Andrzej Wilowski
W
1995 roku na łamach miesięcznika komputerowego „Chip” ukazał się artykuł
zapowiadający rewolucje w technologii i formie druku. Chodziło o druk
„elektroniczny”. Istotą wynalazku miało być połączenie tradycyjnej formy
„kartkowej” publikacji z informatyczną technologią. Czytelnicy mieli dostać do
rąk, coś, co wyglądem przypominało tradycyjną książkę, czy gazetę, zestaw
zszytych arkuszy w oprawie. Papier miał być zastąpiony specjalnym materiałem,
który wyświetlałby faksymile, elektronicznie zapisywane. Ta nowa elektroniczna
książka byłaby zestawem „ciekłokrystalicznych wyświetlaczy” o nowych
właściwościach, cienkich jak papier i o kontrastowości pozwalającej na
imitowanie druku. Na tych nowych kartkach obraz miał być trwały, co nie znaczy,
że nie zmienny, po przeczytaniu jednej publikacji, można by „załadować”
kolejną.
Przypuszczam,
że najszybciej przyjąłby się ten wynalazek w odniesieniu do prasy codziennej.
Przed pójściem spać, taką „elektroniczną gazetę” podłączałoby się do Internetu
i rano czekałaby na nas poranna prasa gotowa do przeczytania, którą moglibyśmy
zabrać do pracy i kontynuować lekturę w podróży do niej. Rozwiązanie takie
byłoby pożądane z punktu widzenia ochrony środowiska, gdyż najbardziej
„papierożerna” jest prasa codzienna. Z książkami trochę gorzej. Jak obliczyć
optymalną ilość kart w takim wydawnictwie, czyli jak powinna być gruba taka
książka, w przypadku gazety łatwo to „sformatować?. Ile takich książek powinien
posiadać przeciętny czytelnik, wszak rzadko „czyta się od deski do deski” i sięga
po kolejną lekturę, zwłaszcza problem ten dotyczy uczniów i studentów, nie są w
stanie przewidzieć, kiedy wystąpi potrzeba po sięgnięcie na półkę po
podręcznik. Może zestaw kilku podręczników do „załadowania”, wszak ta
literatura szybko się dezaktualizuje i podręczniki stają się makulaturą.
Krytycy wynalazku, a i obrońcy tradycyjnego druku, poddawali w wątpliwość
opłacalność takich form publikacji. Jednak kwestie kopiowania, oraz pobierania
za to opłat można by prawnie uregulować.
Bez
wątpienia najtrudniej byłoby zmienić przyzwyczajenia i przywiązanie do książki,
jako przedmiotu. Nowe technologie dystrybucji nagrań, mam tu na myśli format
MP3, rozpowszechniany przez Internet, nie spowodowały zaniku tradycyjnego
„srebrnego krążka”, choć jeszcze ćwierć wieku temu był on czarny i znacznie
większy, a melomani do tego wynalazku odnosili się sceptycznie i uważali, że
się nie przyjmie. W końcu ulegli i zaczęli kolekcjonować „kompakty” z
rozrzewnieniem spoglądając na zakurzone winyle. Jednak nigdy nie przekonają się
do „wirtualnych nagrań”, bo niby jak je kolekcjonować? Nagrania w Internecie są
tańsze, bo odpadają koszty multiplikacji i dystrybucji, wydawcy takich
wirtualnych albumów, oferują nawet okładki do wydrukowania. Audiofil może sobie
„wypalić” jeden egzemplarz płytki na domowym sprzęcie i wydrukować okładkę, a
więc pozostaje przedmiot pożądania, który można ustawić na półce.
A jak się zachowają bibliofile wobec nowych technologii? Możemy założyć, że rozpowszechniane książki w formie elektronicznej będzie można wydrukować na domowej drukarce laserowej, nawet technika oprawiania druków nie jest tak skomplikowana i nie przystępna, więc regały na książki też będzie można zapełniać. No tak, ale, czy to będą „białe kruki”? Od zapowiedzi wprowadzenia na rynek nowego „inteligentnego papieru” minęło kilkanaście lat, a poligrafia ciągle się rozwija. Czy nowa technologia okazała się ślepym zaułkiem, nie znajdując uznania potencjalnych użytkowników, czytelników? A może koszt wytwarzania okazał się zbyt duży, aby wynalazek się rozpowszechnił? Z punktu widzenia przemysłu taka książka, której nie da się zaczytać ma zasadniczą wadę, można ją sprzedać tylko raz na wiele lat. Nawet, jeśli zyska jakąś tanią technologicznie formę, to rozpowszechni się w znikomym zakresie i być może, że takie rozwiązanie zainteresuje wydawców prasy codziennej, ale nic nie wskazuje na to, żeby klasyczna w swej formie książka zniknęła całkowicie.
Wraz z pojawieniem się komputerów
osobistych w latach osiemdziesiątych niezwykłą karierę rozpoczęły systemy DTP -
desk top publishing) czyli „wydawnictwo na biurku”, systemy do komputerowego
składu publikacji. Konkurowały ze sobą „Didot”, „Calamus”, „Ventura” i „Page
Maker”, ten ostatni zyskał szczególną popularność w dużym stopniu dzięki
możliwościom graficznym, jakie dawał komputer Apple, dla którego był
przeznaczony. Na początku lat dziewięćdziesiątych firma Aldus wypuszcza wersje
4.0 Page Makera przeznaczoną dla popularniejszych wówczas pecetów. Ostatecznie
znika z drukarni zawód zecera, składem publikacji w komputerach zajmują się
teraz zewnętrzne firmy, często jednoosobowe. Współpraca z drukarniami nastręcza
jednak wiele problemów, szczególnie jeden jest nierozwiązany; jak sprawdzić
ostateczne rezultaty pracy, czyli jak będzie wyglądała praca w druku?
Drukarnie do naświetlania klisz, i form
drukarskich używały urządzeń Postscriptowych, jeśli chcielibyśmy wykonać próbny
wydruk z komputera, musielibyśmy mieć drukarkę Postscriptową. Postscript to
język komend dla drukarek laserowych, oraz naświetlarek, urządzeń
naświetlających klisze będące diapozytywami dla form drukarskich. Urządzenia
tego typu obsługiwane były przez specjalne karty wykonujące odpowiednie komendy
i wyposażone w zestawy czcionek. Rozwiązanie takie było konieczne ze względów
technologicznych, opisane w języku grafiki wektorowej rysunki czcionek, oraz
inne elementy publikacji zapewniały precyzje i wierność przeniesienia składu,
oczywiście pod warunkiem, że te same elementy, jakie wygenerował komputer, może
powtórzyć urządzenie końcowe. Programowo można to rozwiązać prosto, wystarczy
zainstalować w komputerze sterownik takiego urządzenia, a następnie zastosować
procedurę „druku do pliku”. Mamy w ten sposób gotowy zestaw instrukcji dla naświetlarki,
ale nie wiemy, jak ona je wykona. Pewną pomocą były programowe „emulatory
Postscriptu”. Przełom nastąpił, kiedy firma Adobe Systems przejęła Page Makera,
stając się tym samym liderem na rynku oprogramowania graficznego dla komputerów
osobistych. Adobe rozwijał równolegle systemy graficzne dla komputerów Apple i
Pecetów, powstał, więc problem wymiany elementów publikacji, jak i gotowych
składów między różnymi platformami sprzętowymi, zwłaszcza, kiedy chodziło o
szybki rezultat.
Zainspirowało to programistów do stworzenia „elektronicznej faksymilii” publikacji, łatwej do wyświetlania, przeglądania, przenoszenia i drukowania. Powstał nowy typ dokumentu PDF, czyli „Portable Dokument File Format”. PDF zrobił zawrotną karierę, technologia DTP poczyniła też spore postępy i wkrótce zapomniano o pierwotnym przeznaczeniu tego formatu, chociaż wiele firm zajmujących się reprografią i poligrafią chętnie przyjmuje prace do druku w tym formacie. Do przeglądania i zarządzania publikacjami w formacie PDF służy przeglądarka „Acrobat Reader” udostępniana przez firmę Adobe bezpłatnie. Z czasem firma zaoferowała nowe narzędzie do przygotowywania publikacji w tym formacie niezależnie od posiadanych systemów DTP o nazwie „Acrobat Writter”, teraz każdy dokument można było rozpowszechniać w tym formacie. Kolejne narzędzie to pakiet „Magelan”, zawierający oprócz narzędzia do tworzenia PDF dodatkowe do przygotowywania faksymilii dla potrzeb Internetu.
Teraz możliwe jest połączenie
faksymilii tradycyjnej publikacji z multimediami i elementami publikacji
internetowych, jednak największym powodzeniem cieszy się PDF, jako
elektroniczny odpowiednik książki czy czasopisma drukowanych. Ponieważ pliki
PDF mogą być kodowane, a jednocześnie dostępne na różnych platformach
sprzętowych z telefonami komórkowymi włącznie, od roku 2000 stają się
popularnym nośnikiem danych w przypadku prasy specjalistycznej, oraz publikacji
naukowych. To nie pomyłka „nośnikiem informacji”, takim samym jak drukowana
książka, zachowuje wszystkie jej cechy pod względem wizualnym i struktury, w
każdej chwili można ją wydrukować. PDF stanie się zwykłą książką. Faktu tego
nie chcą zrozumieć prawnicy, dla których coś, co nie jest przedmiotem, nie jest
książką. Twórcy „papieru elektronicznego” w karierze, jaką robi PDF widzą
przyszłość dla swojego wynalazku.
Firma Adobe zastąpiła „Acrobat Writtera” zestawem narzędzi
„Digital Editions”. Format *.PDF stał się już standardem elektronicznych
faksymili w druku, w tym również cyfrowego. O nowej technologii druku cyfrowego
w poligrafii jeszcze słów kilka będzie, w tym miejscu zajmę się perspektywami
„elektronicznej działalności wydawniczej”. Nowe narzędzie daje nie tylko
możliwość wierniejszego oddania wszelkich cech publikacji drukowanej w medium
elektronicznym, ale do klasycznej publikacji dodaje elementy nowe. Zasadniczą
nowością jest interakcyjność i kontekstowość struktury takiej publikacji. Teraz
nie trzeba „wertować” książki na ekranie, bezpośrednio z poziomu spisu treści
przenieść się do odpowiedniego miejsca w tekście. Lekceważona jest często cecha
takiej publikacji polegająca na tym, że czytelnik może dostosowywać tryb
wyświetlania, widzieć jednocześnie na ekranie wiele stron, mieć „pod ręką”
strukturę całego dokumentu, robić zbliżenia detali, zwłaszcza ilustracji.
Narzędzia do zarządzania dokumentem pozwalają na łatwe poruszanie się po
tekście dzięki zakładkom, odsyłaczom i możliwości zestawiania fragmentów z tym
samym terminem, czy frazą.
Można powiedzieć, że w pewnym sensie dokument staje się inteligentny,
to znaczy dostosowuje się do intuicji czytelnika. Rewolucyjnym podejściem jest
potraktowanie ilustracji, które w publikacji elektronicznej nie muszą być
zwykłymi rysunkami, czy fotografiami, ograniczeniem jest inwencja autora. Od
kilku lat równolegle karierę w dziedzinie publikacji elektronicznych robi język
HTML, podstawowy w tworzeniu stron internetowych, właśnie dzięki
interakcyjności i multimedialności, tekst wzbogacają dźwięki, animacje, rysunki
strukturalne, video, prezentacje. W publikacjach w formacie PDF teoretycznie
można też umieszczać takie elementy, jednak pewnym ograniczeniem jest narzędzie
do przeglądania tych publikacji, czyli „Acrobat Reader”. Każde multimedialne
rozszerzenie wymagałoby ciągłej aktualizacji programu, dodatkowo w ramach
jednego formatu publikacje różniłyby się zasadniczo swoimi cechami, wszak
„multimediów drukarnia nie wydrukuje”, a często by tylko to przeszkadzało.
Rozwiązanie jest proste, to znaczy w tekście umieszcza się odsyłacze do
elementów nie będących zasadniczą publikacją, ale tylko jej rozszerzeniem, czy
dodatkową ilustracją, często wymagającą osobnego narzędzia do odtworzenia, czy
wyświetlenia. „Acrobat Readerowi” często towarzyszy „Flash Player”, czyli
narzędzie do odtwarzania multimedialnych prezentacji przygotowanych w tym
języku, czyli „FLASH”. W chwili, kiedy pisze ten tekst dostępna jest wersja
9.0.0 Programu Acrobat, Reader, dla czytelników, a druga edycja „Digital
Editions” dla autorów (wersja
„beta” do pobrania ze strony: http://labs.adobe.com/technologies/digitaleditions/library/).
O możliwościach nowego oprogramowania można się przekonać
zaglądając na stronę www.verypdf.com,
oraz firm tworzących oprogramowanie DTP. Istotne jest to, że teraz tworzenie
publikacji elektronicznych, czy internetowych odbywa się intuicyjnie, nie
wymaga aż tak wielkiej wiedzy z zakresu programowania, czy znajomości języków w
rodzaju HTML. Oczywiście nowe narzędzia są wysoce wyspecjalizowane, począwszy
od prostych „konwerterów” zamieniających na przykład dokumenty Worda na PDF-y,
aż po rozbudowane SDK (Software Developers Kit) zestawy narzędzi dla
programistów i aplikacje przypominające systemy DTP (Desk Top Publishing)
pozwalające na przygotowanie publikacji w środowisku graficznym. Współczesne
„e-booki” dostarczają czytelnikom nowych atrakcji, a twórcom dają nowe
możliwości, a jednocześnie ustala się nowy standard, zamiast wielu formatów i
narzędzi do ich reprodukowania i odtwarzania, jeden, za to o bogatych
możliwościach. Pomysłów na publikacje elektroniczne, czy jak wolą niektórzy
cyfrowe było i jest wiele, ale format PDF łączy wizualne walory tradycyjnych
publikacji papierowych, w tym sensie odpowiada przyzwyczajeniom czytelnika,
przywiązaniu do książki, z nowymi technologiami.
Wynalazek Gutenberga był rewolucją w
rozpowszechnianiu książki. Dawne manuskrypty zastąpił druk. Wędrowni drukarze
dysponowali kilkoma składami i potrafili w miarek szybko wykonać na zamówienie
indywidualne potrzebną księgę. Przez stulecia rozwijano tą technikę
wprowadzając z jednej strony nowe rozwiązania zwłaszcza w kroju czcionek,
sposobu ich wytwarzania. Największą karierę zrobił stop ołowiany, dzięki
któremu łatwo można było przetapiać nie potrzebne czcionki i wytwarzać nowe w
ilościach i krojach potrzebnych do składu. Szybko wprowadzono mechaniczne
prasy. Ciągle jednak zdobiono książki ręcznie. Masowy druk pojawił się w XVIII
wieku w czasach słynnych francuskich encyklopedystów.
Jednak ten rozwój poligrafii miał raczej
charakter ideowy, niż technologiczny. W następnym stuleciu liczba księgarń
wzrosła wielokrotnie, a to za sprawą rosnącej świadomości narodowej,
zapotrzebowanie na literaturę narodową i potrzeby edukacyjne, spowodowały
powstanie prawdziwego przemysłu, wzrastało czytelnictwo prasy. Zapotrzebowaniom
tym miały sprostać przemysłowe drukarnie. Powrócono do idei dużych form
drukowych w miejsce składu z pojedynczych czcionek. Eksperymentowano z
wklęsłodrukiem i szukano rozwiązań dla ilustracji, które ciągle były rycinami,
jeszcze nikt nie marzył o fotografii i jej reprodukcji. Nowoczesne technologie
druku rozpoczął wynalazek dość przypadkowy. Za oceanem pewien maszynista
popełnił błąd, zapomniał położyć papier i skład odbił się na wałku
dociskającym, kiedy uzupełnił papier, odkrył, że na odwrocie został odbity
tekst, rzecz jasna lustrzanie.
Wyciągnął jednak z tego błędu praktyczny
wniosek, mianowicie, że forma drukarska nie koniecznie musi być reliefowa,
czyli wypukła, lub wklęsła, ale może być po prostu płaska. Nową technikę
nazwano offsetem. Był to początek XX wieku, wtedy fotografia za sprawą rozwoju
chemii przemysłowej zyskiwała coraz większą popularność. Nowa technologia
polegała na tym, że na pokrytych światłoczułym materiałem blachach naświetlano
utrwalone na diapozytywach wzory całych stron i arkuszy.Po usunięciu emulsji
naświetlonej, blachę wytrawiano, w ten sposób miejsca przyjmujące farbę są po
prostu porowate, a reszta powierzchni pozostaje idealnie gładka. Tak
spreparowaną formę naciąga się na wałek. Sam druk odbywa się w ten sposób, że
podajnik nakłada farbę na wałek smarujący matryce, formę drukarską, która jest
dodatkowo nawilżana, po to, aby gładkie powierzchnie lepiej „odpychały” tłustą
farbę. Następnie druk z formy przenoszony jest na wałek transferowy, początkowo
wykonany z gumy, teraz stosuje się różne specjalne materiały o dobrych
właściwościach przyjmowania farby offsetowej, a jednocześnie nie podatnych na
zabrudzenia. Wałek transferowy odbija druk na papierze.
Do dziś zasada działania maszyn
offsetowych jest taka sama. Początkowo był to druk jednobarwny, ale z czasem
wprowadzono rozwiązania umożliwiające druk barwny. Był o tyle kłopotliwy, że
każda z czterech nakładanych barw; cyjan, magenta, żółta i czarna, wymagały
suszenia odbitek i stosowania takich rozwiązań, aby poszczególne warstwy
nakładać precyzyjnie. Rozwój automatyki i mechaniki pozwolił na zbudowanie
maszyn jednoprzebiegowych, czyli niejako połączenie czterech maszyn. Pozornie
to ciągle ta sama technika druku, ale odmienna technologia. Inną cechą offsetu,
wartą podkreślenia jest niespotykana do tej pory precyzja druku, zwłaszcza pod
względem odwzorowania fotograficznego szczegółu i wierności koloru w reprodukcjach.
Mimo tych niekwestionowanych zalet, do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku
druk wypukły nie zanikał. Chociaż pewną rewolucją technologiczną w tej
dziedzinie było zastąpienie w typografii ołowianego stopu tworzywami
sztucznymi. Zwłaszcza w druku gazet cennym rozwiązaniem było wprowadzenie
elastycznych form drukarskich typograficznych. Oczywiście w historii poligrafii
zwracam uwagę na przełomowe momenty, w dodatku, które nie koniecznie tak są
postrzegane przez samych poligrafów.
Zauważmy, że rozwój poligraficznych
technologii upowszechnił druk wielkonakładowy. Nie da się w żaden sposób
porównać wędrownego drukarza z właścicielem małoformatowej maszyny offsetowej,
którą można postawić w garażu. Temu pierwszemu opłacało się drukować pojedyncze
egzemplarze, a dzisiejsze pojęcie małej, poligrafii oznacza opłacalność druków
w nakładach, co najmniej kilkaset egzemplarzy. Obaj jednak mieli ten sam
problem, wysoki koszt przygotowania form drukarskich, nadal pierwsza odbitka
jest najdroższa, im nakład większy, tym cena egzemplarza niższa. Precyzyjne
oszacowanie potrzebnego nakładu nadal decyduje o sukcesie wydawcy, lub jego
bankructwie, bowiem może pozostać z dużą ilością niesprzedanych książek i
niezapłaconym rachunkiem drukarza Pewnym rozwiązaniem dla niskonakładowych
druków były kopiarki; począwszy od kopiarek na tak zwane „woskówki”, poprzez
„Risocopy” na matryce białkowe, aż po kserokopiarki nawet kolorowe. Te dwie
pierwsze techniki oparte są o zasadę sitodruku, stosowanego w innej formie
nadal w przemyśle, zwłaszcza w nadrukach, etykietach i opakowaniach.
Kserokopiarki zawdzięczają swoją nazwę firmie Rank Xerox, która kilkakrotnie
zrewolucjonizowała nie tylko technologie powielaczowe, ale i samą poligrafie.
Techniki powielaczowe jednak nie zapewniają wysokiej, jakości druku,
porównywalnej z offsetem.
W latach dziewięćdziesiątych XX wieku,
czyli prawie sto lat, po wynalezieniu offsetu, firma Agfa skonstruowała maszynę
o nazwie „Chromapress”. Połączono w niej osiągnięcia technologii cyfrowej w
składzie publikacji, z jakością druku kolorowego offsetowego. W nowej
technologii druku cyfrowego odpadają koszty przygotowania matryc. Zbędne są
naświetlarki, chemia do obróbki blach offsetowych, a sama maszyna drukująca nie
wymaga całego zaplecza i czyszczenia po każdej wymianie form drukarskich.
Wystarczy firmie usługowej dostarczyć skład w postaci na przykład pliku PDF,
aby wydrukować folder, katalog, album, książkę z barwną ilustracją, koszt
każdej kopii będzie stały, bowiem wynika on z czasu pracy maszyny, ilości
zużytego pigmentu (odpowiednika farby offsetowej) i rzecz jasna papieru. Z tej
technologii chętnie korzystają artyści, do druku katalogów wystaw, agencje
reklamowe do produkcji specjalistycznych wydawnictw dla swoich klientów,
właśnie w tej formie miałem prospekt maszyny „Chromapress”.
Obecnie maszyny do druku cyfrowego oferuje
więcej firm, na przykład Xerox, 3M. Jak niegdyś offset, nie doceniają jej
wydawcy. Niektórzy wydawcy drogich albumów oferują w tej formie próbne i
sondażowe serie swoich wydawnictw, aby lepiej ocenić zainteresowanie właściwym
drukiem, wykonanym na dużych maszynach offsetowych. Pojawiają się też wydawcy,
którzy oferują wysoko specjalistyczne wydawnictwa adresowane dla wąskiej grupy
odbiorców, gdzie dobra, jakość reprodukcji ma zasadnicze znaczenie, jak i
rzadkich wydawnictw artystycznych. Twórcy specjalistycznego oprogramowania
oferują na zamówienie dodatkowe podręczniki i materiały drukowane właśnie w tej
formie, druku cyfrowego. Wszystkie te wydawnictwa są drogie, ale nie tak
drogie, jak byłyby drukowane w oparciu o tradycyjną poligrafie. Druk cyfrowy
będzie, więc robił karierę, ale pozostanie to druk luksusowy.
Czytająca „stokrotka”
Co może mieć wspólnego książka ze stokrotką? Przez wiele lat
szukano rozwiązania dla książek „czytanych” dla niewidomych. Początkowo były to
winylowe płyty. Zaletą ich była łatwość w wyborze odpowiedniego fragmentu
książki, wadą nietrwałość nośnika i spora ilość krążków. Wydawanie takich
książek też nie było tanie. Zastąpiły płyty gramofonowe taśmy magnetofonowe na
szpulach. Nośnik był trwalszy, ale przewijanie taśmy w poszukiwaniu określonego
miejsca w tekście kłopotliwe. Niektórzy czytelnicy pozostawiali w zwojach taśmy
małe papierowe zakładki, ale to rozwiązanie było kłopotliwe. Taśmy szpulowe
miały tendencje do zrywania, wkręcania się w mechanizmy prowadzące taśmę mało
doskonałych magnetofonów domowych. Kiedy zastąpiły je kasety kompaktowe,
zapanowała euforia i przez wiele lat sądzono, że ludzkość nie wymyśli lepszego
nośnika dla zapisu audio. Jednak ciężkie pudła z kasetami nadal sprawiały
kłopoty. Przez krótki czas były w użyciu tak zwane „cartridge” kasety audio o
dużej pojemności, które pojawiły się za oceanem w odtwarzaczach samochodowych.
Dopiero technologia cyfrowa wprowadziła nową, jakość w dziedzinie „książki
mówionej”.
Dzięki rozpowszechnieniu formatu MP3 w nagraniach audio, można
było „upakować” całą książkę czytaną” na jednym dysku CD. Od tej pory ta forma
książki rozpowszechniła się na „otwartym rynku”. Zupełnie nie zauważono, że w
technologii „książki mówionej” pojawiła się technologia DAISY. Słowo „DAISY” w
języku angielskim znaczy „stokrotka”, a jednocześnie jest to skrót od nazwy
technologii nazwanej Digital Accessibile Information System. Ten system opracowała
grupa szweckich informatyków, pracujących nad cyfrowymi audio-bookami dla
niewidomych, a rozpowszechniła go angielska firma Dolphlin Oceanic Inc.Książka
taka może być odtwarzana w dedykowanych do tego celu odtwarzaczach, lub
komputerach, wyposażonych w odpowiednie oprogramowanie. Aby wyjaśnić, na czym
polega nowa, jakość w publikacjach DAISY należy opisać sposób korzystania z
nich. Celem projektu było stworzenie takiej książki „mówionej”, z której dałoby
się korzystać tak, jak z tradycyjnej drukowanej. Lekturę możemy rozpocząć od
spisu treści i natychmiast wybrać interesujący nas rozdział. Kiedy odłożymy
lekturę, możemy wznowić ją w miejscu, w jakim zakończyliśmy. Kolejne
udogodnienie to możliwość swobodnego przemieszczania się po tekście, poprzez
tworzone zakładki. Na tych zakładkach mogą być zapisane własne komentarze.
Śledzenie tekstu jest możliwe dzięki wyświetlaniu go na monitorze i to na kilka
sposobów, przy czym program podświetla aktualnie odczytywany tekst przez głos
lektora.
Możliwości nawigowania po strukturze takiej książki jest więcej,
bowiem wyszukiwanie miejsca odbywa się na kilka sposobów, podobnie jak w każdym
edytorze tekstowym, czyli przenosimy się do konkretnego akapitu, wiersza,
frazy, słowa, lub strony. Na tym nie koniec udogodnień, bo można „płynnie
przewijać tekst” wraz z jednoczesnym odsłuchiwaniem go jak w dawnych
magnetofonach taśmowych z taką funkcją. Do pewnego stopnia możemy też decydować
o sposobie czytania, na przykład zwiększając, lub spowalniając tempo czytania.
Publikacje DAISY występują w kilku wersjach, zależnie od potrzeb czytelnika i
sposobu ich przygotowania. Na pełen „format” składają się ścieżki audio
zapisane cyfrowo z nagranym głosem lektora, oraz z dokumentu w formacie XML,
który zawiera odpowiednie znaczniki i ma stosowną strukturę. Istotne jest to,
żeby nagranie było dobrze zsynchronizowane z tekstem. Procedury związane z
przygotowaniem takiej publikacji są niesłychanie żmudne, mimo wyrafinowanego
oprogramowania do ich tworzenia ”Easy DAISY Publisher” firmy, Dolphlin. Pełen
tekst i lektor dostępne ze wszystkimi opisanymi powyżej udogodnieniami dostępny
jest jedynie w komputerze. Wyspecjalizowane odtwarzacze dla niewidomych DAISY
z. Oczywistych względów nie udostępniają tekstu. Natomiast osoby słabo widzące
cenią sobie możliwość śledzenia czytanego tekstu, zwłaszcza, że może on też być
powiększany. Przygotowuje się, więc też książki DAISY tylko do słuchania, lub
do słuchania i czytania.
Publikacja DAISY może też występować w wersji „okrojonej” do
samego tekstu, bo i taka potrzeba istnieje. Jest wygodna do posługiwania się, w
jako „e-bookiem” z walorami książki tradycyjnej. Urządzenie firmy japońskiej
„Plaxtor” pozwala nie tylko na „odsłuchiwanie” książek DAISY, ale również na
tworzenie własnych nagrań w tym formacie, rzecz jasna z pewnymi ograniczeniami.
Nie mniej możliwość „opisania” takiego zapisu ma oczywistą przewagę nad
klasycznym dyktafonem, który nie daje możliwości tworzenia struktury nagrania
wielopoziomowej. Technologia DAISY ciągle rozwija się i daje nowe możliwości.
Ogromnym ułatwieniem i znacznym obniżeniem kosztów „wydawniczych” jest
stosowanie mowy syntetycznej do nagrań. Ułatwia to synchronizacje mowy z
tekstem i nie trzeba płacić honorarium lektorowi. Sądzę jednak, że w masowym
wydaniu czytelnicy-słuchacze nadal będą preferowali głos „żywego lektora”.
Nowej generacji odtwarzacze DAISY oferują nie tylko odtwarzanie tego formatu,
ale i plików MP3, oraz odczyt mową syntetyczną plików tekstowych, dokumentów
HTML. Niewielki odtwarzacz „Victor Stream” firmy Human Ware jest takim
urządzeniem, a na rynku polskim dostępny jest „Elektor”, wyposażony w polski
syntetyzator mowy. Mino wszystko tych urządzeń nie jest wiele.
Do popularyzacji tej formy książki elektronicznej może
przyczynić się jedynie wyposażenie większej liczby urządzeń w funkcje odczytu
publikacji DAISY. Zapowiadane jest pojawienie się programowych odtwarzaczy dla
telefonów komórkowych i palmtopów. Niemniej dla użytkowników komputerów jest
dostępny darmowy polski odtwarzacz „Stokrotek”. Gdańska firma IVO oferuje nie
drogi program pod nazwą „Expressivo”, który jest komputerowym lektorem. Program
ten pozwala na odczyt wiadomości pocztowych, stron internetowych i dokumentów
głosem programowego syntetyzatora mowy. Unikalną jego cechą i możliwością jest
opcja „czytania do pliku”, czyli program niemal w locie w ciągu kilkudziesięciu
sekund potrafi obszerny dokument zamienić na nagranie audio w formacie MP3.
Dzięki temu możemy wysłuchać go w dowolnym odtwarzaczu osobistym tego formatu.
Dostępnych jest kilka głosów i języków, oprócz polskiego, angielski i rumuński,
a twórcy programu zapowiadają następne. Więcej informacji można znaleźć na
witrynie programu www.expressivo.com/pl/
, warto tam zajrzeć, chociażby po to, aby przekonać się jak wielu
zwolenników ma to rozwiązanie i sprawdzić możliwości komputerowego lektora.
Cyfrowe książki kieszonkowe
W tym miejscu czytelnik prawdopodobnie
postawi pytanie, jak ta idea ma się do znanej od kilkudziesięciu lat idei „poczet
book”? Większość wydawców popularne tytuły proponuje w swych katalogach w dwu
wersjach; „pocketbook”, czyli książki kieszonkowej i „hard cover” w twardej i
eleganckiej oprawie, w większym formacie. Chodzi tu nie tylko o elegancje i
jakość druku, ale przede wszystkim o cenę. Idee taniej książki rozpowszechniło
wydawnictwo „Penguin Books”. Poręczne małe i tanie książeczki zaczytywano w
podróży i towarzyszyły w wielu miejscach nie typowych dla lektury. Dodać
wypada, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia polskie wydawnictwa
emigracyjne wydawały swoje publikacje również w wersji kieszonkowej, a wręcz
miniaturowej, dzięki czemu łatwo było je ukryć i „przemycić” do kraju. Takie
miniaturowe wydania emigracyjne były już znane w XIX wieku. „Pocket book”
przyszłości będzie charakteryzował się cechami podobnymi do wydawnictw
„Penguina”, to znaczy dostępnością w podróży i poza domem w osobistych
urządzeniach elektronicznych, oraz niską ceną kopi.
Takimi urządzeniami są telefony komórkowe,
palmtopy, czyli „rysikowe”, oraz osobiste odtwarzacze multimediów takie jak
„Ipod” firmy Apple, czy „Zen” firmy Creative, oraz ich połączenia w rodzaju
„Iphone”, czy niektórych modeli „Komunikatora” firmy Nokia. Cała ta
elektroniczna biżuteria ma cchoć małych rozmiarów, to doskonałe wyświetlacze i
znakomite multimedia, w rodzaju aparatów fotograficznych, odtwarzaczy muzyki i
cyfrowego video. Pewnym problemem jest rozmaitość systemów operacyjnych dla
tych kieszonkowych komputerków i ograniczenia spowodowane rozmiarami ekranów,
przeważnie ich przekątna nie przekracza 2, 5 cala. Jest dla tych urządzeń
dostępny „Acrobat Leader” odczytujący pliki PDF, ale ich bogactwo graficzne i
„faksymilowy charakter” na małym ekranie szybko męczy w lekturze. Zaproponowano
specjalny „odtwarzacz” program o nazwie „Mobi-reader”.
Daje on większe możliwości wyboru
użytkownikowi pod względem trybu wyświetlania tekstu na ekranie i zarządzania
czytaną publikacją. Tekst może być wyświetlany nie tylko stronami, ale w
strumieniu, czyli przewijać się przez ekran stosownie do tempa lektury. Można
dobrać kolory tła, czcionki, kontrast i inne cechy wyglądu tekstu. Dla
miłośników „cyfrowej książki kieszonkowej” największa księgarnia internetowa
„Amazon” uruchomiła specjalny serwis. Pobranie takiej książki z serwisu
internetowego kosztuje wielokrotnie mniej niż zamówienie wydrukowanej kopi, a
dla zachęty wiele lektur szkolnych i klasyki dostępna jest bezpłatnie,
wystarczy się zarejestrować. Jest kwestią nie dalekiej przyszłości, kiedy
oprogramowanie lektorskie, jaw rodzaju opisywanego powyżej „Expressivo” pojawi
się w kieszonkowych urządzeniach osobistych, wszak czytanie z małego ekraniku
nie jest komfortowe i szybkie, a wręcz nie możliwe na przykład w czasie jazdy
samochodem. Przypuszczam, że na platformie tych urządzeń rozegra się właściwa
batalia „literatura, contra oratora”, a o jej wyniku zdecydują czytelnicy,
słuchacze.
Książka „wirtualna”, treść realna
Bil Gates, twórca „Microsoft”
w swojej książce już ćwierć wieku temu zapowiadał, że wiek XXI będzie erą
Internetu. Proroctwo to spełniło się, przynosząc nie tylko nowe możliwości w
biznesie, ale i problemy dotąd zupełnie ludzkości nieznane. Z jednej strony
globalna sieć jest narzędziem wprowadzającym prawdziwą demokracje w dziedzinie
dostępu do informacji, ale i też jej wytwarzania. Praktycznie Internet zniósł
wszelkie bariery w propagowaniu dowolnych treści. Coraz częściej słyszy się
głosy krytyczne wobec „anarchicznej idei sieci globalnej”, bowiem wartościowe
informacje, a co najważniejsze zweryfikowane, toną w masie „internetowych
śmieci”. Trudno odróżnić informacje wiarygodne od wytwarzanych spontanicznie
przez internautów bez jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich prawdziwość, czy
racjonalność. Faktem jest, że ludzkość obecnie wytwarza więcej informacji niż
jest w stanie jej wchłonąć. Struktura sieci i sama jej idea nie dopuszcza
istnienia jakiegoś centrum weryfikującego publikowane w sieci treści. Nikt nie
ogranicza dostępu do samej informacji i nie blokuje możliwości swobodnego
ogłaszania własnych poglądów, treści artystycznych, czy paranaukowych.
Krótko mówiąc w sieci nie ma
autorytetów. Oczywiście każdy „internauta” ma własne sposoby weryfikacji i
wyszukiwania potrzebnych informacji. Pewną wskazówką mogą być typy domen, po
adresie internetowym często można się zorientować, jaka instytucja kryje się za
daną witryną. Często jednak nie jest to wystarczające. W przypadku literatury
często kierujemy się renomą wydawcy, ale co zrobić, kiedy wydawca jest
anonimowy. Wyobraźmy sobie taką sytuacje, kiedy w Internecie trafiamy na prozę
znanego i cenionego przez nas autora, ale opublikował ją sam, bez udziału
jakiegoś znanego wydawnictwa. Możemy mieć oczywiście zaufanie do danego
prozaika, ale nie mamy pewności, czy jego dzieło zostało rzetelnie przejrzane,
opracowane krytycznie, a nawet czy została dokonana adjustacja przez
doświadczonego redaktora. Tradycyjnie publikacji nowego dzieła towarzyszy
żmudny proces wydawniczy, a te procedury nie są wymierzone przeciw autorowi.
Pomijam rzecz tak oczywistą, jak typografia, czy oprawa graficzna, które
powodują, że samą formą książka przyciąga, lub zniechęca nas do sięgnięcia po
nią. Jak już dowiodły rozważania w poprzednich częściach, przyzwyczajenia w tym
zakresie mogą się zmienić.
Wróćmy na chwile do tezy o
demokratyzacji w dziedzinie obiegu informacji, jaką wprowadzają nowe
technologie (przypomnę, że dotyczy to nie tylko Internetu). Jest nie wątpliwie
pozytywny aspekt, a raczej aspekty tego stanu rzeczy; nowe technologie
pozwalają publikować dzieła artystyczne i naukowe w nielimitowanych nakładach,
to znaczy nie istnieje ograniczenie opłacalności nakładu w przypadku
tradycyjnych publikacji. Dzięki temu można publikować wartościowe książki, co,
do których wiemy, że nie przyniosą sukcesu handlowego. Węgrzy rozważają projekt
w ramach, którego „ambitni pisarze” będą mogli tworzyć nie oglądając się na
potrzeby rynkowe i plany wydawców. Autorzy mieliby otrzymywać za swoją prace
wynagrodzenie w formie stypendiów, a swoje dzieła publikowaliby w Internecie. Pomysł
powstał z tego powodu, że wydawcy stracili zainteresowanie prozą współczesną i
naukową w dziedzinie humanistyki z powodu całkowicie nie opłacalności tego
procederu. Zaletą takiego rozwiązania jest również i to, że czytelnicy mieliby
dostęp do szerokiej oferty za praktycznie znikome opłaty, a często wręcz za
darmo. Krytycy podnoszą kwestie udziału wydawcy w procesie powstawania
publikacji, być może trzeba będzie trzeba pomyśleć o dodatkowych funduszach dla
recenzentów i redaktorów. Prawdopodobnie ta koncepcja ma ogromną przyszłość w
dziedzinie publikacji dotowanych z środków publicznych. Ogromną role
kulturotwórczą odegrała największa wirtualna encyklopedia „Wikipedia”,
redagowana przez samych internautów. Dla większości internautów to pierwsze
źródło informacji. Dobrze, gdy pierwsze, a nie jedyne, traktowane krytycznie.
Twórcy serwisu zaopatrzyli go
w wiele mechanizmów informatycznych usprawniających redagowanie artykułów,
kojarzenia haseł i częściowej weryfikacji treści. Oczywiście to wszystko nie
zastąpi „żywego redaktora”, stąd też projekt wydania papierowego „Wikipedii”.
Wydanie papierowe z konieczności ograniczy się tylko do kilku wersji językowych
i do wybranych haseł, ale ma pokazać, że „Wikipedii” w niczym nie ustępuje
encyklopediom uznanych wydawców. Wydanie to jest też szansą zmobilizowania
autorów haseł do większej staranności odpowiedzialności za publikowane treści.
W twórczości naukowej nadal cenione są tradycyjne publikacje książkowe. Ten
stan rzeczy zmieni się wtedy, kiedy w Internecie pojawią się instytucjonalne
mechanizmy weryfikujące, jakość „książek wirtualnych”. Nie mogą one jednak być
sprzeczne z ideą swobody wymiany informacji w sieci, to znaczy oparte na
dowolności i nie na mechanizmach kontrolnych. Sprawa jest prosta w przypadku bibliotek
internetowych, które prowadzą instytucje naukowe, uniwersytety, instytucje
publiczne działające również w świecie realnym. Możemy się o tym przekonać
pobierając jakąś lekturę z serwisu takiej biblioteki i prowadzonego przez
samych internautów, zauważymy, że różnią się one pod wieloma względami, krótko
mówiąc te drugie są najczęściej nieopracowane, a nawet będą zawierać błędy.
Obecnie większość, a wkrótce zrobią to wszystkie oficjalne biblioteki
internetowe, udostępnia swoje zbiory na miejscu, to znaczy nie mogą książki
opuścić siedziby biblioteki, nie chodzi tu o budynek, tylko nie możliwość
„wynoszenia na, zewnątrz”, czyli kopiowania.
Zasada ta dotyczy też
publikacji „klasyków”, czyli tych, co, do których wygasły prawa autorskie do
tantiem. W przeciwnym razie nie możliwe byłyby nowe wydania, czy opracowania
klasyków, bo wydawcy nie mogliby żądać za tą działalność wynagrodzenia.
Oczywiście myśli się o mechanizmach finansowania takiej działalności, żeby
udostępniać niektóre ważne dla edukacji pozycje bezpłatnie „public domain”.
Biblioteka za cel stawia sobie udostępnianie i upowszechnianie książki, a
wydawca publikacje, która musi mu przynosić zysk, bowiem w przeciwnym razie nie
będzie w stanie przygotowywać nowych publikacji i wynagradzać autora, redaktora,
zespół techniczny, nawet, jeśli jest to publikacja wirtualna. Wydawców do
produkcji „książki wirtualnej” zachęca niski koszt produkcji, bo najwięcej
kosztuje druk i trudno przewidzieć wysokość nakładu, oraz niskie koszty
dystrybucji, co oczywiście martwi księgarzy, ale powstrzymuje przed książką
rozpowszechnianą w sieci możliwość niekontrolowanego powielania, kopiowania.
Autorzy obawiają się łatwości ingerowania w treść publikacji, przerabiania, co
w ostateczności prowadzi do plagiatów. Opłaty można pobierać zabezpieczając
pliki hasłem, nienaruszalność treści i występowanie plagiatów mogą sprawdzać
specjalne systemy informatyczne. Formą zabezpieczenia nienaruszalności
integralności publikacji i kontroli obiegu, uniemożliwieniem bezprawnego
kopiowania będą specjalne cyfrowe certyfikaty, dołączane do elektronicznych
publikacji.
Każda kopia będzie personalizowana, to znaczy, że w przypadku zmiany komputera, lub nośnika, innego urządzenia cyfrowego, oraz uprawnień do dokonywania wydruków, będzie wymagała aktywacji za pośrednictwem Internetu, lub uzyskania specjalnego klucza cyfrowego od wydawcy. Ten sam certyfikat też będzie podstawą do sprawdzenia, czy nowa publikacja nie narusza praw innych osób. Jeśli zacytujemy większą partie z cudzej publikacji w swojej pracy, bez podania źródła, to musimy się liczyć z tym, że program porównujący nową publikacje z już istniejącymi to wykryje. Takich systemów używają już uczelnie do weryfikacji prac magisterskich i doktorskich. Dodatkową zaletą certyfikatów będzie możliwość prowadzenia pełnej rejestracji nowych książek przez biblioteki narodowe i inne instytucje przypisujące dziś tradycyjne indeksy ISSBN i ISSN. Książka przyszłości to książka wirtualna, bowiem jej rozpowszechnianie staje się racjonalne i realne.