konwickiego w "Małej Apokalipsie" i
"Cyrku" Piotra Wierzbickiego. Poeci byli odbierani jak mędrcy.
Pamiętam, że Ryszard Krynicki w swoim tomiku z tamtych lat dał podtytuł
"Wiersze i apele". Powie ktoś to było proste, jasne symetryczne
podziały na "my" i "oni", a teraz rzecz się skomplikowała.
Odpowiem, nie tyle skomplikowała, co zrelatywizowała. Role krytyków od stuleci
są nie zmienne, tyle, że niektórzy z nich wypadają.
Przypomnę nieco już historyczny esej Jerzego Stempowskiego, w
którym pisał o powinnościach krytyka, odwołał się do anegdoty o podróżującym po
Europie opacie, który posyłał na zwiad zakonnika z zbadaniem jakości jadła i
win w tawernach. Gdy braciszek pisał Na drzwiach gospody "Vinum bonum
est" znaczyło to, że tu warto się zatrzymać na posiłek i wino. Wysyłany
mnich, choć anonimowy, musiał cieszyć się zaufaniem protektora. Anegdota ta
jasno wykłada, czego oczekuje czytelnik od krytyka. Zgromadzeni na dyskusji
prowadzonej przez Marka Wasilewskiego postanowili rzecz całą
skomplikować i rozwodnić. Teraz krytyk występuje w tej roli z przypadku, a nie
z powołania i to prawdopodobnie czyni to z niechęcią.
Paweł Dunin Wąsowicz w roli krytyka
zdyskwalifikował się sam, twierdząc, że nie widzi dyskomfortu jako krytyk,
będąc jednocześnie wydawcą i redaktorem pisma literackiego. Wywody pani Kingi
Dunin jak zwykle awangardowe i pokrętne nie przekonały mnie w zupełności,
bo nie dowiedziałem się, jakie ma oczekiwania jako krytyk wobec recenzowanych
dzieł. Piotr Śliwiński namaszczony tytułem akademickim i obwołany przez
prasę "papieżem młodej krytyki poetyckiej" również nie ujawnił swojej
postawy jako krytyk. Niestety tytuł akademicki to jeszcze za mało, aby zyskać
sobie autorytet czytelnika, jako akademik celuje w błyskotliwych analizach języka
poetyckiego, ale starannie unika kryteriów wartościujących. Rafał Grupiński
posypał pewnego grzechu. Swego czasu radio w programie trzecim nadawało cykl
pod tytułem "Loża szyderców", w którym to programie klejnociki i Grupiński omawiali nowe książki z wyraźnym podziałem
na role; chwalącego i ganiącego. Zdarzyło się, że panowie omawiali powieść Stefana
Hwina "Złoty Pelikan", rola ganiącego przypadła Grupińskiemu,
zapomniał tylko nieszczęśnik, że był wydawcą tej książki. Oczywiście dociekliwy
czytelnik i słuchacz, zorientował się, że to rodzaj gry salonowej i nie
koniecznie odzwierciedla rzeczywiste przekonania krytyków, a jedynie pokazuje
różne sposoby odczytania tekstu. Ten wypadek przy pracy ilustruje rzeczywiste
pułapki czyhające na krytyka.
Trzeba przyznać, że Rafał Grupiński w końcu ujawnił, co jego jako
krytyka interesuje najbardziej, mianowicie język. W tym punkcie zgadzam się z
nim, chociaż dorzuciłbym jeszcze kilka kryteriów. Wszak literatura to sztuka
słowa i wyobraźnia pisarza zamyka się w rzeczywistości językowej. Przykładem
niech będzie powieść Antoniego Libery "Madam", opisująca
banalny niespełniony romans, ale najważniejsze w tym wypadku jest to jak ta
historia została opowiedziana. Czytelnik poznaje nie tylko proces dojrzewania
bohatera powieści, ale dowiaduje się wiele o rzeczywistości PRLu lat
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dodatkowo pisarz zadbał o język narracji
w takim stopniu, że nie jeden poeta może mu pozazdrościć takiej finezji.
Oczywiście wielu pisarzy przywiązuje wagę do języka, ale najczęściej polega to
na epatowaniu wulgaryzmami, to pozorny walor autentyzmu. Czytelnik to kupi, bo
pisze jego językiem, a krytyk nie zaneguje szczerości wypowiedzi.
Może się zapędziłem, bo czytelnicy to nie barany, a powieść
Libery pobiła wszelkie rekordy popularności. Jeśli mowa o popularności,
zgromadzeni krytycy zauważyli, że trudno jest wylansować jakiegoś pisarza,
który nie jest medialny, bowiem - wedle ich opinii - gusta kształtują pisma
kolorowe. Z pewnym przekąsem mówiono też o redaktorach codziennych gazet,
którzy mają wpływ na opinię publiczną, ale nie mają kompetencji krytyków.
Oczywiście, że recenzje nie znajdą miejsca w pismach kolorowych, a literackich.
Trudno też wymagać od dziennikarzy działów kulturalnych, aby utrudniali sobie
życie siląc się na recenzje, a nie poprzestawać na omówieniach. Mimo wszystko
takie omówienia też spełniają swoją rolę informacyjną. Najgorzej jest jak
książka jest nie zauważana, przyznał to Grupiński tym razem jako wydawca.
Czy recenzenci mogą występować tylko na łamach niszowych pism
literackich? Jeśli będą uprawiali swój zawód w konwencji akademickiej, lub będą
hermetyczni, tak że tylko zainteresowani ludzie ze "środowiska" będą
wiedzieli o co chodzi krytykowi, to oczywiście tak będzie, że krytyk wzorem
młodego poety będzie pisał dla siebie i znajomych. Nie wymagam od krytyków
rezygnacji z ich ambicji, ale oczekuje jasnej odpowiedzi gdzie "Vinum
bonum est"? Czytelnik potrzebuje precyzyjnej i czytelnej mapy literackiej
by nie zgubić się w lesie publikowanych dzieł. Chce wiedzieć nie tylko gdzie są
mielizny, ale i wilcze doły, gdzie jest przeprawa przez trudne lektury,
dlaczego warto pójść tą drogą, a nie inną. Czasem można znaleźć takie małe
mapki na przykład w "Dużym Formacie" "Gazety Wyborczej",
ale atlasu polskiej literatury z nich się nie skompletuje.
Nie da się zapolować na krytyka nawet na kartach pism
literackich, bowiem kluczy on, myli tropy, zmienia kierunki marszruty i barwy.
Zawsze pisma literackie były niskonakładowe, ale toczone na ich łamach polemiki
i spory programowe w końcu w formie nawet tylko anegdoty trafiały na salony i
kawiarniane stoliki. Może się ktoś oburzyć, że lansuje anachroniczne salony.
Wręcz przeciwnie, tyle że zajmowanie się literaturą jest zajęciem elitarnym i
nie umasowią go pisma kolorowe donosząc, kto jest spośród piszących
alkoholikiem, czy homoseksualistą i u kogo bywa. Współczesny salon literacki
powinien być otwarty dla szerokiej publiczności, która powinna mieć możliwość
"podglądania" i "podsłuchiwania", co się w nim dzieje. Mamy
znakomite możliwości, za chwile media elektroniczne staną się interaktywne, a
już mamy Internet i pasmo "Kultura" TVP. Wydawcy wydzwaniają nerwowo
po zaprzyjaźnionych redaktorach w poszukiwaniu recenzenta, bo nie zauważona
książka to handlowa klęska. Dobrze, czy źle, byle napisali. Wreszcie bierze się
za robotę wskazany przez redakcje kolega autora, który oczywiście nikomu nie
będzie chciał zaszkodzić, więc napisze na okrągło. Zawsze można też odwołać się
do znanego autorytetu akademickiego, który w terminie i kompetentnie wywiąże
się z zadania, tylko zrobi wszystko, aby uniknąć pomyłki w "złej wycenie
towaru", bo straci wiarygodność eksperta. W wydawniczych polowaniach też
trudno o grubego zwierza.
Czy krytycy w ogóle są literaturze i czytelnikom potrzebni?
Dzięki rozwojowi technologii druku, Internetu, a w przyszłości i techniki audio
literatura przyszłości może być rozpowszechniana w formie elektronicznej -
ludzkość produkuje więcej książek niż jest w stanie ich przeczytać, więc
potrzebuje wskazówek jak się w tym gąszczu poruszać. Z punktu widzenia rozwoju
literatury krytykę literacką należy traktować tak samo jak każdy rodzaj
pisarskiej twórczości, bowiem obieg idei, postaw estetycznych i wreszcie język
są wspólne. Zdarzały się w historii liczne wypadki druzgocących dzieła
recenzji, ale w ostatecznym rozrachunku nigdy im nie zaszkodziły, ale też znane
są przypadki dzieł odesłanych w zapomnienie z powodu nie zauważenia ich przez
krytykę.