Czasopismo muzyczne pod
redakcją Krzysztofa Wodniczaka
KONCERTY – 14, 15, 16, 17 SIERPNIA 2008
KONCERT PRESLEYOWSKI W KOŁOBRZEGU - PLAKAT
DZIEŃ DLA ELVISA W POZNANIU - PLAKAT
ERIC BELL W POLSCE - KONCERTY - PLAKAT
ROCK JEST JEDEN - OSTRÓW WIELKOPOLSKI - PLAKAT
Presley na nowo inspirujący – wywiad z Krzysztofem
Wodniczakiem
MITAM - nowa inicjatywa Krzysztofa Wodniczaka i Andrzeja Mitana
Stefania Golenia rozmawia z Krzysztofem Wodniczakiem
Andrzej Wilowski
Młodzi pamiętają i Kaczmarskiego też śpiewają
3
lipca 2006roku przed zajezdnią tramwajową przy ulicy Zwierzynieckiej w Poznaniu
z okazji 50 rocznicy poznańskiego czerwca " odbył się koncert Luisa Lacha,
Katalończyka, twórcy legendarnej pieśni "El Estaca", rozsławionej
przez Kaczmarskiego pod tytułem "Mury". Sam autor przyznał, że po
tylu latach sławy tej pieśni, jako hymnu podziemnej "Solidarności",
ma wątpliwości, czy to nie przypadkiem Kaczmarski jest jej autorem.
Rzeczywiście oryginalne wykonanie było zupełnie inne od tego, co pamiętałem z
wykonań Kaczmarskiego, ale równie poruszające. Koncert Katalończyka prowadził
Jarosław Gugała, przed laty członek "Zespołu Reprezentacyjnego",
autor pierwszego przekładu "Murów. Przed Katalończykiem wystąpiło łódzkie
trio: Paweł Konopacki - gitara, śpiew, Witold Łuczyński - gitara, śpiew i
Tomasz Susmęd - fortepian, które przygotował wierne repliki repertuaru
Kaczmarskiego, wiernie odtwarzające aranżacje tria „Kaczmarski, Gintrowski,
Łapiński”. Podziwiałem umiejętności młodych artystów, ale to wszystko, wszak
miałem do czynienia tylko z kopią.
8 maja 2007 roku pojechałem na zjazd koleżeński do Krakowa z
okazji 30 bocznicy powołania SKS-u. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że chodzi o
Studenckie Komitety Solidarności. Zostaliśmy zaproszeni na koncert zespołu
"Habakuk" do klubu "Rotunda". Klub, jakby powiedzieli
młodzi "kultowy", już w latach siedemdziesiątych miało tu miejsce
wiele znaczących koncertów jazzowych, rockowych i spektakli teatrów studenckich.
Po trzydziestu latach klub wygląda niemal tak samo i dziś ten ponury betonowy
owalny obelisk robi wrażenie ponurego pomnika minionej epoki. Czekaliśmy ponad
godzinę na przybycie muzyków, przeciągające się rozkładanie sprzętu i próby
instrumentów, zniechęcały. Sam koncert rozczarował mnie z powodu fatalnej
akustyki i całkowitej nie czytelności tekstów. Zastanawiałem się, czy
rzeczywiście są to nowe aranżacje piosenek Kaczmarskiego. Latem dotarła do mnie
płyta i długo leżała na półce, czekając na przesłuchanie. Pewnego dnia w radiu
usłyszałem sprawozdanie z imprezy w Glastonbury, gdzie od trzydziestu lat Mike
Ibis organizuje wielkie plenerowe imprezy rockowe. Miał tam też wystąpić
"Habakuk" i jak donosił sprawozdawca radiowy, koncertu miał wysłuchać
jeden z synów Boba Marleya. Nie wiem, czy to była czysta kurtuazja, czy
przesada dziennikarza, który twierdził, że zespół wzruszył potomka legendy
reggae. Pomyślałem, warto sprawdzić jak brzmią pieśni Kaczmarskiego w
"reggae`ałowym" wydaniu. Przypomniałem sobie, że przecież słynna
"Perłowa łódź" Antoniny Krzysztoń jest przeróbką reggae`owego tematu
na balladę. Może migracja tematów pomiędzy odległymi gatunkami ma sens i okaże
się twórcza.
11 listopada 2007 roku usłyszałem w radiu transmisje z koncertu
jakiegoś zespołu rockowego, który prezentował własne wersje pieśni
Kaczmarskiego. Głos wokalisty wydawał mi się dziwnie znajomy, jednak moje
podejrzenia, że to "T -Love" nie potwierdziły się. Okazało się, że to
Krzysztof Grabowski z formacją "Strachy Na Lachy". Tym razem
interpretacja wydawała mi się zbyt ostra i manieryczna. Zauważyłem, że minęło
kilka lat od śmierci Jacka Kaczmarskiego i dopiero teraz młodzi artyści
odważyli się sięgnąć po jego repertuar. Ja cały czas mam w pamięci jego
koncerty z lat siedemdziesiątych, a inne wykonania z okresu stanu wojennego,
śpiewających amatorów z akompaniamentem gitary na spotkaniach towarzyskich.
Bynajmniej nie starali się nawet dorównać bardowi, będącemu na emigracji,
którego można było czasem usłyszeć na antenie "RWE". To śpiewanie
służyło raczej odświeżaniu pamięci.
13 grudnia 2006 roku na ulicach Warszawy, w rocznice wprowadzenia
stanu wojennego, odbył się happening pod hasłem "Młodzi pamiętają".
Młodzi ludzie przebrani za zomowców i opozycjonistów przedstawiali inscenizacje
rozpędzania demonstracji. Jak donosili sprawozdawcy, inscenizacja była na tyle
przekonywująca, że nieomal nie doszło do realnej konfrontacji? Komentując to
zdarzenie, napisałem, że mnie nie przekonuje hasło "Młodzi
pamiętają", bowiem młodzi nie mają, czego pamiętać, co najwyżej mogą
zapamiętać jakąś lekcje historii. Młodzi artyści nie pamiętają tamtych
koncertów kameralnych, z małych sal klubowych i tych wielkich, czasem jak
wiece, czasem uroczystych, tak jak ten ostatni z poznańskiej Areny, jaki zapamiętałem,
z okazji wyjścia z podziemia "Obserwatora Wielkopolskiego" w roku
1990. W Gnieźnie 13 grudnia 2007 roku nadano jednej z ulic imię Jacka
Kaczmarskiego. Uroczystość uświetnił występ poznańskiego zespołu "Pro
Forma".
Brak skojarzenia tych pieśni z konkretnymi wydarzeniami
politycznymi i historycznymi pozwala spojrzeć na nie inaczej, na nowo je
odczytać, a tym samym uwolnić Kaczmarskiego od brzemienia barda podziemia. Czy
nowe interpretacje dają twórczości Kaczmarskiego wymiar bardziej uniwersalny?
Czy zaskakujące aranżacje odsłaniają nowe treści? Czy rozmaitość konwencji i
gatunków muzycznych pokazuje rozmaitość i różny ciężar gatunkowy utworów
Kaczmarskiego? Niespełna trzysta piosenek, pieśni i ballad składa się na "śpiewnik
opozycjonisty", jak chciałoby moje pokolenie. Zdecydowały o tym
okoliczności wykonywania i słuchania tych utworów. Dziś organizuje się sesje
naukowe na ich temat, jak ta w marcu 2007 roku zorganizowana w Poznaniu „Jacek
Kaczmarski w świecie pieśni”. Badacze literatury zgodnie i niemal w całości ten
repertuar zaliczają do "liryki patriotycznej", czy jak kto woli
"obywatelskiej". Terminy te brzmią nieco anachronicznie i bardziej
pasują do twórczości epoki romantycznej w literaturze polskiej. Jest w tym
jednak sporo racji, bowiem poetyka tekstów Kaczmarskiego była jakby z innej
epoki. Nie ulega wątpliwości, że był wielkim erudytą i stylistą, z łatwością
posługującym się poetyckimi konwencjami ubiegłych epok. W tej stylistyce było
sporo ducha sarmackiego.
Pamiętam wspólny program z Jackiem Kowalskim, zarejestrowany
przez telewizje właśnie w takiej konwencji. Nie chce się wdawać w polemiki z
badaczami dorobku Kaczmarskiego, wyrażę jedynie swój subiektywny sąd, wśród
wybitnych pieśni, zręcznych pastiszy i trawestacji, utworów refleksyjnych i
niemal hymnicznych w wymowie patriotycznej, znajdują się rzeczy błahe, nieudane
i na granicy kiczu. W niczym to nie umniejsza wartości dorobku Kaczmarskiego;
obok patosu, humor, wykrzyczanym obywatelskim apelom, towarzyszyły
melorecytowane zręczne paszkwile, wielkim wyznaniom i pytaniom o rzeczy
ostateczne, dośpiewywał banalne obserwacje spraw potocznych. Owa rozmaitość
sprawia, że w żadnym razie Kaczmarski nie jest nudnym klasykiem.
Habakuk, biblijny prorok, który ocalił Daniela przed pożarciem
przez lwy, wcielił się w kapele reggae. Jak można było się spodziewać sięgnie
do mitologii biblijnej, album zatytułuje „A Ty siej”, a otworzy go pieśnią
„Arka Noego”. Apel Kaczmarskiego zawarty w tej pieśni kiedyś miał zupełnie inną
wymowę, ocalenie wobec wrogich żywiołów może przynieść tylko „budowanie”;
„Budujcie Arkę przed potopem!” Nadal aktualne, ale w innym wymiarze, wrogie
żywioły są trudniejsze niż kiedyś do nazwania. Zawsze jest jednak coś do
ocalenia, choć dawny kontekst uleciał i dziś nie brzmi przesłanie tak
dramatycznie, ale jest to klasyczny w swej konwencji „hymn reggae” i nie
zdziwiłbym się gdyby miłośnicy gatunku uznali go za utwór „korzenny”, wywodzący
się właśnie z tej tradycji. W pieśni „Niech”, skąd zaczerpnięto tytuł albumu „A
Ty siej nawiązuje do muzyki etnicznej, ale bardzo odległej od tradycji reggae,
rozpoczyna się od intro w formie wokalizy, na moje ucho zaczerpniętej z muzyki
rumuńskiej. W nowej aranżacji ta pieśń nic nie straciła ze swej uniwersalności,
wręcz zyskała.
Apostroficzna ballada „Dylan” została zinterpretowana przez
„proroka” z lekkim dystansem, ocierając się o parodie maniery samego „proroka
kultury masowej”. Znakomicie uchwycili intencje Kaczmarskiego, z jednej strony
prowadzi dyskurs z ”dylanowską mitologią”, a z drugiej robi to lekko z
dystansem. W gruncie rzeczy mimo wielu różnic, zwłaszcza w praktyce
wykonawczej, to w warstwie literackiej jest wiele wspólnych tematów dla Dylana
i Kaczmarskiego, obaj też wykazują podobny stosunek do chrześcijaństwa, czerpią
z tej tradycji, ale unikają jednoznacznych deklaracji „wyznaniowych”.
W piosence „Konfesjonał” Kaczmarski wprost odnosi się do wiary,
chociaż przede wszystkim w niepokornej spowiedzi ujawnia swój program nie tylko
artystyczny, ale i życiowy. ”Habakuk” idealnie wpisał ją w konwencje reggae,
podobnie jak „Wędrówkę z cieniem” i „Pijaka”. „Karmaniola” była nie lada
wyzwaniem dla zespołu, w reggae rytmy są na dwa, a tu dworski taniec, w dodatku
wykonaniu autorskim jest zdecydowanie pastiszowy. Wybrnęli z tego w ten sposób,
że zaprosili do zaśpiewania Muńka Staszczyka, który zrobił z tego piosenkę w
stylu pop z reggae`owym akompaniamentem. Ten sam wokalista zaśpiewa jeszcze
„Krajobraz po uczcie”. W miarę słuchania płyty tonacja się zmienia. Kolejne
utwory są już cięższe gatunkowo, przynajmniej w warstwie literackiej.
”Antylitania na czasy przejściowe” zabrzmi już dramatycznie. Swoiste apogeum
dramaturgii osiągnie „Krzyk” z udziałem córki Jacka, Patrycji Karczmarskiej.
„Źródło” zajmuje szczególne miejsce w śpiewniku Jacka Kaczmarskiego, z ważnym
przesłaniem i często przypominane. W wersji „Habakuka” to pieśń dynamiczna z
mocnym rytmem, odmienna w nastroju od tego, co proponował autor „Modlitwy o
wschodzie słońca”.
Właśnie w tym utworze „Modlitwie o wschodzie słońca” wirtuozi
reggae zaproponowali najbardziej zaskakującą interpretacje. Pieśń poprzedza
intro w orientalnym stylu, w tle pojawia się instrument przypominający
brzmieniem hinduski sitar, bęben brzmiący jak tabla, zwolnione tempo tematu
wywołuje pewien niedosyt, czeka się na przyspieszenie i na wydobycie z kaskady
dźwięków charakterystycznej melodii. Gdy pojawiają się pierwsze strofy,
wszystko porządkuje akcentowany rytm. Z każdą chwilą „Modlitwa” rozwija się w
hymn, grany i śpiewany z narastającą dynamiką, aż do kulminacji. Zmienia się
też stylistyka, wchodzą instrumenty dęte. Jedną strofę śpiewa Patrycja, a pod
koniec głosów jest kilka, składających się na mały chór. To interpretacja
najmniej reggea`łowa na całej płycie, ale dla mnie najbardziej przejmująca,
pozostawiająca głębokie wrażenie.Album „A Ty siej” zamykają „Mury”
przetransponowane na hymn reggae bez nadmiernego patosu i teatralności tak
charakterystycznej dla innych wykonań, zabrzmiały naturalnie.
Formacja „Strachy na Lachy” wydawnictwo „Autor” przygotowała w
oparciu o repertuar Jacka Kaczmarskiego. Płytę otwiera ballada Włodzimierza
Wysockiego „Siedzimy tu przez nieporozumienie”, którą Kaczmarski często
wykonywał na koncertach. Następna to „Ballada dla obywatela miasteczka P.”,
autorstwa Brela, którą włączył Kaczmarski do swojego repertuaru zainspirowany
przez Gugałę, podobnie jak w przypadku „Murów”. Na płycie na dziewięć utworów
znajdujemy trzy chętnie śpiewane przez autora „Czerwonego autobusu”, nie będące
jego autorstwa. Faktycznie na płycie znajduje się 12 utworów, ale ostatnie trzy
to „remiksy” wcześniej zaprezentowanych „Szklanej góry”, „Kazimierza
Wierzyńskiego” i „Czerwonego autobusu”. Jeśli dodamy do tego „Przedszkole”,
„Walkę Jakuba z aniołem”, oraz „Encore, jeszcze raz”, to mamy kompletny wybór
dokonany przez „Grabarza” i kolegów. Tytuł „Autor” może być nieco mylący, nie
prezentuje Jacka Kaczmarskiego jako autora „klasyka” dla współczesnych
wykonawców, ale pokazuje, że jego twórczość jest dla nich inspirująca, a
jednocześnie wskazuje, jakie były źródła twórczości niepokornego barda.
Krzysztof Grabowski „Grabarz” zaczynał, jako niepokorny z
poznańską punkową formacją „Pidżama Porno” i jako niemal weteran tej sceny
spotkał muzyków z pilskiego zespołu „Strachy na Lachy”. Udało im się umieścić
kilka piosenek na listach przebojów. Zdecydowało o tym połączenie surowego
rocka, z konwencją podmiejskiego folkloru. Choć aranżacje były pomysłowe, to
nie raziły nachalnym efekciarstwem. Poszukiwanie brzmieniowych pomysłów
spowodowało, że zespół upodobał sobie „remiksy”, często proponując kilka wersji
tej samej piosenki. Zaskoczeniem dla fanów i nie tylko dla nich była zapowiedź
sięgnięcia po repertuar Jacka Kaczmarskiego. Zarówno miłośnicy liryki patriotycznej,
jak i nie pokornego rocka spodziewali się klęski.
Jak już wcześniej przyznałem, do czasu ukazania się albumu
„Autor” nie zwróciłem uwagi na „Strachy na Lachy”, a i dziś poznawszy ich
wcześniejsze dokonania, ten wcześniejszy brak wiedzy nie uważam za stratę. Nie
przemawiają do mnie też dokonania samej „Pidżamy Porno”, przynajmniej dla mnie
o niskich walorach artystycznych, a w porównaniu z innymi punkowymi kapelami
tego okresu brzmi to trochę nie poradnie i naiwnie. Natomiast nie wątpliwym
walorem w obu przypadkach jest głos „Grabarza” niemal stworzony dla rockowej
ekspresji. Na początku odsłuchiwania płyty przyszło rozczarowanie. Z jednej
strony chropawe brzmienie i surowy rockowy akompaniament w „Siedzimy tu przez
nieporozumienie” idealnie pasuje do poetyki ballad Wysockiego, ale naśladowanie
przez wokalistę maniery autora „obławy” było nadmiarem i wręcz nie znośne.
Grzech ten popełniał sam Jacek Kaczmarski, usiłując śpiewać chrapliwie
wykonując pieśni Wysockiego, z błędnym przeświadczeniem, że zwiększa w ten
sposób silę wyrazu. Włodzimierz Wysocki nie dysponował tak jasnym i silnym
tenorem jak Kaczmarski i „Grabarz”, więc nadrabiał tembrem głosu, w którym
utrwaliły się wszystkie jego przejścia; włóczęgi, alkohol i bunt.
„Strachy na Lachy” odnalazły się w „Czerwonym autobusie” i
„przedszkolu”, w żywiole rockowej kapeli, niemal tak, jakby dla nich te
„numery” były napisane. Przypomnienie „Czerwonego autobusu” z dramatyczną
ekspresją nie może brzmieć muzealnie, choć tekst jest niemal publicystyczny i
stawia diagnozę społeczną okresu późnego PRL-u, nabiera dziwnej aktualności.
Dosłuchałem do „Walki Jakuba z aniołem”, wykonanej w konwencji rockowej
ballady. Ten utwór odsłonił trzecie oblicze „Strachów” i „Grabarza” i nie
ukrywam, najbardziej mnie przekonywujące. Obok „Szklanej góry” to najlepsza
interpretacja pieśni Kaczmarskiego.
Czy młodzi słuchacze wysłuchawszy albumów „A Ty siej” i „Autor”
sięgną po nagrania autora – „Krajobrazu po uczcie”. Prawdopodobnie nie będą
mieli takiej potrzeby, bo o ile w moim odbiorze są odległe od oryginalnych, to
opisane tu interpretacje niczym nie zdradzają historycznego, muzealnego
charakteru tych piosenek i pieśni. Największym sukcesem będzie to, że nadal
będą słuchane, jako aktualne i ważne. Nieżyjący już prezenter radiowy Janusz
„Kosa” Kosiński, rozmiłowany w klasycznym rocku, słynący z ostrych wypowiedzi
pod adresem „gwiazd” estrady, mistrzów kiczu i chałtury, powtarzał nie raz, że
twórczość Jacka Kaczmarskiego jest dla nas równie ważna, jak Jacquesa Brela dla
Francuzów, czy Boba Dylana i Leonarda Cohena dla Amerykanów dodawał, że wobec
miałkości tekstów i braku udanych kompozycji, artyści powinni jak najczęściej
sięgać do śpiewników Kaczmarskiego.
inne artykuły:
Andrzej Mitan rozmawia z Andrzejem
Mitanem
Rozmowa o biznesie muzycznym i o projekcie MITAM
Ambasador Delty i Chicago w Poznaniu
Bluesman absolutnie (o Tadeuszu Nalepie)
Doc Hook – rzecz o
Johnym Lee Hookerze
Dziwny jest ten świat nadal aktualne
Informacja o koncercie Scorpions
O słowie w rocku i nie tylko...
Piotr Kałużny – Impresje Wielkopostne
Piotr Kałużny, Tomasz Jaśkiewicz i Jan „Izba”
Izbiński w „Pod Pretekstem” W Poznaniu
Po prostu poeta (rzecz o Marku Grechucie)
Polish Jazz -
Kanon lektur muzycznych
Procedury twórcze,
a odtwórcze
Scorpions zapraszają na koncert