strona główna

spis treści

działy - podstrony

 

 

„Brzmienia” w Artwakacie (strona w przygotowaniu)

Czasopismo muzyczne pod redakcją Krzysztofa Wodniczaka

wodniczak@poczta.onet.pl

 

BLUE NOTE – 10 lat

Coltrane w Pod Pretekstem

 

MITAM - KOMUNIKAT PRASOWY

KONCERTY – 14, 15, 16, 17 SIERPNIA 2008

MITAM - PLAKAT

KONCERT PRESLEYOWSKI W KOŁOBRZEGU - PLAKAT

DZIEŃ DLA ELVISA W POZNANIU - PLAKAT

ERIC BELL W POLSCE - KONCERTY - PLAKAT

ROCK JEST JEDEN - OSTRÓW WIELKOPOLSKI - PLAKAT

OKŁADKA BRZMIENIA LATO 2008

http://www.mitam.eu/

Presley na nowo inspirujący – wywiad z Krzysztofem Wodniczakiem

MITAM - nowa inicjatywa Krzysztofa Wodniczaka i Andrzeja Mitana

Stefania Golenia rozmawia z Krzysztofem Wodniczakiem

 

Andrzej Wilowski

 

Standaryzacja po polsku

 

Od 2004 roku, formalnego przystąpienia Polski do "Unii Europejskiej", słowo: standaryzacja robi ogromną karierę. Wszystko powinno być standaryzowane, czyli dostosowywane do norm europejskich zgodnie z dyrektywami unijnymi. Cokolwiek to znaczy, to jest "słowem kluczem" w wypowiedziach polityków, urzędników i przedmiotem rozważań krytycznych publicystów. W muzyce, zwłaszcza jazzowej, standardy zawsze były w modzie, cenione zarówno przez publiczność, jak i samych muzyków. Dla tych pierwszych "standard" kojarzył się ze znanym tematem, dla drugich jest szansą pokazania umiejętności i szansą do popisu w interpretacji. Nie ma definicji standardu w jazzie, wiadomo jedynie, jakie warunki muszą być spełnione, aby dana kompozycja została uznana za standard; rozpoznawalność tematu, powszechna znajomość różnych wykonań, nieprzeciętna inwencja wykazana przez kompozytora.

 

Zdarza się jednak, że banalne tematy dzięki niepowtarzalnym wykonaniom, stają się standardami. Taki odkrywca zmusza innych artystów do zmierzenia się ze wzorcem. Polscy muzycy w przeszłości sięgali do standardów światowych. Na początku świadomego grania jazzu w Polsce, pod koniec lat pięćdziesiątych, każda formacja jazzowa obowiązkowo w swoim repertuarze miała "klasyczne tematy" - od nich zaczynano. Z czasem pojawiły się w repertuarze własne kompozycje. Właściwie w tamtych latach wszystko, co grano, to były standardy. Dzisiaj muzycy poszukują standardów w rodzimej literaturze muzycznej, nie stroniąc od zasobów muzyki popularnej. O przykładzie takiego odkrycia chcę opowiedzieć oraz o standardach polskich, które stały się już światowymi.

 

Przykładem pierwszego zjawiska może być płyta Andrzeja Dąbrowskiego „Szeptem”, drugie ilustruje album Marysi Sadowskiej „Komeda”. „Szeptem” to tytuł popularnej piosenki, którą w albumie Dąbrowskiego znajdziemy na trzeciej pozycji, ale na pierwszym miejscu - deklarację programową artysty. W nowych opracowaniach znane utwory zyskały nowy wymiar przede wszystkim dzięki aranżacjom Wojciecha Karolaka i interpretacjom Andrzeja Dąbrowskiego, obie są kameralne, wyciszone. Kameralne, ale bynajmniej nie oszczędne, jazzowy sound wzbogacają smyczki. W niektórych utworach instrumentacja jest wręcz orkiestrowa. Aranżer towarzyszy wokaliście na fortepianie, a sam wokalista przypomniał sobie o swoim pierwszym jazzowym wcieleniu i zza perkusji nadaje odpowiednie tempa i precyzyjnie wyznacza rytm.

 

Przyznam, że znając niektóre dokonania piosenkarskie Andrzeja Dąbrowskiego, przeczytawszy spis utworów na okładce, sięgałem po płytę z obawami, krótko mówiąc: nic nie zapowiadało wielkiej sztuki. Miałem spory żal do artysty za rzeczy, które robił przed laty, znacznie poniżej swoich możliwości. Tym razem nie ma popisów, tanich chwytów rodem z rewii, a za to jest klimat bliski jazzowi. Zastrzeżenie „bliski” bierze się stąd, że chwilami jest to wszystko nieco „przearanżowane” i brakuje pewnej swobody. Najbardziej obawiałem się szlagierów sprzed lat w rodzaju „Zielono mi”. Na szczęście ten numer uratował Karolak, proponując całkowicie nową aranżację. Do arcydzieł nie należy piosenka znana sprzed lat z wykonania Piotra Szczepanika „Kochać”, ale na szczęście Dąbrowski zrobił z niej całkiem stylową balladę jazzową.

 

Spółka autorska Agnieszka Osiecka, Seweryn Krajewski też nie należy do moich faworytów, raczej uważam ich dokonania za wzorcowe przykłady piosenkarskiego kiczu. „Uciekaj moje serce” przestało być zapowiedzią telenoweli, a zyskało nowy walor lirycznej ballady. Odkryłem na nowo piosenkę „Jej portret” z muzyką Włodzimierza Nahornego i słowami Jonasza Kofty. Okazała się najbardziej zjawiskowa na całej płycie i jestem przekonany, że to jeden z najwybitniejszych standardów w śpiewanej liryce miłosnej w literaturze polskiej muzyki popularnej. Utwór nie miał szczęścia do odkrywczych interpretacji. Andrzej Dąbrowski przed ponad trzydziestu laty nagrał go raz na autorskiej płycie. Później spopularyzowany w manierycznym i banalnym wykonaniu Bogusława Meca, który, co tu dużo kryć - nie dysponował takimi warunkami głosowymi jak Dąbrowski, lecz nie przeszkodziło mu to „zanudzić” słuchaczy na śmierć tą piosenką.

 

Nie wspomniałem jeszcze o jednej rzeczy, która charakteryzuje cały album - o lekkości. Jazzowy temperament wokalista zdradza, bawiąc się przypominaniem przedwojennych szlagierów w rodzaju, „Bo to się tak zaczyna”. Lekkość też odnajdujemy w kołysance zamykającej album „Już czas na sen”, znanej z „Kabaretu Starszych Panów”. W wielu znanych mi wykonaniach ta kołysanka albo zyskiwała hymniczny patetyzm, co dawało wyraz groteskowy, bądź - całkowicie kabaretową wersję, spłaszczającą przesłanie. Dąbrowski odnalazł w niej w zaskakujący sposób charakter jazzowej kołysanki, niemal jak „swing” kołyszącej. W ten sposób odkrył spółkę Wasowski – Przybora, jako dostarczycieli standardów jazzowych.

 

Anna Maria Jopek zaproponuje cały zestaw takich jazzowych interpretacji piosenek Wasowskiego i Przybory. Od tej pory możemy mówić o nich jako standardach. Dwa słowa: piosenka, standard obok siebie. Czy piosenka zasługuje na miano standardu? Album „Szeptem” dowodzi, że tak może się stać, jednak musi się zdarzyć coś jeszcze, musi trafić na artystę, a nie „wykonawcę”, czyli tylko „odtwórcę”. Wszystko sprowadza się do inwencji kompozytorskiej i pewnej kultury muzycznej. Nawet najciekawszy utwór może być pogrążony przez banalne wykonania, a czasem dobry pomysł wystarczy rozwinąć, na przykład poprzez zaskakującą aranżację, co pokazał Karolak. Jak dalece można ingerować w materie oryginału i z jaką intencją? Zmiany tempa, tonacji, czasem harmonii, wychodziły piosenkom z albumu „Szeptem” tylko na dobre. Nie wyobrażam też sobie jazzowego charakteru płyty bez instrumentalnych solówek, aranżerskich sztuczek ożywiających całość, bowiem nie ma nic nudniejszego, jak przewidywalność następujących po sobie dźwięków.

 

Podobne pytania o granice dozwolonych ingerencji i przeróbek w tekście oryginału zadawałem sobie, przesłuchując album Marysi Sadowskiej „Tribute to Komeda”. Przyznaję, pierwsze przesłuchanie było zniechęcające. Całość wydała mi się manieryczna, udziwniona, wręcz efekciarska, a miejscami znacznie odstająca od pierwowzorów w zasadniczej warstwie muzycznej, na przykład harmonii, których Komeda by nie użył. Odłożyłem więc płytę na półkę i sięgnąłem do niemal już kanonicznych wykonań. Po dłuższej przerwie oddałem się ponownie, tym razem - uważnej lekturze tej nowej edycji antologii dzieł wybranych Komedy w edycji XXI wieku. Dotychczasowe wykonania w „duchu modernistycznym” liczą sobie po czterdzieści i trzydzieści lat, w przeważającej mierze są instrumentalne, co nie jest bez znaczenia i wykonywane przez niemal klasyczne jazzowe składy. Ten „modernizm” stał się już nieco historyczny, tak pokolenie muzyczne Komedy nazywało wszystko, co nie jest jazzem tradycyjnym i swingiem, a więc od „West Coastu”, po „cool”, od „bebopu” po „free jazz”. W tym szerokim spektrum poszukiwali własnej tożsamości, lecz szczególne miejsce zajmował Komeda, jako kompozytor, bowiem poza widocznymi fascynacjami różnymi nurtami z żadnym nie utożsamiał się do końca i szukał własnego patentu kompozytorskiego. Może z tego powodu wielu wykonawców podchodzi do tematów jego autorstwa z lękiem, doceniając inwencję i niepowtarzalność, jednak z obawą wobec czekających ich trudności wykonawczych. Niewątpliwie z powodu swojej unikatowości Komeda nadal może być dostarczycielem standardów jazzowych w wymiarze światowym, dla miłośników trudnych wyzwań. Marysia Sadowska pokazała, że to ryzyko się opłaca, a słuchacza z krótszym stażem w słuchaniu jazzu nie muszą razić niedostatki, które zauważam. Ocena poszczególnych utworów może wypaść niezachęcająco. Jednak zupełnie inaczej to wygląda, jeśli spojrzymy na ten album, jako na całość, rodzaj suity "Komedowych" tematów, gdzie ważne jest ich zestawienie, mozaikowość w prezentacji różnych stylistyk, konwencji. Autorka chce tu pokazać możliwości interpretacji i granice twórczych przekształceń. Autorka, bowiem trudno mówić tu wyłącznie o wykonawstwie. Do takiego spojrzenia na album uprawnia mnie chociażby jego kompozycja - otwiera go i zamyka ten sam temat, ale zupełnie inaczej rozwinięty. Temat z filmu Romana Polańskiego „Rosemary’s baby”, bowiem właśnie on był tym pierwszym zniechęcającym zaskoczeniem - miałem wrażenie, że mam do czynienia z naśladownictwem maniery wykonawczej Urszuli Dudziak. Pamiętam doskonale sprzed trzydziestu lat album Urszuli Dudziak „New born Ligot”. Wokaliza Sadowskiej zabrzmiała mi jak reminiscencja introdukcji z tamtej płyty. Jednak po przesłuchaniu następnych utworów przekonałem się, że to świadome nawiązanie. Oto Marysia Sadowska chce nas przekonać, że tematy Komedy mogą być inspirujące dla różnych gatunków i nurtów muzycznych, od soulu, po rock, od jazzowego meanstreemu, po new age.  Po drodze zmierzy się jeszcze z niemal historyczną konwencją, wykonaniem jak z klubu jazzowego z czasów Komedy. Muzyka ta jest wykonywana jakby w różnych przestrzeniach wspomnianego klubu, sali koncertowej, planu filmowego, próby w mieszkaniu. Napisałem „jakby”, gdyż efekty te zostały opracowane w warunkach studyjnych, choć nie jestem entuzjastą „proceduralnego” podejścia do sonorystyki, w tym przypadku nowe technologie zostały twórczo, a nie efekciarsko użyte. Niestety, nie wszystkie efekty komputerowe są tak transparentne, niektóre tricki są już w muzyce popularnej ograne, takie jak: pogłosy, nakładki, zmiany dynamiki i barwy głosu.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że będzie się pojawiać coraz więcej albumów z rodzimymi standardami. Zwłaszcza na takim poziomie jak omawiane powyżej. "Niech na świecie jazz fani, fakt ten poznają, że Polacy nie jankeskie, lecz swoje standardy śpiewają".

 

inne artykuły:

 

BLUE NOTE – 10 lat

Coltrane w Pod Pretekstem

Andrzej Mitan rozmawia z Andrzejem Mitanem

Rozmowa o biznesie muzycznym i o projekcie MITAM

Ambasador Delty i Chicago w Poznaniu

Blues dla Janusza (link)

Blues dla Janusza w Blue Note

Bluesman absolutnie (o Tadeuszu Nalepie)

Bluesowo i standardowo

Doc Hook – rzecz o Johnym Lee Hookerze  

            Dzień dla Elvisa

Dziwny jest ten świat nadal aktualne

Elvis w Poznaniu

Informacja o koncercie Scorpions

JP2

Klub 39

Koncert „Być potrzebnym”

Lirycysta

Marzyciel

Mury

Newsletter koncertu Scorpions

Niemen artysta osobny

Nurt Jazzu (2005)

Nurt Jazzu (Diapazon)

O Januszu Wiliszewskim

O słowie w rocku i nie tylko...

Obrazy Janusza Wiliszewskiego

Opowieści koncertowe

Pamiętamy o Nalepie

Piotr Kałużny – Impresje Wielkopostne

Piotr Kałużny, Tomasz Jaśkiewicz i Jan „Izba” Izbiński w „Pod Pretekstem” W Poznaniu

Po prostu poeta (rzecz o Marku Grechucie)

Podróż na Zachód

Polish Jazz - Kanon lektur muzycznych

            Poznańskie presleyowanie

Pożegnaliśmy Rysia

Procedury twórcze, a odtwórcze

Punkowa rewolta

Satelita Miłości

Scorpions zapraszają na koncert

Skorpiony ukąsiły w Ostrowie

STONSI

Urodziny Niemena

 

strona główna

spis treści