Andrzej Wilowski

 

Punkowa rewolta

 

24 stycznia 2006

 

W toruńskim klubie „Odnowa” odbył się koncert weteranów muzyki PUNK. Organizatorom udało się zaprosić trzy zespoły z Anglii i dwa polskie. Minęło trzydzieści lat jak na scenę rockową wtargnęli zbuntowani Punkowcy. Mieli dosyć nudnych ciągnących się kontemplacyjnych suit YES i plastikowego establishmentu branży rozrywkowej, która zamieniała wszystko na towar, z młodzieżową subkulturą włącznie. Pojawienie się „Sex Pistols” i „The Clash” wywołało szok, ale i powiew świeżości. „Jasiu Zgniłek” (Johny Rotten) wydawał się całkiem sympatycznym chłopakiem, chociaż swój estradowy pseudonim zawdzięczał niechęci do higieny i zielonej farbie na czubie. Krótko ostrzyżeni, ubrani na czarno w ciężkie wojskowe buty „Dusiciele” („The Stranglers”) produkowali przebój za przebojem.

 

Chociaż kapela Malcolma Mc Larena robiła spore zamieszanie i spustoszenie, długo nie mogła znaleźć sobie właściwej pozycji na rynku muzycznym. Jaka to była muzyka? Wszystko miało być proste, „czarno-białe”, żadnych wirtuozerskich popisów, łagodnych brzmień i grzecznych tekstów o miłości nastolatków. Młodzi ludzie końca lat siedemdziesiątych nie chcieli naśladować swoich rodziców, którzy przegrali ideały hippisowskie, zaczęli się dorabiać i akceptować status quo. Jeans stał się uniformem, a muzyka traciła swą drapieżność. Teksty były teraz skandowane, wykrzyczane bez aluzji i metafor, z publicystyczną szczerością nie pozostawiały złudzeń.

 

Nie minęła dekada, a w środowisku zapanował niepokój. Przemysł tekstylny szybko nowy nurt przerobił na szablony i pojawiły się farby do włosów renomowanych firm, nowe kolory i wzory uniformu. Młodzi maklerzy z City ubierali krawaty w ukośne czarno-białe paski i robili ogromne pieniądze. Wieczorami chodzili do klubów, a w dzień „hossa na giełdzie”.

Jedni muzycy stracili parę i zniechęceni do rewolucji, zmienili zawód. Inni złagodnieli i zadomowili się na stałe w branży muzycznej i mediach.

 

Biorąc pod uwagę ambicje toruńskiej imprezy, można by sądzić, że istniała „punkowa międzynarodówka”. Toruń nie jest przypadkowym miejscem, tu zaczynały najbardziej zbuntowane kapele polskie lat osiemdziesiątych. „Kobra Nocka” kapela założona przez pacjenta szpitala psychiatrycznego i jego lekarza zaczynała w klubach jeszcze pod szyldem „latający pisuar”, a zadymy na ich koncertach przeszły do historii. Radio nie zgodziło się na lansowanie kapeli pod tą nazwą i została „Kobra nocka”, chociaż „I nikomu nie wolno się z tego śmiać” skandowały nastolatki. W Toruniu debiutowała „Republika”, a ich „Fabryka” stała się niemal hymnem nurtu punkowego w Polsce. Jednak Grzegorz Ciechowski szybko się rozwijał i przestało go fascynować epatowanie prostą harmonia i rytmem. Z weteranów do dziś konsekwentni pozostali muzycy z Bieszczad z grupy KSU, która konsekwentnie unika „oficjalnego obiegu” i gra ten sam rodzaj muzyki, co ćwierć wieku temu.

 

Polski PUNK ku zaskoczeniu samych muzyków stał się polityczną rewoltą. Zdobywał szeroką publiczność, a nie dawał się skanalizować mediom. Władze kulturalne PRL niewiele rozumiały z tego ruchu, ale odkryły, że ma on charakter buntowniczy w sferze obyczajowej i estetycznej, a nie popycha do działań politycznie destrukcyjnych. Działająca do dziś „kobra nocka” brzmi równie anachronicznie jak „Czerwone gitary”.

 

Trzydzieści lat to wystarczająco długo, żeby awangarda pokryła się patyną.

 

Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści