Andrzej Wilowski

Polowanie na krytyka

Kiedyś krytycy zapełniali całe szpalty nawet codziennych gazet. Czytelnicy z wypiekami poddawali się lekturze recenzji w poszukiwaniu nowych dzieł i odkryć. Szukali wskazówek jak omijać literackie mielizny, jak odróżnić rzemieślnika od geniusza. Czy dziś czytelnik nie potrzebuje cudzej rady, czy autorytet krytyka jest anachronizmem?

Pod koniec kwietnia miesięcznik "Czas Kultury" obchodził dwudziestolecie istnienia. Od połowy lat osiemdziesiątych zmieniło się wszystko, nie tylko skład redakcji. Pismo zaczynające w podziemiu z samej racji wydawania poza oficjalnym obiegiem miało swoją wiarygodność jako organ niezależnej opinii, wolnej od nacisków politycznych, nie poddające się nożycom cenzury. Można zadać sobie pytanie, czy to jedyne kryteria wartościujące? Oczywiście, że nie, bowiem pisali na łamach "Czasu Kultury" ludzie spoza nomenklatury nie tylko literackiej, ale i akademickiej. Ci pierwsi bali się o zapis na nazwisko, ci drudzy o posady. Pozwolę sobie na drobną dygresję, publikowałem w tym czasie pod własnym nazwiskiem i nikt mi z tego powodu nie czynił żadnych przykrości, bezpieka nękała mnie za inne sprawy, a pisanie w jakiś podziemnych pismach literackich uważano za przejaw ekstrawagancji a nie szkodnictwa politycznego. Wszak inteligenci nie byli w stanie "obalić ustroju siłą". Może i wtedy nikt się za bardzo nie przejmował krytykami. A czytelnik?

Mylili się wszyscy. Mam liczne dowody na to, że literatura w tamtych czasach odegrała znaczącą rolę w rozbudzaniu świadomości politycznej. Nie było też tak prosto, jak się niektórym wydaje, dość powiedzieć, że publiczność podzieliła się na zwolenników widzenia rzeczywistości prezentowanej przez Tadeusza Konwickiego w "Małej Apokalipsie" i "Cyrku" Piotra Wierzbickiego. Poeci byli odbierani jak mędrcy. Pamiętam, że Ryszard Krynicki w swoim tomiku z tamtych lat dał podtytuł "Wiersze i apele". Powie ktoś to było proste, jasne symetryczne podziały na "my" i "oni", a teraz rzecz się skomplikowała. Odpowiem, nie tyle skomplikowała, co zrelatywizowała. Role krytyków od stuleci są nie zmienne, tyle, że niektórzy z nich wypadają.

Przypomnę nieco już historyczny esej Jerzego Stempowskiego, w którym pisał o powinnościach krytyka, odwołał się do anegdoty o podróżującym po Europie opacie, który posyłał na zwiad zakonnika z zbadaniem jakości jadła i win w tawernach. Gdy braciszek pisał Na drzwiach gospody "Vinum bonum est" znaczyło to, że tu warto się zatrzymać na posiłek i wino. Wysyłany mnich, choć anonimowy, musiał cieszyć się zaufaniem protektora. Anegdota ta jasno wykłada, czego oczekuje czytelnik od krytyka. Zgromadzeni na dyskusji prowadzonej przez Marka Wasilewskiego postanowili rzecz całą skomplikować i rozwodnić. Teraz krytyk występuje w tej roli z przypadku, a nie z powołania i to prawdopodobnie czyni to z niechęcią.

Paweł Dunin Wąsowicz w roli krytyka zdyskwalifikował się sam, twierdząc, że nie widzi dyskomfortu jako krytyk, będąc jednocześnie wydawcą i redaktorem pisma literackiego. Wywody pani Kingi Dunin jak zwykle awangardowe i pokrętne nie przekonały mnie w zupełności, bo nie dowiedziałem się, jakie ma oczekiwania jako krytyk wobec recenzowanych dzieł. Piotr Śliwiński namaszczony tytułem akademickim i obwołany przez prasę "papieżem młodej krytyki poetyckiej" również nie ujawnił swojej postawy jako krytyk. Niestety tytuł akademicki to jeszcze za mało, aby zyskać sobie autorytet czytelnika, jako akademik celuje w błyskotliwych analizach języka poetyckiego, ale starannie unika kryteriów wartościujących. Rafał Grupiński posypał pewnego grzechu. Swego czasu radio w programie trzecim nadawało cykl pod tytułem "Loża szyderców", w którym to programie klejnociki i Grupiński omawiali nowe książki z wyraźnym podziałem na role; chwalącego i ganiącego. Zdarzyło się, że panowie omawiali powieść Stefana Hwina "Złoty Pelikan", rola ganiącego przypadła Grupińskiemu, zapomniał tylko nieszczęśnik, że był wydawcą tej książki. Oczywiście dociekliwy czytelnik i słuchacz, zorientował się, że to rodzaj gry salonowej i nie koniecznie odzwierciedla rzeczywiste przekonania krytyków, a jedynie pokazuje różne sposoby odczytania tekstu. Ten wypadek przy pracy ilustruje rzeczywiste pułapki czyhające na krytyka.

Trzeba przyznać, że Rafał Grupiński w końcu ujawnił, co jego jako krytyka interesuje najbardziej, mianowicie język. W tym punkcie zgadzam się z nim, chociaż dorzuciłbym jeszcze kilka kryteriów. Wszak literatura to sztuka słowa i wyobraźnia pisarza zamyka się w rzeczywistości językowej. Przykładem niech będzie powieść Antoniego Libery "Madam", opisująca banalny niespełniony romans, ale najważniejsze w tym wypadku jest to jak ta historia została opowiedziana. Czytelnik poznaje nie tylko proces dojrzewania bohatera powieści, ale dowiaduje się wiele o rzeczywistości PRLu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dodatkowo pisarz zadbał o język narracji w takim stopniu, że nie jeden poeta może mu pozazdrościć takiej finezji. Oczywiście wielu pisarzy przywiązuje wagę do języka, ale najczęściej polega to na epatowaniu wulgaryzmami, to pozorny walor autentyzmu. Czytelnik to kupi, bo pisze jego językiem, a krytyk nie zaneguje szczerości wypowiedzi.

Może się zapędziłem, bo czytelnicy to nie barany, a powieść Libery pobiła wszelkie rekordy popularności. Jeśli mowa o popularności, zgromadzeni krytycy zauważyli, że trudno jest wylansować jakiegoś pisarza, który nie jest medialny, bowiem - wedle ich opinii - gusta kształtują pisma kolorowe. Z pewnym przekąsem mówiono też o redaktorach codziennych gazet, którzy mają wpływ na opinię publiczną, ale nie mają kompetencji krytyków. Oczywiście, że recenzje nie znajdą miejsca w pismach kolorowych, a literackich. Trudno też wymagać od dziennikarzy działów kulturalnych, aby utrudniali sobie życie siląc się na recenzje, a nie poprzestawać na omówieniach. Mimo wszystko takie omówienia też spełniają swoją rolę informacyjną. Najgorzej jest jak książka jest nie zauważana, przyznał to Grupiński tym razem jako wydawca.

Czy recenzenci mogą występować tylko na łamach niszowych pism literackich? Jeśli będą uprawiali swój zawód w konwencji akademickiej, lub będą hermetyczni, tak że tylko zainteresowani ludzie ze "środowiska" będą wiedzieli o co chodzi krytykowi, to oczywiście tak będzie, że krytyk wzorem młodego poety będzie pisał dla siebie i znajomych. Nie wymagam od krytyków rezygnacji z ich ambicji, ale oczekuje jasnej odpowiedzi gdzie "Vinum bonum est"? Czytelnik potrzebuje precyzyjnej i czytelnej mapy literackiej by nie zgubić się w lesie publikowanych dzieł. Chce wiedzieć nie tylko gdzie są mielizny, ale i wilcze doły, gdzie jest przeprawa przez trudne lektury, dlaczego warto pójść tą drogą, a nie inną. Czasem można znaleźć takie małe mapki na przykład w "Dużym Formacie" "Gazety Wyborczej", ale atlasu polskiej literatury z nich się nie skompletuje.

Nie da się zapolować na krytyka nawet na kartach pism literackich, bowiem kluczy on, myli tropy, zmienia kierunki marszruty i barwy. Zawsze pisma literackie były niskonakładowe, ale toczone na ich łamach polemiki i spory programowe w końcu w formie nawet tylko anegdoty trafiały na salony i kawiarniane stoliki. Może się ktoś oburzyć, że lansuje anachroniczne salony. Wręcz przeciwnie, tyle że zajmowanie się literaturą jest zajęciem elitarnym i nie umasowią go pisma kolorowe donosząc, kto jest spośród piszących alkoholikiem, czy homoseksualistą i u kogo bywa. Współczesny salon literacki powinien być otwarty dla szerokiej publiczności, która powinna mieć możliwość "podglądania" i "podsłuchiwania", co się w nim dzieje. Mamy znakomite możliwości, za chwile media elektroniczne staną się interaktywne, a już mamy Internet i pasmo "Kultura" TVP. Wydawcy wydzwaniają nerwowo po zaprzyjaźnionych redaktorach w poszukiwaniu recenzenta, bo nie zauważona książka to handlowa klęska. Dobrze, czy źle, byle napisali. Wreszcie bierze się za robotę wskazany przez redakcje kolega autora, który oczywiście nikomu nie będzie chciał zaszkodzić, więc napisze na okrągło. Zawsze można też odwołać się do znanego autorytetu akademickiego, który w terminie i kompetentnie wywiąże się z zadania, tylko zrobi wszystko, aby uniknąć pomyłki w "złej wycenie towaru", bo straci wiarygodność eksperta. W wydawniczych polowaniach też trudno o grubego zwierza.

Czy krytycy w ogóle są literaturze i czytelnikom potrzebni? Dzięki rozwojowi technologii druku, Internetu, a w przyszłości i techniki audio literatura przyszłości może być rozpowszechniana w formie elektronicznej - ludzkość produkuje więcej książek niż jest w stanie ich przeczytać, więc potrzebuje wskazówek jak się w tym gąszczu poruszać. Z punktu widzenia rozwoju literatury krytykę literacką należy traktować tak samo jak każdy rodzaj pisarskiej twórczości, bowiem obieg idei, postaw estetycznych i wreszcie język są wspólne. Zdarzały się w historii liczne wypadki druzgocących dzieła recenzji, ale w ostatecznym rozrachunku nigdy im nie zaszkodziły, ale też znane są przypadki dzieł odesłanych w zapomnienie z powodu nie zauważenia ich przez krytykę.

 


Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści