ilustracja ze
strony www.hipisi.pl
ADAM ST. TRĄBIŃSKI
Sięgając po książkę-album „Hipisi w PRL-u”
Kamila Sipowicza zastanawiałem się, dla kogo jest ta pozycja. Ruch społeczny
hipisów w naszym kraju miał ograniczony charakter. Milicja Obywatelska, ściślej
SB, szacowała liczbę jego uczestników na tysiąc, – co potwierdza Sipowicz. Z
grupą sympatyków, (do której zaliczał się autor poniższego) było ich raptem
kilka tysięcy. Działo to się 40 lat temu. Jednak dobrze, że powstała taka
praca, poniekąd o cechach dokumentu epoki, z trudem odtwarzanych. Autor, rocznik 1953 z Otwocka, studia na ATK, filozof
(szereg publikacji), działacz i wydawca muzyczny, a przede wszystkim hipis, był
naprawdę predysponowany do stworzenia tego albumu. Dysponował warsztatem i był
w środku ruchu, na dodatek związał się z „najpiękniejszą” hipiską Krakowa –
Korą Ostrowską (Maanam).
Powstaje pytanie – czy sprostał zadaniu? Album otwiera sonda uliczna, (kim byli hipisi dla ludzi
starszych i młodych), potem następuje 80 str. historia hipisów amerykańskich z
uwzględnieniem wszelkich ich odcieni, po nurty filozoficzne i muzykę. Filozof Sipowicz
nie były sobą, gdyby nie pochylił nad myślicielami zapładniającymi tamtych
hipisów. Otwarty system gospodarczy gwarantował w miarę swobodne krążenie idei
– książek, pism a potem muzyki, czego nie mogliśmy doświadczyć w PRL-u, gdzie
nasi hipowie wiedzę i „teorię” czerpali z jednego przedruku w „Forum” i
powielanego „Skowytu” Ginsberga (nota bene wydanego przez Jazz bodaj w 1964
r.). Mimo bogato ilustrowanych (za co brawo) rozdziałów Rewolucja obyczajowa i
Muzyka, są one najsłabsze w tej części książki, co dziwi wiedząc o
zainteresowaniach autora. Album Hendrixa „Electric Ladyland” – mimo pewnych
perturbacji – ukazał się w purytańskiej Anglii właśnie z tymi 19-ma nagimi
babami i dość szybko mieliśmy go tu w Pruszkowie. Dalej – kontrkultura dość
szybko przeskoczyła na Wschodnie, a nie Zachodnie Wybrzeże USA (str. 67).
Analiza
gomułkowszczyzny jest w zasadzie poprawna, choć dobór zdjęć bywa tendencyjny,
jak to ze sklepu warzywnego z portretami Bieruta i Cyrankiewicza, niemniej robi
mocno łopatologicznej, Sipowicz może tego nie pamięta, ale po Marcu ’68 Partia
młodzieży podlizywała się ile można było, co nie znaczy, że moczarowskie służby
nie inwigilowały, w tym środowiska hipisów – o czy świadczą zachowane dokumenty
w IPN.
Autor wiele miejsca poświęca kulturze w
PRL-u, gdzie mimo cenzury i nieustannego braku czegoś (immanentna cecha
socjalizmu) – tu papieru, rozwijała się bujnie, głównie w dziedzinie teatru i
plastyki. Sipowicz właściwie opisuje i klasyfikuje różnych odmieńców nie
mieszczących się w sztampie zadekretowanego społeczeństwa – bikiniarzy,
bażantów, dżokerów aż po czeskie potapki czy radzieckie stylogi.
ilustracja ze strony www.hipisi.pl
Godna pochwały jest
część poświecona prasie PRL, łącznie z reprintami owych kuriozalnych artykułów
o hipisach. To właśnie ogół społeczeństwa z serii publikacji „itd” dowiedział
się o naszych hipisach, jakkolwiek publikacje przeznaczone były dla braci
studenckiej i „namalowane” na podstawie materiałów operacyjnych SB.
Wszak Prorok (Józef
Pyrz) i Dziki (Janusz Sławomirski) i wielu innych studiowało. Alternatywą były
„kamasze”, przed czym umykano. Jednak najmocniejszą stroną książki są rozmowy z
liderami ruchu, rozmowy ułożone hierarchicznie i geograficznie, a także pod
względem opcji zainteresowań – głównie plastycznych.
Dwie rozmowy z Prorokiem, potem z Dzikim,
Amokiem, Psem, Turkiem, Profesorem czy Krzysztofem Lewandowskim (późniejszy
założyciel Związku Buddystów Zen, wydawca, alterglobalista) lub Psychologiem –
twórcą pierwszej komuny na ul. Cyganeczki w Warszawie należą wręcz do przyjemności.
Co prawda, nie wszyscy dysponują, jaką taką pamięcią (np. Turkowi –
Garzteckiemu mylą się ZAiKS-y z ZAKR-ami i ZASP-ami, ale za to jego uwagi o
seksie i dziewczynach hipiskach są nad wyraz trafne) lub zwyczajnie niewiele
mają do powiedzenia (Słoń – Olechowski).
Ewenementem ruchu – bez struktur
organizacyjnych – były słynne zloty, począwszy od 1967 r. Ponieważ milicja
ganiała i represjonowała, to Belfegor (Andrzej Witkowski) wymyślił zjazdy
niejako w cieniu pielgrzymek częstochowskich. Były udane – a służyły wymianie
doświadczeń, wzajemnemu poznaniu się, itp. Sipowicz parokrotnie podkreśla brak
trwałych, materialnych wartości pozostawionych przez polskich hipisów. Ale
zmiany w świadomości młodzieży były bezcenne i często zaważyły na całe przyszłe
życie.
Zostało kilka obrazów,
tomik wierszy, trochę nagrań Zdroju Jana (w archiwach PR w Krakowie?). Nawet w
muzyce, mimo istnienia Grupy w Składzie i 74 Grupy Biednych z Ustki, nie
odcisnęli swego piętna. Ale ich pośredni wpływ na tzw. muzykę młodzieżową okazał
się znaczny, np. Kuta w Czerwonych Gitarach czy osiągnięcia Osjana. Propozycje
grup hipisowych były w opozycji do lakierowanych zespołów „kolorowych”, różnych
przebierańców spod znaku No To Co czy Trubadurów.
Jedynie Breakout (po
doświadczeniach holenderskich), wrocławscy Romuald & Roman i Niemen
wyłamywali się spod PRL-owskiego lukru. I skoro przy muzyce jesteśmy: jednym z
większych potknięć Sipowicza (str. 343) jest określenie I-szego OFAB-u na rok
1972! Otóż taki festiwal Awangardy Beatowej (sic!) odbył się w Kaliszu w
listopadzie 1969 r.(Turek był w jury obok Waschki i Święcickiego), następny
miał miejsce w styczniu 1971 (wracałem zeń z magnetofonem Uher volvo
narzeczonej Jacka Gulli, potem u mnie w akademiku odsłuchiwali taśmy
festiwalowe) i dopiero III festiwal o zmienionej nazwie miał miejsce w 1972 r.
Rozumiem, książka
powstała z opowieści ludzi już starszych, o często przepalonych
głowach…Hipisowski ruch w połowie lat 70. załamał się – pod wpływem prowokacji
i zapewne podsuwanych przez służby narkotyków. Część ludzi zaćpała się na amen,
część wyemigrowała, inni założyli „normalne” rodziny, inni zaczęli robić
kariery.
ilustracja ze strony www.hipisi.pl
Dziki aktywnie działa w Szwecji, Prorok jest
uznanym paryskim rzeźbiarzem katolickim z liczną rodziną, Turek – znanym dziennikarzem,
Pies – szefem krakowskiego IPN, Profesor – Kownacki handluje nieruchomościami,
Kora – śpiewała i robi to nadal, Jan Lityński – w polityce, a Piotr Dmyszewicz
patronuje licznej bieszczadzkiej rodzinie. A nasz Krokodyl? Działa i mieszka w
Podkowie.
Mimo licznych
edytorskich niedoróbek – Kalifornii przez jedno „i”, braku objaśnień do
gwiazdek, przestawionych podpisów pod zdjęcia (świetny wybór prac Tomka
Sikory), braku muzycznych relacji z festiwali typu OFAB, praca Sipowicza jest
godna polecenia. Także ze względu na projekt i realizację graficzną Roberta
Macieja. Kawał naszej młodości.
Kamil Sipowicz –
HIPISI W PRL-U, wyd. BAOBAB, Warszawa 2008; str. 440, cena 80 zł
ADAM ST. TRĄBIŃSKI „Głos Pruszkowa”