Jacek Kasprzycki

CO DALEJ Z KINEM...

 

Czy współcześni twórcy kina dla milionów chcą rozwijać jego język?

Czy chcą poznawać "nowe lądy" narracji czy jedynie epatować nas technologią, która bardzo szybko starzeje się?

 

Czy jak twierdzi "artystowski potwór" - Peter Greenaway - kino się jeszcze nie rozpoczęło, albo też, - co gorsza - "drepcze w kółko", tym samym skazując siebie na samobójczą śmierć? A może wszystko zmierza we właściwym kierunku, swoim naturalnym rytmem, a nam przyzwyczajonym do nowinek, fajerwerków i sensacji ciągle jest ich mało? Bez emocji spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

 

Mogę zaryzykować stwierdzenie, iż oglądając za pierwszym razem "Zagubioną Autostradę" Davida Lyncha, "Magnolię" Paula Thomasa Andersona, czy "Requiem dla Snu" Darrena Aronofskiego, widz z czasów filmu niemego, czyli sprzed 1930 roku doznałby szoku - głównie z powodu realności obrazu przedstawionego, ale ochłonąwszy - oglądając film po raz wtóry zacząłby powoli rozumieć zawarta w nim intrygę...

Po trzecim seansie stwierdziłby, iż narracja w tych filmach to pewien standard kina, a za czwartym razem uważałby dawniej oglądane filmy za naiwne i prymitywne i mógłby dojść do wniosku, że konwencja na wstępie wymienionych, jest obowiązująca regułą.

 

To, iż opowiadanie historii filmowych oparło się na wzorach literatury dickensowskiej, rodem z realistycznego dziewiętnastowiecznego teatru pudełkowego stając się normą, wynikło tylko i wyłącznie z przyjętej konwencji. A przecież jak wszystko w dziejach - mogło być zupełnie inaczej. Może język współczesnego "hollywódzkiego" kina zbliżony byłby do francuskiej metaforycznej awangardy z pod znaku Germaine Dullac, ekspresjonistycznego kina niemieckiego Roberta Wiene, czy stylistyki Dżigi Viertowa lub Siergieja Eisensteina?

Zawsze znajdzie się zatwardziały orędownik totalnej determinacji i powie; "tak być musiało", lecz przecież wiemy, iż nawet współcześnie istnieją równolegle, różne formy narracji filmowych zwane lokalnymi, np. w Indiach, Egipcie a do niedawna w Chinach i Japonii. Istnieje ogólnoświatowe kino "off- owe", realizacje wideo z pogranicza kina aktorskiego, czy całkiem autorskie realizacje odwołujące się do grona niewielu wtajemniczonych, a wreszcie prowokacyjne filmy "dla jednego widza" pokazywane w Galeriach sztuki, czy w warszawskim kinie LAB...

Na zasadzie analogii; funkcjonują alternatywne modele teatru, czego dowodem jest masowa impreza "Malta" w Poznaniu i - o dziwo - mają one milionowe rzesze swoich wielbicieli.

 

Dlaczego nie miałoby być tak z filmem popularnym? Myślę, że istnieje tu oportunistyczny mechanizm, który nazwałbym - posługując się analogią - "syndromem lobby paliwowego". Spójrzmy - jak mało osób wyobraża sobie sytuacje, aby samochody nie były napędzane benzyną czy ropą. A przecież już od dziesięcioleci może być inaczej. Na szczęście - zwiedzając fora internetowe dotyczące dzieł wymienionych na początku tekstu, widać opinie najróżniejsze - od potępienia do autentycznych zachwytów. Istnieje jeszcze na szczęście w dziedzinie kultury zdrowy rozsądek.

 

A może historia kinematografii poszła drogą tylko jedną z możliwych? Tę tezę potwierdza najnowsza nieopisana jeszcze przez filmoznawców historia narracji, zawarta w muzycznych wideoklipach i filmowych etiudach studentów rozlicznych szkół i kursów filmowych, oraz w filmach tworzonych przez malarzy, artystów performance, czy wreszcie twórców prawdziwego kina niezależnego wywodzącego się z europejskiej awangardy, przeniesionej na grunt amerykański przez Hansa Richtera, rozwiniętej przez Jonasa Mekasa, i w wielu już jej ewoluujących mutacjach, istniejącej do dziś. Twórcy francuskiej i radzieckiej awangardy, oglądając współczesne videoklipowe fabuły, czy wiele scen z komercyjnego wysoko nakładowego Armagedona, lub socjologiczno polityczne freski w rodzaju FJK i "Urodzonych morderców" Oliviera Stone'a byliby zachwyceni. Ich "niszowy" i hermetyczny język ruchomych obrazów "wszedł pod strzechy" - został przez masowego widza - zaakceptowany.

 

A na czym polega nowatorstwo w kinie, w czasach gdy nie istnieje jedna "obowiązująca" formuła awangardy. W czasach preferujących w kulturze raczej tzw. "style lokalne"? Pedagodzy w szkołach filmowych i tradycyjnie kształceni filmownawcy analizując za studentami klatka po klatce "Obywatela Kane" dają sobie doskonale radę z Orsonem Wellsem, z filmami Bergmana czy Tarkowskiego. Lecz problem zaczyna się z Fellinim czy Larsem von Trierem, a przy Lynchu i Greenawayu ich "pojazd" interpretacyjny zaczyna grzęznąć w piaskach niejednoznaczności i domniemań.

 

Aby nie być gołosłownym w poważnym "Kinie" znany krytyk mając trudności z postmodernistycznymi interpretacjami sennych marzeń bohatera filmu "Porozmawiaj z nią" Pedro Almodovara "nazywa go w reakcji obronnnej "Świntuszkiem'', a inny nie mogąc uporać się z zawiłościami fabuły "Zagubionej Autostrady" stwierdza, iż wymowa fabuły jest "mętna" a jedynie co film ratuje to wirtuozeria formalna. Tymczasem wszystkie filmy Lyncha począwszy od "Głowy do wycierania" mówią o najważniejszych problemach moralnych współczesnej Ameryki. Można zaryzykować twierdzenie, iż to właśnie David Lynch to oprócz Petera Greenawaya i Larsa von Triera jest najważniejszym moralistą współczesnego kina, a znamiennym faktem jest iż Lynch i Greenaway i Derek Jarman to wykształceni i czynni zawodowo malarze...

 

To, że nie opowiadają oni językiem filmowym Wellesa, Wajdy, Polańskiego, czyczy Johna Forda to zrozumiałe. Dookoła zmieniła się plastyka, teatr, telewizja i radio. Istnienie autorytetów funkcjonuje na zasadzie wyboru a nie przymusu wywołanego tradycją. Filmy Lyncha, Aronowskiego, Altmana, Greenawaya, czy też grupy Sky Piastowskie świadczą, iż kino zaczyna opowiadać historię zgodnie z wymogami swojego medium, nie ulegając prawie stuletniej presji klasycznego teatru i popularnej literatury. Zdzisław Beksiński powiedział, iż pragnie tworzyć tak, jak by fotografował marzenia i sny. Według niego - wieloznaczność plastycznych wizji, jak i metafory współczesnej poezji - nie powinny być do końca rozszyfrowywane, a ich istotą jest prywatność znaków, i symboli. Być może do tego dojrzewa właśnie na naszych oczach powoli komercyjny film.

 

Na razie "Akademia Oskarowa" twardo się opiera, promując "Piękny Umysł" przed "Magnolią" czy bojkotując "Amelię" i "Tańcząc w Ciemnościach", jak dawniej "Swobodnego Jeźdźca" czy "Zabriskie Point" - nie wspominając o Robercie Altmanie. Od kilkudziesięciu lat wymóg stawiany przez Zdzisława Beksińskiego, czy Witkacego czy Brunona Schulza spełniały filmy animowane i aktorski krótki metraż. Dosłowność dopadła dokumentu i pełnometrażowej aktorskiej fabuły, ze względu na przemysłowy charakter ich produkcji. W nich decydującą rolę odgrywała zawsze tzw "story", - czyli opowiadana historia. Ale czy wszystkie filmowe historie zawsze muszą opowiadane być w ten sam sposób. Nie chodzi mi tu bynajmniej o zjawisko tzw "fabularnych kalek". Banalną z pozoru historię można opowiedzieć prosto i nowatorsko jak zrobił to Lynch w "Prostej historii" - właśnie.

 

Może do fabuły filmowej należy podejść nie jak do gawędy w pubie, ale jak do olejnego obrazu, czy jak do muzyki. A może film nie jest aż tak blisko spokrewniony z pudełkowym teatrem a bardziej z poezją i pantomimą rodem z teatru otwartego?

Może po sukcesach takich filmów jak; "Biegnij Lala biegnij", "Requiem dla snu" czy w arcydziele wg. tworzącego ten tekst - "Magnolii" Paula Thomasa Andersona obraz wreszcie zwycięży tworząc kody zrozumiałe dla wszystkich wrażliwych odbiorców

a film stanie się wreszcie prawdziwą syntezą sztuk jak chciał tego Karol Irzykowski,

Pier Paolo Passolini, Sergiusz Eisenstein, czy Rene Clair, a nie będzie jedynie zilustrowanym naturalistycznie teatrem czy jeszcze jednym brykiem popularnej literatury.

 

Co starzeje się najszybciej w popularnym, komercyjnym kinie (łącznie z tym realizowanym dla telewizji? Oto moja prywatna klasyfikacja; napisy filmowe - od lat 80, muzyka filmowa - od lat 70, konwencja gry aktorskiej - od lat 60, scenografia - od lat 60, oświetlenie filmowe - od lat 50, konwencja fotografowania - od lat 40, montaż filmowy - od lat 30, sposób narracji - od lat 30. Widzimy, iż ten ostatni jest elementem najbardziej konserwatywnym i zachowawczym. Czas najwyższy abyśmy i my mieli swojego Petera Greenawaya. Zapraszam do otwartej dyskusji:, "dlaczego polscy filmowcy nie tworzą nowych form narracji? Może wśród nich jest właśnie młody Grzegorz Kowalczuk...

 


Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści