Edward
Wasilewski
Czy Polakom grozi gnypalstwo?
"Gnypalstwo" - termin ukuty
przez Witkacego: grzebanie gołymi rękami w czymś, co wymaga precyzyjnych
narzędzi. Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy - był jedną z najbardziej
wszechstronnych polskich instytucji kulturalnych. Pewnie by się skrzywił na te
słowa, bo nie znosił instytucjonalizmu, a szczególnie polskiego. Trzeba więc od
razu wyjaśnić, że przez działania "instytucjonalne" chcielibyśmy
rozumieć - zgodnie z uwagami Karla Rajmunda Poppera na ten temat -
zorganizowaną działalność człowieka albo grupy ludzi, służącą interesom i celom
innych osób. Instytucją może być nawet mały sklep, obsługiwany przez
pojedynczego sprzedawcę, który potrafi odpowiedzieć na potrzeby sąsiadów. Ważną
cechą tak rozumianej instytucji jest np. niezawodność.
Witkacy był instytucją jednoosobową, dorównującą
pod względem sprawności świadczonych usług wieloosobowemu zespołowi Petera
Paula Rubensa. Była to instytucja twórcza, produkująca dramaty, powieści,
rozprawy filozoficzne, polemiki, obrazy i fotografie, a zarazem firma
niesłychanie krytyczna, dbająca o kontrolę produktu i dostosowanie go - co
zwłaszcza dotyczyło polemik - do wymogów sytuacji. Nadzwyczaj pozytywne i nieco
utopijne oczekiwania Poppera co do "instytucji", nazywane przez
autora "Społeczeństwa otwartego" "podejściem
reformatorskim", znakomicie się sprawdzają jako tło porównawcze dla
wszelkiego rodzaju instytucji źle zaplanowanych, pozornych, fasadowych lub
zastępczych, których struktura bywa nieprzejrzysta, zarówno od wewnątrz, jak z
zewnątrz.
Witkacy był uczulony - może prawem
kontrastu - na działania instytucjonalne niejasne dla samego sprawcy lub przez
niego fałszowane. Zwalczał je bezlitośnie, stosując swoistą konkretyzację,
własne nazewnictwo, tworzone na potrzeby chwili. Wiele ukutych przez niego
ironicznych quasi-terminów do dziś zaskakuje trafnością. Mniej interesowały go
prawidłowości - pierwsze oznaki uznania na świecie dla uczniów i następców
lwowskiego "Profesora" (Kazimierza Twardowskiego), początki polskiej
szkoły logicznej - więcej bolączki, nad którymi nie umiał przejść obojętnie, bo
go pogrążały w nędzy duchowej. Instytucje są, a przynajmniej powinny być, obok
języka, głównym instrumentem do realizacji celów społecznych. Instytucje wadliwe,
funkcjonujące w sposób nieprzewidywalny dla ich członków lub użytkowników,
stwarzają zagrożenie, że cele dla osiągnięcia których je stworzono, nie zostaną
osiągnięte.
Trudno byłoby ułożyć jeden, zadowalający
wszystkich kanon, który by te cele zawierał. Chyba jednak większość czytelników
niniejszego tekstu przyzna, że oprócz przetrwania biologicznego w grę wchodzi
tu również, niełatwe wprawdzie do zdefiniowania, ale wyczuwalne minimum
jakościowe. Należy tutaj wymienić utrzymanie poziomu oświaty chociażby równego
osiągniętemu przez poprzednie pokolenia, możliwość korzystania z obiektywnej,
zróżnicowanej informacji, oraz szansę nie tylko na wyrażanie poglądów, ale też
postępowanie - w granicach prawa - zgodne z przekonaniem o słuszności. Pierwsze
zależy od sprawnego funkcjonowania instytucji oświatowych, drugie - od
zachowania niezależności prasy i telewizji wobec różnorakich grup nacisku, (co
udaje się np. BBC), trzecie jest uwarunkowane nie tyle "wolnością
wypowiedzi", ile postawami utrwalonymi w obyczaju, takimi jak tolerowanie
odmienności. Poziom oświaty, zakres i dostępność rzetelnej informacji oraz
obyczaje przesądzają o tym, czy przekazanie tradycji kulturalnej następnemu
pokoleniu umożliwi mu trochę lepszy start.
Dyskusja o tym, które potrzeby ludzkie
- i odpowiadające im organizacje (instytucje) - są bardziej, a które mniej
"naturalne" czy "podstawowe", wielokrotnie okazywała się
jałowa. Społeczne reperkusje wzrostu wiedzy i rozwoju nauk stosowanych stały
się już w XIX w. dostępne bezpośredniej obserwacji. Toteż wydaje się rozsądne
traktowanie instytucji kulturalnych - m.in. w sferze budżetowej - co najmniej
równorzędnie z instytucjami odpowiadającymi za bezpieczeństwo, transport,
energetykę czy gospodarkę żywnościową. Istnieje ponadto granica niewydolności
instytucji kulturalnych, poniżej której następuje reakcja lawinowa, zagrażająca
wypełnianiu zadań przez pozo- stałe instytucje. Regres taki przybiera
spektakularne formy, gdy system zarządzania, wymagający dopływu
wyspecjalizowanych kadr, zostanie ich pozbawiony.
Niewydolność polskiego szkolnictwa średniego
przejawia się, z jednej strony, w mętnych, zmienianych chaotycznie i bez
przemyślenia programach nauczania, z drugiej - w systematycznie pogarszającej
się jakości podręczników, rzadko kiedy spełniających wymogi uniwersalnej
polszczyzny i kultury logicznej.
Autorzy podręczników posługują się
najchętniej językiem branżowym, tworzonym na użytek własnej grupy zawodowej i
kultywowanym bezkrytycznie poza nią, poświadczając tym samym, że z zagadnieniem
powszechności języka nie zetknęli się pisząc swoje prace magisterskie,
doktorskie czy habilitacyjne. Popadły w zapomnienie dwa największe
"Słowniki języka polskiego": tzw. naukowy Jana Karłowicza, Adama
Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, oraz normatywny Witolda
Doroszewskiego. Młodsi wydawcy nie wiedzą, że takie słowniki istnieją i że
można nabyć je w antykwariacie. Kultura logiczna w publikacjach edukacyjnych,
na stan której uskarżał się już Kazimierz Ajdukiewicz, stała się tak wątła, że
należałoby mówić o kryteriach elementarnych: poprawności definicji,
uczłonowaniu wywodu, umiejętności dokonywania streszczeń i selekcji informacji
oraz odróżniania i opisu głównych rozumowań, takich jak wyjaśnianie, dowodzenie
itp. Podręczniki są często dziełem nauczycieli różnych szczebli, osób
wynagradzanych za pracę dydaktyczną i edukacyjną nader skromnie, zarabiających
ok. 1500 zł miesięcznie (375 dolarów). Osoby mające rodzinę na utrzymaniu nie
mogą sobie pozwolić na luksus bycia nauczycielem. Luksus ten kojarzony bywa
zresztą z możliwością podejmowania dodatkowych, dorywczych zajęć zarobkowych
dzięki nieco mniejszej niż w innych zawodach liczbie godzin pracy, a także
wakacjom i feriom.
Zmęczony chałturami pracownik polskiej instytucji
oświatowej nie jest zdolny do uczestnictwa w kulturze i doskonalenia swojej
wiedzy. Ze względu na postępujący rozkład tradycji rodzinnej, nauczyciel nie
może się spodziewać, że jego działania wychowawcze i edukacyjne zostaną
potwierdzone lub skorygowane przez rodziców w imię jakichś trwałych i
sprawdzonych zasad. Szkoła, dla której tradycja rodzinna była instytucjonalną
ramą, tak samo ważną jak ramy administracyjne, należy do przeszłości. Skazani
na własne pomyłki nauczyciele mogą tylko starać się wykonywać swoje obowiązki.
Spór wokół pytania "religia czy etyka?" w gruncie rzeczy nie
angażował ani postaw specyficznie religijnych, ani moralnych. Odnosił się
jedynie do przedmiotu szkolnego, którego nauczania domagała się wyznaniowa
większość, wbrew protestom uzasadnianym pobudkami antyklerykalnymi. Wkrótce się
okazało, że do nauczania religii, która by nie była uproszczoną katechezą, jak
i do nauczana! etyki potrzebne są kadry, czyli kompetentni nauczyciele, a tych
zabrakło. Z tego samego powodu polskie szkolnictwo zostało pozbawione kontaktu
z kulturą specjalistyczną czy profesjonalną - w dziedzinie sztuk wizualnych i
muzyki. Tu polskie pomieszanie widać ostro i w detalu: matematyk, który uczy
plastyki, biolog dyrygujący orkiestrą szkolną, są to może przykłady groteskowe,
ale przecież odnoszące się do rzeczywistości społecznej, w której zatarły się
role i przed którą ratowali się kpiną zarówno Witkacy, jak Gombrowicz, bo się
tej rzeczywistości obawiali.
Wspomniana na wstępie nieprzejrzystość działań instytucjonalnych
polega na tym, że nakładają się na siebie różne, nieraz krańcowo rozbieżne cele
i metody. Książka szkolna stała się towarem, najlepiej sprzedającym się
produktem wydawniczym, przy stale zmniejszającym się skądinąd czytelnictwie i
malejących nakładach. W Polsce każdy może wydać podręcznik, spełniając
ogólnikowe wymogi programowe. Wydawcy prześcigają się, żeby zdobyć aprobatę
zdezorientowanego nauczyciela. Wybierze on wówczas tę, a nie inną książkę i
poleci uczniom, a ci będą musieli ją kupić. Nastawienie komercyjne i chęć zysku
za wszelką cenę nie pomaga w osiągnięciu celu, jakim jest wydanie dobrej
książki. Redukcję rozmiarów załogi, gospodarność i oszczędność najczęściej
rozumie się w Polsce w ten sposób, że zwalnia się najlepszych pracowników,
ponieważ trzeba ich nieco lepiej wynagradzać; gorsi (mniej opłacani) i tak
wyprodukują towar, który można sprzedać. Dotyczy to również książki szkolnej.
Opracowanie graficzne podręczników wydawcy powierzają np. informatykom, podczas gdy graficy-specjaliści
poszukują pracy.
Obniżenie poziomu szkoły średniej pociąga za sobą
pogorszenie jakości nauczania akademickiego. Szkoła wyższa, bowiem nie
funkcjonuje w próżni, aczkolwiek nadrabianie zaległości szkolnictwa niższego
szczebla nie powinno należeć do jej zadań. Przykładem rozminięcia się z celami
szkoły wyższej jest działalność polskich uczelni niepublicznych. Dorobek
naukowy osób zatrudnianych w tych instytucjach oceniany bywa nie według
wartości, lecz ilości publikacji; głos środowiska naukowego utożsamia się z
opiniami wąskiego kręgu recenzentów z macierzystego wydziału. Warunkiem
przyznania takiej szkole licencji przez władze oświatowe okazuje się biznes
plan, a nie program. Szkoła taka - nazywana mianem "wyższej" - w
istocie nie jest w stanie wykroczyć poza zadania szkoły średniej. Niedostateczna
umiejętność posługiwania się powszechnie zrozumiałym językiem polskim oraz
kryteriami logiki w publikacjach naukowych niestety charakteryzuje także kadrę
uczelni publicznych. Na poprawność frazeologiczną zwraca się uwagę tylko na
wydziałach humanistycznych, pozostawiając troskę o logikę wypowiedzi wydziałom
matematyczno-przyrodniczym. Wykształcenie połowiczne i niekompletne staje się
udziałem absolwentów szkół wyższych uchodzących do niedawna za renomowane.
Swoista technologizacja lub
instrumentalizacja szkolnictwa wyższego, tendencja do zawężania specjalizacji
zawodowych nie sprzyja kształtowaniu postaw badawczych, niezbędnych do podjęcia
pracy naukowej. Powiększa się odpływ kadr dydaktycznych do lepiej opłacanych
zawodów. Nie widać jednocześnie, aby dawnego mecenasa państwowego kwapił się
zastąpić kto inny. W podjętej w latach 90-tych dyskusji o potrzebie odkłamania
polskiego uniwersytetu pojawiały się stwierdzenia, że uniwersytet przetrwał
wszystko co najgorsze, że nie był złą szkołą i zachował konieczną autonomię;
powoływano się m.in. na osiągnięcia warszawskiej szkoły historii idei. Dziś
zapewne nie dałoby się uzasadnić takiej opinii w odniesieniu do minionego
dziesięciolecia.
Jeżeli instytucje oświatowe rządzą się tak
rozbieżnymi regułami, artykułowanymi ponadto tak prostolinijnie i myląco, że
edukacja wydaje się niczym więcej niż przedmiotem obrotu handlowego i towarem,
to nie należy się dziwić, że mechanizm ten zostaje odwzorowany w działaniach
instytucji informacyjnych. Przekierowanie na marketing odbywa się tu kosztem
zróżnicowania rynku - niezależnie od tego, co na nim się znajduje lub mogłoby
się znaleźć i bez względu na to, czy wytworzono produkt dobry, czy wybrakowany.
Organizację podaży (reklamę) wszystkich produktów traktuje się tak samo, nie
zawracając sobie głowy jakościowymi wahaniami popytu. Producent-farmaceuta, na
którego placebo wprawdzie nie maleje popyt, lecz dzieje się tak jedynie dzięki
zainteresowaniu najmniej zorientowanych odbiorców, prawdopodobnie zastanowiłby
się nad tym faktem. Osobom kierującym polskimi instytucjami informacyjnymi
takie myślenie nie spędza snu z powiek.
Telewizyjną "oglądalność"
skrojono na miarę najniższych standardów i potrzeb. Tak rozumianą oglądalność
mierzy się następnie w niezliczonych badaniach opinii publicznej, nie dając
widzowi żadnej szansy, by oglądał programy inne niż oglądalne. Filmy warte
obejrzenia nadaje się w późnych godzinach nocnych lub przedpołudniowych,
narażając widza na utratę dnia pracy. Wieczór wypełniają biesiady mazurskie, nieudolne
seriale i benefisy. Wiadomości zaczynają się od sensacji w rodzaju
"prokuratura nakazała zatrzymanie posła G., lecz wyjechał on za
granicę", a kończą nierzadko dowcipami spikera na żywo, mieszczącymi się w
czasie informacyjnym (raczej szczupłym, ok. 15 minut). W polskiej telewizji
królują "misie". Słyszymy np. "mi się to podoba", "mi
się zdaje"; zanikają formy akcentowane zaimków osobowych. Spikerzy
telewizji ogólnopolskiej zatrącają o gwarę mazowiecką, posługują się językiem
biednym, bez odcieni, naszpikowanym modnymi słowami ("monitoruje",
"preferuje"). Są to kadry dobierane pośpiesznie i zastępczo, co
przypomina strategię kulturalną stanu wojennego. Taką telewizję - pozbawioną
rzetelnej, naświetlanej z różnych punktów widzenia informacji, niewrażliwą na
wszystko, co mogłoby mieć atrakcyjność poznawczą, manifestującą pogardę dla
widza, który nie podnosi oglądalności TYP - nazywa się w Polsce
"publiczną". Tylko pozazdrościć profesorowi Baumanowi, który z
perspektywy emigranta, zamieszkałego w Leeds, mógł powiedzieć: "Jesteśmy
bardzo uprzywilejowanymi ludźmi, bowiem telewizja angielska jest chyba
najlepsza na świecie. Tam pokazują naprawdę znakomite rzeczy i nie zdarzają się
wieczory, żeby czegoś ciekawego nie było" ("Przekrój", 28.01.2001).
Mogłoby się zdawać, że ludzie, którzy czują się ignorowani przez fatalnie
funkcjonujące instytucje informacyjne, nie mają czego żałować. Tak jednak nie
jest. Nawet najgorsza telewizja może podtrzymywać poczucie wspólnoty, jeżeli
choćby okresowo zajmuje się problemami ludzi. Wiedzą o tym członkowie polskich
ugrupowań i stowarzyszeń obywatelskich, starając się z uporem o dostęp do
środków przekazu, zwłaszcza telewizji, gdy zawiodą próby kontaktu z władzami
administracyjnymi.
By zrozumieć organizacje obywatelskie działające w
Polsce, musimy pamiętać o dwuznaczności przymiotnika "polityczny".
Dawne znaczenie -"służący interesom ogółu" - zastępowane bywa
znaczeniem przeciwnym - "służący karierze osobistej" - które lepiej
odzwierciedla negatywne doświadczenia członków i sympatyków ruchów
obywatelskich rozmaitych formacji. Dlatego ludzie ci nie chcą przyznać, że
aspirują do polityki. Zachodni komentatorzy zarzucają np. polskiemu ruchowi
konsumenckiemu lub pozarządowym organizacjom ochrony przyrody, że nie
wykorzystują możliwości parlamentarnych, nie stosują instrumentów prawnych i
nie tworzą własnego obiegu informacji. Nie wiedzą jednak i nie potrafią sobie
wyobrazić, w jakich warunkach działają polskie organizacje społeczne. Trzeba
też pamiętać, że wyniszczanie obiektów i terenów cennych przyrodniczo - by
poprzestać na jednym tylko przykładzie - w warunkach polskich nie zawsze ma
podłoże ekonomiczne, często jest skutkiem bezmyślności, zaniechania,
niszczycielskich nawyków bądź wiary w nieograniczoną samoodnawialność przyrody;
nie występuje tu konflikt porównywalnych, choć przeciwstawnych interesów.
Osoby, które chciałyby zgodnie z własnym sumieniem ocalić pracę pokoleń i
zachować kształt swojego miasta lub regionu - zabudowy, kultury rolnej,
zalesienia czy zieleni miejskiej -mogą jedynie zarejestrować w sądzie
organizację o odpowiednim statucie. Sąd najprawdopodobniej oddali pozew takiej
organizacji, w którym będzie mowa o naruszeniu własności publicznej czy praw
mieszkańców w wyniku wycinki chronionych drzew lub rozbiórki zabytkowych
budynków; uczyni tak ze względu na "niską szkodliwość społeczną"
czynu. Jeżeli organizacja społeczna wygra proces, wyrok nie musi być
egzekwowany, sprawca bowiem - przedsiębiorstwo, biznesmen - użyje wszelkich
pozaprawnych sposobów, by do egzekucji nie dopuścić. Bezskuteczność
wcześniejszych interwencji na drodze administracyjnej organizacja jest
zobowiązana przedstawić sądowi. Nic oczywiście z tego nie wynika, choćby
ujawniono rażące zaniedbania urzędników.
Właściwe instancje odpowiedzialne za
stan przestrzeni publicznej są zresztą stopniowo i bez sprzeciwu eliminowane;
samorządy tak właśnie pojmowały swoje uprawnienia: likwidując urzędy architekta
i plastyka miejskiego, redukując wydziały planowania przestrzennego itp. Widząc
beznadziejność swoich usiłowań na polu administracyjnym i prawnym organizacja
społeczna może zwrócić się do gazet albo telewizji - licząc na osobiste
znajomości, bo tzw. polityka informacyjna lansowana przez gremia redakcyjne
oraz mocodawców nie pozostawia złudzeń, co do omawianej tematyki. Jeżeli i to
się nie uda, można zorganizować protest uliczny albo wydać druk ulotny własnym
sumptem w nakładzie kilkuset egzemplarzy. W rezultacie nikt nie dba o
przestrzeń publiczną, warunkującą jakość egzystencji ludzi. W latach 1990-2000 w
centrach polskich miast pojawiły się wysokościowce bez gabarytów, powiększył
się chaos strefy wokółmiejskiej, uległy dewastacji międzywojenne enklawy
willowe, pogłębił się rozkład lokalnej tradycji budowlanej i nasiliła
niekontrolowana ekspansja zabudowy przemysłowej i pseudoregionalnej w
przestrzeni otwartej (tyrolskie dachy na Śląsku, góralskie chaty nad
Bałtykiem). Dynamika tego procesu nie maleje, potęguje się brzydota i
niefunkcjonalność przestrzeni; zadania architektów wykonują technicy budowlani.
Przestrzeń otwarta, w której znajdują się tereny wartościowe przyrodniczo,
kurczy się wskutek bezładnej urbanizacji.
Przyczyny niewydolności omawianych
instytucji -oprócz organizacji społecznych, pozbawionych jakiegokolwiek oparcia
- tkwią w sferze mentalnej. Jednym z najczęściej wymienianych powodów słabości
polskich instytucji jest dziedzictwo zaborów: instytucje nie były
"nasze", bo reprezentowały obce państwa. Dwudziestoletnia
niepodległość była okresem historycznie krótkim. Struktury instytucjonalne państwa
podziemnego z czasów okupacji zawdzięczały swoją względną trwałość kadrom
oświatowym, wojskowym i dyplomatycznym z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już
identyfikacja z instytucjami powojennymi wymagała zdolności przystosowawczych i
umiejętności kamuflażu. "Solidarność" mogła powstać w systemie
słabych i nieprzejrzystych instytucji PRL, zachowując cechy tego systemu we
własnych strukturach. Zastanawiano się nieraz, czy "Solidarność" nie
jest aby klasycznym zakończeniem rewolucji w stylu Karola Marksa. Żądania
podwyższenia płacy i skrócenia tygodnia roboczego, akcentowanie etosu pracy
(godności pracownika), a zwłaszcza intuicyjne odwoływanie się do czegoś w
rodzaju zbiorowej mądrości robotników, wskazywały na znaną doktrynę, obiecującą
rozwiązanie dylematów ekonomicznych i społecznych raz na zawsze. Polska
inteligencja rozumiała tę zbiorową mądrość dosłownie; przedstawiciele środowisk
twórczych jeździli do Gdańska, żeby "uczyć się" np. patriotyzmu.
Pracowniczy charakter gdańskich postulatów wzbudził uznanie zachodniej lewicy,
pomimo wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej w klapie marynarki przywódcy.
Zbieżne z doktryną wydawało się również to, że politykę i kulturę zostawiono na
później. Czy "Solidarność" nie podjęła się więc zakończenia eksperymentu,
w który establishment przestał wierzyć w roku 1956. Niezależnie od
rozstrzygnięcia tego pytania opozycja solidarnościowa spotkała się z
establishmentem w momencie, gdy musiała wykazać odpowiedzialność za organizację
i funkcjonowanie instytucji. Okazała się przy tym tak samo bezradna jak
poprzednie rządy.
Ogólne i niekonkretne wyobrażanie sobie
mechanizmów władzy przez osoby tę władzę sprawujące prowadzi w najlepszym
wypadku do oligarchii. Po wojnie nie powiodło się w Polsce ani razu obsadzenie
głównych instytucji osobami kompetentnymi, które stać byłoby na
odpowiedzialność indywidualną i nie zasłanianie się układami czy koleżeństwem
partyjnym. Establishment nigdy nie posługiwał się pojęciem "dobra
wspólnego". Natomiast rewindykacjonizm opozycji doprowadził do społecznej
izolacji i spadku popularności postaw obywatelskich cechujących inteligencję,
wyniesionych jeszcze sprzed wojny. Niedowład instytucji kulturalnych wcześniej
czy później musi odbić się negatywnie na zarządzaniu państwem. Sprzężenie
kultury i władzy możemy obserwować nie tylko w systemach ideologicznej tyranii,
wykorzystujących kulturę do własnych celów, ale również w tych państwach
demokratycznych - jak np. Norwegia - gdzie tradycja kulturalna w znacznej
mierze wyznacza cele i metody działania administracji. Od przywrócenia
instytucjom kulturalnym należytej roli w państwie, ich reorganizacji lub
stworzenia od podstaw będzie zależało to, czy Polacy w następnym pokoleniu będą
potrafili rządzić własnym krajem; dotychczas trwonią siły i marnotrawią fundusze.
Powagę sytuacji wzmaga fakt, że omawiane czynniki
negatywne występują łącznie: niska jakość instrumentów oświatowych (programów i
podręczników), niskie płace, rozkład tradycji rodzinnej, na której mogłaby się
oprzeć szkoła, niekompetencja nauczycieli, obniżenie poziomu nauczania
uniwersyteckiego, niewywiązywanie się z zadań informacyjno-edukacyjnych przez
środki przekazu, separacja ruchów obywatelskich od sfery publicznej, wreszcie
odpolitycznienie wszelkich inicjatyw administracji państwowej, (że coś ma
charakter "polityczny", dowiadujemy się najczęściej od
funkcjonariuszy, którzy nazywają tym słowem stawiane im zarzuty o korupcję).
Można wątpić, czy Polacy wyeliminują te czynniki i zmienią swoją sytuację o
własnych siłach. Jak powiadał baron Münchhausen: "utonąłbym niechybnie,
gdyby nie moja siła". Żeby jednak nie poprzestać na przechwałkach, trzeba
by poszukać sprzyjających okoliczności i punktów oparcia. Nie da się już
powtórzyć recepty oświeceniowych inspiratorów i oświeconego monarchy. Osiemnastowieczne
prekursorstwo kulturalne Polaków było możliwe dzięki ogromnemu zaangażowaniu
osób takich jak Hugo Kołłątaj czy Stanisław August, ale także dzięki systemowi
scentralizowanej władzy. Niezwykle trudno byłoby traktować służbę publiczną na
serio zwłaszcza z pozycji człowieka prywatnego.
Środowiska twórcze i naukowe niewiele
zrobiły do tej pory, żeby wskazać mankamenty i sposoby naprawy polskich
instytucji kulturalnych. Naprawa taka nie będzie łatwa ani szybka. Należałoby
bowiem rozpocząć od społecznej dyskusji o celach, metodach i zakresie
przedsięwzięcia. Należy liczyć się z niemałymi kosztami, choćby nawet
zaplanowano stopniową operację naprawczą. Fundusze należałoby skierować do
organizacji i osób spoza obecnych układów partyjnych. Źródła finansowania, przynajmniej
na początek, trzeba by znaleźć poza Polską - w funduszach Unii lub polonijnych
-gdyż Polacy w kraju nie wierzą w skuteczność i nie dostrzegają potrzeby
omawianych działań. Ważne będzie utworzenie jasnych kryteriów kontroli
finansowej. W przeciwnym razie witkiewiczowskie "gnypalstwo",
niekompetencja, której Polacy sobie nie uświadamiają i nie rozpoznają, będzie
przeszkodą w rozwoju Polski na kolejne dziesięciolecia.
Z powrotem |
ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści