Andrzej Wilowski
W galerii O.
Jezuitów przy ulicy Dominikańskiej odbył się wernisaż wystawy Wojtka
Wołyńskiego. Latem 1973 dostałem od Sławka Magali powielaczową gazetkę wydaną
na "Juwenalia". Na okładce był rysunek przedstawiający widok
cmentarza z lotu ptaka, a nad bramą widniał napis; "Fly by LOT". To
był pierwszy rysunek Wojtka, jaki zobaczyłem. W szczytowym okresie gierkowskiej
propagandy sukcesu taka wizja rzeczywistości była szokująca. Potem oglądałem w
podobnej konwencji "czarnego humoru" Rolanda Topora ilustracje do
tomiku Lecha Dymarskiego. Krzysztof Adamkiewicz wydający w "Od Nowie"
serie poetycką, miał wątpliwości, czy rysunki w takiej konwencji, chociaż
dowcipne i dobrze narysowane, nadają się jako ilustracje do poezji. Wołyńskiego
znamy jako ilustratora, ale w swoich pracach zawsze wykraczał poza ramy
zlecenia i jego rysunki żyły własnym życiem, obok tekstu.
Jesienią
następnego roku Teatr Ósmego Dnia przygotowywał się do obchodów dziesięciolecia
swojej działalności. Z tej okazji popełniłem serie rysunków z surrealistycznymi
wariacjami na temat "ósemki". Do sali "Błękitnej" w
"Od Nowie" gdzie teatr wtedy miał swoją bazę, przyszedł Wojtek.
Obejrzał pierwsze odbitki. Może raz, może dwa podniosły mu się wąsy i bez
komentarza odłożył je na stół. Byłem przekonany, że jako nadworny grafik
teatru, poczuł się urażony, że ktoś wchodzi w jego kompetencje.
Charakterystyczna "ósemka"; stopa przechodząca we wstęgę, wywiniętą w
ósemkę, zakończona ręką ściskającą teatralną maskę, jest dziełem Wojtka.
Spotykałem go
później na Warsztatach Artystycznych w Międzychodzie i Koninie. Spotykałem, bo
całe dnie spędzał zaszyty gdzieś z kartonem i piórkiem i pracowicie układał z
kresek kolejne historie. Któregoś wieczoru w klubie "warsztatowym"
dowiedziałem się, że brak komentarza nie był przejawem niechęci, a raczej
uprzejmości. Biegłość w rysunku, porównywalna tylko z dawnymi rytownikami,
niepowtarzalność kreski i umiejętność wydobycia najbardziej charakterystycznych
elementów portretowanego osobnika, sprawiały, że szybko stał się w poznańskim
środowisku artystą cenionym, niemal klasykiem. Rezultatem tego
"docenienia" było zdarzenie na "Warsztatach Artystycznych",
kiedy z pokoju Wojtka zniknęły rysunki, które przez prawie dwa tygodnie
przygotowywał na zamówienie jakiegoś szwajcarskiego czasopisma.
W tamtych,
studenckich czasach Wołyński nazywany przez przyjaciół "Wojtula" był
rozchwytywany. Rysował karykatury, i scenki rodzajowe dla gazet, na przykład
dla krakowskiego "Studenta". Projektował afisze i plakaty, teatralne,
kabaretowe, muzyczne. Plakat "Salonu Niezależnych" przedstawiał
trzech mocno sfatygowanych życiem z resztkami studenckości osobników. Łysina Jacka
Kleyffa rozświetlała całą kompozycje, charakterystyczny uśmiech Janusza Weissa,
przechodzący w grymas zdziwienia i Michał Tarkowski z błyskiem w oku nadającym
młodzieńczy rys jego twarzy, chociaż łysina dominowała już nad czupryną.
Wszyscy mieli wielkie głowy i małe tułowia. Wyolbrzymianie jednych elementów,
pomniejszanie innych, czarny humor, kreska stylizowana na dawne ryciny, krótko
mówiąc gra różnymi konwencjami, mieszanie i inspiracje sztuka wschodu i
zachodu, ale w tym wszystkim pozostawał niepowtarzalny charakter prac Wojtuli.
Do dziś trudno go pomylić z innym artystą. Pewnym zaskoczeniem była seria
plakatów dla Warszawskiej Grupy Teatralnej. Nowa forma, nowe efekty, ale to
wszystko był przypadek. Błędy w separacji koloru, spowodowały, że powstały trzy
plakaty "monochromatyczne" w trzech kolorach, ale znakomity rysunek
sam się obronił. Kiedy zaczął się ukazywać "Zapis" i bibuła, Wojtula
zaoferował swoje usługi. Biuletyn KORu miał ilustrować monstrualny "homo
sovieticus" reprezentujący władze, a obok niego drobnej postury,
zabiedzony intelektualista, reprezentujący "opozycje". Jaki los
spotkał ilustracje do "Zapisu" nie wiem, bo nie spotkałem ich w
emigracyjnych wydaniach i krajowych, widziałem je u Stanisława Barańczaka w
teczce z maszynopisem pierwszych numerów tego pierwszego bez cenzury
kwartalnika literackiego. Jakieś jednak ślady pozostały w Poznaniu po artyście.
Mieszcząca się w Zamku galeria "O.N." to też ślad działalności
Wojtuli. W latach siedemdziesiątych grupa artystów pod wodzą Wołyńskiego,
Mülera i Dymarskiego, wykonała serie happeningów, których bohaterem był
tajemniczy Olgierd Nowak. Postać nieistniejąca, archetyp "homo
sovieticusa", wzorcowego "funkcjonariusza" socjalistycznej
władzy. Olgierd Nowak, to każdy i nikt zarazem, w wizerunkach O.N. doszukiwano
się rysów wielu znanych postaci życia publicznego, ale trudno też było ustalić,
do kogo jest na prawdę podobny.
Pod koniec lat
siedemdziesiątych Włodek Karpiński przygotowywał w ramach "Witrynki
Literatów i Krytyków" wydanie aforyzmów Bertolda Brechta w przekładach Ryszarda
Krynickiego. W tomiku miały się znaleźć ilustracje Wojtka. Tydzień przed
premierą zbiorku Włodek pokazał mi najnowszy nabytek do swojego księgozbioru
wydaną w Dreźnie "Antologie socjalistycznej karykatury". Gdy
oglądałem rysunki Kokoshki, przypomniałem sobie ilustracje Wojtka, wyglądało to
tak, jakby sam Brecht zamówił je u niego. Nie wiem, na ile były to inspiracje,
erudycja, czy zręczność stylisty, wszak jedno jest pewne, zawsze były to
rysunki Wojtuli, kontynuatora dawnych mistrzów. Dziś jest mistrzem w
bostońskiej szkole sztuki i uczy tam ilustratorstwa, ale też czujnie obserwuje
zza oceanu, to co się dzieje w Polsce i czasem zanotuje swoje spostrzeżenia w
rysunku.
Wojtula
pozostawił po sobie jeszcze jeden ślad w Poznaniu. Kiedy powstawała
"Solidarność" pojawił się przypadkiem w mieszkaniu Jacka Kubiaka przy
Powstańczej i został poproszony o pomoc w pracy biurowej i tak został etatowym
pracownikiem Zarządu Regionu "Solidarności", aż do stanu wojennego.
Na wszelki wypadek władze reżimowe postanowiły go internować.
Opowiadał Jurek
Kandziora, że w Gębarzewie internowani cierpieli na nadmiar wolnego czasu, a
ulubioną rozrywką była gra w karty. Wojtula wykonał serie kart do gry, gdzie
figurami były gwiazdy reżimowej telewizji, rzecz jasna w mundurach, i tak na
przykład pani Falska była damą pik. Ktoś się zorientował, że te karty to dzieła
sztuki i zniknęły z obiegu.
Po zwolnieniu z
internowania Wojtula zniknął z Poznania na wiele lat. Wrześniowa wystawa jest
przypomnieniem artysty, ale czy powrotem? Czy żeby obejrzeć nowe prace Wojtuli
będziemy musieli czekać na kolejne jubileusze "Solidarności"?
Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza
strona | spis treści