
Tadeusz Żukowski
Epifanie oczyszczenia i przemiany
albo krajobrazy koloru,
światła i przestrzeni
1.
Krytyka artystyczna na
pytanie o sztukę Sylwestra Łachacza (rocznik 1955) wręcz odruchowo odpowiada:
malarstwo pejzażowe; artysta abstrakcyjnego krajobrazu; poznański pejzażysta
powiązany z twórczością Piotra Potworowskiego, Tesseiyre’a czy Andrzeja
Kurzawskiego. Potem dodaje, że ten wyjątkowo płodny malarz „przyjmuje postawę
antyintelektualną”, unika wpisywania w jakikolwiek nurt sztuki współczesnej i
nie utożsamia się z własną generacją reprezentowaną przez „Nowych Dzikich”,
dystansując się równocześnie wobec przedstawicieli tzw. magicznego realizmu.
Dodajmy, że i sam artysta wyznaje, iż raczej nie ufa malarstwu figuratywnemu,
gdyż niesie ono, jego zdaniem, zbyt wiele ograniczeń. Czyżby zatem, w wieku przesycenia
kulturą, powrót do natury i projektowanie, aktywnością artystyczną, jakiegoś
„nowego sentymentalizmu” wyrażającego się poprzez kreowanie syntezującej kolor,
światło i przestrzeń wizji pejzażu? A może jest to takie umiłowanie wolności w
malarstwie, że prowadzi oko, serce i rękę twórcy do - swego rodzaju - początku?
Początku widzenia-wzruszenia, malowania, a nawet - świata... Do odkrywania
miejsc (sytuacji), w których natura przemieniona w malarstwo dzięki
imperatywowi talentu artysty, już jako sublimowane malarstwo - staje się
potencjalną muzyką.
2.
Pierwsze „zapisy” na płótnie
krajobrazu dotkniętego okiem Łachacza, jakie miałem okazję zobaczyć w jego
pracowni, bardzo wydatnie różnią się od obrazów powstałych w ostatnim okresie.
Gdy pierwsze prace zaciekawiają, to te „ostatnie”, powstałe na przełomie XX i
XXI wieku, często „zapierają dech” mocą
malarskiego dotknięcia świetlistości-i-przestrzenności koloru; intensywnością
oddechu prześwietlonej przestrzeni oraz, co jest największym atutem tej twórczości
czy też jej „jawną” tajemnicą, rafinacją subtelności światła, które te obrazy
spaja w całość. W jednolitość wyjątkowo lirycznej opowieści o epickim wymiarze
czystego malarstwa; malarstwa, które jest też radością odzyskiwania
wewnętrznych krajobrazów (duszy). To, co jest „pomiędzy”, nazwałbym - drogą,
która u celu przemienia się w Drogę, jak jakości materialne (płótno, farba,
laserunek) przemieniają się w dzieło, a u wielkich mistrzów w - Dzieło.
3.
Przeglądając dziesiątki
obrazów Łachacza i kontemplując prace najbardziej mnie poruszające odnoszę
wrażenie, iż droga twórczego, jakże intensywnego, malarskiego wysiłku tego
poznańskiego artysty to najpierw doznanie pustki i martwoty wszelkich
konwencji. To dało w rezultacie prawie odrzucenie samego malarstwa, jako
swoistego kłamstwa narzucanego nieskrępowanemu duchowi, który objawia się w
wolności widzenia. Potem, po pokonaniu ciemnej strony wszelkiej negacji,
rozpoczęło się przedzieranie ku Zobaczonemu przez opór materii malarskiej
uwikłanej w szkoły widzenia. Dlaczego akurat krajobrazu? Może dlatego, iż
krajobraz bywa dla ducha (i umysłu) zmęczonego światem, zgiełkiem, nadmiarem
form, konwencji oraz stylów wręcz mistycznym oczyszczeniem i porządkującym
olśnieniem. Wystarczy przypomnieć jakże przecież liczne ucieczki malarzy i
poetów w „natury ramiona”, a mistyków na pustynię, gdzie tylko pejzaż zmiennego
nieba i nieruchomej ziemi złączonych blizną horyzontu.
4.
I oto kolejny paradoks
pejzażu: krajobraz przez fakt, iż obiektywizuje uczucia nigdy nie jest
doświadczany w stanie „czystym”, tzn. obiektywnym właśnie, a więc jako obiekt
niejako obojętny. Zawsze jest pośrednikiem pomiędzy zlokalizowanym w osobie
punktem widzenia a naturą (zewnętrznym obrazem świata). Stąd też, o paradoksie,
jak mawiają metafizycy i mistycy, staje się on syntezą subiektywnego i
obiektywnego; w sztuce: pierwiastka lirycznego oraz epickiego. A cóż, na
przykład, innego dzieje się w „Panu Tadeuszu”, gdy Mickiewicz opowiada,
„maluje” słowem, swe wewnętrzne, bo wspominane, krajobrazy?
Poniekąd podobnego zjawiska doświadczamy
kontemplując najlepsze prace malarskie Sylwestra Łachacza. Owo „podobne”
rozgrywa się na najwyższym poziomie uogólnienia: syntezy. Wszystko, co w
naturze szczegółowe w tych obrazach zostaje sprowadzone (podniesione?) do
ogólnego: napięć, natężeń, zagęszczeń i sublimacji koloru w relacji z innym
kolorem, barwami, wpisanymi w przestrzeń i tę przestrzeń opisującymi. A
wszystkie te działania i oddziaływania malarskie, jak przystało na największe
ambicje artystyczne, jest podstawą dla objawiania się niepospolitego piękna
światła.
5.
W tym momencie można pokusić
się na takie zdanie: całą historię malarstwa dałoby się również opowiedzieć,
jako historię malowania światła. W świetle bowiem zawarta jest szczególna
tajemnica; światło im bardziej jest, tym bardziej jest świat. Inaczej rzecz
ujmując: światło w ten sposób istnieje, że im bardziej jest „niewidzialne”, tym
bardziej uwidacznia i uwyraźnia istnienie świata. Światło odsłania świat,
zdejmując z niego zasłonę nocy i ciemności. Oto jego paradoksalność, z której
można wywieść zarówno teologię i teleologię Światłości: być niewidocznym, by
uwydatniać i uwyraźniać; nie przesłaniać swym istnieniem bytu, ale byt ten do
istnienia powoływać. Stąd już blisko do mistyki „nieobecności” Boga w
stworzonym-nieustannie-stwarzanym wszechświecie. I objawiającej, epifanicznej,
roli malarstwa (obrazu) w kontemplacji stworzonego świata, który w widzeniu
Stwórcy „był dobry”, o czym w „Tryptyku Rzymskim” przypomina Jan Paweł II.
Czyż, zachowując proporcje, malarz nie
uobecnia się w podobny sposób w swoim dziele? Przecież z całej mocy swego
talentu tak w nim jest, by ono tym bardziej było. U Sylwestra Łachacza objawia
się to w pragnieniu doścignięcia tajemnicy świetlistości koloru i
przestrzenności światła. Ten imperatyw ruchu w głąb krajobrazu, który staje się
zwierciadłem otwierania się artysty na samego siebie - w nadziei doścignięcia
źródeł (Źródła) światła - doprowadził
go do podróżowania w głąb malarstwa i malowania. Wgłębianie się w
malarskie materie skutkowało odkryciem, że światło jest wszędzie tam, dokąd je
malarz zaniesie w sobie. Stąd już krok do „porzucenia” podpórek „landschaftu” i
oddanie się pejzażom żywiołu czystego i oczyszczającego malowania. I Łachacz
ten krok uczynił: stał się mistrzem krajobrazu koloru, światła i przestrzeni.
Niejako odbijając się od natury powrócił, prześwietlony budzącą się
duchowością, do kultury, którą odkrył na nowo jako swoją wysublimowaną naturę.
6.
W finale tych refleksji
zgadzam się z kompozytorem Zbigniewem Kozubem, że zmaterializowany w ramach
obrazu abstrakcyjny pejzaż, w którym jakby kalejdoskopowo zmienia się punkt
widzenia raz eksponujący kolor, raz światło, a innym razem przestrzeń - staje
się, na swych szczytach, muzyczną partyturą. I wtedy to malarstwo można -
usłyszeć. Oto obraz otwiera się na kontemplacyjne spotkanie krajobrazów
wewnętrznych artysty opisującego swoje peregrynacje w poszukiwaniu Światła i
Oddechu - z dążącą na podobne spotkanie psyche odbiorcy. A takie zbliżenia
poprzez sztukę czyż nie bywają zaproszeniem do pejzażu, gdzie słychać budzącą
się muzykę twórczej radości i wyczuwa się oczekiwanie na cud przemiany materii
w Ducha, który „wieje kędy chce”? Chwilami ma się wrażenie, że i przez
najwybitniejsze obrazy Sylwestra Łachacza.