Andrzej Wilowski
W kontrapunkcie do terminu wymyślonego kiedyś
przez amerykańskich socjologów "wyścig szczurów ", Jerzy Jernas
wymyślił termin "wyścigi jaszczurów". Pierwszy odnosił się do młodych
profesjonalistów, zwanych też "yuppies", proponowany przez Jernasa
definiuje dążenia pokolenia doświadczonych 50-latków. Małe paskudne gryzonie są
ruchliwe i bezwzględne, działają stadnie, choć każdy walczy o pozycje na czele
wyścigu. Jaszczury są powolne, nie chętnie współpracują, polują raczej osobno,
nie w stadzie. Czy można zmienić przyzwyczajenia tych zwierząt, nauczyć szczury
powolnych godnych ruchów, a pełzanie zmienić w bieg? Szczury, jako ssaki stoją
wyżej ewolucyjnie od jaszczurów o gadziej proweniencji, jednak w przyrodzie gady
odżywiają się drobnymi ssakami, które mniej doświadczone dają się upolować. W
relacjach społecznych, te prawa natury nie działają, to szczury organizują nagonkę
na jaszczury, a te ostatnie zachowują się względem nich z pobłażaniem.
Dwadzieścia lat temu w Londynie obserwowałem ze
zdumieniem relacje studentów z profesorami pewnej uczelni. Naładowani
buntowniczą ideologią "punkowej rewolty", zachowywali się arogancko i
bezczelnie wobec swoich nauczycieli, uznawszy, że pokoleniowa "zmiana
warty" powinna nastąpić wcześniej, nie mieli ochoty czekać na to, aż
starsze pokolenie ustąpi im miejsca. doświadczenie i wiedza, wedle nich to
relikty, to przyzwyczajenia i zachowawczość "starców" hamuje postęp.
Kłopot tylko w tym, że cokolwiek słowo postęp znaczy, to wcale nie jest to
synonim wartości. Ludzkość rozwija technologie wytwarzania w przemyśle,
narzędzia w telekomunikacji, ale jednocześnie miarą postępu są też technologie
militarne. Jeśli ktoś jest agresywny w zdobywaniu przestrzeni życiowej, to
wcale nie oznacza to, że jest twórczy. Ci studenci sprzed dwudziestu lat teraz
zrobili kariery, a ich mentorzy są już dawno na emeryturach i obserwują postępy
swoich wychowanków. Zastanawiałem się tylko nad tym, czy ich pobłażanie brało
się stąd, że w młodości byli podobni, czy dlatego, że przemawiała przez nich
mądrość i wiedzieli, że młodość jak choroba przemija, o ile bunt nie spowoduje
autodestrukcji, więc nie ma się co przejmować.
Nie znam jeszcze odpowiedzi na pytanie, jacy będą za
dziesięć lat ci zbuntowani studenci. Mogę jedynie przypuszczać, że tradycyjnie
nabiorą dystansu wobec kolejnych "młodziaków", którzy uznają, że
świat na jakim im przyszło żyć jest źle urządzony i pora na zmiany. To czysta
dialektyka i o współpracy pokoleń jakoś nie ma mowy.
Zmiany społeczne nie są tak linearne i regularne. Z
jednej strony następują znacznie szybciej, ale też coraz trudniej przewidywać
kierunek tych zmian. Choć było to oczywiste, to jednak Europa dała się
zaskoczyć. Od dawna prognozowano "starzenie się populacji europejskiej".
Przesądza o tym kilka prawidłowości. W bogatych
społecznościach spada przyrost naturalny. S Niemczech zauważono już w latach
siedemdziesiątych ujemny wskaźnik demograficzny. Radą na to miało być otwarcie
na emigrantów, zwłaszcza z krajów biedniejszych. W poszukiwaniu pracy przybyło
wielu młodych ludzi z Bałkan i Turcji. Dodatni wskaźnik demograficzny, bodaj
najwyższy w Europie ma obecnie Francja, jednak polityków nie nastraja to
optymizmem, bo jest on sześciokrotnie wyższy wśród emigrantów z krajów arabskich,
niż wśród rdzennych Francuzów, w związku z tym wkrótce Francja może stać się
„islamska”. Zmiany demograficzne i mieszanie się różnych kultur w Europie są
czynnikami rozwojowymi i choć mogą niepokoić, to wizja starzejącej się i
obumierającej Europy jest odległa. Jednym z efektów integracji europejskiej
jest silna laicyzacja Europy, zauważmy, że najwięcej problemów dostarczają
kraje tradycyjnie katolickie, Irlandia i Polska. Jednak życie społeczne nie
uznaje próżni i tam, gdzie przestają działać tradycyjne regulacje oparte o
prawo zwyczajowe i tradycje, wkracza państwo, a ściślej mówiąc „eurokracja”.
Mnie bardziej niepokoi tendencja do „etatyzacji”, niż zagrożenia wynikające z
konserwatyzmu. Musze jednak dodać, że nie jestem konserwatystą, ale też nie
jestem zwolennikiem „nadregulacji” wynikającej z etatystycznej koncepcji
demokracji.
Przytoczę kilka przykładów wynaturzeń wynikających z tak
zwanej „poprawności politycznej”, wynikającej z wadliwych rozwiązań, choć w
założeniach ustanawiających je gremiów poprawnych i rozwojowych.
Tam gdzie tradycyjna rodzina nie daje sobie rady, wkracza
państwo. Rezultat jest taki, że w czasie kiedy coraz trudniej utrzymać
wielodzietną rodzinne, to założenie tak zwanej „rodziny zastępczej” jest
świetnym interesem, bowiem można liczyć na nie małe dofinansowanie takiej
działalności. Może prościej byłoby ograniczyć fiskalizm, a wtedy byłoby mniej
sierot społecznych, którymi państwo musi się zająć.
Laicyzacja państwa, połączona z ideą tolerancji prowadzi do paradoksu, który polega na tym, że o ile religijność jest prywatną sprawą obywateli, to te same instytucje które dbają o poprawność polityczną, popierają też swobody praktyk wyznaniowych. Nazywam to syndromem tureckim; jeśli w Turcji przestanie rządzić dyktatura w dużym stopniu oparta na kontroli wojskowej, korzystając z demokratycznych instytucji bardzo szybko Turcja przekształciłaby się w republikę islamską. W imię poprawności politycznej przyznaje się kolejne przywileje środowiskom homoseksualnym. Nie są to rozwiązania, które mają prowadzić do „emancypacji tych grup” tylko równoprawności. Równoprawność oparta na równym traktowaniu „mniejszości” i „większości” musi prowadzić do dyskryminacji właśnie większości. Nie twierdze, że „większość zawsze ma racje”, ale nie można „demolować” porządku społecznego w imie satysfakcji małej grupy, której tak na prawdę nikt nie prześladuje, ale nikt też nie ma ochoty na przyjmowania obcej sobie aksjologii. Akceptować, nie znaczy przyjmować.
W polityce kulturalnej „etatyzm” „eurokracji” przejawia
się w trzech groźnych zjawiskach. Groźnych, bo destrukcyjnych dla kultury.
Urzędnikom najłatwiej skupić się na procedurach i efektywności wydawanych
pieniędzy na rozwój kulturalny, więc dominują wszelkiego typu „programy”.
Programować twórczości raczej się nie da. Pisze się więc „projekty” wzorem
„biznes-planów” dla przedsiębiorstw, aby uniknąć „wpadek” najłatwiej napisać
projekt jakiejś ambitnej imprezy, łatwo będzie wykazać rezultaty projektu.
Efektem jest „festiwalomania”. Święta stały się powszednie. Pełen sukces
gwarantują jubileusze, zawsze to będzie „wydarzenie”. Dla wielu artystów
festiwale i jubileusze są okazją do intratnych chałtur. Przebić się z ofertą
„nie festiwalową”, normalną jest nie możliwe z przyczyn ekonomicznych.
Festiwalomania i jubileuszomania spowodowała, że najwięcej pieniędzy wydaje się
na propagandę, czy jak ktoś woli promocje, czegoś, czego i tak nie trzeba
promować.
Nastawienie na „efektywność” w odniesieniu do projektów kulturalnych wymusza rozwiązania dające się zweryfikować w „bilansach”, stąd najlepiej organizować konkursy i przyznawać nagrody. W tej chwili „eurokracja” pracuje nad gigantycznym projektem, który ma obejmować całą Europe związany z literaturą. Europejskie nagrody mają być przyznawane prozaikom z kolejnych 11 krajów na drodze skomplikowanych procedur nominacji i selekcji. W kolejnych latach kolejna 11 wchodzi do gry, cykl trzyletni. Nie bardzo wiem, kto się połapie w tym, który pisarz i za jakie osiągnięcia został nagrodzony w kolejnych rozdaniach, bo procedury oddalają ten proces od zasadniczego czynnika weryfikującego czytelnictwo, czyli liczba sprzedanych książek. Krajowe izby książki, zrzeszające wydawców w poszczególnych krajach liczą na to, że nagroda wypromuje nowe zjawiska i wpłynie na liczbę sprzedanych książek. Nagroda nie jest dostateczną motywacją do sięgnięcia po lekturę. Zwrócę uwagę na jeden szczegół; nominowani mogą być pisarze, którzy znani są co najmniej z jednego przekładu na język obcy, ale nie więcej jak trzech. Skąd to kryterium, bo „eurokraci” uznali, że nagroda ma wyróżniać z jednej strony pisarzy z dorobkiem, wartościowych, ale nie dostatecznie rozpropagowanych. Założenie słuszne, ale gdyby je przyjął Komitet Noblowski, to obawiam się, że nie byłby w stanie rozstrzygnąć żadnego wyboru, godzącego „wartości” z „poprawnością polityczną”.
Trzecie zjawisko najbardziej szkodliwe, wiąże się z
kryterium wieku. Przejrzałem kilkanaście aplikacji do rozmaitych „projektów”,
konkursów, festiwali i programów stypendialnych, wszędzie wstępnym, a jak w
praktyce się okazuje najważniejszym, jest wiek 35 lat. Promocja młodych,
dyskryminuje starych. Nikt nie zwraca uwagi na to, że to kryterium całkowicie
nie merytoryczne. Powstaje wrażenie, że starsi pisarze, czy filmowcy przestali
tworzyć. Wydawcy są nastawieni na „debiuty”, a uważają, że „klasycy” i tak
sobie poradzą, tymczasem nikt nie chce ich drukować. Dla filmowców głównym
kryterium jest wiek 35 lat, więc promuje się debiuty, bez względu na ich
jakość, a reżyser z dorobkiem i tak sobie poradzi, znajdzie prywatnego
producenta, a to „złudzenie optyczne” bo na naszym jednak nie tak chłonnym
rynku produkcja filmowa nie przynosi zysków, to nie przemysł rozrywkowy jak w
Ameryce.
Nie mają problemu z „poprawnością polityczną” jazzmani, tu kryterium wieku nie ma znaczenia. Wielu muzyków średniego i starszego pokolenia zatrudnia w swoich zespołach młodych muzyków i odwrotnie, młodzi zapraszają do współpracy dojrzałych artystów.
Dlaczego to możliwe? Tu liczy się jedno, czy publiczność
zapłaci za bilety, kupi płyty, nie starają się o „granty” tylko grają swoje.
W posocjakliźmie organizacje młodzieżowe przeżywały
kolejne rewolucje. Po wojnie górna granica wieku w organizacjach młodzieżowych
wynosiła 25 lat. Wtedy młodzi ludzie musieli szybko się usamodzielniać i 25
letni chłopak, który jeszcze nie założył rodziny był starym kawalerem i płacił
nawet podatek zwany „bykowym”. Dziś dwudziestopięciolatek jest pobłażliwie nazywany
„dzieciakiem”. W europie coraz częściej młodzi ludzie usamodzielniają się w wieku
między 35, a 40 lat.
Dla usamodzielnienia się potrzebne jest doświadczenie zawodowe i posiadanie własnego mieszkania, od rodziców udaje się wyprowadzić krótko przed czterdziestką, a ta spóźniona dojrzałość przejawia się też niechęcią do zawierania małżeństw. W socjalistycznych przemianach, kiedy stawiano na młodość, pierwsza organizacja jaka miała kłopot to ZMW (Związek Młodzieży Wiejskiej), gdzie szybko podniesiono wiek dozwolony dla członków do 35 lat, ponieważ młodzi ludzie opuszczali wieś w poszukiwaniu pracy w przemyśle. W epoce „gierkowskiej”, kiedy promowano młodych rolników, za młodego uznawany był 40-latek. Do tej granicy wieku wyrównałyby w tym czasie pozostałe organizacje młodzieżowe, więc można było należeć i do ZMS i SZSP mając 39 lat. Organizacje nie chciały tracić doświadczonych działaczy, dla których jeszcze nie było etatów w „dorosłych” organizacjach, w końcu było to zaplecze do tworzenia przyszłej partyjnej nomenklatury.
Kiedy młodzi twórcy przekroczą magiczną barierę wieku 35
lat, a sukces jeszcze nie przyjdzie, to będą mieli problem, i prawdopodobnie
wtedy będą „lobbować” za przedłużeniem „urzędowej młodości” do 40 lat, to nieuchronne.
W dawnych „kołach młodych” w związkach literatów i filmowców średnia wieku
oscylowała w granicach czterdziestki, ale kryterium „młodości” odnosiło się nie
do metryk, tylko dorobku.
Jak się mogą bronić „jaszczury” przed polowaniami z
nagonką ze strony „szczurów”? Przekonać polityczne gremia, że są grupą
dyskryminowaną i realizować własne programy z kryterium +50, to znaczy dostępne
dla twórców, którzy ukończyli 50 lat.
And.