Eugeniusz Biały
JAK PRZEBYĆ „DOLINĘ NICOŚCI” ?
Po czytelniczym przeżyciu „Innego świata”, otrząśnięciu się z „Nierzeczywistości”, przetrwaniu „Małej Apokalipsy” strasznie jest znaleźć się w „Dolinie Nicości”. Tym straszniej (i niepolitycznie), że jesteśmy przecież już we własnym domu.
Może jednak owo odczucie piekielnego
dyskomfortu to tylko krótkie zamroczenie po ciosie wymierzanym nam przez majak
napakowany wrażliwością inteligenta po dziejowych przejściach, który uparł się
przykładać guliweryczne miary do naszej swojsko lilipuciej rzeczypospolitej?
Albo jest lepiej jeszcze – przebiegły marketingowo autor adaptował na rynkową niszę pomieszczenia dawnej pryncypialni, gdzie dotąd umartwiał swą niemodną postać, by wreszcie się tam sprzedać za wysoką cenę utraconego spokoju rzesz obywatelskich oraz ich liderów zmąconej radości z uzyskanego świecznika. Żeby cel swój osiągnąć, zgrabnie sprokurował polityczną powieść grozy z lekkim grymasem pamfletu, nie pozbawioną zwietrzałych klimatów liryki społecznej rodem z lektur szkolnych. Swój świat przedstawiony gęstym cieniem położyć się postarał na obliczu Najjaśniejszej, aby dusze jej wskrzesicieli przytłoczyć nieznośnym ciężarem.
Na wypadek więc, gdyby broni sław swych
zechcieli użyć zaatakowani przez ów dziki kamień, nieśmiało dzielę się paroma
myślami o literackich chwytach, jakimi posłużył się zręcznie autor dla
zapewnienia sobie sporych przewag. Wycisnąłem je z obolałej głowy – niby oliwę
z przerośniętej ponad wszelką przyzwoitość oliwki – nie po to, by antycznym
zwyczajem pokryła ciała zapaśników, ale uspokoiła spienione bałwany.
Przede wszystkim warto sobie uświadomić, że Bronisław Wildstein w swej najnowszej powieści ustawił swoich potencjalnych adwersarzy w dość niewygodnej pozycji. Osiągnął to umieszczając na pierwszym i dalszym planie dobraną paczkę VIPotypów, stanowiących sugestywną personifikację wielu odmian wspólnego działania i podobnego myślenia przy drastycznych różnicach biografii oraz wyznawanych wartości. Typizację środowisk politycznych koryfeuszy współczesnej Polski uwypuklił zabiegiem znanym tradycji satyrycznej – opatrzył postacie funkcjonalizującymi je nazwiskami, które określają ich charaktery, jak też miejsca zajmowane i zadania wypełniane w świecie powieści, będącym w intencji autora modelem świata rzeczywistego. Sprawia to wrażenie karykatury rysowanej wyrazistą kreską. Kreskę tę jednak Bronisław Wildstein zamazuje nakładając na nią paletę powieści z kluczem, o czym nieustannie przypomina czytelnikom wielością znanych powszechnie szczegółów z biografii osób publicznych lub sytuacji, bądź wydarzeń życia zbiorowego, a także jednoznacznym powiadomieniem o czasie akcji (rok 2004 – sześćdziesiąta rocznica Powstania Warszawskiego).
Zaiste, pod względem liczby kluczy jego
książka może konkurować ze skrzynką pracowitego ślusarza, ale dzięki temu
postacie włodarzy „Doliny Nicości” otwierają się szerzej ukazując zza masek
politycznego pamfletu nieobce nam twarze ludzi, do których wnętrz Wildstein
włamuje się bez wdzięku dżentelmena-psychoanalityka. I sądzę, że rości sobie do
tego prawo, bo nie spodziewa się tam zastać choćby śladów tragedii ani nawet
gotowości do jej przeżycia. VIPotypy bowiem jawne (redaktorzy, hierarchowie
kościelni, fałszywy autorytet moralny) i ukryte (esbecy działający w gospodarce
i polityce) dzielą wspólną obsesje i wiarę w możliwość ostatecznego ukrycia
swoich i obcych win. A ponieważ winy te zostały popełnione w niedalekiej
przeszłości, w perspektywie historii zaledwie wczoraj, toteż VIPotypy cierpią
na maniakalną obawę przed dniem wczorajszym, zagłaskując ją umiłowaniem
przyszłości.
Cechy te – dzięki swej wyrazistości i
sile kształtującej zachowania – pozwalają wyodrębnić ich nosicieli w grupę
sklasyfikowaną, według powstającej właśnie polskiej systematyki gatunków
moralno-politycznych, jako jutrolubne herifoby (łac. hĕri – wczoraj).
Wśród zamieszkujących „Dolinę Nicości” przedstawicieli jutrolubnych herifobów znajdują się osobniki silnie zróżnicowane pod względem, jak już wspomniałem, biografii i wyznawanych wartości, czego konsekwencją są odmienne motywacje ich uzupełniających się jednak doskonale działań. Bronisław Wildstein za pomocą swej metody powieściowej dokonuje opisania VIPotypów najdalej posuniętych w ewolucji tego gatunku.
Najpotężniejszym z nich jest Michał
Bogatyrowicz. Wyposażony przez autora w nazwisko kojarzące się z otcziestwem samego Boga oraz imię
archanioła obrońcy Jego Ludu jako były niezłomny opozycjonista, wieloletni
więzień PRL-u, obecnie redaktor naczelny najbardziej wpływowego dziennika
środkowowschodniej Europy, Bogatyrowicz pełni jednocześnie (nie jest jasne –
samozwańczo czy na mocy niepisanej umowy) tajną funkcję utrwalacza
transformacji systemu. B. Wildstein w swym autorskim radykalizmie każe mu to
robić w butach Wielkiego Inkwizytora z „Legendy” F. Dostojewskiego. Tymczasem
Bogatyrowicz może być tylko małym Wielkim Inkwizytorem.
Do znamienitego wzorca upodabnia go przede wszystkim przekonanie o słabości moralnej ludzi, co czyni nie tylko usprawiedliwionym, ale koniecznym zamykanie ich w mentalnych ochronkach izolujących od ziemskiego piekła. Dla Wielkiego Inkwizytora piekło to stanowi wolność, pojmowana jako wynikający z wiary w Chrystusa Ukrytego przymus dokonywania gwałcących człowieczą naturę wyborów; dla Bogatyrowicza wyobrażenie harców ojczyźnianych demonów: nacjonalizmu, antysemityzmu i nietolerancji, zwabionych z przeszłości widokiem gruzów strzeżonej przez redaktora „kruchej kultury”, jedynego bastionu wolności.
Zarówno inkwizytor-wzór, jak
inkwizytor-imitacja nie mają wątpliwości, że najlepiej dla ochrony zagrożonych
rzesz nadaje się autorytet (w „Legendzie” twardy – tiary i miecza, w „Dolinie
Nicości” miękki – moralny). Dla jego obrony dozwolone, a raczej niezbędne, są
kłamstwo i niszczenie ludzi, którzy usiłują się przedostać przez granice
ochronnej iluzji (paleni na stosach kacerze, pozbawiani czci i pracy
dziennikarze). Rewersem tej bezwzględności jest wyrozumiałość dla występków
popełnionych przez podopiecznych obu inkwizytorów. Inkwizytor Dostojewskiego
konstatując ich dziecięca słabość postanawia pozwolić im grzeszyć w zamian za
ufną (dziecięcą właśnie) miłość do ustanowionych nad nimi przewodników. U
Bogatyrowicza ta postawa przybiera postać herifobii. Przeżywszy bez skazy swoje
opozycyjne wczoraj, wszechwładny redaktor nie chce nic wiedzieć o przeszłych
winach innych ludzi. Wystarcza mu, że „są z jego świata, który zna miary i
porządki”. Za swoją strategiczną wielkoduszność nie spodziewa się aż miłości.
Dostaje za nią gratyfikacje instrumentalnie bardziej pożyteczne - gwarantowaną
wdzięczność i uzależnienie winowajców tym większe, że ochronę swych herifobów
przed konfrontacją z ich wstydliwą przeszłością traktuje jako działalność
misyjną. Dlatego wywołanie za pomocą mediów (wczoraj zwanych środkami masowego
rażenia) herifobii na społeczną skalę stanowi dla niego problem jedynie
socjotechniczny.
Przy okazji w działaniach Bogatyrowicza ujawnia się niebagatelny paradoks – najstraszliwszym narzędziem w rękach tajnego i n k w i z y to r a jest obkładanie anatemą za akty i n k w i z y t o r s k i e, czyli demaskowanie fałszywych autorytetów moralnych. Tak finezyjna przewrotność obca była nawet przenikliwości autora „Biesów”, do tego trzeba było dopiero Orwella! Co wcale nie oznacza, że postępujący czas równa się postępowi, o czym dobrze wiedzą konserwatyści (którym B. Wildstein w swej „Dolinie Nicości” niejeden raz sprawia niezłą gratkę). Na buty Wielkiego Inkwizytora opadają nogawki dżinsów noszonych przez Bogatyrowicza. Łaska późnego literackiego urodzenia oznacza dla niego skorzystanie z udogodnień epoki miniaturyzacji. Pomniejsza go nie tylko ciśnienie formy, które nie pozwoliłoby w powieści z kluczem ulokować bohatera swobodnie mieszczącego się w poetyce legendy, ale przede wszystkim modelują go redukujące właściwości świata, jaki tworzy i przez jaki jest kształtowany.
Wielki Inkwizytor Dostojewskiego wzorem
gigantów ducha wziął na siebie odpowiedzialność za los ludzi w wymiarze
metafizycznym i eschatologicznym. Mały Wielki Inkwizytor Bogatyrowicz słowa
„odpowiedzialność” używa chętnie, ale w wąskim znaczeniu obowiązku utrzymania
politycznego status quo. Wielki
Inkwizytor przyjął cierpienie jako konsekwencję głoszonego przez siebie i
swoich współpracowników kłamstwa o istocie namiestnictwa Chrystusa. W imię
cnoty miłości poświęcił dwie pozostałe – wiarę i nadzieję. Niemniej wszystkie
wartości - te uznawane i te zaprzeczone – mają dla niego atrybut realności.
Michał Bogatyrowicz trudząc się nad swoim pośledniejszego gatunku kłamstwem –
ochroną kultury poprzez zapewnienie bezpieczeństwa fałszywym autorytetom – nie
waha się odmówić istnienia, czyli liczby pojedynczej – prawdzie. „Prawda? Jaka
prawda? A wiesz na pewno, co to jest prawda? Każdy ma swoją prawdę!” –
wykrzykuje swe banalne credo, usiłując powstrzymać dawnego
protegowanego przed publikacją materiałów kompromitujących wiodący autorytet
moralny. Na kartach swojej powieści Wildstein przedstawia go jako typowego
słuchacza dziejowych ćwiczeń z filozofii pragmatyzmu głoszącej, że prawda jest
sobą o tyle, o ile się sPRAWDza. W rachubach zainteresowanych person, jako
budulec założonego i strzeżonego porządku.
Bogatyrowicz ani myśli być bohaterem
tragicznym. Zamiast cierpienia rodzącego się ze świadomości rozdartej między
nie dającymi się pogodzić wartościami odczuwa dumę z własnej potęgi i
sprawności działania. Czerpie przyjemność z zajmowanej pozycji wybrańca
wtajemniczonego w mechanizmy świata. Nie gardzi też samczymi satysfakcjami –
wystarczy tu wspomnieć romans z Marią posiadający dla jego ambicji tę wadę, że
został nawiązany już po jej zerwaniu z ofiarą nagonki Bogatyrowicza, redaktorem
Wilczyckim, zamiast stać się tego zerwania przyczyną. (Nawiasem mówiąc, chwyt
używania erotyki jak czarnych i białych kapeluszy w klasycznym westernie co
wybredniejszych konserwatystów niewiele ucieszy).
W ślad za unicestwieniem tragedii (Dolina Nicości to z samej nazwy
obszar unicestwienia) idzie zanik potrzeby szukania wyższych racji własnego
postępowania. Dla Bogatyrowicza, inkwizytora minimalisty nie stanowią one
problemu. W stadium umysłowo-psychicznym, w którym go w powieści zastajemy,
jest w tej sprawie bezrefleksyjny, zatraca się w działaniu.
W tak zwanym życiu można się obejść bez subtelnych uzasadnień.
Literatura rządzi się surowszymi prawami. Do uczynienia im zadość Bronisław
Wildstein wyznaczył |Jana Returna. Ten jest rasowym ideologiem lekkości bytu.
Wybitnie uzdolniony dziennikarz, przyjaciel Bogatyrowicza, w swoim
anglojęzycznym nazwisku ma zapisane powieściowe posłannictwo podwójnego powrotu
– do wstydliwej przeszłości, po czym znowu do triumfalnej teraźniejszości, byle
w stanie moralnie i psychicznie nienaruszonym. Jan Return wywiązuje się ze swojej
misji doskonale. To, co dla postaci literackich mniej zorientowanych na
odnoszenie sukcesów i wykonywanie odautorskich poleceń byłoby zapewne podróżą w
głąb siebie, w jego przypadku jest spacerem. I to posiadającym wszelkie cechy
doświadczenia wewnętrznego, na którego podstawie mogłoby powstać unikalne
dziełko „Przewodnik duszny dla mnogich pożytków herifobów polskich spisany,
lekki i srodze przyjemny”. Erudyta Jan Return, wsłuchany w głosy książek swej
wielkiej biblioteki, byłby oczywiście idealnym kandydatem na jego autora,
szczególnie jako orędownik apokryfu „Ewangelia Judasza” i projektant
intelektualno-gazetowego kultu Iskarioty, w czym upatruje nadziei na ostateczne
uwolnienie wszystkich swych braci w zdradzie od winy nie poprzez tradycyjne uznanie jej, ale uznanie za… przyjęcie na siebie odpowiedzialności za przebieg
wydarzeń, prowadzący w sposób jedynie słuszny i możliwy do – „Consummatum est”.
Ten pozornie egzotyczny, bo „kultowy”* wątek w uświęcającej
pragmatyzm à la Bogatyrowicz
ideologii Returna stanowi istotę całego systemu. W swym świeckim wymiarze
sprowadza się do konstatacji, że nic nie jest tym, czym się wydaje. Wiedza o
wszystkich ludzkich rzeczach samych w sobie należy bowiem do kasty
wtajemniczonych w mechanizmy, w reguły gry.
Napisawszy, co powyżej, nie mogę oprzeć się wrażeniu ani pokusie
podzielenia się nim, że jak niejeden z pilnych obywateli Polskiej
Rzeczpospolitej Literackiej , czyli w epoce, kiedy obecne herifoby bały się
jeszcze tylko przyszłości, spotkałem kogoś diablo do Returna podobnego. O parę
lat od niego starszy, także student Uniwersytetu Jagiellońskiego, nazywał się
Krzysztof Oremus i był bohaterem bardzo ważnej wówczas powieści Adama
Zagajewskiego „Ciepło, zimno” (wydanej w 1975 roku).
Obiecujący ów młody człowiek, w wyniku intelektualnej samo obróbki z zewnętrznym wspomaganiem, doszedł do przekonania, „że odkrył jeszcze jedno prawo myślenia”. Nie znam jego sięgających poza pierwszą połowę lat siedemdziesiątych XX wieku losów. Istnienie determinującej jego autora cenzury, a pewnie i czas historyczny, w którym Oremusowi przyszło dochodzić do siebie (bo o dojrzewaniu w tym przypadku mówić byłoby trochę ryzykownie), nie pozwoliły mu rozwinąć skrzydeł. Rozstaliśmy się, gdy spieniężając swe domniemane odkrycie przyjął etat dyskutanta z obowiązkiem godzenia przeciwstawnych stanowisk, z którego wywiązywał się za pomocą heglowsko-marksowskiej triady teza-antyteza-synteza. Nic zatem nie wiadomo, żeby po okresie – jak by to dziś powiedzieli technokratyczni modnisie – zarządzania myśleniem i językiem zabrał się za rzeczywistość przyjmując na przykład, że jako prefiguracja tego, czym się dotąd zajmował, jest ona dla jego kompetencji właściwym przedmiotem.
Jakby nie było, pojawienie się w literackiej przestrzeni Jana
Returna dodaje po latach Krzysztofowi Oremusowi ważności, co polecam uwadze
ewentualnych badaczy tematu zdrady we współczesnej prozie i poezji polskiej.
Przy okazji zrzucam na ich barki, niewykonalne dla mnie w ramach tego tekstu,
społecznie pożyteczne zadanie pełnego przedstawienia ideologii Returna, sam
ograniczając się do wykazu tworzących ją pojęć i wyobrażeń.
Poza omówionym już iskariotyzmem i sygnalizowaną zakulisową
mechanizacją rzeczywistości, są to: spiralna powtarzalność historii
(zmierzającej jednak drogą energochłonnej ewolucji kontrolowanej do świata,
którego kształt objawia song Johna Lennona „Imagine”); gra jako synonim
cywilizacji (przeciwstawiona prostackiej – z racji używania siły – naturze);
moralne prawo transgresji, w imię dobra powszechnego przysługujące
wybrańcom-samozwańcom; odhieratyzowanie i zdeheroizowanie hierarchii władzy
(rezygnacja z ról kapłana i niewolnika); selekcja pamięci; wszechwyrozumiałość;
ekskluzywny indywidualizm kameleonowy.
Niech to starczy dla wykazania, że Jan Return to prawdziwy skarb
wśród herifobów, skarb i jednocześnie skarbiec z wielopoziomowym dnem i
potrójnymi ścianami.
Na jego bogatym tle inni opisani przez B. Wildsteina
przedstawiciele gatunku mogą a nawet muszą, by mechanizmu utrzymywania w ryzach
świata „Doliny Nicości” sobą nie przesłaniali, prezentować się blado. Tak jest
w przypadku dwóch intelektualistów Mareckiego i Juszcza sportretowanych jako
współczesne wcielenie użytecznych idiotów (typ namiętnie tropiony przez Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego w „Dzienniku pisanym nocą”), efekt wędrówki klerkowskich
dusz z zachodu Europy na jej zdekomunizowany wschód.
Bohaterem zbiorowym, którego przytłaczająca obecność daje się odczuć prawie na każdej karcie powieści, są dusiciele feniksów - dawni esbecy średniego i wysokiego szczebla zaczajeni w gospodarce. Kiedy Bogatyrowicz z uczuciem satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku kończy polowanie na czarownice, zadowalając się zawodową śmiercią niepokornego redaktora-lustratora Wilczyckiego, inicjatywę w swoje macki biorą oni, by ewentualny feniks nie powstał już z popiołów. Służy temu prowokacja mająca przyprawić buntownika o śmierć wtórą – tym razem cywilną, jako skazanego za skorumpowanie pracownika tajnych służb.
W geście Bogatyrowicza pozostawiającego skazańca w esbeckich rękach
dostrzec można powidok relacji inkwizycji i jej świeckiego ramienia. Analogia
nie może być tu jednak pełna, skoro ramię władzy jest zarazem samą władzą.
Esbecy bowiem nie tylko działają nadgorliwie na rzecz utrzymania stanu będącego
antytezą czarnych snów Bogatyrowicza i ich własnych, ale współtworzą koncepcję
urządzania Doliny Nicości. Na tym właśnie polega ukazana przez Wildsteina w
literackim ujęciu symbioza jawnej władzy dawnej opozycji i tajnej od nowa
starej władzy cennych, bo sprawnych socjotechnicznie herifobów.
Ich powieściowym delegatem jest esbecki pułkownik Nowak. Jego
nazwisko, najczęściej obok Kowalskiego noszone w Polsce, oddaje doskonałą
przeźroczystość tej postaci, to przeźroczysta eminencja. Nie jest oczywiście
człowiekiem skrupułów, ucieleśnia pewny swego pragmatyzm, który zawsze,
eliminując wahania, wzmaga jasność myślenia. To on jako dawny oficer prowadzący
przedstawia swojemu niegdysiejszemu podopiecznemu Returnowi szczegółowy plan
massmedialnego zniszczenia niewygodnego redaktora Wilczyckiego. Przy czym
widząc świat w kategoriach gry operacyjnej na poły ironicznie, na poły poważnie
nie wyklucza możliwości istnienia metafizycznej sankcji dla budowanego przez
siebie porządku. Dba więc o swój komfort wielopłaszczyznowy. I w gospodarce
radzi sobie świetnie. Jego mini-wykład z ekonomii udzielony ministrowi
Sieradzowi na przyjęciu u prezydenta to majstersztyk kwintesencji
neoliberalizmu, mogący służyć za dowód, że wulgarny marksizm plus służba w
aparacie do spraw brutalnych stanowi najlepsze przygotowanie do szybkiego i
owocnego przyswojenia sobie zasad nowej przedsiębiorczości, mozolnie
przebijającej się od późnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w
gospodarkach tzw. ówcześnie wolnego świata.
Znamienne, że żadnego wewnętrznego dramatyzmu ani ożywczych komplikacji do problematyki wydawałoby się macierzystej dla swego stanu nie wnoszą w powieści herifoby duchowne. Dwa z nich najbardziej w „Dolinie Nicości” eksponowane to ksiądz Pastuszek i biskup Korytko. Ich nazwiska w kontekście Psalmu XXIII „Pan mym Pasterzem…” – który ogołocony doświadczeniem ziemi jałowej (w książce Wildsteina nietrudno się doszukać paru odwołań do wątków wyczerpania z poezji S.T. Eliota) dostarcza powieści nie tylko tytułu, ale także alegorii świata przedstawionego – charakteryzują obu aż nadto dobitnie. Wildstein łagodzi wymowę tych nazwisk opisując ich nosicieli jako bliźniacze, choć pobieżnie naszkicowane odpowiedniki subtelnych herifobów świeckich – Returna i Bogatyrowicza. Różnica między nimi polega właściwie na używanej retoryce, w wypadku herifobów duchownych chrześcijańskiej, do której - po dokonaniu paru koniecznych salt teologicznych – aspiruje zresztą Return, otrzymując od Korytki wsparcie intelektualne.
Herifoby świeckie i duchowne łączy ponadto symetryczna skłonność do
mieszania obrony interesu instytucji (państwa, Kościoła) z samoobroną przed
ujawnieniem własnego zaprzaństwa. A już zupełnie analogiczną ich specjalnością
jest umiejętność podejmowania ponad wewnętrznymi podziałami akcji izolujących
kłopotliwe jednostki. Bogatyrowicz dla unieszkodliwienia zbuntowanego redaktora
potrafi zjednoczyć w działaniu konkurencyjne mass media. W o wiele łatwiej
sterowalnej strukturze Kościoła decyzje o zesłaniu na głuchą prowincję księdza
Mikołaja Starca, domagającego się od współbraci w kapłaństwie rozliczenia z
przeszłością, podejmuje największy przeciwnik ideowy modernizującego Korytki,
konserwatywny biskup Łęczycki.
Dla okopania się na pozycjach bardzo mocnych polemicznie, bo
opartych na sugestywnym i wartościującym opisie świata przedstawionego „Doliny
Nicości” oraz dosadnych portretach kształtujących go herifobów, wystarczająco
poręczne okazały się ramy narracyjne powieści z kluczem, pamfletu politycznego
i kryminału. Jednak dla osiągnięcia celu ważniejszego i umieszczonego znacznie
wyżej niż chęć doraźnego rozliczenia się z tzw. PRL-bis – którego odchodzenie
zaczęło się wraz z aferą Rywina w grudniu 2004 (właśnie wtedy, kiedy kończy się
akcja powieści) - B. Wildstein zdecydował się wzbogacić genologiczną fizjonomię
swej książki o rysy powieściowej antyutopii. W granicach jej aktualizowanego
przez herifobów świata – elitarnego i z tej przyczyny doświadczanego tylko
przez wąską grupę postaci, istniejącego równolegle do prezentowanych w „Dolinie
Nicości” rzeczywistości potocznych i powszednich – autor wyznaczył obszar walki
o pryncypia. Nim piszący te słowa zostanie zachęcony do poddania gruntownej
analizie stanu swojego umysłu, pozwalającego dostrzegać mu obecność
powieściowej antyutopii w koegzystencji z gatunkami, których sąsiedztwo zdaje
się antyutopię wykluczać, choćby z tej prostej racji, że ta nie może na
przykład rozgrywać się współcześnie, niech mu wolno będzie pozostać jeszcze
przy dotychczasowym przedmiocie zainteresowania. Bo czyż świadomi swoich odczuć
czytelnicy „Doliny Nicości” szczerze mogą zaprzeczyć, że jeżeli w postaciach
Bogatyrowcza i Returna – pomimo przyjętej przez B. Wildsteina konwencji ich
opisu – znaleźć można coś pociągającego, to jest to właśnie głoszony przez nich
na kartach powieści projekt pewnej utopii społecznej. Utopia ta, której
realizacji za pomocą innych herifobów obaj zagorzale się oddają, da się
streścić w trzech pojęciach: kultura, tolerancja, dobrobyt, wspartych
pobudzającymi wyobraźnię konstrukcjami myślowymi (w czym specjalizuje się
Return), zgrabnie łączącymi odległe lub sprzeczne wartości, przy okazji
pozbawiając je tradycyjnych, odczuwanych jako opresyjne znaczeń. Wszystko to
brzmi mile w uchu inteligenta – lub do miana tego aspiranta – zmęczonego
zamieszkiwaniem brutalnego, wiecznie znajdującego się in statu nascendi
kraju, nieśmiertelnego pretendenta do wyższych i subtelniejszych form
cywilizacyjnych. Nowy wspaniały ład herifobów jest miksturą doskonale ten stan
kojącą. To koncepcja państwa harmonii i odprężającej amnezji, gdzie życie
obywateli toczyłoby się w formach oblanych swobodo podobną polewą wśród
wygodnych pewników fabrykowanych z wysoko przetworzonej prawdy. Tak powabny
przepis na szybkie niczym zupy instant zgotowanie w Polsce Europy rodem z mitów
wczesnych lat dziewięćdziesiątych XX wieku wymaga – zdaje się uważać B.
Wildstein - silnej odtrutki. Dostarczyć
jej może wypróbowanie go w schemacie powieściowej antyutopii, gdzie stanowić
będzie jej niezbywalny element – bezwzględnie wcielany w życie projekt
społeczny.
Podejrzenie, że na znacznych terenach „Doliny Nicości” zapanował
klimat typowy dla krainy utopii zrealizowanej, nasuwa obecność
charakterystycznej dla tego gatunku atmosfery osaczenia, obsesyjnego dążenia do
izolacji od przeszłości, postrzeganej jako podstawowe zagrożenie dla nowego
porządku (sądzę, że wrogie nastawienie do przeszłości organizujące świat
przedstawiony powieściowej antyutopii to
o wiele istotniejszy jej wyróżnik niż kojarzony z nią automatycznie czas
akcji umieszczony w przyszłości) i wreszcie typ bohaterów rebeliantów, których
misja polega na wzięciu na siebie funkcji ludzi-probierzy w społecznym laboratorium. W klasycznych dwudziestowiecznych
antyutopiach odsłonięcie wstydliwej nieprzystawalności panującego systemu do
ludzkiej natury dokonuje się zawsze przez bardzo ryzykowne nawiązanie łączności
z przeszłością podjęte przez rebeliantów. W „Dolinie Nicości” jest to problem
podstawowy, choć nietypowo idzie tu o przeszłość, która nie jest dla większości
bohaterów historią.
W powieściowym ujęciu Wildsteina zagadnienie systematycznego
modyfikowania pamięci, będąc odległe od uniwersalistycznych przesłań klasyków
antyutopii, nabiera jednocześnie wymiarów wykraczających daleko poza zjawiska
zbywane w rodzimej publicystyce jako IPN-owskie zacietrzewienie lub –
motywowana abstrakcyjnymi wartościami bądź namacalnym interesem – skłonność do
penetrowania zawstydzającej przeszłości. Bronisław Wildstein skazując swoich
bohaterów rebeliantów (Daniela Strunę, Adama Wilczyckiego, księdza Mikołaja
Starca) na los probierzy ładu herifobów zwraca uwagę na moralne wydarzenie nie
znane dotąd polskiej historii – narodziny ofiary nowego typu.
Nowy byt domaga się nowej nazwy, celniej oddającej jego istotę. Stąd zrezygnujmy z pradawnego, bo znanego już polszczyźnie przedpiśmiennej, przyniesionego przez chrześcijaństwo słowa „ofiara”. Zaczerpnijmy ze źródeł jeszcze starszych, pogańskich, znajdując tam wyraz „żertwa”. Za jego sprawą w naszej mowie narodzą się „żertwianie”. Żertwianie to banici skazani na wygnanie przez współzwycięzców herofobów, mieszkańcy tego samego co tamci kraju, mającego jednak dla nich cechy obcej planety. Nie przypominają w niczym emigrujących dziewiętnastowiecznych powstańców ani akowców, którzy walczyli o nie tę Polskę, w której przyszło im żyć. Żertwianom krzepnący porządek nie odmawia przecież pełnoprawnego obywatelstwa, wymagany jest tylko udział w powszechnym obrządku bezwzględnego miłosierdzia. Jest to koncept orwellowski, choć w niczym na pozór nie przypomina słynnych „godzin nienawiści” - polega na narzuconym odgórnie zbiorowym wybaczeniu krzywd poprzez ich zlekceważenie. W konsekwencji oznacza to narzucenie żertwianom, dla wygody dawnych prześladowców skojarzonej z racją stanu, przymusu poświęcenia drugiego stopnia – wyrzeczenia się swej tożsamości bycia osobą przyjmującą niegdyś na siebie zbiorowe cierpienie, która przez konstruktorów nowego systemu postrzegana jest jako główne zagrożenie, budzące nawet estetyczną odrazę (wystąpienie Bogatyrowicza na temat Powstania Warszawskiego, reakcje Returna na upodlenie Struny).
Ta szczególna eugenika pamięci prowokuje instynktowny opór
niektórych ludzi. Pozostawać żertwianinem to upierać się przy swojej tożsamości
skrzywdzonego bądź świadka skrzywdzenia innych. A to nieuchronnie prowadzi do
anarchicznego obstawania przy uznaniu realności (powagi) istnienia
krzywdzicieli, zwanych – w tradycyjnej opozycji do ich ofiar – katami. Bycie
żertwianami oznacza dla bohaterów Wildsteina znalezienie się w dozgonnej
pułapce – nosząc piętno nie mogą już dokonać ozdrowieńczego wyboru. Alternatywą
wobec interwencji chirurgii plastycznej dla usunięcia tego piętna
(niewyobrażalne w przypadku wyniszczonego swym upodleniem Struny) pozostaje przyjęcie
wymuszonego udziału w paradoksalnym misterium brania na siebie w zastępstwie
katów nieskorych do pokuty skutków wyrządzonego przez nich zła. Paradoks i
starożytna groza misterium w tym się uwyraźnia, iż wbrew wprowadzonemu przez
herifobów systemowi odprężającej amnezji porządek moralny zdaje się
sygnalizować, że nie cierpi próżni, w związku z czym do głosu dochodzi
sprawiedliwość karnawałowa. Jej narzędziem są różne formy judaszowego
samobójstwa, cynicznie sparodiowanego przez esbeckich morderców, karzących
swego towarzysza Siwickiego za zdradę mafijnej lojalności egzekucją przez
powieszenie upozorowaną na śmierć z własnej ręki kierowanej wyrzutami sumienia.
Żertwianie Wildsteina popełniają ekspiacyjne samobójstwa w zastępstwie innych. Na nieodwołalne decyduje się Daniel Struna niepogodzony ze swą zdradą sprzed ćwierćwiecza, która nikogo poza nim samym nie obchodzi, zdradą będąca instynktowną reakcją na niewyobrażalne poniżenie. W istocie popełnia je przecież w zastępstwie Returna, prawdziwego mistrza i wysublimowanego teoretyka zaprzaństwa.
Tenże Return zauważa, że w wymiarze życia publicznego samozagładę
wybrał redaktor Wilczycki w chwili, gdy postanowił, świadomy konsekwencji,
opublikować materiały obalające wiodący autorytet moralny.
Także ksiądz Starzec został zmuszony oddać istotną część swojego
życia, jaką było budowanie i prowadzenie hospicjów dziecięcych, w zamian za
spokojny i eksponowany żywot na styku wielkiego biznesu i działalności
społecznej księdza Pastuszka, konfidenta, którego donosy ułatwiły zamordowanie
przez SB mentora i przyjaciela Starca księdza, Natana Augustyna.
Tak ponury opis losów żertwian pod dominacją herifobów Bronisław
Wildstein – czy to z litości dla czytelników, czy osobistych przekonań –
postanowił opatrzyć jaśniejszą perspektywą. Uczynił to w starym dobrym stylu non
omnis moriar. Pod koniec powieści okazuje się bowiem, że Struna,
odzyskawszy na krótkie trzy miesiące w okresie pierwszej „Solidarności”
zdeptaną pod więzienną celą charyzmę, zdołał raz jeszcze jak w akademickich
czasach zgromadzić wokół siebie grupę młodych ludzi – tym razem nie krakowskich
studentów, lecz prostych chłopaków z Przemyśla – i zmieniwszy im widzenie
świata zostawił jako swój żywy testament,
którego istnienia pewnie nie podejrzewał. To z jednym z nich zdecyduje się,
opuściwszy stolicę, rozpocząć pracę u prowincjonalnych podstaw redaktor
Wilczycki.
W ten sposób pod piórem Bronisława Wildsteina odżyła chwalebnie,
choć niespodziewanie, żeromszczyzna, w III Rzeczpospolitej przez postinteligenckie
dusze oddana na przemiał.
Kto ma uszy ku słuchaniu ...
Pomimo końcowego
aktu domniemanej litości wobec czytelników zadanie, jakie Wildstein przed nami
postawił, wciąż wymaga odwagi. Przebyć „Dolinę Nicości” nie jest łatwo, a i
wstyd jakoś, gdy lansowanym wśród rzesz prądem umysłowym jest happyendyzm, zaś
ulubionym od dłuższego czasu sportem narodowym mecze hokey'a rozgrywane na
kruchym za to sztucznym lodzie. Toteż Wildsteinowy wymóg podjęcia tak ambarasującej
podróży może budzić uzasadnioną agresję, jak też powodować nie pozbawione
rozsądnych podstaw oskarżenia o agitację na rzecz niepotrzebnych,
demobilizujących - wobec istotnych wyzwań przyszłości – wysiłków. Że o
pretensjach o przeczernienie charakterologiczne postaci nie wspomnę.
Mój tekst jest
podjętą pro publico bono (ten frazes na pewno przeżyje złotówkę) próbą
uporania się z pełnym nieznośnego napięcia wyzwaniem. Użyte na początku
argumenty ad personam nie prowadzą do ukojenia. Obiecana przeze mnie oliwa
mająca uspokoić szalejące bałwany wycieka szerokim strumieniem z oczywistej i
bardzo współczesnej myśli, że mamy do czynienia tylko z literaturą. Ta zaś jest
jedną z odmian gry (jakże z takiej definicji ucieszyłby się Return zasłuchany w
wielogłos swojej biblioteki!), wykwitem cywilizacji pozwalającym teatralizować
rzeczywistość, wyprowadzać ją z wzorów innej literatury, sprawdzać w zawsze nie
ostatecznym rozrachunku – nazywać słowami, nie domagającymi się przecież
reakcji. To w przeciwieństwie do publicystyki przestrzeń swobody pozwalającej
się zapędzić nawet bardzo daleko w poszukiwaniu i odkrywaniu prawdy, na którą
nie ma jeszcze dowodów... A przy tym to przestrzeń zaplatana w samą siebie, w
swoje wcześniejsze formy, do których musi się dostroić autorskie patrzenie.
Czyż więc nie
lepiej, niż wyruszać w forsowną podróż, otulić „Dolinę Nicości” mgłą milczenia?
Odłożyć najnowszą powieść Bronisława Wildsteina na półkę obok „Generała Barcza”
i „Przedwiośnia” w nadziei, że wyjmą ją
stamtąd późne wnuki, by z badawczego obowiązku odpowiedzieć na wciąż
przerastające nas pytanie: Próbował
Wildstein otworzyć oczy swoich współczesnych czy zakładał im tylko czarne
okulary?
*Cudzysłów
to moja rozpaczliwa próba użycia ujętego w nim przymiotnika zgodnie z jego pierwotnym
znaczeniem, rozpuszczonym w słowotoku młodzieżowo-telewizyjnym.
Eugeniusz Biały
tel. kom. 506 542 467