ANNALES - teksty Andrzeja Wilowskiego
Do centrali Banku Zachodniego, mieszczącej się we Wrocławiu przy Rynku, przybywa dwóch młodych ludzi. Jeden jest informatykiem, drugi zaś analitykiem finansowym. W zdarzeniu tym nie ma nic szczególnego, ale oni udają się na drugie piętro do sali posiedzeń zarządu, gdzie zwykli śmiertelnicy nie mają wstępu. To będzie ich wielki dzień, szansa błyśnięcia przed najważniejszymi postaciami w banku, kto wie, może od tego zależeć będzie ich dalsza kariera. Wyjmują z teczek papiery, podłączają laptopy. Nagle jeden z nich zauważa coś na ścianie:
- O rany! Parasol, co on tam robi?
- Podejdź bliżej – podpowiada kolega.
- Ktoś w białe płótno wbił parasol i oprawił to w ramę. Co to ma
być?
- Dzieło sztuki!
- Nie nabieraj mnie, to tylko parasol! Sam bym takie rzeczy mógł
robić, jak by mi ktoś za to płacił.
- Nikt od ciebie parasola nie kupi, nawet oprawionego w taką ramę.
- Dlaczego?
- Przeczytaj podpis. Widzisz? Ty nie nazywasz się Kantor.
Snucie dalszych rozważań na temat sztuki i pieniędzy nie sprzyjały
skupieniu nad wystąpieniem. Jak to jest, czy pieniądze są sztuką, czy sztuka to
pieniądze z prostych pomysłów?
My jesteśmy w lepszym położeniu, bo możemy dywagować bezkarnie. Jak
to zdarzenie zinterpretowałby informatyk, a jak analityk finansowy?
Taka ekstrawagancja musi mieć jakiś sens. Gdyby szefom zależało tylko na prestiżu, kupiliby jakiegoś pewniaka Kossaka, lub innego klasyka, który jest odpowiednio wysoko notowany na aukcjach. Swego czasu BIG Bank zainteresował się Witkacym, a reprodukcje zakupionych dzieł pojawiły się na folderach reklamowych banku. Faktycznie Witkacy to już klasyk, ale sztuki zbuntowanej, zapowiadającej upadek dawnych porządków społecznych. Prestiż, prestiżem, ale buntownik patronem solidnej instytucji finansowej? Wszystko się zgadza, na początku lat dziewięćdziesiątych potrzebne było przewrotne wyzwanie; oto buntownik stał się w pół wieku klasykiem, chociaż sztuka jego nie zgrzeczniała, ty młody kapitalisto musisz też śmiało wziąć się za bary z rzeczywistością, pamiętając jednak o kanonie sztuki finansów. W latach dwudziestych ubiegłego wieku w stylowych wnętrzach włoskich banków zaczęły się pojawiać prace futurystów, adorujące nadchodzącą rewolucje industrialną, ku oczywistemu zgorszeniu elit, w tym i finansowych.
Agresywna kolorystyka, prosta mechaniczna forma, obrażały mury
pałaców pamiętających doskonałość form sztuki odrodzenia. Po co było wyrzucać
pieniądze na te bohomazy? Niestety w jednym krytycy mieli racje, dziś na
aukcjach trudno byłoby odzyskać ówcześnie zapłacone kwoty, tym bardziej, że po
dziele Marinettiego „Il adore di fassismo” po włoskich futurystach pozostał
tylko niesmak. Bankierzy stracili? Bynajmniej, ta artystyczna prowokacja im
pomogła; futuryści lansowali hasło 3M; Miasto, Maszyna i Masa, mimowolnie
zachęcali do inwestowania w przemysł. Włochy z zacofanego, podzielonego,
biednego kraju rolniczego, błyskawicznie stały się potęgą przemysłową.
Mieszczanie inwestowali w skromne rentki kapitałowe, a nowa klasa bezczelnych
fabrykantów w kilka lat robiła fortuny. Dziś powiedzielibyśmy patrząc na dzieła
futurystów, poczuli te klimaty.
Ciągle jednak nie mamy odpowiedzi na pytanie o sens przesłania dla bankierów płynącego z pracy Kantora. Dlaczego zarząd banku chowa dzieło przed publicznością? Obawa przed niezrozumieniem, drobni ciułacze powiedzą, że to nie poważna instytucja, która wydaje pieniądze na takie rzeczy? Nazwisko artysty jest dostatecznym alibi, a więc przesłanie jest adresowane celowo do wąskiej grupy, podejmującej ważkie decyzje. Patrzcie, jakie to proste, jaka jest siła kreacji! Jakim prostym gestem mistrza tak banalny przedmiot, jakim jest parasol został podniesiony do rangi dzieła sztuki? Odrobina wyobraźni i siła przekonywania wielkiego artysty. Zapytacie jak to zrobić? Przecież wasz podpis nie ma tak charyzmatycznej mocy.
Jesteście w błędzie- powiedzą prezesi młodym adeptom sztuki
finansowej - stoi za wami potęga naszej instytucji. Wnioski z waszych analiz
dla klientów brzmią jak boskie wyroki. Pytają codziennie jak i w co
zainwestować? Co zrobić, żeby naszych depozytów nie zżarła inflacja? Podnieś,
więc ten parasol z ulicy i prostym gestem uczyń zeń przedmiot pożądania twojego
klienta. Będzie zaszokowany banalnością przedmiotu, ale kiedy naznaczysz go
stygmatem pieczęci bankowej, to już nie będzie zwykły przedmiot, lecz
wartościowy depozyt z gwarancją bankową. Parasol sam w sobie jest wdzięcznym
obiektem artystycznych manipulacji przez swą wieloznaczność; stworzony został -
jak sama nazwa wskazuje- do ochrony przed słońcem, a używany jest, jako
zabezpieczenie przed deszczem. Powiem wprost, ten, kto używałby parasola
zgodnie z semantyką i etymologią, uznany może być tylko za wariata. Patrzcie,
słońce świeci, a on z parasolem lata!
Co by to nie było – pomyśli
finansista, zawsze to dzieło Kantora, a więc da się spieniężyć, czyli można to
zaksięgować i to w przeciwieństwie do środków trwałych nie traci na wartości?
Swoją drogą, cóż za niedorzeczność nazywania „trwałymi” rzeczy, które muszą
ulec kiedyś zniszczeniu. Pozostaje otwartą kwestia, jak oszacować wartość
takiego dzieła? Czy przyjąć za punkt wyjścia cenę zakupu? No tak, ale jeśli
zostało nabyte od autora, biorąc pod uwagę jego rangę, kwota wydana była niższa
od tej, jakiej zażądałby marszand, lub ustalona zostałaby w wyniku aukcji.
Niestety nie ma możliwości ustalenia tego, nie pozbywając się samego dzieła.
Istnieje też ryzyko, że najbardziej uczciwie wycenione dzieło wielkiego artysty
nie znajdzie nabywcy. Pisał o tym, Umberto Eco w swych „Zapiskach na pudełku od
zapałek”, jak nisko wyceniane we włoskich antykwariatach są dzieła dawnych
mistrzów. Kto o tym decyduje, czy jest to proste prawo podaży i popytu?
Twórczość artystów znanych z kart historii sztuki to rozdział już zamknięty, a
więc nie będzie ich przybywać, współcześni artyści ciągle tworzą i co
zadziwiające, im większy (w sensie ilościowym) ich dorobek, tym większe ceny
kolejnych dzieł. Może to tak jak z giełdą, nikt nie lokuje w mało znane spółki,
chociaż można z ich akcji mieć niezłą dywidendę, ale trudniej się ich pozbyć.
Duże firmy są dobrze postrzegane i wypuszczają miliony tanich akcji, na których żeby zarobić, trzebaby mieć jakiś większy pakiet kontrolny, albo przynajmniej dający znaczący głos na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Drobny ciułacz dowiaduje się ze sprawozdań finansowych, że jego papiery zyskują na wartości, cóż z tego skoro dywidendy może długo nie oglądać, jeśli na walnym nie zapadną stosowne decyzje. Oczywiście zawsze może sprzedać swoje aktywa i to niekiedy z dobrym zyskiem. Z walorami typu waluta sprawa jest prosta; każdy banknot ma swoją wartość, wynika ona z nominału, w końcu gdzieś jest zdeponowane na przykład złoto, którego ekwiwalentem jest ów banknot. Można go wymienić na inne papiery, różnice w cenie będą wynikały z prawa podaży i popytu. Jeśli by przyjąć, że artysta wpuszczając w obieg swoje dzieła, zachowuje się jak ten, kto wystawia papiery wartościowe, to cóż czegóż są ekwiwalentem? Depozytariuszem wartości dzieł jest zbiorowa wyobraźnia publiczności. Znawcy cenią dawne ryciny, zaś masowa publiczność współczesnych galerii poszukuje towaru, w który warto zainwestować swoje emocje na giełdzie, jaką dla tej branży są media.
Czy da się to przetłumaczyć
na pieniądze? A gdyby tak odwrócić relacje; czy coś tak abstrakcyjnego jak
pieniądze poddać artystycznej kreacji? Nie chodzi tu o grafikę uwidocznioną na
banknotach, lecz pieniądz rozumiany, jako wartość. Wiemy, że można go wymienić na
różne dobra, ale czy można go puścić w obieg wymiany idei? W Kassel w 2003 roku
na jedenastej edycji Documenta, w ramach tej chyba największej prezentacji
sztuki współczesnej, wśród wielu projektów Anna A. Zainaugurowała swój projekt
AA Geschaft AG. Pomysł jest bardzo prosty: organizatorzy udostępnili autorce 50
tysięcy Euro, co stanowi kapitał zakładowy spółki akcyjnej, założonej przez
autorkę. Umowa użyczenia przewidywała, że po pięciu latach pieniądze zostaną
zwrócone, ale w tym czasie firma nie będzie prowadziła żadnej działalności
gospodarczej, zadaniem inicjatorki projektu było artystyczne dokumentowanie
losów firmy.
Do tej pory podmiotem akcji artystycznych były osoby ludzkie, a nie prawne. Co z tego może wyniknąć? Dla analityka odpowiedź jest oczywista, strata! 50 Tysięcy Euro za pięć lat nie będzie miało takiej siły nabywczej jak dziś, a więc akcje spółki nie przynoszącej zysku mogą tylko tracić. Jeśli dziś najlichsza lokata daje 4 procent zysku rocznie, to udziały z gwarancją braku zysków przez pięć lat kupiłbym za nie więcej jak 45 000. Ktoś rozsądny, o ile można mówić tu o rozsądku, powie, po co ta cała zabawa, skoro wiadomo jak się skończy?
Kłopot w tym, że my też nie
mamy pewników i te przewidywane zyski w równym stopniu możemy traktować, jako
pobożne życzenia. Czyż nie ma wiele wspólnego artysta, który podnosi parasol do
rangi dzieła sztuki, a analitykiem, który z miną kreatora mówi, „Jeśli
powierzysz mi te 50 000, to za pięć lat otrzymasz 60 000, a jeśli nie to
zostanie ci w ręku tylko 45 000”.
Chemiczny Ali
Coltrane pod Pretekstem
Czy jest jeszcze w
Polakach homo sovieticus?
Dialogi, czyli pisane od końca...
Dziwny jest ten
świat – nadal aktualne
Finansowanie produkcji filmowej
Megalomania
kulturalnego Poznania
Młodzi śpiewają i
Kaczmarskiego pamiętają
Ostatni Nadrealista (O Zbigniewie Beksińskim)
Pamiątka z
Auschwitz
Pinter nas nie lubi
Religijność sztuki
Satelita miłości