Andrzej Wilowski – Jacek
Kasprzycki
(Dialogi o historii, sztuczkach, rocku, jazzie, i nie tylko)
MUSZĘ ODPOWIEDZIEĆ
23 czerwca 2009
Witam!
Właśnie oglądałem film dokumentalny o
mecenasie Stanisławie Hejmowskim. Bronił w procesach po poznańskim czerwcu, ale
zasługi miał nie tylko w tej sprawie. Sporo mi to dało do
"pomyślenia". Szkoda zresztą, bo ja bym zrobił o nim film fabularny.
Rzeczywiście była to niezwykła postać. Z uporem trwał przy zasadach i był
całkowicie odporny na "komunę". Wspomnę tylko o jednym, ponieważ
oskarżonych w procesach było 137, część spraw, co prawda umorzono, ale i tak to
był wielki proces, więc ława oskarżonych była długa, a adwokacka też. On jeden
nie bał się i potrafił kolegów zmobilizować do przyjęcia godnej postawy,
zwyczajnie tym kolegom adwokatom byłoby wstyd, gdyby zachowali się inaczej. W
każdym razie kierował całą obroną i jak wiesz z historii z procesów ludzie
wyszli nie tylko z więzień, ale ocalili godność, nie wyszli na bandytów, jak
chciała UB. Wydawało się, że nastąpi przełom, ale wkrótce koledzy z
"palestry" odwrócili się i woleli drobne interesiki i kariery, mała peerelowska
stabilizacja polegała na donosikach, nawet nie tych politycznych, czasem nawet
do urzędu skarbowego i sypały się szykany i domiary. Ludzie, których wybronił,
później składali donosy, że brał pieniądze w kopertach, poza kasą zespołu. Dziś
Poznaniacy są mu wdzięczni i pewno jakiś pomnik postawią, szybko zapomnieli, że
umarł zrujnowany, osamotniony, opuszczony. Władza go nie złamała, tylko
"mali ludzie". Film zresztą te wątki nagonki omawiał oględnie. Prawda
jest taka, że policja polityczna byłaby bezsilna, gdyby nie TW, którzy
dostarczali "materiałów operacyjnych" i okazji do szykan z inicjatywy
samego środowiska prawniczego. Myślę, że to nie była nawet kwestia odwagi,
wykazywać, że system jest chory wykonując zawód adwokata, przeżył konspiracje w
czasie wojny i nic już gorszego nie mogło się przytrafić, a jednak. Podziwiam
tą determinacje bycia normalnym w nienormalnym kraju. Akty odwagi, czy
bohaterstwa wymagają mobilizacji na czas zadania, a tu trzeba "trwać przy
swoim" latami i to w osamotnieniu.
Anegdota o Macieju, jaką opowiedzieliście
ładna. On rzeczywiście taki był i pewno jak to mówił, to tak właśnie myślał.
Jaka jest tajemnica kariery? Jak zwykle przypadek. Maciej miał temperament
bojowca, a zamiłowanie do ułanów, wzięło się z wychowania. W podziemiu jednak
były bliższe ideały PPS-owskie i AK-owskie, ale w połączeniu z "bogoojczyźnianymi"
w Wolnej Polsce dały efekt groteskowy. Z jednej strony tradycje patriotyczne,
które objawiają się w "kulcie ułana", ale towarzystwo XV Pułku Ułanów
Wielkopolskich ma charakter teatralno-obrzędowy i wiele z tego nie wynika, poza
tym, że ubarwiają patriotyczne rocznice, etos "Solidarności" niestety
również się zmarginalizował i trudno mówić o jakimś programie społecznym, który
sprowadza się do działalności charytatywnej notabli i elit
polityczno-biznesowych. Trochę ta dygresja odbiega od zasadniczego wątku, ale
jeszcze słówko o tym będzie. Jaki to był przypadek? Wypłynął na fali pewnego
układu politycznego.
Jak Ci wiadomo w Poznaniu nie ma dobrego
klimatu dla bardziej otwartej polityki. Powiem to wprost, po przełomie, nagle
wszyscy się odwrócili od "starej opozycji" i wtedy do głosu dochodził
ZChN, a my byliśmy "Korowscy lewacy", jak mawiał pewien lokalny
przywódca "prawicowy". Niby niechęci nie było, ale chłopcy do tej
pory "przyczajeni" uprawiający kawiarnianą politykę i konspiracje,
ruszyli teraz do boju o stanowiska i mandaty poselskie, miejsca w radach
miejskich i powiatowych. Zauważ, że nawet poznańskie PO skręca na prawo i jest
strasznie "konfesyjne" bywa na przyjęciach u biskupa. Czasem
zastanawiam się, czy tam nie jest ośrodek władzy lokalnej. Maciej był idealnym
kandydatem do zarządu, bo miał legitymacje "bojowca" a do tego
słuszne przekonania i upodobania. Chociaż ja miałem wrażenie, że cały ten
"narodowy cyrk" traktował trochę jak "harcerską zabawę".
Czyli partia go wylansowała, do której zresztą tak do końca nie należał.
Opisałem o "SW". Przypomnę, że
ich konspiracja była świetnie zorganizowana, choć Maciej raczej improwizował
niż się do zasad stosował. To tak świetnie funkcjonowało dzięki Kornelowi. O
nim krążyły rozmaite legendy, po części kolportowane przez bezpiekę, żeby
młodzież zniechęcić do konspiracji, że wariat i terrorysta, każe odbierać siłą
pałki milicjantom na demonstracjach. W rzeczywistości to człowiek niezwykle
opanowany i inteligentny, doktor matematyki, potrafiący znakomicie analizować i
planować, przewidywać. W każdym razie nie robił akcji, które nie potrzebnie
narażały ludzi. Maciej ze swoimi pomysłami i improwizowanymi akcjami wyrobił
sobie w tym środowisku opinie PPS-owskiego "bojowca". Ten wątek
zresztą też wymagałby rozwinięcia, chociażby podania przykładów z rozmaitych
akcji przeprowadzanych przez SW. Może kiedyś do tego wrócę. Niestety prawda
jest taka, że w nowej roli Maciej kompletnie się nie sprawdził i miał sporo
grzeszków.
Zacznijmy jednak od mitów. Po pierwsze
wydaje mi się, że stanowisko przerastało go i niestety wcale intelektualnie nie
był do tego przygotowany. Działał trochę na wyczucie, często wykazywał upór,
który skutkował całkowitym ignorowaniem innych opinii. Dobry polityk umie korzystać
z wiedzy ekspertów, on tego nie potrafił. Poczynania miasta w dziedzinie
oświaty, to całkowita katastrofa. Podam przykład, w ramach obniżania kosztów
wprowadzono program oszczędnościowy, chodziło zwłaszcza o likwidacje małych i
tym samym zbyt drogich przedszkoli i oddziałów szkolnych na terenie miasta.
Skończyło się to praktyczną likwidacją przedszkoli w mieście. Oczywiście
wymagane są pewne racjonalne rozwiązania, chociażby łączenie placówek, czy inna
ich sieć, stosownie do liczby dzieci w dzielnicy, wiadomo, że niektóre
dzielnice się starzeją. Nie analizuje dalej, krótko mówiąc Maciej uparł się i
całą akcje przeprowadził mechanicznie i to była klęska. Promocja sportu też
jest trochę rozdęta. Wszystko skupiło się na stadionie. Przypominam epizod z
olimpijskimi medalistami. Okazało się, że zawodnicy z trenerem, a chodzi o
wioślarzy, za własne pieniądze wynajmowali sale na treningi i żebrali o
pieniądze na sprzęt. Miasto też się nie popisało, bo jak fetowało medalistów,
to premie pieniężne dostali trenerzy i działacze, a zawodnicy po przysłowiowym
dyplomie. Takich gaf było więcej. Tracił masę czasu i energii na drobne sprawy,
przecinanie wstęg, otwarcia i przemowy, lubił to. Przyjmował petentów, bo
o wszystkim chciał decydować sam.
Miasto zatrudnia armie urzędników, ale
wiele projektów i opracowań zleca. To te ulubione konkursy. W każdym razie był
postacią medialną i popularną. Mitem jest też wydawnictwo WIS. Praktycznie od
dawna kieruje nim żona, bo inaczej by się posypało. Miał też niewiarygodne
szczęście w doborze współpracowników. Jest tam jedna osoba pani redaktorka,
która jest znakomitym fachowcem i dlatego wielu akademików chętnie tam książki
oddaje, bo wiedzą, że ta pani nie wypuści bubla, dopilnuje korekt, wszystko
sprawdzi i skład będzie fachowy. Wbrew pozorom wydawnictwo, które dobrze
usadowi się na rynku jest całkiem stabilnym, choć może nie najbardziej
dochodowym przedsięwzięciem.
Powiesz, że się czepiam, że to tylko
formalność, dyplom, ale to też o czymś świadczy, że nie zdołał studiów
skończyć. Jakoś z "polibudy" wszyscy, nawet ci, co siedzieli w końcu studia
pokończyli. Jak się mówiło "indeks był tarczą", jak miałeś dobre
stopnie, to nie było siły, bo wtedy władza musiałaby przyznać, że to szykana
polityczne, a tego starali się unikać, bo przecież oficjalnie szykan nie było.
Prawdopodobnie zdecydował o tym inny czynnik, może brak przekonania, a może
zwyczajnie nie dało rady.
Sukces "Jolki" jest medialny.
Pamiętaj, że "pierwsza dama" to taka rola, która może przysporzyć
tylko sympatii, reprezentuje, występuje, propaguje, ale nie podejmuje żadnych
decyzji i odpowiedzialności za poczynania małżonka, choć w karierze wspiera i
pomaga. Podobnie było też w Ameryce, kiedy jedna pani prezydentowa też zaczęła karierę
polityczną robić, ale wybory prezydenckie szybko to zweryfikowały. Jakoś w historii
takich wypadków nie było. Prezydentowe zawsze wypadają w sondażach lepiej od
swych mężów, ale wyborów nie wygrywają, odwrócenie ról się nie zdarza. Prawdopodobnie
SLD ma taki plan; jeśli kandydata lewicy poprze były prezydent Kwaśniewski, to
na starcie straci kilka punktów, natomiast można prowadzić grę, która polega na
tym, że koledzy męża namawiają, przekonują, apelują i lansują, a ona się
opiera, bo niewiasta skromna i do polityki się nie pcha, ale swoje przekonania
ma. Kiedy lewica już przeprowadzi partyjne targi i przetargi, kogo wystawić,
wtedy pani prezydentowa wspaniałomyślnie oświadczy; ja nie kandyduje, ale jeśli
mielibyście głosować na mnie, to głosujcie na "Y", bo ja mam do niego
pełne przekonanie. Wtedy część głosów sondażowych spłynie na takiego
"namaszczonego", a patent to lepszy niż perswazje wprost, głosujcie
na niego. Do tego dochodzi ożywiona debata na temat parytetu stanowisk dla
kobiet. Zauważ, że lansowanie "Jolki" zbiega się z szczytem tej kampanii,
co też daje dodatkowe punkty. Krótko mówiąc "Powie nam Jolka, na którego
głosować Olka".
Posunięcie sprytne, bo im bardziej PO i
za nimi media lansują Tuska na prezydenta, tym bardziej jego notowania spadają.
Może być dla PO przykra niespodzianka. Kaczyńskiego ponownie ludzie nie wybiorą.
Paradoksalnie w interesie Tuska jest, żeby Kaczyński startował ponownie, bo w
ten sposób będzie też spolaryzowana opinia i lud zagłosuje na "Nie-Kaczyńskiego",
czyli Tuska, ale jak będzie mógł wybierać, to wtedy ten mechanizm wcale nie
będzie działał i głosy nie zdecydowanych przepadną. Prawda jest taka, że liczba
zdeterminowanych zwolenników jednego i drugiego jest podobna, a przy innym
rozdaniu kart, ta niezdecydowana i zdeterminowana większość nie pójdzie
głosować. Tu dziwi mnie to, że wszystkie partie bez wyjątku nie zabiegają o
pozyskanie nowych członków, przed wyborami to powinien być priorytet, bo tylko
liczebnie silna partia może marzyć o wylansowaniu swojego kandydata na
prezydenta.
Z tymi planowanymi filmami to pewne, bo
na polityczno towarzyskim salonie już kontredans trwa. Możesz też do pląsów
przystąpić, bo wiesz, kto z kim tańczy, ale czy chcesz to inna sprawa. Ja mówię,
że to wybór estetyczny. W sztuce wbrew pozorom podobnie jest jak w polityce, mechanizm
ten sam. Decyduje przypadek, wszystko zależy od tego, w jakich kręgach się
znajdziesz, czy "partia" Cię zniszczy, czy wypromuje. Nie decydują
ani talenty, ani pomysły, tylko to, czy znajdziesz się przy zielonym stoliku w
czasie rozdania kart. Jaka jest na to wszystko rada? Tylko jedna, do gry można
zasiąść tylko raz. Jestem za kadencyjnością w polityce i to na każdym szczeblu
i za rotacją w konkursach.
Do zakręcenia!
and.
PALĘ CHARYZMATYKÓW
22 czerwca 2009
Witam,
Cóż mogę odpowiedzieć ja mały robaczek?
No właśnie - grzechy polskie
doprowadzające do tej afery z książką o Lechu W. postaram się wymienić jak
zwykle w punktonach.
1.Po pierwsze: „Palę charyzmatyków”.
Od początku narodzin „Solidarności”
drażniło mnie uwielbienie dla Lecha i podziw – który został jeszcze z komuny
dla prostych ludzi. Nigdy nie lubiłem tzw. „charyzmatyków” i już w ruchu
hippisowskim drażniła mnie pozycja różnych „guru”. Od 1980 roku do dzisiaj nie
mogłem zrozumieć, dlaczego prosty człowiek – nie umiejący się porządnie
wysłowić (w sensie merytorycznym – nie logopedycznym), mówiący mętnie, ma być
autorytetem i przywódcą. Jak słusznie zauważyłeś wiele osób było bardziej
kompetentnych. Podczas całej tej dyskusji nie mówi się o mentalności „prostego
wiejskiego cwaniaczka” a takim był zawsze i do dzisiaj pozostał Lechosław.
Przypomina mi się anegdota jak w stanie wojennym szukali Bujaka przyszli do
gazdy a ten mówi „Może i był taki a może i nie był panocku. Wielu tu sie po
izbie kręciło. Pobyli se, pojedli i poszli”. Na takie dictum oficer reagował na
piśmie „Figurant nie zaprzecza ani nie potwierdza – zapewne zna poszukiwanego.
Ukrywał go, ale nie mamy na to niezbitych dowodów. Należy go obserwować.” Twój
przyjaciel z SKS napisał mądre zdanie. „Jedyną postawą wobec bezpieki to
zdecydowana odmowa współpracy i pójście w zaparte”. Wszystkie próby mącenia,
kluczenia, okłamywania ich doprowadzały do odpowiednich adnotacji w służbowych
notatkach. Może Lechu powiedział coś w swoim stylu; „Wiecie Panowie ja się
jeszcze zastanowię...” itp. A oni odnotowali np.„ Waha się, ale wyraża chęć
współpracy”. Albo dawanie im tak zwanych „nieistotnych” informacji. Zawsze mogą
być one odnotowane – a jak wiemy bezpieka mogła przypadkowo z informacji
pozornie nieistotnej zrobić istotną. Taki prostacki wallenrodyzm nigdy nie mógł
odnieść sukcesu w PRL-owskich warunkach. A jeżeli już Macierewicz odkrył cień
podejrzenia, że Lechu coś tam przekazywał, mógł tenże to ujawnić, mówiąc że to
była „tylko taktyczna gra i nikomu nie szkodził”. Gorzej - mógł to powiedzieć
kolegom z opozycji trzydzieści lat temu. Ale nie powiedział, bo jak każdy tani
cwaniak myślał że „a nóż nikt nie dowie i się upiecze”.
2.Brak myślenia samodzielnego.
Polak musi mieć autorytet. Nie można
zrobić żadnego prawdziwego filmu ani o Piłsudskim, ani o Wałęsie, ani o
Mickiewiczu ani o Grotowskim na przykład. To ikony nie do ruszenia. A niedawno
widziałem film „Ray” o Rayu Charlesie Orbisonie, który opowiada o samych jego
wadach – zdradzaniu żony, „kobieciarstwie”, uzależnieniu heroinowym, skrajnym
egoizmie, wykorzystywaniu cynicznym swego kalectwa.
Produkcji patronował sam Ray Charles
wybierając głównego aktora (zresztą świetnego) i zatwierdzając cały scenariusz.
A morał z tego taki, że Ray Charles urasta tu właśnie do roli postaci wybitnej,
która zmagała się nie tylko własnymi ograniczeniami ale jeszcze ze wszystkimi
swymi wadami i absolutnie to nie umniejsza jego wielkości. I Oryginał tego się
nie wypiera. Podobnież niedawna produkcja międzynarodowa o Modiglianim. A także
wspaniały Eda Harrisa (tego, który grał Piotrowskiego w filmie Agnieszki
Holland o Popiełuszce) film o Jacksonie Pollocku. Są znane złe relacje
Mickiewicza z jego rodziną, kłótnia z papieżem, uleganie wątpliwej jakości
mistykom, pomiatanie takim na przykład Norwidem, nienawiść do Słowackiego, w
końcu przejście na islam. To fascynująca historia. A Bronek Piłsudski i jego
konflikt z bratem. A co się dzieje z pamięcią o Janie Pawle II – szkoda
gadać...
3.Nowa ustawa lustracyjna według standardu
niemieckiego.
a) Ujawnienie
wszystkich oficjalnych i jawnych funkcjonariuszy) Powszechny i prosty dostęp do
archiwów – jak do bibliotek.
b) Jak w swojej
teczce znajdziesz kogoś kto donosił – tylko ty masz prawo to ogłosić albo
wytoczyć mu proces cywilny (lub karny) za to że Tobie czy innym zaszkodził.
c)
Pozbawienie emerytowanych esbeków wszystkich przywilejów wynikłych
z faktu służenia reżimowi) Ogłoszenie SB, UB i innych tego typu organizacjami
przestępczymi jak to było w rodzaju NSDAP, gestapo itd.
4.Jeżeli tego nie da się zrobić w Polskich
warunkach, co napisałem powyżej: wyrzucenie całej tej ubeckiej dokumentacji na
makulaturę, ogłoszenie totalnej abolicji, albo sposobem Angoli czy Amerykanów
utajnienie akt na lat - na przykład 100.
5.To na tyle – zmęczyłem się, cdn.
Jacek Kacek
POCZTA KRĄŻY
22 czerwca 2009
Witam!
Do mojej skrzynki listelowej wpadły dwa
listelle, z treści mniemam, że do kolegi Jernasa, ale trochę zaczepiony,
dopisuje swoje trzy grosze. Co do KSU, to zjawisko ciekawe, może nawet
mniej muzycznie, co "ideologicznie", czy "socjologicznie".
Tak się składa, że w tym czasie, kiedy zaczynali, znałem kilku hipisów, którzy
osiedli w Bieszczadach, to też byłby temat na całkiem interesujący dokument. W
każdym razie Bieszczady miały sław nie dostępnych i dzikich. Więcej w tym
legendy niż prawdy. Prawda była taka, że po akcji "Wisła" wyludniły
się kompletnie, ale "komuna" miała jakiś plan
"zagospodarowania" terenów w latach siedemdziesiątych i stosunkowo
łatwo było sobie coś tam znaleźć do mieszkania i byle jakie zajęcie. Ludzie tam
żyli z bardzo dziwnych zajęć, począwszy od zbierania grzybów, poprzez wypalanie
węgla drzewnego, wypas owiec, po chałupnictwo dla Cepelii, na przykład modne w
tym czasie wełniane swetry robione na drutach. W Ustrzykach powstał zespół KSU,
a ta nazwa, to od rejestracji samochodowych, tablice zaczynały się od tych
liter. Grali trochę punkowo, trochę rockowo i ludowo. Byli znani tylko tam, aż
do czasu, kiedy pojawili się w Jarocinie. Filmu nie znam, więc może pisze
oczywistości, ale nawet nie to, że nie byli wpuszczani na oficjalną estradę,
ale wcale się na nią nie pchali. Wiele koncertów było zwyczajne w stodołach i
domach kultury.
Piszę o tym, bo to bodaj jedyny przypadek
świadomego konsekwentnego buntu wobec oficjalnej sceny, Estrady, festiwali i
mediów. W tamtym czasie poziom oficjalnych zespołów rockowych był tak marny, że
konkurencji specjalnej by nie było, gdyby tylko mieli taki plan, to zrobiliby
karierę szybko. Owsiak kilka razy przemycał na antenę radiową jakieś kasety
amatorsko nagrane, ale dał sobie spokój jak się dowiedział, że na lansowaniu im
nie zależy. Słyszałem ich oficjalne nagranie wydane przez radio nie tak dawno,
akustyczne i zupełnie inne od tego, co grali na początku, ale może to dobrze,
że nie starali się robić rekonstrukcji tylko coś innego, akustycznego.
Jernas pisał o swojej przygodzie, a ja
pewno wspominałem Ci o rozmowie z Rysiem Czaparą. Szkoda gadać. Liberalizm
wszyscy pojmują tak, zająć dogodną pozycje i za wszelką cenę jej bronić, a jak
już dobrać sobie współpracownika, to nieudacznika, albo głupszego, bo nie
zagrozi. Powiem krótko, jak liberalizm, to konsekwentnie.
Współcześnie "Czas Kultury"
zrobił się pismem dworskim i lansuje też miejscowych grafomanów i jest
platformą dla akademickiego lobby. Nie byłoby mi żal, jakby padł, bo miał
piękną na początku kartę w historii, a teraz tylko rozmienia ten dorobek na
drobne. Tak było z "Nurtem", który powoli upadał, aż wyświadczyli mu
przysługę towarzysze z RSW i go zamknęli. Trochę poloniści żałowali, ale jak
zapytałem Balcerzana, który zaczynał w młodości w tym piśmie, to powiedział, że
mu nie żal, bo formuła się skończyła, a jeśli młodsze pokolenie chce mieć swój
"organ", to niech zakłada własne pismo. Paradoks polega na tym, że
dziś jakoś pisma upaść nie mogą, a ciągle znajduje się kasa na dotacje i tylko
dzięki temu istnieją, bo nie dzięki czytelnikom. Podam przykład w "Czasie
Kultury" pisze recenzje Andrzej Górny, który właśnie zaczynał w
"Nurcie" (za Kostyrki). Wtedy był "słuszny", a teraz jest
patriotą i napisał powieść o poznańskim czerwcu. Stara się wszystkim udowodnić,
ze to było antykomunistyczne powstanie i że on zawsze był antykomunistą. Zrobił
scenariusz dla Bajona na ten rocznicowy spektakl. Wszystko niby jest słuszne i
poprawne, ale to dworak i grafoman.
Kolega "Wodnik" jest kustoszem
PRL - owskiego bigbitu, ale mimo kiczowatości zjawiska, robi to z wdziękiem, na
zasadzie resentymentów młodości i dostaje tą "jałmużnę" na
"presleyowskie show", co nawet może być zabawne. Natomiast nie jest
śmieszne, jak kolega Jacek robi kolejny film o "wypędzonych" do spółki
z niemiecką telewizją. Z jednej strony dostaje pieniądze z lokalnego funduszu,
a z drugiej od nich. Ta sprawa ma dwa dość obrzydliwe aspekty. Po pierwsze
historia opowiedziana jest z perspektywy "zwykłych ludzi", co można
zrozumieć, bo zawierucha wojenna rzucała ludzi po świecie i nie zawsze
rozumieli, co się dzieje, dlaczego muszą opuścić swoje domy, albo przenieść się
i zająć cudze.
Powiem krótko, ani jednego Niemca nie
jest mi żal, bo i tak wysiedlenia odbywały się w komfortowych warunkach wobec
tego, co spotkało Polaków na Wschodzie i to nie jest tylko subiektywny punkt
widzenia, ale obiektywne skutki wojny, konsekwencje, więc nie mają moralnego
prawa do zgłaszania jakichkolwiek pretensji. Żal mi studentów z "Bractwa
Białej Róży", zamordowanych przez faszystów za aprobatą tak zwanych
"zwykłych ludzi”, których członkowie rodzin służyli nie tylko, w
Wermachcie. Teoretycznie film ma łagodzić i dążyć do "pojednania",
ale ja pytam, po co? Drugi aspekt, to, że jak się dowiedziałem za materiały
dokumentalne Niemcy każą sobie słono płacić. Wyobraź sobie taką historie, że
skrupulatni Niemcy fotografowali, czy filmowali dla celów dokumentacyjnych,
jako załączniki do raportów dla władz zwierzchnich akcje eksterminacyjne,
wysiedlenia itp., teraz za udostępnienie tych dokumentów każą sobie płacić,
czyli zarabiają na własnych zbrodniach, tak to trzeba nazwać. Ten drobiazg
powoduje, że nic mnie nie przekona, że Niemcy się zmienili, że są wrażliwi na
losy innych narodów i tym podobne propagandowe brednie. Są dokładnie tacy sami,
jak przed 70 laty, tylko zmienili metody postępowania i taktykę wobec reszty
Europy.
Pytanie, czy w Polakach jest "homo
sovieticus"? Po części na nie odpowiedziałem w felietonie, ale zauważam
coś znacznie gorszego, jak z biegiem czasu powraca się do dawnych wzorów karier
i robienia interesów. Tak na prawdę to jest tak, jak kiedyś gadałem z
Jaraczewskim i moja konkluzja była taka, że polscy liberałowie żyją z budżetu.
Wojtek zaś zauważył, że pewien gatunek ludzi wymiera, tych "prawdziwych
arystokratów" nie w sensie tytułów, czy majątków, tylko w sensie dosłownym
"wybrańców", którym o coś chodziło i coś sobą prezentowali, chociażby
wzory postaw. Cieszą mnie sukcesy kolegów, ale martwi mnie jak są one oparte na
"układzie" a to baza sukcesu liberała polskiego.
Regionalny fundusz filmowy jest
nieporozumieniem w tym sensie, że i tak wiadomo, kto rozdaje karty i kto bierze
pule. Nic z tego nie będzie, żadne dzieła nie powstaną w ramach tych funduszy,
ale kilku kolegów będzie miało pomysł na życie za te pieniądze
O konkursach to przypomina mi się taki
stary sowiecki dowcip: Ogłoszono konkurs na stanowisko dyrektora kluczowego
zakładu przemysłowego. Kandydaci mieli przesłać referaty, życiorysy,
rekomendacje partyjne itp. Gdy nadszedł termin składania podań, opasłe teczki
pretendentów dowożono do urzędu ciężarówkami. Wybrano komisje. Siedzieli w
papierach miesiąc i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek skończą, bo jak
równość, to równość każdy mógł się ubiegać. Wreszcie wpadł sekretarz
nadzorujący prace komisji i patrzy na smutnych członków bliskich rezygnacji i
mówi; nie martwcie się
Jak demokracja, to demokracja. Termin składania wniosków
przedłużono, bo takie było zainteresowanie. Nawet urzędnicy z Estrady pomagali papiery
prawidłowo przygotować. Jak rozpatrywaliśmy z "wodnikiem" szanse
Jernasa, to już były typy na giełdzie, kto dostanie? Zresztą to się
potwierdziło w stu procentach. Zostało 600 tysięcy nie wykorzystanych, a reszta
wniosków na makulaturę. O konkursach mam od młodości najgorsze zdanie. Kiedyś
jeszcze w Zamku startowałem na konkurs na plakat BHP, można było zarobić kasę.
Z finału wszyscy z pracowni odpadli, bo nie byli "zawodowcami", wiem
nawet, kto rozdawał karty. Te konkursy zawsze wyglądały tak samo. Miasto robiło
konkurs na prace plastyczne o mieście. Posłałem kilka akwarel. Były na wystawie
"poza konkursem". Ostatni konkurs skończył się tym, że Raczak ukradł
mi pomysł na dokument o historii poznańskiego pomnika. Mogę to udowodnić, ale
nie podam kolegi do sądu.
W najbliższym rozdaniu mogę powiedzieć,
jakie tematy będą popierane; dokumenty o Jarku Maszewskim, Piotrowiczu, i
Frankiewiczu.
Takie są oczekiwania miasta. Idę o
zakład, że te tematy dostaną kasę, a może już ktoś nad tym pracuje, bo dostał
"cynk". Mam też swoje typy, które firmy będą te filmy robić.
Do zakręcenia!
and.
22 czerwca 2009
Witom i o drogę nie pytom!
Mam już tego wszystkiego dosyć. Film o Jarku
miałem robić kiedyś ja, potem Mira Sikorska. O Piotrowiczu też ja z Miasta
czyli z Arsenału. Teraz mam to gdzieś bo dostałem stypendium roczne
indywidualne i muszę w ciągu roku zrobić trzy projekty. Jeden o poznańskiej
synagodze, drugi TAK, TAK -NIE, NIE czyli Polaków portret własny 2009, a trzeci
to wywiady z ludźmi sztuki. Mam robotę na cały rok.
Przy okazji pogadamy. Co do
Frankiewicza?... Przy mnie powiedział Tamarze jak została przewodniczącą
Solidarności w TVSFA: Moi koledzy z opozycji robią kariery - mnie to ie
interesuje. Zdaje się że zmarł jako prezydent Poznania i to jeszcze spadł z
konia jak księżna Małgorzata. Tylko koń nie ten i nie ten książę. Smutne...
Dowcip z papugami podbija świat. Co do
polskiej niemocy: W pewnym reportażu (autentyczne) reporterka pyta
niewiastę ze wsi: Dlaczego droga Kobieto nie wyrzucicie tego sołtysa? Wieś
upada - on wiecznie pijany i tak już od 20 lat. Na to Kobieta: On jest ci Pani
nie do ruszenia. A to dlaczego? Ano wszyscy na niego głosują? Ale
dlaczego jak taki beznadziejny? Może i beznadziejny ale nie do ruszenia. A
propos - ucieszy się Heniu L. Jola podobno ma najwyższe notowania po Tusku.
Znaczy się możemy mieć panią Prezydent w Polsce. I to z kolei z lewa.
Pozdro
Jac
18 czerwca
2009
Witam!
Nie wątpliwie to smutna wiadomość o
śmierci Macieja Frankiewicza. Jeszcze nie czuje się na siłach pisać o nim.
To, co przeczytałem w
"Wyborczej" troche mnie zmartwiło. Na przykład inicjatywa "NZS
80" tak pospieszna i obawiam się, że nie przemyślana, delikatnie mówiąc
jest nie stosowna. W każdym razie ja to tego towarzystwa nie należę, bo to co
robią, to "kombatanctwo" w najgorszym stylu. Może kiedyś dam się
"naciągnąć" na jakieś wspomnienia.
Pozdrawiam!
and.
18 czerwca 2009
Dowcip o papudze doskonały!!!
Jac
ŻYWOTNE JASZCZURY
18 czerwca 2009
Witam!
Wynika z tego, że "Jaszczury"
są żywotne. To dobrze, że się udały i mają pewien rezonans. Co do detali w
tekście, to sam zauważyłeś. Podobnie ja zauważyłem kilka nieścisłości w tekście
o "Etno Porcie". Jak mnie "Wodnik" namawiał, żebym imprezę
skomentował, miałem opory, bo to nie moja specjalność, ale po rozmowie z Tobą
chyba zmienię zdanie i popracuje nad tym tekstem i coś zrobię. Mnie nie
interesuje "prasówka" z imprezy, ale impreza jako pretekst do
szerszej refleksji. Może będzie okazja zaprezentować kilka próbek z tego, co
się działo. Wszyscy wykonawcy przywieźli płyty i stoisk z płytami też było
sporo, ale wcale nie były oblegane. Ceny zaczynały się od 30 zł. w górę. Pewno
te wydawnictwa jak na realia światowe nie są drogie, ale tu niema Euro i
ogólnie jest nędza. "Młodziaki" zwyczajnie nie mają aż tyle
pieniędzy. Koncerty odbierane świetnie, ale niestety nikt nie chciał zabrać ich
ze sobą do domu. Jestem sceptyczny co do kolejnej edycji "Wodnikowych targów".
On jest urodzonym optymistą, ale spodziewam się kłopotów. W każdym razie ja
zacząłbym od targów i zrobił z tego pełną komercje. W końcu z czegoś trzeba
żyć, a pomysł byłby dobry, ale wykonanie "amatorszczyzna". Zmiany w
repertuarze są podyktowane względami finansowymi, sponsorzy nie dopisali.
Zauważ, że nawet te "dinozaury" nie chcą grać za darmo. Pewno imprezę
trzeba będzie biletować i tu najpoważniejszy problem, bo miasto funduje masę
imprez za "darmochę". W dodatku w tym samym czasie będzie na Starym
Rynku i okolicach "Festiwal dobrego smaku", jak rok temu. Dyskretnie
wybadałem, o co chodzi z tym plakatem. Oczywiście dane są nie aktualne, ale
ostatecznych też jeszcze nie ma, więc odradzam pośpiech z przeróbką, bo
wszystko może się zmienić. (Nie muszę wyjaśniać, że to do Twojej wiadomości).
Problem z przekazywaniem tekstów
rozwiązałem tak, że jeśli jest w liście coś więcej, nad informacje, to
kończę dopiskiem, że uwagi do wiadomości, nie do publikacji. Powody są dwa.
Pierwszy, to inaczej pisze się w listellach, o czym już się przekonałeś, a
inaczej publicystykę. Teoretycznie można taki listel przerobić na przykład na
felieton, ale wymaga to redakcji i ewentualnych poszukiwań źródeł. I tym
sposobem dochodzę do drugiego powodu, nie chce mi się już pisać niczego "za
darmochę", chyba że widzę w tym jakiś sens i cel. Zwłaszcza wkurza mnie
to, ze jakieś błogi i gazetki przedrukowują, czyli pasożytują. Codziennie coś
dostaje w rodzaju, "zrób", "napisz" , "a my Panie
Dobrodzieju biedni". Właśnie dlatego programowo nie wysyłam do "Jazz
Forum", czy "Czasu Kultury", bo oni nie płacą za "nie
zamówione teksty", ale sobie płacą. Paradoksalnie to nie moja strata,
byłaby strata gdybym pisał, czasem do Internetu, owszem, skoro ktoś to
czyta, to zabawa jest, ja za to nie mam pieniędzy, ale też od czytelnika nie
domagam się. Czasy powielaczowe skończyły się. Konkluzja; pisanie listeli bawi
mnie, bo lubię z ludźmi rozmawiać, prowadzić dialog, ale praca społeczna na
cudzy biznes mnie nie bawi.
"Jaszczury" są rozwojowe i
warto się nimi zainteresować, bo przynajmniej dla Ciebie może to być pomysł w
dorobieniu. A skoro o tym mowa, to dowiedziałem się, a może już pisałem, że w
Zamku klub filmowy prowadzi Twój były student od Kapeli. Cóż to za ironia, nie
zatrudnili Ciebie. Znam ten mechanizm, dla kolegi, który właśnie obronił
habilitacje i to nie na prowincjonalnej uczelni tylko w IBL PAN na wydziale też
się miejsce nie znalazło.
Moja diagnoza jest taka i pewno Ci się
nie spodoba. Naszą zmorą jest "katolicyzm", żebyśmy się dobrze
zrozumieli nie "chrześcijańska formacja kulturowa Europy" tylko
"katolicyzm", który w połączeniu z idealistycznym arystokratyzmem
(wulgarną i instrumentalną interpretacją Platona) zrobił z tego karykaturę,
"wybrańcy bogów, sami się wybrali". Mam już dosyć tych autorytetów,
hierarchów, charyzmatyków, oligarchów, jak oddać im władze, zawsze kończy się
oto dyktaturą, albo totalem. Owszem, masz racje, żal mi też Wałęsy, ale sam
sobie winien. jego charyzma przysnęła jak bańka mydlana, po raz kolejny z rzędu
wpakował się w bezsensowną eskapadę z "Libertasem", a to tylko
dlatego, że uwierzył w swoją charyzmę, której nie ma. W ogóle czegoś takiego
nie ma, bo to fikcja literacka.
Przypomina mi się stary dowcip o papudze:
Przychodzi klient oglądać papugi do sklepu zoologicznego i pyta ile ta
papuga kosztuje? Odpowiedź brzmi; 500 zł. Pyta dalej, dlaczego? Bo zna
francuski. Patrzy na kolejną bardziej napuszoną i indaguje, a ta? Sprzedawca
wyjaśnia ta jest warta 1000 zł. A dlaczego? Bo zna francuski i angielski.
Spogląda więc w kąt, gdzie siedzi ospała i mizerna papuga, ale ta nic nie mówi.
To może tą wezmę? Właściciel sklepu nie chce się z nią rozstać. Na pytanie za
ile by ją sprzedał w końcu mówi 3000 zł. Kupujący zaskoczony tą ceną, pyta
więc co ona takiego potrafi, że jest tyle warta? Sprzedawca odpowiada; nie
wiem. Jak to, to dlaczego jest najcenniejsza w sklepie? Ja tego nie wiem -
odpowiada sprzedawca- ale wszystkie pozostałe mówią do niej "Szefie"!
To najkrótsza definicja charyzmy i autorytetu w jednym. Zapytasz jak się ma to
do katolicyzmu? Zwyczajnie, bo on opiera się z jednej strony
na hierarchii, a na apriorycznym autorytecie z drugiej, żadna więc
społeczność wiejska nic nie zrobi, bez proboszcza, a polityk bez poparcia
"z góry". Odbiera to z jednej strony ludziom wole, a z drugiej
inicjatywę. Choćbyś nie wiadomo jak się starał, i nie wiadomo co potrafił, to
bez poparcia i tak nie ma to znaczenia. Instytucje świeckie wbrew pozorom
organizują się wedle tego samego schematu i wzoru. Partia polityczna organizuje
się nie wokół programu, tylko skupia wokół "charyzmatycznego
przywódcy". Kobiety głosowały na "Olka" bo media wmówiły im, że
jest "piękny". Co ludzi odróżnia? Talenty i charakter. Jedni mają
naturalne poczucie piękna i potrzebę czynienia dobra, a inni chcą zwyczajnie
być wyróżnieni. Choć ta druga skłonność czy predyspozycja jest sprzeczna z
chrześcijaństwem, to właśnie "katolicyzm" na niej bazuje. Rzadkie są
przypadki, kiedy te dwie skłonności się łączą, powiedziałbym raczej, że tych
pierwszych czasem okoliczności wyróżniają, a dla nich samych nie jest to celem.
W Europie stawiamy na indywidualizm. Poniekąd słusznie, bo każdy jest
indywidualnością, tylko, że z tego budujemy jakieś zależności i właśnie
hierarchie. "Wyróżnieni" mogą być nie liczni, skutkiem tego większość
jest "wykluczonych", mogą jedynie się podporządkować, albo nie
angażować.
Podam taki przykład z Ameryki Foresta
Gumpa, dla nich był wielki, bo najlepiej rzucał piłką, a jego zdolności umysłowe,
czy raczej ich brak nikomu nie przeszkadzał. Zwyczajnie był
"wyróżniony" poprzez to, co potrafił robić najlepiej, czyli wszyscy
coś potrafią i we własnej skali są jakoś ważni, nie ma "wykluczonych"
jeśli potrafią tylko znaleźć swoje miejsce. My zaś wstępnie ustalimy jakąś
skale i właśnie hierarchie, czyli będziemy ustalać, czy ważniejsze jest dobre
rzucanie piłką, czy malowanie obrazów, pisanie książek, a może jeszcze coś
innego, więc jedne osiągnięcia z definicji będą większe, inne mniejsze, a to
prosta droga do wykluczenia, bo zawsze ktoś będzie czuł się gorszy. W końcu
niczym to nie grozi, pod warunkiem, że na przykład sportowiec nie będzie pchał
się na katedrę uniwersytecką. Skoro jednak dokonaliśmy takiego wynalazku, jak
autorytet, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby utworzyć "autorytety
instytucjonalne", czyli sportowiec może na przykład zostać senatorem,
chociaż do tego akurat się nie nadaje Nie chce udowodnić, że jest odwrotnie, że
na przykład sportowiec z definicji musi być idiotą, pokazuje tylko fałszywy
mechanizm tworzenia elit z "wydumanych" a nie rzeczywistych
wielkości. Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik, jak ktoś ma talent, to musi
jeszcze trafić na swój czas, czyli takie okoliczności, które pozwolą mu się
sprawdzić, czy działać.
Barack Obama choćby niewiadomo jak był
zdolny i pracowity, nie mógłby być wybrany na prezydenta na przykład przed
Bushem. Amerykanie kiedy zorientowali się, że nadchodzi kryzys, a władza uległa
alienacji i straciła poczucie realności, potrzebowali zmian, szukali kogoś
normalnego, wolnego od powiązań klasy rządzącej. Oczywiście pewne predyspozycje
musiał mieć, ale one by same nie wystarczyły. Moja obawa sprowadza się do tego,
że za dwa lata w Polsce nie zadziała "zbiorowy instynkt" tylko rozczarowani
ludzie znowu starym zwyczajem będą rozglądali się za jakimś charyzmatykiem,
który w końcu i tak ich rozczaruje.
Do zakręcenia!
and.
KINO JEST JEDNO...
9 czerwca 2009
Witam!
Wracam do kina, bo to interesująca
rozmowa i coś z niej wynika. Przychodzą mi takie refleksje. Po pierwsze film
starzeje się szybciej niż literatura, tak jak muzyka popularna. W przypadku
filmu ważny jest "styl widzenia" związany z kulturą danej epoki i
wrażliwością pokolenia, zarówno artystów, jak i widzów. Niestety polscy
filmowcy nie dorobili się własnego języka i są zbyt często imitatorami.
Pierwszy przykład z brzegu, czeskie kino jest natychmiast rozpoznawalne i wcale
tu nie chodzi o ich specyficzne poczucie humoru, które w gruncie rzeczy jest
czymś więcej, niż tylko dowcipem. Jeśli chodzi o kino przedwojenne, to diagnoza
jest jak najbardziej trafna, a ja dodałbym że po wojnie wyglądało podobnie.
Przypomnę tylko statystykę, w okresie PRL
nakręcono 1700 fabuł, jeśli wierzyć "Newsweekowi". Z tego tylko setka
przetrwała i złożyła się na tak zwaną "polską szkolę filmową", która
w gruncie rzeczy składała się z samych indywidualistów. Właściwie nie było
czegoś takiego jak w Czechach, czy na Węgrzech, gdzie działały pewne formacje
artystyczne z jakimś "programem". Polska szkoła filmowa, to była
grupka wybitnych artystów, ale każdy działał, tworzył na własną rękę, bez
programu. Może to i lepiej, bo cóż znaczą te szkoły i kierunki, dokładnie tyle,
że jest jakiś wybitny twórca, który wokół siebie gromadzi średniaków,
naśladowców. Mieliśmy szczęście do jednak sporej liczby wybitnych twórców;
Wajda, Has, Kawalerowicz, Polański, Zanussi, Kieślowski z młodszych Dejczer i
Krauze, Agnieszka Holland...
Pewno listę tą można by wydłużyć, ale
wcale nie będzie taka długa, jak to się krytykom, a zwłaszcza historykom
wydaje. oprócz tego była cała armia rzemieślników, lepszych, czy gorszych, ale
teraz prawie ich nie ma. Mimo wszystko "młodziaki" biorąc pod uwagę
środki i możliwości jakie mają nie błyszczą. Przypuszczam, ze te produkcje
offowe, których tylko pewną próbkę widzieliśmy, mogłyby śmiało konkurować z
tym, co robią "chłopcy" i "dziewczęta" po szkole filmowej.
Przez dwa lata śledziłem debiuty w ramach przeglądu który robiła telewizyjna
"dwójka" nawet coś tam skrobnąłem na ten temat, ale zaprzestałem
tego, bo nie mam już zdrowia i cierpliwości to trawienia tych "nie
dorobionych" fabuł. W końcu ktoś w szkole nad tym czuwa i opiekuje się
dyplomami, więc nie łapie w czym rzecz. Co do techniki, to rzecz jasna tak
zwani profesjonaliści trochęją demonizują. To tak jak z
"młodziakami", którzy dostaną od rodziców po kilka tysięcy i
zakładają kapele rockową, wyposażoną we wzmacniacze i instrumenty wcale nie
gorsze niż ich rówieśnicy znad Tamizy, czy innej rzeki.
Dysponując tanimi kamerami cyfrowymi
studenci mogą ćwiczyć do woli prace z kamerą. Czym ona różni się od taśmy?
Jakością i technologią. Jednak te lepsze "cyfraki" są i tak o niebo
lepsze od 16-tek "ORWO" z kamerą "Krasnogorsk". Zresztą i
tak w szkole filmowej to student musiał żebrać o taśmę i nawet tej kamery do
trzeciego roku nie dotykał (jeśli wierzyć kombatantom). Dziś maturzyści w
ramach prac własnych na egzamin przynoszą własne filmiki, kiedyś były to tylko
jakieś próby literackie i zdjęcia, czasem inne prace. Na takich przeglądach
dokumentu na przykład widać jak daleko jest ta nasza młodzież za rówieśnikami z
Europy, nie wspomnę o Ameryce. Niedostatki techniczne nie mogą już być
"alibi".
Co tu nie działa? Używając dość
brutalnego i ekonomicznego kryterium, powołam się na Balcerowicza, który na utyskiwania
kolegów ze środowiska naukowego posłużył się następującą argumentacją: Jeśli
wziąć pod uwagę każdy milion wydany na naukę, to procentowo ilość
przypadających na ten milion patentów, wynalazków i wdrożeń jest najniższa w
Europie, czyli problem nie tkwi w ilości pieniędzy, tylko w efektywności ich
wydawania. Krótko mówiąc nikt nie oczekuje, że każda uczelnia w Polsce będzie
miała jakiegoś nobliste, jak w Ameryce, bo tam nakłady są większe na badania,
jednak u sąsiadów na każdy wydany na naukę milion Euro przypada pół wynalazku,
czy patentu, a w Polsce jeden na pięć milionów. Wniosek ekonomisty prosty,
efektywność 10 razy niższa. To tylko tytułem anegdoty, bo do tego dochodzi
jeszcze lenistwo rodzimych geniuszy, którzy żyją w swoistym "getcie"
i nie uważają, że muszą się z kimś ścigać a co dopiero próbować sił w
świecie, chyba, że ktoś ich zaprosi na "gościnne występy". Nie
spodziewam się, że natychmiast powstaną w polskim kinie dzieła, ale przyznasz,
że efektywność wydawania pieniędzy na produkcje jest tragiczna. Kilka
przykładów; Nie wiem po co finansuje się "Rejs 2", skoro z góry
wiadomo, że to będzie "powtórka z rozrywki", a jak powstanie on w
innym kontekście, to już nie będzie to "mruganie do widza" bo
wszystko można powiedzieć, a Piwowski "Monty Pythonem" nie będzie, bo
nie ten poziom refleksji i ostrości widzenia świata, tropienia paradoksu. W
latach siedemdziesiątych przechodziło wszystko. Nawet nie zdajemy sobie sprawy
z tego, że pokolenie naszych dzieci te stare filmy ogląda troche jak dokument,
dowiaduje się z nich czegoś o realiach "nie realnego socjalizmu".
Jak już wspomniałem, o współczesności
trzeba mówić językiem współczesnym. Jeśli Piwowski chce nakręcić kontynuacje
"Rejsu", to znam pointę; wpłynął na mieliznę, załoga się zapiła trupa,
w końcu i tak rdza zżarła tą łajbę i powoli napełniła się wodą, ale nawet nie
poszła na dno, bo mielizna nie pozwala, stoi tak więc rdzewiejąca, nie
zatopiona do końca, a "załoga" przeistoczyła się w upiory i straszy.
No tak, pointy tej historii nie ma. Przykład z innej beczki wydawania nie
efektywnego pieniędzy przez PISF, to "festiwalomania. Robimy ich więcej
niż Niemcy, a ścigać się w ich liczbie możemy chyba tylko z Francuzami, ale tam
na te imprezy jest inny "worek". o takie atrakcje dbają samorządy.
Przykład trzeci, fundusz poznański,
powstały troche na wyrost, bo środowisko cienkie, a do tego i tak wiadomo z
góry, kto dostanie i na co. W tym roku pieniądze zostały do kolejnego rozdania,
ale komisja tak ich solidnie pilnuje, że dała kilka złotych na tak zwane
"pewniaki" co to temat sam się "kręci" i nawet jak
powstanie mizeria, to i tak będzie ważna, bo rocznica, bo bohater, bo
priorytet. Zachowanie to przypomina właśnie przedwojennego sklepikarza, którego
szwagier miał kino i postanowili założyć wytwórnie i za parę złotych zrobili
coś co wiadomo, że publika i tak kupi, chociaż będzie siermiężne i tandetne,
ale liczy się widz, który potrzebuje rozrywki. Przed wojną wielu tych
producentów było z przypadku i do tego skąpych i bez wyobraźni. Niestety w swej
masie była to sztuka jarmarczna. Często producent obejrzał jakiś film
zagraniczny i oczekiwał, że reżyser nakręci mu coś podobnego, tylko w rodzimej
scenerii i za rodzimy niski budżet. Artyści nie wiele mieli tu do powiedzenia.
Przypomina mi się taka anegdota. przed wojną działało kilkadziesiąt wytwórni
płytowych. Często zakładanych przez księgarzy, czy domy towarowe. Towar miał
być modny, jak konfekcja, jak się płyty zdarły i potłukły, to wołano muzyków,
aby nagrali coś nowego i modnego, a te stłuczki szły na przemiał i do przetopu
na nowe płyty, czyli taniocha za wszelką cenę. W ogłoszeniach reklamowych
apelowano, aby oddawać potłuczone i zdarte płyty, za co dostawał klient rabat
przy zakupie. Prawdziwy "recycliing" już wtedy wynaleziono ekologie.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w
telewizji działa ten sam mechanizm dziś. Produkcja jednorazowa i liczy się to,
co jest modne. Przykładem niech będą "sitcomy", czy
"telenowele" na które kupuje się licencje. Przed wojną producent zamawiał
towar wedle wzorca, bo chciał oszczędzić na licencji, a dziś licencje się
kupuje, więc na czym ta oszczędność ma polegać? Wcale nie są przebojami te
"remake", tylko rodzime tematy. Można krytycznie oceniać płaskość
pewnego obrazu polskiej prowincji w serialu "Ranczo", ale nie można
odmówić mu dwu rzeczy, zawodowej realizacji i trafienia do publiczności, która
dobrze go odbiera i rozumie, więc można coś zrobić "made in Poland"
komercyjnego, choć lekkiego, to nie głupiego. Takie kino rozrywkowe też jest
potrzebne, zwłaszcza w telewizji i wbrew pozorom, to też działalność
"misyjna mediów", choć "bajki kolorowanki" z importu to już
chałtura. Pytałem o to kilka osób z rodziny, ani gospodynie domowe, ani emeryci
się na to nie łapią, ale "Ranczo" oglądają z upodobaniem.
Wiem, czego mogę się spodziewać w
replice, ale ja tylko omawiam pewne uwarunkowania ekonomiczno socjologiczne,
czyli warunki produkcji.
Mam też wątpliwości, a raczej pewność, że
to źle działa. Cny telewizja lokalna nie może zrobić dokumentu o
"Pewuce" w ramach działalności "misyjnej" w regionie, czy
musi to robić firma zewnętrzna? Ośrodek zatrudnia armie ludzi na etatach,
dziennikarzy i realizatorów, więc byłoby to znacznie tańsze, zważywszy, że do
takich produkcji i tak zatrudniany jest w części personel ośrodka, który robi
to po godzinach. Telewizja wystawia rachunek za tą usługę, bo montuje się w
telewizji a i tak będzie ten rzekomo powstały u zewnętrznego producenta
film pokazywać, czyli robiony jest faktycznie dla telewizji, W takim razie po
co trzymać ten personel na etatach? Pomysły w rodzaju "Rejsu 2" jak
ktoś chce robić, proszę bardzo, niech pozbiera pieniądze, albo wyłoży własne,
skoro to "pewniak". Procedury ocen "ekspertów" w PISFie też
są chore. Ktoś zauważył, że ekonomiści to biznesmeni nieudacznicy, wiedzą, co i
jak, tylko, że żyją z budżetu, podobnie jak eksperci, to wynalazczy bez
patentów, są kompetentni, tylko że nic nie potrafią. Z jednej strony oceniają
koledzy z branży, czyli potencjalna konkurencja, albo krytycy, czyli filmowcy
nieudacznicy, wiedzą jak się filmy robi, ale żadnego nie zrobią, to pewne.
Praktyczne rozwiązanie jest jedno. W
pierwszej kolejności nie dofinansowywałbym tak zwanych "komedii
romantycznych", bo jak to ma być kino kasowe i rozrywkowe, to niech się
sfinansuje, kiniarzom i dystrybutorom trzeba stworzyć takie warunki, żeby im
się opłacało u producenta taki towar zamówić. Właśnie tak, jak było
to przed wojną. Powiesz, że to cofanie się, bynajmniej. Na pewno będzie to inny
poziom, bo publiczność inna i też wymagająca, owszem kupi tanią rozrywkę, ale
nie koniecznie musi to być tandeta, zresztą w tej chwili i tak robi się sporo
tandety za duże pieniądze, a jakby to było "za własne" to
zapewniam, że za mniejsze. Projekty niskobudżetowe do na przykład w przedziale 50
do 1000 tys. sprawdzałbym jedynie pod względem formalnym, to znaczy musiałby
być dobrze skonstruowany "projekt" i wystarczyłby temat, nie
koniecznie w formie scenopisu, ale na kilka stron nowela, temat dokumentu, a
reszta w papierach, z kim za ile i jak i kiedy i dla kogo itp. Całą resztę
można sobie darować, bo z życiorysu składającego czy dokonań producenta, wynika
jasno, czy poradzi sobie z tematem, czy nie, a opinie tak zwanego
środowiska, czy krytyków nie mają tu nic do rzeczy. Jak ktoś startowałby do
dużego budżetu, to musiałby przyprowadzić dystrybutora, który zobowiązał się do
wypuszczenia określonej liczby kopii do kin. W tej chwili teoretycznie są tak
zwane "pola eksploatacji" ale nie do końca algorytm działania
przemyślany.
Wreszcie skreśliłbym z zadań PISFu finansowanie
festiwali i nagród branżowych. Przypomnę, że owszem "Oscary"
przyznaje Akademia, czyli branża, ale cały ten cyrk robi za swoje pieniądze,
nawet jak sprzedaje prawa do transmisji z gali, to wiadomo, że nikt do tego nie
dopłaca sama statuetka jak ktoś wycenił jest warta 37 dolarów, w każdym
razie żadnych czeków w załączniku nie ma. Zdarza się, że niektóre
filmy nie trafiają do żadnej dystrybucji tylko krążą po festiwalach i autorzy
żyją z nagród i wyróżnień, w praktyce budżet nie tylko dokłada do produkcji,
ale do dystrybucji też, wręcz ją finansuje w całości. Dzięki pomysłom PO TVP
Kultura padnie i nawet tego kanału dystrybucji nie będzie. Nigdzie kino
wartościowe nie jest masowe. muszą być mechanizmy jego dofinansowania, ale
wcale to nie znaczy, że nie należy się zająć efektywnym wydawaniem pieniędzy
które są, bo więcej pieniędzy to znaczy tylko tyle, więcej do zmarnowania. Kto
się dołoży do festiwali? Samorządy i dystrybutorzy.
W końcu "Gutek Film" tak działa,
ale pewno też nie długo pociągnie, bo jest sztuczna konkurencja. Trudno być na
pięciu przeglądach jednocześnie. Tu musi zadziałać zasada wolnorynkowa, czyli
przynajmniej dwie trzecie tych imprez musi paść i wtedy te, które pozostaną,
się umocnią i jakoś to będzie prosperować. Skoro tradycyjnie jest konkurs
w Gdyni, to po co są jakieś "Orły" czy "Wiktory", czy tam
inne "Kazie". W tej masie się nagrody dewaluują. Wcale to nie wbrew
na przykład takim "Jaszczurom", niech sobie będą w jak największej
masie, ale to nagroda "nie branżowa" w sensie nie środowisko
samo sobie je przyznaje w ramach kolejnego grantu. W Hollywood pękliby ze
śmiechu, jakby się dowiedzieli ile nagród ma środowisko, które produkuje
kilka fabuł rocznie. Starczy ich dla każdego, dobrego i nie udanego, co za
demokracja. W każdym razie nikt nie zwariował nie próbował wylansować
drugiego Oskara, bo po co.
Wątek literacki poruszyłeś. Powiem
tak, że literaci może o tyle dobrze rozwiązywali swoje problemy, że jak
sama nazwa wskazuje, był to "Związek Zawodowy Literatów Polskich",
czyli bez ideologii, rankingów, nagród i wyścigów, zwyczajnie "gildia
zawodowa" ludzi piszących, którzy zorganizowali się tylko po to, żeby
socjal jakoś chronić. Państwo wiele nie pomagało bo i biedne było, a też załatwianie
w pojedynkę różnych problemów byłoby nie racjonalne. Po wojnie zaczęła się
robić z tego organizacja "ideowa" bo takie były oczekiwania nowej
władzy, no i rzecz jasna zaczęły się kłopoty nie tylko z socrealizmem i
cenzurą, ale zjawiła się dialektyka kija i marchewki. Krótko mówiąc
historycznie rzecz biorąc wcale to nie była organizacja "twórcza"
choć twórców zrzeszająca; poetów, tłumaczy, prozaików, felietonistów i
piszących książki profesorów, ludzi rozmaitych specjalności i profesji z różnych
partii politycznych. Pod względem upodobań twórczych organizowano się w grupy
literackie i artystyczne.
Może tylko jeden drobiazg. Z honorariami
za książki wcale nie było tak dobrze. Zarobki piszących były różne.
Wydawaniem książek często zajmowali się sami księgarze i siłą rzeczy nie była
tak szeroka dystrybucja. Do rachunku drukarza często trzeba było się dokładać i
szukano jakiegoś sponsora. Tomiki poetyckie były nawet wydawane nakładem samego
autora i nie tak wielkie jak nam się dziś wydaje. W każdym razie większy nakład
ma dziś debiutant, niż dawniej uznany poeta. W tej mizerii jednak przetrwało
wiele dzieł, bo ceniono dobrą książkę. Wielu pisarzy dorabiało w prasie.
Popularna była powieść w odcinkach. Oczywiście istniała literatura popularna
wysokonakładowa. Gdyby przejrzeć tamte listy bestsellerów, to troche byś się
zdziwił, co czytano.
Mimo wszystko na przykład powodzeniem
cieszyły się powieści Dołęgi Mostowicza „Przygody Nikodema Dyzmy” i „doktor
Murek”, ale i „Dzieje grzechu” Żeromskiego oraz „Generał Barcz” Kadena
Bandrowskiego, powieści uznawane dziś za wybitne, a to też była literatura
popularna. Może czytelnik też był wymagający. Przy okazji chce też obalić
pewien mit, z polską prozą jest podobnie jak z polską szkołą filmową, owszem
było i jest nadal wielu zdolnych i wybitnych prozaików, ale w swej masie raczej
współczesna proza jest bardziej niż średnia, a ten średni poziom jest mniej niż
średni w stosunku do europejskiego, czy światowego.
Zauważ, że poza kilkoma wyjątkami
współczesna proza polska okazała się kompletnie bezradna wobec problematyki
współczesnej i nie podjęła tematów rozrachunkowych, co jest charakterystyczne
dla każdego okresu przejściowego, a tematów ważnych jest sporo. Przeczytaj
książkę Przemysława Czaplińskiego „Rzeczpospolita do wymiany” o współczesnej
prozie polskiej, czyli ostatnich dwudziestu lat. O ile miałbym inne zdanie w
detalach, to jednak diagnoza jest celna.
Może tematów nie wyczerpałem, ale się
wyczerpałem i idę spać.
Do zakręcenia!
And.
8 czerwca 2009
Witam Andre,
Nie odnoszę sie też do filmów bo to osobny
rozdział. Mimo że nie było jakiejś selekcji ogólny poziom był niezły. Co do
fabuł też się z Tobą zgadzam. Rzeczywiście przed wojną był specyficzny klimat
dla polskiego kina. Było to kino amatorskie w sensie warsztatowym ale
komercyjne i kasowe w sensie produkcyjnym.
W DKF-ach w latach 70 można było porównać
produkcje duńskie, niemieckie, amerykańskie i przede wszystkim francuskie z
tego okresu - Rene Claira i Marcela Carne. Wtedy człowieka nachodziła refleksja
- jaki rodzimy chłam musiała oglądać polska publiczność. Było oczywiście parę
prób ambitnych ale utonęły w morzu totalnej szmiry.
To przykre ale literatura przedwojenna -
nawet ta popularna była na niezłym poziomie. Jak wiesz najlepszy polski reżyser
Bogusławski wyemigrował do Hollywood - tam robił filmy komediowe między innymi
z Clarkiem Gable i innymi gwiazdami i otarł sie nawet o Oskara. Czyli nie winni
byli reżyserzy a producenci. Z literaturą i plastyką było lepiej a nawet
awangardycy w stylu Berlewiego i Kobro mieli jakichś sponsorów z biznesu -
których zresztą krytykowali za burżuazyjny stosunek do życia i chęć zysku.
Teraz troche wracamy do przedwojnia.
Widziałem przypadkiem kilka tzw. komedii
romantycznych - i jest to wypisz wymaluj to co grała Smosarska i Dodo. Co do
Dymszy - dla mnie był mało interesujący i mało zabawny - kwestia gustu. Poza
tym kolaborował i basta. Nie ma co go usprawiedliwiać bo byli tacy co nie
kolaborowali. Co do wyborów? Z tym przymusem troche zażartowałem.
To na razie. Reszta po przyjeździe!
Jac
8 czerwca 2009
Witam!
O kinie offowym jeszcze troche.
Jak pisałem, w Ameryce sprawa jest
prosta, bo chodzi o uwarunkowania ekonomiczne, czyli, czy film powstaje w
ramach przemysłu filmowego, czy poza nim. Wbrew pozorom takie rozróżnienie jest
czytelne i uczciwe, ale ma się to nijak do wartości. Był taki czas, kiedy
przemysł przeżywał kryzys i szukano nowych pomysłów. Wtedy kino komercyjne,
zaczęło udawać niezależne. W ten sposób przeszło kilka projektów, które okazały
się zresztą sukcesem. Idea była taka, żeby się nie wtrącać za bardzo filmowcom.
Do tej pory nawet jak film był o buntownikach, to jednak obowiązywało
gwiazdorstwo i producent we wszystko ingerował, bo produkt musiał być udany i
przynieść zysk. Tym razem postawiono na "odkrycia" nowych zjawisk.
Denis Hopper dostał pieniądze na film choć cały scenariusz jaki pokazał
producentowi zajmował kilka kartek. Nawiasem mówiąc historia źle się kończyła,
jak to się mówi nie było "happy endu".
Chodzi o "Easy reader". Film
stał się "kultowy" i "kasowy". Nikomu to nie przeszkadzało.
Spektakl teatru "offowego" "Performance group" przeniesiono
na Brodway i zrobiono z tego musical, zresztą kiczowaty. W kinie uratował go
Milosz Forman i zekranizował "Hair". Różne są koleje
"offu", ale zawsze liczy się efekt, czyli sztuka. Mnie osobiście
drażni w polskim filmie to, że jest on "nijaki", ani
"offowy", ani "zawodowy", czyli profesjonalna robota
stylizowana na "amatorszczyznę". Mam dosyć "awangardyków",
a wole dobrych rzemieślników, czasem ktoś ma dobre rzemiosło i iskrę bożą i
potrafi zrobić coś ważnego i to dobrze opowiedzieć. Mam często wrażenie, że to
"awangardyzowanie" jest kamuflażem dla słabych [pomysłów, czyli
braków w rzemiośle, lub talencie. Zastanawiam się, czy da się uporządkować te
różne "obiegi" i wreszcie zrobić jedno kino.
Zgadzam się, że musi być jakiś klucz
czytelny dla widza i jednocześnie nie koniunkturalny. Prostym patentem byłby
podział na gatunki, albo klucz tematyczny. Ściślej biorąc to właściwie klucz
rodzajowy, czyli fabuła, dokument i eksperyment. Z obserwacji i doświadczenia
wiem, że sprawdzają się przeglądy tematyczne. Na przykład w Warszawie kiedyś
był przegląd filmów o górach, czyli z wypraw alpinistycznych dokumenty, ale i
filmy "turystyczne" krajoznawcze. Powodzenie imprezy było
nieprawdopodobne. Musieli organizować dodatkowe seanse. Większość filmów
kręcili sami uczestnicy, albo fotograficy, czy dziennikarze w najlepszym
wypadku. Festiwal Łódzki "Explorer" poświęcony "sportom
ekstremalnym" od łażenia po ścianach i nurkowania, po bicie rozmaitych
rekordów głupoty zresztą, a na wizytach w amazońskiej puszczy skończywszy. tu
przewidziano dodatkowo kategorie "wideoartu" czyli fotografii i
slide-show, połączonych z wykładami. Temat się świetnie sprzedał i miał rozgłos
światowy. Innym wariantem "stematyzowania" był pomysł krakowski,
czyli festiwal pięciu smaków.
Zgadzam się, że troche trzeba by ten
przegląd uporządkować i wtedy byłaby szansa na większą publikę. Kino
"Muza" ma dobre położenie, ale zastanawiam się, czy nie możnaby
zrobić tego na przykład w "Dąbrówce".
CK "Zamek" robi "Etno
Port". Zdaje się, że po raz drugi. Wydali nawet składankę z uczestnikami,
bardzo elegancko i starannie. Pewnie, że to wymaga pieniędzy. Słucham tego i
chłopcy i dziewczęta mieszają strasznie ten folk, z czym się tylko da, ale to
dobrze, bo to rozwojowe, poszukujące. Mam też wrażenie, że za chwilę dopiero
pojawi się jakaś nowa jakość. To tak jak z jazzem, który już pomału stawał się
manieryczny i schematyczny, aż pojawiła się w Europie grupa muzyków z czarnego
lądu i poznała europejską harmonie i sonorystyke, "biały człowiek"
też pokazał im, że nie koniecznie wszystko trzeba "grać na dwa". Z
tej wymiany doświadczeń powstał nowy jazz. To mieszanie folku z różnych stron
świata i łączenie nowoczesnego elektrycznego instrumentarium z rozmaitymi
"wynalazkami" w przyszłości da jakąś nową muzykę rozrywkową,
zasadniczo różną od tego co na komercyjnej estradzie i we wszelkich epigońskich
próbach rockowo-elektronicznych, to ślepy zaułek. Na skandynawskich listach
przebojów królują pieśni śpiewane w języku Samoni, którego nikt nie rozumie,
poza paroma tysiącami mieszkańców Laponii, ale pląsają na dyskotekach w rytm
zakręconych fraz.
Słyszałem rockowe covery nagrane
przez pewnego śpiewaka Tuwy, który wyemigrował do Szwecji i nagrał to z
miejscowymi rockmanami. Ekspresja, jakiej nie słyszałem w rocku od trzydziestu
lat. Po "Jaszczurach" na Starym Rynku występowali Ukraińcy "Hajdamaki"
z Waglewskim i Pospieszalskim, zdaje się, że Górale pod każdą szerokością
geograficzną są w stanie zagrać razem i świetnie się rozumieją. Oczywiście to
wszystko było wykonywane w oparciu o rockowe instrumentarium. W końcu
i blues i rock wyrósł z przetworzonego folku. Zresztą błędnie sądzi się,
że miało to wszystko wspólne korzenie, bo zarówno folklor przywieziony z
Europy, marynarskie szanty i anglikańskie hymny wpłynęły na muzykę
czarnych, a country wyrosło z połączenia właśnie folkloru czarnych z folklorem
irlandzkim, a nawet francuskim. Z upływem czasu rysowały się ostre podziały,
które znamy dziś. W XXI wieku świat stał się faktycznie jedną wioską stąd
ta łatwość mieszania, bo ludzie nie są od siebie odizolowani, może to
jedyny dobry przejaw "globalizacji".
Do zakręcenia!
and.
ODPISUJE NA BIEŻĄCO
7 czerwca 2009
Witam,
Jednakże nie do końca się z Tobą zgadzam,
bo o wiele trudniej jest zrobić fabułę czy film animowany od dokumentu - a
takie w przeglądzie przeważały. W filmie o Maciejewskim pomógł przypadek podobnie
jak w filmie "Usłyszcie mój krzyk" Drygasa. Gdyby reżyser nie
znalazł tego odcinka z kroniki gdzie widać w tle pałaca się postać film nie
maiłby takiego tragicznego wymiaru. Bez tych kilku sekund taśmy - nie byłby tak
wstrząsający. Podobnie z "Czerwiakiem".
Gdyby główny bohater nie umarł - też nie
byłoby aż takiego dramatu. Brzmi to okrutnie - ale taka jest prawda. Kiedyś
była afera w światku reportersko dziennikarskim jak fotograf zrobił serię zdjęć
dziewczynce w Peru którą pochłonęła lawa. Byli tacy co go potępiali. Ja jednak
uważam że zrobił to co w danej chwili mógł. Nie był w stanie pomóc temu dziecku
mógł jedynie utrwalić tragedię.
Tak samo Ci co robili stosy wychudzonych trupów
w Oświęcimiu. Przynajmniej jest dowód. Nikt nie może zaprzeczyć - i użyć
słynnego określenia wszystkich obrońców zbrodniarzy - "pamięć ludzka jest
zawodna". Tymczasem fabuła to ogromna praca od podstaw - stwarzanie
świata, którego nie ma. I tu robisz błąd - ten dialog z fabuły to nie rozmowa
pomiędzy córką a ojcem tylko pomiędzy żoną i mężem którą tenże regularnie bije
a potem pyta sie jej cynicznie skąd te sińce. Wymowa jest jeszcze bardziej
wstrząsająca. Ale o tym pogadajmy osobiście, bo musiałbym Tobie całą fabułę
streścić dość dokładnie. Poza tym jeszcze jeden istotny szczegół: Nawet
amatorska fabuła musi byc zrobiona w kanonie kina komercyjnego.
Co to znaczy - a no dobre zdjęcia, przez
co mniej chropawe, aktorzy zawodowi bo naturszczycy na dłuższa metę sa
meczący i już nie modni, klasyczna dramaturgia z początkiem - rozwinięciem
akcji i zakończeniem bo inaczej widz sie ze tak powiem wkurzy. I tu żadna
szczerość wypowiedzi czy chropawość nie pomoże. Nie można pójść na skróty jak w
eksperymencie czy dokumencie, który może być jedynie bezosobową rejestracją.
Tak jak przy pisaniu krótkiego wiersza czasem wystarczy erudycja, talent i
chwila olśnienia - tak przy powieści potrzebna jest praca, zbieranie
dokumentacji i spory warsztat oraz wiedza o literaturze i kulturze w ogóle oraz
nawet wskazana jest znajomość teorii.
Tak samo z fabułą. Trzeba znać historię
kina, teatru, literatury i do tego mięć dużą humanistyczną ogładę. Wbrew pozorom
hollywódzcy majstrowie od scenariuszy i reżyserii to mają. Większość z nich ma
kursy teoretyczne na uniwersytetach. Jak Spielberg, Scott, i Rodriguez. A robią
kino komercyjne. Czyli - dokument to chęć szczera - czasem wyjdzie z tego
niezły materiał. Animacja to częstokroć prestidigitatorstwo - niestety. A
fabuła aktorska to - wyższa szkoła jazdy. Jakby synteza sztuk. I z tego wniosek
że w amatorskich warunkach zrobić jest nią najtrudniej.
CDN. Jac
7 czerwca 2009
Witam!
Na początku
konieczne sprostowanie. Pisząc o panelu i obchodach przytaczałem
wypowiedzi z telewizji Jana Pospieszalskiego. Oczywiście brat Marcin nie ma nic
z tym wspólnego. Pomyłka wyniknęła z prostej przyczyny, znam go z wielu nagrań
i występów, więc jak "Pospieszalski" to Marcin. Gdybyś cytował, lub
powoływał się na ten "listel" to koniecznie trzeba to sprostować.
Skoro mowa o Pospieszalskim Marcinie, to
dziś występował w towarzystwie Wojciecha Waglewskiego z ukraińskim zespołem
"Hajdamaki". Być może ich znasz, uprawiają taki folk na rockowo.
Goście zresztą Górale, dodali sporo do tego występu. Okazuje się, że niektórzy
folkowcy potrafią się muzycznie dogadać. Publiczność Starego Rynku bawiła się
świetnie mimo deszczu. Mnie cieszą te klimaty, bo to znaczy że ten gatunek
muzyczny jakoś ewoluuje i nie ogranicza się do imitatorstwa. W każdym razie to
ma jakąś przyszłość. Co do pokolenia rockowców, których sportretował Jernas, to
znam ten filmik. Powiem tak, że nie czepiałbym się za bardzo, bo chłopak po
prostu "kręci" w pozytywnym sensie i nie liczy na wielkie budżety i
układy. Realia były takie, że akurat ci ludzie byli w jednym miejscu w jednym
czasie i zachował się jak rasowy reporter i zarejestrował "zeznania".
Czasem trzeba tak robić, bo może to mało
filmowe, ale dokument jest. O tych rockmanach mogę powiedzieć tyle, że w
odróżnieniu od pokolenia bigbitowców, byli świadomi tego co robią i też mieli
odrobinę dystansu i pokory. Te bigbitowe dinozaury miały jeden cel, wejść na
estradę i jak najdłużej na niej pozostać, a pokolenie wyrosłe w Jarocinie
zrozumiało, że publiczność może nie ma ucha na fałszywe tony, ale rozumie,
kiedy ktoś jest szczery. Pamiętam z opowieści bywalców, bo ja byłem tylko raz,
sytuacje kiedy "T- Love" niemal został siłą usunięty ze sceny i nie
wiele brakowało, że publiczność by ich poturbowała, a poszło o rzecz banalną.
Dostali się na radiową listę przebojów Marka Niedźwieckiego i "punki"
uznały to za "sprzedanie się komercji" i władzy. No i jeszcze jeden
drobiazg, może nadal ci rockmani mieli kiepskie "wiosła", ale więcej
umieli od poprzedników. Objawem tego był "wysyp" rockowych ballad,
które dziś są uznawane za kultowe i buntownicze. Może nawet nie chodziło im o
bunt jako taki, ale starali się właśnie nie fałszować. Może wielkie to nie
było, ale sympatyczne.
Rozmawiałem z Kosińskim, nawet go
nagrałem. Niestety to co miał ciekawego do powiedzenia, to powiedział przy
zamkniętym mikrofonie. Musiałbym mieć więcej czasu i troche popracować, aby
zdobyć jego zaufanie, jestem pewien, że chętnie opowiedziałby o kulisach
"Rejsu". Przy okazji posłuchasz. Nas tej imprezie pokazywał swój film
godzinny. To właściwie monodram zrealizowany "setką". Opowiedział, że
nie miał warunków na to, żeby zrobić to zawodowo, więc wystąpił w trzech rolach
sam i nagrane to zostało w pewnym sensie "statycznie" jak zapis
właśnie teatralnego monodramu.
Nie powiem nic więcej o tym filmie, bo
może jeszcze będzie okazja, że go obejrzysz, a w pewnym sensie jest on bliski
tematyce, jaką Ty kilkakrotnie opisywałeś w swoich tematach. Po tym wszystkim
poszliśmy na piwo do jakiejś knajpy, ale zgiełk i tumult, bo to sobota, no i
atrakcje na Starym Rynku. Rozmawialiśmy o stowarzyszeniu rozmaitych pomysłach
kolegów, może coś pożytecznego z tego wyjdzie. Jednak tym razem mam dystans i
nie zaangażuje się w nic nad czym nie mógłbym zapanować.
and.
CO DO FABUŁY
OFFOWEJ?
7 CZERWCA 2009
Witam,
Co do fabuły offowej - jak najbardziej jest pożądana. Taka powstaje na Zachodzie i są to
często wybitne filmy.
Ale jest kilka postulatów które ta musi spełnić:
Jac
NIEDOKOŃCZONA ROZMOWA
6 czerwca 2009
Witam!
I dopowiadam. Nie dokończona rozmowa.
Zacznę od pewnej obserwacji. Ostatnio coraz więcej ludzi w moim otoczeniu
zanurza się we wspomnieniach. Dla mnie, jak ktoś żyje tylko tym co było, to znaczy,
że się starzeje. W sensie biologicznym, to oczywiste, ale mentalnie, a jak ktoś
mówi, że nie lubi komputerów, to nie jest oryginałem, tylko
"matołem". Męczy mnie to życie przeszłością i ciągłe rozpamiętywanie.
Czasem to ma jakiś sens. Podam taki przykład; kiedyś, jak byłem na zjeździe
"kombatanckim" to wspominaliśmy z kolegami różne epizody i w ten
sposób dowiedzieliśmy się nawzajem o sobie więcej, bo w dawnych czasach zasada
była taka, że o nic się nie pytało, lepiej było pewnych rzeczy nie wiedzieć, na
wzajem sobie nie przeszkadzać. To miało inny sens, inny wymiar. Prawidłowość
jaką zaobserwowałem, że ci z mojego pokolenia i starsi, zwłaszcza
"dworaki" teraz roztrząsają, dywagują i krytykują, radykalizują. Taka
"radykalizacja wsteczna" jest chorobą umysłową, podobnie jak
doszukiwanie się wszędzie "anty", że nawet ten
"bigbitowiec" był "anty".
Odrobina pokory i dystansu by się
przydała. Podobnie jak naciąganie faktów, a adwersarze są impregnowani na
argumenty, więc nie chce mi się wracać do sprawy oceny "czerwca 56".
Wyjaśnić jednak musze na czym polega przypadek Andrzeja Górnego. Mianowicie
twierdzi on, że czerwiec 56 był powstaniem przeciw komunistom, a dalej wyciąga
z tego teoretycznie logiczny wniosek, że to co było dalej, to seria ustępstw,
aż do "okrągłego stołu". Kiedy Bogdan Klepas powiedział, że mimo
wszystko ma satysfakcje z tego, że może żyć w demokracji i bilans przemawia na
korzyść, chociaż ma świadomość, że fabryka w której pracuje, czyli
"Cegielski" może nie przetrwać. Replika Górnego była nie tylko nie na
temat, ale agresywna i nie elegancka. Zdumiewa mnie łatwy radykalizm i
ferowanie bezpodstawnych wyroków. Podam jeszcze jeden kontekst, mianowicie
chciałem zareplikować, ale powstrzymywał mnie "Wodnik". Ustąpiłem po
raz ostatni, bo niby dlaczego mam rzekomo szanować czyjeś poglądy, bo brak
reakcji może dla tego człowieka oznaczać akceptacje.
To on może wygadywać brednie, a ja mam
nic nie mówić, bo jakaś krzywda by mu się stała? Zapytam inaczej, bo może ja
tego nie pamiętam, ale co robił Górny w tamtym czasie? Może lepiej żeby
przejrzał wcześniej swój życiorys. To dla mnie taki "wywrócony na
podszewkę PRL w myśleniu". Dawniej Rzymianie uważali, że przed sądem można
dać wiarę świadectwu człowieka o wiarygodnej przeszłości i czynach, które dowodziły
jego morale. Prawdopodobnie Cie to zdziwi, ale uważam, że ludzie, których to
nie dotyczy nie mają prawa zabierać głosu, bo są nie wiarygodni. Owszem mogą
mieć swoje zdanie, ale nie mogą sądzić, ani oceniać. Czas wreszcie powrócić do
prostych i jasnych zasad.
Zresztą życie toczy się dalej.
Powiedziałem, po raz ostatni, to znaczy w następnym przypadku będę reagował.
Powiem wreszcie też bez nie domówień, to ja powinienem ten panel prowadzić, a
to z dwu powodów, bo po pierwsze ja wymyśliłem temat, a po drugie znam go z
własnego doświadczenia. Jest mi przykro, że zostałem wmanipulowany w chorą
sytuacje. Jestem też zmęczony tym, że ktoś jest skłonny przystać na inne
zdanie, pod warunkiem, że jest to jego własne. Co się dalej wydarzyło? Jak już
pisałem wobec takiego przebiegu imprezy Waldemar Łazuga zwyczajnie opuścił
zgromadzenie i postanowił w nim nie uczestniczyć dalej. Powinienem zrobić to
samo i wyjść, ale zrobiło mi się żal "Wodnika". Obawiam się, że wtedy
sala by opustoszała i zostałby sam z Górnym i Machalicą. Dziś rano Górny będzie
opowiadał przez Radio Emaus te same bzdury.
Oglądaliśmy dziś film o aktorze z
Gorzowa. Wydaje mi się, że ten film powinni obejrzeć ludzie z IPN. Historycy
opisują wielkie procesy i przemiany, analizują, stawiają pytania, szukają
ukrytych informacji w archiwach. W programie Marcina Pospieszalskiego
prowadzący zapytał między innymi Onyszkiewwicza, czy to prawda, że jak pracował
w resorcie obrony w rządzie Mazowieckiego, to palono dokumenty? Indagowany
odpowiedział, że nic takiego nie miało miejsca. No tak, ale dziennikarz wie
lepiej niż człowiek, który tam pracował i faktycznie był wice ministrem.
Dlaczego mu nie wierzyć? Wracam do rzymskiej zasady, udowodnił że jest
wiarygodny swoimi czynami i dlaczego miałby kłamać.
Dalej Pospieszalski dociekał, jak to było
z rozmowami , czyli dogadywaniem się z Moskwą? Znowu Onyszkiewicz odpowiedział,
że w żadnej sprawie nie porozumiewał się z Moskwą i nic nie wie, aby ktokolwiek
z tej ekipy prowadził jakieś tajne rokowania. Historycy wysnuli taką koncepcje,
że Gorbaczow miał się próbować porozumieć z tak zwaną "konstruktywną
opozycją" poza Jaruzelskim, na którego nie liczył. Moskwa chciała mieć
pewność, że nie będzie w Polsce rozróby, bo miała kłopoty w ramach "Pierestrojki".
To kompletny absurd. Oczywiście musiała kurtuazyjnie udać się do Moskwy
delegacja rządowa z ekipy Mazowieckiego, bo miało to też i takie znaczenie,
żeby uspokoić Moskwę, że nikt nie będzie dążył do konfrontacji Wschód Zachód.
Tego gestu zresztą nie doceniają na Zachodzie, zwłaszcza na ile innym krajom
"bloku" ułatwiliśmy sytuacje, zapewniając swoiste gwarancje
moskiewskiego "des interesmois". Wszystko się miesza, historycy
stawiają pytania i hipotezy, a publicyści analizują i interpretują, ale co
najgorsze, to dziennikarze i "lud" przyjmuje to za fakty.
Kiedyś spieraliśmy się o poznański
czerwiec. Prawda jest taka, że w relacjach uczestników i świadków nie było ani
jednego punktu potwierdzającego, że mieliśmy do czynienia z powstaniem. Mówię
jaka była "prawda ludzka", oni wyszli na ulice zwyczajne
zaprotestować, a nie na wezwanie, na mobilizacje. Nikt nie spodziewał się, że
władza będzie strzelać do robotników, bo przecież trwały targi i masę
dziennikarzy z zagranicy i gości targowych ze świata. Nikt nie nawoływał do
zbrojnego oporu, nie wydano broni przed wyjściem na ulice. Teraz historycy
snują rozmaite hipotezy, czy mogło to się przerodzić w powstanie, czy nie, a
jeśli tak, to jakie miałoby ono szanse? Niestety sami ludzie w to uwierzyli i
uznali to za fakt.
Na panelu jednak było kilka głosów na
temat. Grzegorz opowiadał o tym, jak na zebranie KO poszedł jego ojciec, a że
był tam jedynym profesorem, to namawiali go, żeby kandydował do senatu.
Dlaczego? Reszta profesorów wolała kibicować, a on nie odmówił nie dla tego, że
czuł się powołany do ról politycznych, tylko z poczucia odpowiedzialności,
skoro ci ludzie mu zawierzyli, to nie wypadało odmówić. Inna sprawa, że to było
w pewnym sensie naturalne, uznano, że wiedza jest jakimś probierzem mądrości.
Po latach dorabia się jakieś spiskowe teorie i szuka drugiego dna, a nic
takiego nie było.
Prawdopodobnie teraz sytuacje nie są tak
przejrzyste. Maciej Musiał opowiadał o trudach kampanii wyborczej, jak trzeba
było namawiać ludzi, jak towarzyszyła temu nie pewność i nie zrozumienie.
Członek rządu Mazowieckiego profesor Janicki przyznał, że sytuacja była
dramatyczna, państwo praktycznie zbankrutowało i nie było do końca wiadomo
jeszcze jak to się skończy. Po imprezie rozmawiałem z Geniem i Januszem
Łankiewiczem i powiedzieli, że nie zdawali sobie sprawy z tego, że może być
jakieś zagrożenie i że władza może zechcieć wszystko odkręcić. Wracam do
programu Pospieszalskiego. Lansował tam tezę, że było
"dogadanie" że strona "solidarnościowa" chciała się
wywiązać za wszelką cenę z jakiegoś tajnego porozumienia przy okrągłym stole, a
jako koronny dowód miał posłużyć tekst Michnika wydrukowany w
"Wyborczej" trzy dni po wyborach. Podobne w tonie wypowiedzi
Onyszkiewicza i Mazowieckiego w "Tygodniku Solidarność". Naród nie
wierzył, że może być zawrócenie z tej drogi, a oni mieli świadomość tego, że
wariant siłowy nadal jest realny i te apele nie oznaczały "zdrady",
tylko były świadectwem poczucia odpowiedzialności, świadomości, że rozpoczął
się proces, który trzeba kontynuować, nawet za cenę pewnych kompromisów.
Konsekwentnie do samego końca przeciwny
był jakimkolwiek kompromisom Kornel Morawiecki, zgodnie z programem
"Solidarności Walczącej". Nie przyjmował do wiadomości ustaleń
okrągłego stołu i uważał, że należy czekać na chwile, kiedy
"komuniści" oddadzą władze bezwarunkowo i ostatecznie. Jednak z
wyników wyborów się ucieszył i też nie odsądza od czci i wiary tych, którzy
postanowili spróbować, podjęli wyzwanie. To jasne, że mogło się nie udać, ale
stało się na szczęście inaczej. Z Kornelem bardzo dobrze mi się rozmawiało
ilekroć miałem okazje, bo to wbrew też niektórym opiniom człowiek o bardzo
przenikliwym umyśle i przywiązany do zasad, konsekwentny w działaniu i
postawie. Ma swoje przekonania, ale jak ktoś osiągnie cel inną metodą to też to
aprobuje. Zresztą jego program polityczny nigdy nie miał nic wspólnego z
nacjonalizmem, czy terroryzmem. Wariatem był Moczulski (jak się później okazało
agent, prowokator). Groteskowym był i jest nadal Korwin-Mikke, a prawdziwym
liberałem jest na przykład Janusz Lewandowski. Jak widzisz uznaje i rozumiem
wiele radykalnych postaw i poglądów, ale z "wariatami grafomanami"
nie chce się zadawać.
Przyszedł już czas, żeby przyjąć jakąś
godną postawę, stosowną dla wieku i tak jak zawsze gotów jestem do jakiejś
"awantury politycznej" to w pozytywnym rozumieniu, programowym,
konstruktywnym.
Zadałeś pytanie wyborcze. Jest na nie
trudno odpowiedzieć. Mogę jednak wyjaśnić na czym polega kłopot. Mniej więcej
wiadomo jakie predyspozycje powinien mieć polityk i też to wiem. Wiadomo, że od
początku przemian ścierają się dwie tendencje; do rozumienia polityka, jako
zawodu i jako powołania. Ja jestem wrogiem etatyzacji polityków, bo owszem
zdobywają z czasem doświadczenie, ale zawsze gubi ich rutyna. Jestem też
przeciwny "zawodowym politykom" w rozumieniu kompetencji, czy
umiejętności. Zwolennicy twierdzą, że polityk powinien znać języki obce, być
prawnikiem, albo ekonomistą, lub mieć jakiś inny pokrewny zawód, a to nie
prawda. Owszem, znajomość języków, czy prawa pomaga, ale to umiejętności, a nie
właściwości. Więc nie wierze w zawodowych polityków, zwłaszcza takich, którzy
zaczynali kariery od "partyjnych młodzieżówek", czyli cała ich
kariera zawodowa i życiowa była związana z jakąś partią. Czym powinien wykazać
się polityk? Odpowiadam:
Najważniejsze są kwalifikacje moralne, a
pokazuje to życiorys kandydata, czyny o nim świadczą, jak mawiali starożytni;
"gesta fundamenta veritas est" (czyny są podstawą prawdy). Drugi
konieczny warunek do spełnienia, to mądrość, to znaczy umiejętność korzystania
z wiedzy. Polityk nie musi być ekspertem, musi tylko mieć zdolność korzystania
z wiedzy ekspertów, oceniania jej i przekładania na życiową praktykę. Trzeci
warunek, to sztuka dialogu. Umiejętność zanikająca. Polityk powinien
słuchać, jakie są priorytety, co jest największą wartością dla ludzi, których
ma reprezentować. Polityk nigdy nie może mówić "ja wiem lepiej od was, co
jest wam do szczęścia potrzebne", a niestety od lewej, do prawej wszyscy
ytak sądzą, że ich pomysły zbawią świat.
Pewien polityk powiedział, że nie jest
najważniejszy PKB, ale poczucie szczęścia współobywateli. Kłopot tylko w tym,
że PKB da się wyliczyć, a poczucie szczęścia jest nie obliczalne, choć można je
w jakimś stopniu odbierać, chociażby poprzez reakcje ludzi. Oczywiście
"rasowy polityk" mówi, że PKB rośnie, a jak czegoś jest więcej, a nie
mniej, to powód do radości, ale jak się ludzie nie cieszą, to polityk się
obraża. osiągnięcie tego drugiego parametru jest trudniejsze.
W roku 1980 Polacy byli biedni, ale
szczęśliwi, bo mieli "Solidarność" czyli wierzyli, że coś od nich
zależy. Teraz nawet nie chodzą na wybory, bo czują się wykluczeni z tej gry.
Pewien profesor z szkoły ekonomicznej w Warszawie przeprowadził badania i "empirycznie"
poprzez cyferki i analizy porównawcze, udowodnił, że nawet ta nędzna dzisiejsza
emerytura, czy zasiłek na najniższym poziomie pozwala na wyższy poziom życia
niż dwadzieścia lat temu najniższa emerytura. to jest praktyczna odpowiedź na
dictum demagogów o rosnącym ubóstwie. Oczywiście Polak ciągle nie może się
wyzwolić z dawnej epoki, Homo Sovieticus nadal gdzieś w genach tkwi. Nie
rozumiem na przykład dlaczego ja mam martwić się o stocznie, skoro
stocznia nigdy nie martwiła się o mnie? Ta postawa roszczeniowa, zwalnia z
poczucia odpowiedzialności za siebie i innych. Nadal mentalnie jest utrwalany
podział na "my" i "oni".
Co powinien robić dobry polityk?
Uczestniczyć w dialogu społecznym, a wnioski z niego zamieniać na praktyczne
rozwiązania. Martwi mnie to z tego powodu, że głównym zajęciem
eurodeputowanych jest to jak wprowadzić powszechny zakaz palenia, albo na
przykład jak opodatkować żebraków. Czy jak te dwa problemy się rozwiąże,
to ludzie będą bardziej szczęśliwi? Wyobraź sobie żebraka z kasą fiskalną, albo palacza, który
po nabyciu legalnym papierosów, za rogiem zostanie aresztowany, bo nie mógł się
powstrzymać i zapalił w miejscu publicznym.
Stoczniowcy chcą nadal robić statki i
żeby jeszcze się to opłacało, a jak oglądałem film o robotnikach sprzed
trzydziestu lat, to przejawiał się tam jeden wątek, wszyscy mówili, że to
ciężka praca i źle płatna. Przecież nikt nie chce aby wartość pracy była
mierzona stopniem zmęczenia. Czy jest możliwe rozwiązanie? Oczywiście, że tak,
ale do tego potrzeba dialogu, czyli rozmowy, a nie konfrontacji, czy
negocjacji. Ostatnio to ulubione zajęcie polityków, czyli negocjacje. Zupełnie
nie wiem po co, bo to do niczego nie prowadzi.
Pozdrawiam!
and.
ODPOWIADAM NA GORĄCO I NA STOJĄCO
6 czerwca 2009
Witam Andrzejowicza,
Odpowiadam na
gorąco i na stojąco - jak to sie mówi pod wrażeniem a na refleksjony przyjdzie
czas. Moje uwagi: żal mi tego naszego projektu o jazzie. Chyba go oficjalnie
nie zrobimy a byłby świetny materiał lepszy od wszystkich co powstały o rocku i
gatunkach pokrewnych. Trzeba go pewnie zrobić w ramach offu - a z tym jednak
kłopot bo konkurencja uwali to iż realizacja niedobra technicznie. Co do
techniki - nic nie rozumiem: dałem tych moich artystów Mazurkowi do TV Kultura
- nie puścił tego iż słabe technicznie - a i tak realizacyjnie lepsze od
większości filmów pokazywanych na festiwalu a podobno są one emitowane na
Planette i w Kino Polska.
Nic z tego też nie
rozumiem bo Taki Mieciu Grębowicz marudził na temat pilota a on w stosunku do
większości filmów Jaszczurowych jest arcydziełem profesjonalizmu. Musiałeś mu
pewnie dać zły dysk - umówmy się że jak dajesz jakiś materiał wizualny
kontrahentom skontaktuj się ze mną aby nie było wpadek. Ten pilot widział
krytyczny Wojtuś Jaracz i profesjonały z PISF i akurat do tego nie mieli
zastrzeżeń i powiedzieli że zapowiada ciekawy materiał dokumentalny. Co do
samej imprezy: poziom był nierówny. Niedocenionio filmów Andrzeja Mosia o Kamedułach
i dwóch pozostałych które miał w konkursie. A i realizacyjnie i merytorycznie
zrobione były - choć tradycyjnie - doskonale. Także te 3 długie fabuły. Widać
że facet - lat 58 to zmarnowany talent polskiego filmu aktorskiego. Pierwszy
mniej udany ze względu na uproszczenia fabularne, ale dwa pozostałe niezłe.
Trzeci ten wyróżniony o żonie i mężu alkoholikach - mimo że offowy - lepszy od
wielu polskich produkcji telewizyjnych i kinowych wysoko budżetowych. I temat
uniwersalny. Dobra gra aktorów, montaż bez zarzutu, niezłe dialogi (mało ich co
najważniejsze - filmy polskie są przegadane jak słuchowiska - tyle że kiepskie)
i niezła reżyseria.
Sądzę iż
niepotrzebny był konkurs - tu Jurek Jernas powiela trochę schemat z dawnego
kina amatorskiego i z obecnego - zawodowego. Pisaliśmy o zmorze festiwali ale
dla mnie zmorą jest wymóg nagród. Teraz nawet w biznesie firmy się reklamują iż
dostały nagrodę za najlepszy produkt - a to lipa do produkt przecież ocenia
rynek a nie targowcy - sami siebie. Film o aktorze co nie dostał polskiego
obywatelstwa wymagałby pewnych skrótów i przemontowania i wtedy mógłby być
faworytem nawet w Krakowie na festiwalu międzynarodowym. Ale impreza
sympatyczna i nie żałuje iż wziąłem udział i byłem. Co do reklamówek wyborczych
wrzuciłem je na You Tube. Przesyłam strony gdzie można je znaleźć i linki oraz
ściągnięte we fleszu. Reklamówki Solidarności krążą w INTERNIE o pojawiają się
sie na początku wyszukiwarki jak klikniesz Wybory, Solidarność, 4 czerwca spot
wyborczy - etc.
Oto linki:
LINKIWYBORY
4 czerwca 1989 spot
wyborczy BYĆ Solidarność 4 czerwca 1989 Wybory Sejm
Senat
http://www.truveo.com/solidarno%C5%9B%C4%87-4-czerwca-1989-wybory-sejm-senat/id/2305843009444191127
http://www.truveo.com/wybory-4-czerwca-1989-spot-wyborczy-byĆ/id/1371199869
http://www.youtube.com/watch?v=NBPMURRJMgs
http://www.youtube.com/watch?v=BdjNx2aZSwQ&NR=1
http://www.redakcja.pl/Z-Sieci/102,Glosuj-na-solidarnosc
http://video.google.com/videosearch?client=safari&rls=en&q=Solidarność%20wybory%204%
http://developer.truveo.com/apps/example2/index.php?q=tag%3A%22czerwca%22&n=20&a=0
Czy idziesz na wybrwy i na kogo głosujesz?
Dzisiaj jeszcze
chcemy Rembrancika zaliczyć. Pozdro Jac Pas Pierwszy i Drugi zarazem.
5
czerwca 2009
Witam!
To się porobiło! "Wodnik"
ma kaca po imprezie, ale moralnego, nie alkoholowego. Górny zadręczył
publiczność swoim monodramem w wykonaniu Machalicy. W debacie wywiązała się
polemika między Klepasem, a Górnym, mało merytoryczna i nie sympatyczna. Łazuga
się obraził i wyszedł w trakcie panelu trzaskając drzwiami. Koncert w parku w
strugach deszczu, jak ktoś zauważył drzew więcej jak publiczności. Zdaje się,
że jest jakaś rejestracja, może uda mi się ją zdobyć. Kilka głosów było ważnych
i ciekawych. Na szczegółowe sprawozdania przyjdzie czas. Po imprezie
odprowadziliśmy na dworzec Jarka Królikowskiego.
W
każdym razie "plakat wyborczy" pokazałem i skomentowałem. W TVP był
filmik dokumentalny o studio wyborczym "Solidarności" w telewizji. O
reklamówce ani słowa, a kulisy studia pokazane dość drobiazgowo. Opowiadał
Maciej Rajzacher.
Jeśli
dodamy do tego dokument nakręcony przez Kubiaka i drugi planowany to robi się z
tego serial o telewizji. Mam wrażenie, że kiedy obowiązywała nie pisana zasada,
jeden temat, jedna realizacja, to było to zdrowsze w tym sensie, że nie było
sztukowania. To sztuka zrobić kilka dokumentów na temat epizodu trwającego
półtora miesiąca. (To ironia, nie traktuj tego dosłownie).
Mam nadzieje, że "Inwazja jaszczurów" będzie bardziej udana.
Jutro o 15.30, a w sobotę od 10.00.
Po powrocie włączyłem telewizor i tam podobna impreza, tyle, że za
większą kasę, ale klimat podobny. Niemiecka kapela rockowa, śpiewająca po
angielsku o "Nadchodzącym wietrze zmian..." Taka sobie ballada
rockowa, która ma z tym tylko tyle wspólnego, że w tym czasie była przebojem, a
cała ta ideologia do tego dorabiana. Jak jest święto, to trzeba się cieszyć,
zgoda, ale po co dąć w spiżowe trąby w dodatku fałszywe nuty?
W
każdym razie ja zjadłem "patriotyczne danie", bo biało-czerwone,
czyli truskawki ze śmietaną.
Pozdrawiam!
and.
4 czerwca 2009
Witam!
Kalkulacja w pamięci, czy kalkulacja pamięci? Pamięć też i profesorów
zawodzi. Czasem zdumiewa mnie drobiazgowość i detaliczność opisów w pracach
profesora M. H. Słynie z tropienia anegdot, czego dowodem jest ostatnia
książka. Dziwię się więc, że o tym drobiazgu zapomniał, a przecież dla
lokalnych patriotów byłby to kąsek nie lada. Wszak Poznańczycy i Wielkopolanie
są czuli na tym punkcie. IPN też dał plamę, bo tropi, kto komu bilet na tramwaj
pożyczył aby ten zdążył przed godziną milicyjną dotrzeć do domu z ważną ulotką,
a takie detale, to ich nie obchodzą.
Pamiętam jak Wojtek Jaraczewski kręcił
etiudkę fabularną, w której występowaliśmy. Niestety byliśmy zbyt teatralni. To
co sprawdza się w teatrze, jest wręcz konieczne, pewna przesada w geście i
nadmierna ekspresja, w na filmie wypada groteskowo. W teatrze trzeba
"mówić całym ciałem" a w filmie to nie jest konieczne, bo kamera
"podgląda" i wszystko wyolbrzymia, nawet to małe. Z tym problemem nie
radzi sobie wielu aktorów. Może dlatego sławy sceny zgodnie twierdzą, że teatr
daje im większą satysfakcje. Ja im wierze, bo aktor filmowy, to inny gatunek,
choć wydawałoby się, że to samo zwierze. Film też nie zawsze toleruje aktora o
wyrazistej osobowości, chyba, że dotyczy to tak zwanych aktorów
charakterystycznych, którzy grają epizody, bo mają odpowiednie do nich "emplois".
W polskim kinie wbrew pozorom było sporo "naturszczyków" od takich
ról. Zagrać naturszczyka potrafił Maklakiewiicz, a dziś Andrzej Grabowski.
Dlaczego ten pierwszy, to wiesz, a drugi robi to na tyle udatnie, że nawet
kilka pism kolorowych się na to nabrało i przedstawiali go jako naturszczyka.
Co to ma wspólnego z filmem amatorskim?
Władza miała taki pomysł, licencja
importowana z NRD i uznali, że jeśli ktoś potrafi dobrze fotografować, to można
nim pokierować i zrobić z niego prawdziwego filmowca. Taki amator z awansu
będzie dyspozycyjny i wdzięczny za danie szansy. Nie do końca to wyszło, ale
wśród operatorów telewizyjnych, kamerzystów znalazłbyś masę takich przykładów,
z reżyserami gorzej. Przykładem niech będzie poznańska telewizja, gdzie
pracowało wielu kamerzystów z "przyuczenia", zaczynali w kółkach
fotograficznych.
Oczywiście ruch amatorski było łatwo
kontrolować, w końcu kamery prywatnie nie kupiło się, a jeśli nawet, to koszt
taśmy, o ile dało się ją zdobyć był zbyt duży na kieszeń amatora. Teraz
technologia wprowadziła pewien rodzaj demokracji, to wszystko jest w zasięgu
ręki i to wcale nie za takie wielkie pieniądze. Dla młodego człowieka jest to
wybór, czy kupić używany samochód, czy dobrą kamerę? Jak czytam relacje z
krakowskiego biennale fotograficznego, czy łódzkiego, to stwierdzam, że
amatorzy wiele nie odstają od zawodowców w fotografii, a i w dokumencie jest
coraz więcej ciekawych realizacji "offowych". Trzeba pamiętać o tym,
że dzisiejsi amatorzy nie podlegają tej presji, co ich koledzy w PRL - u i
oczywiście mogą technicznie też zrobić więcej, tylko potrzebne są kompetencje i
wyobraźnia. Tym razem kilku trafiło do kina zawodowego. Powstało kilka
interesujących fabuł nakręconych przez prawnika, socjologa, absolwenta
filozofii. Dziś szkoły filmowe przeżywają kryzys. W telewizyjnym magazynie
filmowym słyszałem wypowiedź wykładowcy ze szkoły łódzkiej, który mówił, że
ponad połowa studentów chce kręcić pierwszy film właśnie o robieniu filmu, a
druga o swoim osiedlu. Nie zastanowił się być może dlaczego tak jest, a
odpowiedź jest prosta, dydaktyka sprawę zawala. Za dużo poświęca się czasu na
umiejętności "manualne", obie są ważne, ale od tego są podręczniki i
praktyka, a za mało oglądają klasyki i za mało czytają książek.
Dawny amator skupiał się na technice, bo
miał w tej dziedzinie kompleksy. Znałem takiego filmowca amatora z Zamku, który
fotografował i filmował ptaki i tylko to go interesowało, a jak zrobić unikalne
i technicznie dobre zdjęcia, aparatem fotograficznym, lub kamerą. Oczywiście
dysponując kamerą Krasnogorsk, choć to 16 mm, to wiele się nie zrobi, Zenit też
wyglądał jak prawdziwy aparat. Chodzi jednak o coś innego, w kółku filmowym
uchodził za mistrza, bo potrafił dobrze robić zdjęcia przyrodnicze, a do tego
nikomu nie podpadał, krótko mówiąc temat był bezpieczny. Inni mieli ambicje na
dokument, ale instruktor kazał kręcić etiudki, które musiały być kiepskie.
Pewno się domyślasz dlaczego. Nie jest to aluzja do doświadczeń Wojtka. Miał on
zresztą kłopoty, bo kręciliśmy na ulicach miasta i pewne inscenizacje
zaniepokoiły jakiegoś Esbeka i kamerę mu skonfiskowano na jakiś czas, bo to był
sprzęt Akademii Ekonomicznej, uczelni Wojtka. Czyli jak ktoś latał z kamerą po
mieście, a nie miął na to "pozwolenia" to lądował na komisariacie.
Nie jestem też entuzjastą licznych
festiwali i przeglądów tak zwanego "kina offowego". Niektórzy
studenci szkół filmowych i teatralnych odkładają dyplomy, bo można z tych
imprez żyć. to wygląda groteskowo, ale nie ma dnia w roku, kiedy nie ma
jakiegoś festiwalu, czy przeglądu. Większość zapewnia uczestnikom
"socjal". Do wzięcia są też nagrody, stypendia, których wbrew pozorom
jest też sporo. Większość tych imprez stosuje limit wieku, ale spokojnie do 35
lat można robić za "offowca", a na boku pochałturzyć w reklamie, czy
jakiejś telewizji. Wbrew pozorom agencje reklamowe lubią zdolnych i bezczelnych
amatorów, bo są "dyspozycyjni". Jak jest duży budżet, to zatrudnia
się "prawdziwych filmowców". Masz też odpowiedź na pytanie, dlaczego
nie ma "rzemieślniczej" roboty.
Dotowanie ruchu amatorskiego jest
demoralizujące, bo jest on ciągle amatorski, a przechodzi na zawodowstwo, to
tak jak ze sportowcami, nie robią tego dla satysfakcji i przyjemności, ale dla
pieniędzy. Inflacja umiejętności musi skończyć się bankructwem wartości.
Niech amatorzy kręcą swoje i za swoje,
ale dla siebie. Zbyt wiele ostatnio amatorskich produkcji pokazywanych jest na
dużym ekranie. Absolwent nawet filmówki nadal jest amatorem, póki nie
poterminuje troche w jakimś zespole, czy w dokumencie. W "newsach"
wyczytałem, że jest latem aż pięć festiwali dla studentów szkół artystycznych.
Proste prawo ekonomi, brak towaru na tym rynku festiwalowym, więc pokazuje się
wszystko co "skręcą" bez jakiejkolwiek selekcji. Efekt łatwy do
przewidzenia. Publiczność nabierze się na taką imprezę raz, a więcej nie ma
ochoty oglądać knotów i cała publiczność składa się z uczestników imprezy.
do zakręcenia!
and.
4 czerwca 2009
Witam Andrzejku,
Przesyłam to co napisałem do telewizorów.
Od siebie dodam iż robiliśmy wszystko nielegalnie i za darmo.
Nie byliśmy z Tamarą jeszcze wtedy pracownikami studia. Mieliśmy zaufanie
jedynie do Macieja Ćwieka z tej ekipy. Mogę tylko dodać iż cała załoga z
Jackiem Adamczakiem i późniejszymi solidarnościowcami na czele wykonywała
reklamówkę wyborczą dla Urbana który był zarówno szefem Radiokomitetu i
kandydującym do Parlamentu w Warszawie. Niezłe co? Pierwszym szefem Solidarności
w Studio - pół roku później została Tamara. Do dziś chyba niewielu wie o tej
sprawie. Jak opowiadaliśmy to Hendrykowskiemu nie raczył napisać o tym w swym
dziele o filmie w Poznaniu. Pisał o jakichś mało ważnych klubach amatorskich w
Wielkopolsce.
Notabene w przeciwieństwie do kolegi Jernasa którego cenie mam
zupełnie inne zdanie na temat ruchu amatorskiego. Nie był on żadnym filmem
niezależnym, bo był bardzo kontrolowany przez władze. To nieźle pokazał Kieśloj
w Amatorze. Polski film amatorski w PRL istniał krótko mówiąc na tej samej
zasadzie co bigbit i tyle. Więcej niezależności było niestety w filmie
profesjonalnym. Brzmi to jak absurd - ale to prawda - niestety.
Pozdro Jac
P.S. Pod tym listem - jeszcze jeden jaki wysłałem do Adamskiego
kilka lat temu.
Też na temat tych spotów solidarnościowych.
----- Original Message
-----
From: Tamara Sorbian
To: sekretariat.waw@waw.tvp.pl
Sent: Thursday, June 04, 2009 12:57 AM
Subject: Animowane plakaty wyborcze z roku 1989
Szanowni
Państwo!
Gdyby was zainteresowały realizowane przez
nas animowane plakaty wyborcze z roku 1989, które niejako jeszcze niejako
„podziemnie" realizowaliśmy. Były one emitowane długo w czasie kampanii
jeszcze w PRL-owskiej telewizji.
Były to pierwsze tego typu realizacje w
Polsce.
Powstały one na bazie animowanego logo
„Solidarności" dla Zarządu Regionu Wielkopolska, a następnie zostały
wyemitowane w całej Polsce przez wyborami do sejmu i senatu w 1989 roku i
później w czasie pierwszych wyborów samorządowych.
Powinny być one podczas zapisów studiów
wyborczych w materiałach archiwalnych
Sprawę pilotował Piotr Frydryszek, a potem
Jacek Kurzyca
Przesyłamy zrekonstruowane je z
oryginalnych celuloidów – przy pomocy komputera.
Muzyka to fragment utworu Włodzimierza
Korcza, który został „podłożony” w TVP.
Plakaty te realizowała (oczywiście za
darmo) ekipa w składzie:
Reżyseria : Jacek Kasprzycki i Tamara
Sorbian - Kasprzycka
Animacja ; Jacek Kasprzycki
Malowanie ; Jacek Kasprzycki, Tamara
Sorbian, Jacek Paluszak, Elżbieta
Jacek Kasprzycki
Tamara Sorbian -
Kasprzycka
SESJA
1 czerwca 2009
Witam!
Sesja poświęcona "Prawu autorskiemu
wobec zasad wolnej konkurencji" odbędzie się 3 maja, zaczyna się o 10.00.
Oczywiście można uważać, że to zbędna wiedza, ale dobrze byłoby, gdyby ktoś z
Twoich kolegów z związku poszedł jednak i posłuchał, to czegoś się dowie, bo to
sprawy dla bytu artystów podstawowe. Podobnie jak z wyborami, można nie iść ale
później nie można się obrażać, nawet jeśli chce się zaprotestować i nie popiera
się żadnego kandydata.
Dziś dzwonił kolega z pytaniem, czy nie
zająłbym się organizacją radia w internecie, to bardzo ciekawa propozycja i to
już druga w ostatnim czasie. Podobałoby mi się coś takiego, pod warunkiem, że
byłoby to radio autorskie, to znaczy z programem społecznym, mam nawet pomysł.
Nad to nie chce mi się już pracować na cudzą chwalę.
Słowo o konferencji, czy panelu jak
wolisz. Jak już pisałem, mój temat brzmiał "Rekonstrukcja stanu świadomości"
i wiem, co mówię i mam konkretny scenariusz, ale dinozaury wszystko sknociły i
będzie "Od czerwca, do czerwca", czyli dęta akademia, mam nadzieje,
że im ją popsuje.
Do zakręcenia!
and.
NATURSZCZYCY
1 czerwca 2009
Witam!
Jeśli czytasz moje listele, to wiesz, że
dokładnie to samo pisałem do Ciebie dwa miesiące temu. Zajrzę do tego artykułu
z "GW". Dla mnie od początku było to jasne, że chodziło o to, żeby do
środowiska artystów, filmowców, literatów wpuścić troche "naturszczyków".
Władza w ten sposób udowadniała, że z każdego może zrobić wielkiego, tak samo,
jak każdego można zgnoić. Tylko nie mogę pojąć skąd bierze się ten kult dziś,
te zachwyty PRL - owską przaśnością i miernotą.
Dziś media lansują inne wielkości. Może
to byłoby i śmieszne, ale mnie nie śmieszy, jak czytam, że wśród dziesiątki
najpopularniejszych, czy najważniejszych Polaków obok Papieża, Wałęsy i
Kopernika znajduje się Doda i Kubica.
Co do Dody to wiadomo, ale Kubica,
który jeszcze nic nie osiągnął, a już jest wielki, to ja pytam w czym? Rodacy
mają głód sukcesów sportowych, prędzej będą podziwiali piłkarza, któremu uda
się kilka razy trafić do bramki, niż na przykład genialnych matematyków, którzy
rozpracowali "Enigmę". W sobotę były na Tamizie zawody wioślarskie.
Co roku ścigają się ósemki z Oxford i Cambridge. Ponieważ w tym roku jest
"rok polski" w Anglii do zawodów powtórzonych dla rozrywki zaproszono
studentów z Torunia, którzy rzecz jasna wyścig wygrali. Minister spraw
zagranicznych, absolwent Oxfordu Radek Sikorski cieszył się z tego sukcesu. A
ja pytam, co to za sukces i właściwie w czym? PRL wraca, jak uczelnie nie miały
się czym wykazać, to stawiały na sportowców. Niestety wioślarstwo nie jest
dyscypliną naukową. Dla studentów angielskich to była zabawa, owszem
rywalizacja, ale dla nas to prestiż.
Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego,
jak głęboko tkwimy mentalnie w PRL - u, a politycy zwłaszcza.
Na stronie www.razem89.pl przeczytałem, że
młodzież 4 czerwca chce robić happeningi. Mają się ubrać na biało i czerwono i
tworzyć "żywe flagi" i napisy. Ktoś wpadł na pomysł, żeby tego dnia
stawiać panienkom czerwono-białe desery, czyli truskawki z bitą śmietaną na
wierzchu. Takie pomysły mi się podobają, bardziej niż te dęte oficjałki.
Osobiście wolałbym, żeby politycy tego dnia nie pokazywali się i zabrali swoje
dzieci właśnie na truskawki z bitą śmietaną, a nie bili piany na mównicach.
W Opocznie i Wrześni odbyły się
"prawybory". Pojawiło się ledwie 1,5 % nikt w mediach i żaden polityk
nie zastanowił się dlaczego. Można zwalać na kiepską pogodę, ale prawda jest
taka, że ludzie nie wierzą w sens tej zabawy, ani w sens wyborów. Może to
znaczyć tylko jedno, czują się wykluczeni. Zarówno PO jak i PIS są podobne,
obie partie są "etatystyczne", różnią się tylko pomysłami, ale jedna
rzecz jest wspólna, chcą władzy nie ograniczonej. W programach obu partii to
państwo, zresztą partyjne, ma kontrolować i regulować nie tylko porządek
prawny, ale i gospodarkę, programy społeczne i socjalne, media, wszystko. Po
ustawie o telewizji, szykuje się nowy pomysł, koncesjonowania prasy, wzorem
mediów elektronicznych. Do czego to zmierza nie musze tłumaczyć.
Do zakręcenia!
and.
31 maja 2009
Witam Andre,
Odpiszę obszerniej.
Czołówki zrobione!!!
W GW artykuł mądry Osiatyny który rozprawia się z kultem pijaństwa
PRL- owskiego i z legenda Maklaka i Himilba. Mówi ze każdy alkoholizm kończy
się menelstwem.
Jac
A tak na
marginesie: co zostało zrealizowane z postulatów pierwszej Solidarności:
21 postulatów
SOLIDARNOŚCI:
1.
Zalegalizowanie
niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych.
- Tak, od dawna.
2.
Zagwarantowanie
prawa do strajku.
- Tak, od dawna.
3.
Przestrzeganie
zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.
- Tak – można
pisać i drukować wszystko tym bardziej że w Polsce ta wolność jest nawet
nadużywana przez samych ideologów i pojawia się masę zwykłych pomówień.
4.
Przywrócenie
do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i
studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za
przekonania.
- Tak, od dawna
nikt Walentynowicz i Gwiazdę a nawet neofaszystów nie prześladuje.
5.
Podanie w
środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego
żądań.
- Tak od dawna
6.
Podjęcie
realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu.
- Tak od dawna.
Jesteśmy w NATO , UE i kryzysów od tego czasu była mnóstwo
7.
Wypłacenie
strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu
Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ).
- Tak, postulat
zrealizowany. Teraz nieaktualny.
8.
Podniesienie
zasadniczej płacy o 2 tys. zł.
- Postulat z
tamtych czasów - obecnie abstrakcja.
9.
Zagwarantowanie
wzrostu płac równolegle do wzrostu cen.
- Tego się już
nie da. Jest wolny rynek
10. Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku.
Eksport wyłącznie nadwyżek.
- Tak. Postulat
zrealizowany. Już w 1989 roku.
11. Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży
za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
- Tak. Poprzez
zmianę ustroju – sam się zrealizował.
12. Wprowadzenie zasady doboru kadry
kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz
zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu
partyjnego.
- To sprawa do
dyskusji. Ten postulat do końca nie został zrealizowany
13. Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso
- Tak.
Zrealizowany, obecnie nieaktualny.
14. Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do
50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30
lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn.
- Postulat
archaiczny – obecnie w UE i na całym świecie jest tendencja odwrotna.
15. Zrównanie rent i emerytur starego
portfela.
- Zmieniły się
zasady rentowe i emerytalne. Do dziś te sprawy budzą kontrowersje.
- Chodzi raczej
o pozbawienie pewnych ludzi nieuzasadnionych przywilejów emerytalnych.
16. Poprawienie warunków pracy służby zdrowia.
- Niezrealizowany ze względu na brak sensownej reformy
służby zdrowia, która sama blokuje mądre reformy.
17. Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w
żłobkach i przedszkolach.
- Niezrealizowany ze względu na brak
sensownych reform a to wina w dużej mierze samych nauczycieli i wychowawców.
18.Wprowadzenie płatnych
urlopów macierzyńskich przez 3 lata.
-
Kontrowersyjny. Tak długie urlopy rozłożyłyby rynek pracy.
18. Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania.
- Tak.
Spełniony. Mieszkań jest więcej niż chętnych ze względu na ceny
19. Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i
dodatku za rozłąkę.
- nieaktualny
20. Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od
pracy.
- spełniony
dawno, ale ludzie chcą pracować w soboty.
Jac
PAMIĘĆ CZASEM ZAWODZI
26 maja 2009
Witam!
Pierwsza rzecz,
źle szukałem. Cały czas poszukiwałem Waszej reklamówki wyborczej jako osobnego
nagrania. Dziś rozmawiałem z Kubiakiem, który właśnie wyprodukował film o
wyborach z 89. Twierdził, że w poznańskiej telewizji są te materiały, ale
trzeba szukać lokalnego studia wyborczego. Czyli, jak sam się skontaktujesz z
Panią z archiwum, to przegra Ci jako współautorowi dla osobistego użytku
początek, albo całą audycje. Nawiasem mówiąc taki filmik, to można
"skręcić z marszu", skoro wszystko jest w archiwum. Kompletnie nie
pojmuje, dlaczego muszą takie rzeczy zlecać zewnętrznemu producentowi, który i
tak wynajmuje sprzęt i ludzi telewizji.
To wszystko
zaczyna być chore. Byłem na konferencji prasowej Wojewody z okazji rocznicy.
Ktoś z gazety zapytał, dlaczego nie przypomina się plakatów z tamtego czasu,
każdy z listy OKP fotografował się z Wałęsą, to była "drużyna
Lechosława" jak mawiał wtedy Pietrzak. Urzędnik z biura marszałka
odpowiedział, że na reprodukcje powinni uzyskać "copy write", a to
sporo zachodu i dodatkowe koszty. Na "oficjałke" do Zamku się nie wybieram,
bo dowiedziałem się, że trzeba się zgłosić po zaproszenie. Podali nawet jakiś
numer telefonu do biura marszałkowskiego. Powiedziałem, że mogą mi dać teraz, a
na to urzędnik, że muszą sprawdzić, nie miałem cierpliwości już co chcą
sprawdzać.
W KO w
Wielkopolsce było kilkaset osób, czyli pospolite ruszenie. Jak było trzeba
biegałem z ulotkami, agitowałem, zbierałem podpisy, bo na kandydatów trzeba
było zrobić listy poparcia, konieczne do rejestracji w PKW. W ostatniej chwili
w Zamku jak przynosiłem kolejną listę dopisałem się, bo zupełnie zapomniałem o
tym. Jak trzeba było biegać to wszyscy byli kochani, a teraz "wadza"
ma ich w dupie. Gdyby zajrzeli do annałów to by mieli gotowy spis KO.
Dodam na marginesie, że jak przeanalizować statystyki, to wcale tak wesoło nie
było, bo oficjalny rocznik statystyczny podał frekwencję 60%. Jak twierdzi
ówczesny sekretarz KO Wielkopolska zebrano na listach poparcia 330 000 podpisów
łącznie na wszystkich kandydatów "Solidarności".
W skali kraju
podobno był to wynik imponujący. Przy założeniu, że przy "Okrągłym
stole" zawarto pakt i teraz nie było obowiązku głosować na PZPR, to
wynik mizerny, wcale "naród" tak gremialnie nie poparł
"opozycji". Wtedy w 1989 mogło jeszcze wszystko się zdarzyć.
Teraz to do
mnie dotarło, bo wtedy byliśmy zdeterminowani i nie wierzyliśmy, że mogłoby być
inaczej. W tym wszystkim troche się zapomina o samorządach. Przy "Okrągłym
stole" był podstolik samorządowy Regulskiego, architekta zresztą,.
Ten stolik
najczęściej się wywracał. Jak wspominał Michnik był zaskoczony, że wszystko
szło tak gładko, że na większość rzeczy strona rządowa się zgadzała, ale o
samorządach nie chcieli słyszeć. Rozumiem to doskonale, bo samorządy oznaczały
utratę władzy w "terenie" i bali się tego strasznie, bo wiedzieli,
że jak stracą "aktyw terenowy" to po nich. Wszystkim się wydawało, że
sejm rozwiąże wszystko, ale partyjniacy mieli jeszcze nadzieje, że to się jakoś
rozmyje, że "opozycja" zajmie wygodne "pozycje" i da się
kupić. W maju następnego roku były wybory samorządowe.
Jak
pamiętasz, jak prezydentem miasta został Szczęsny Kaczmarek, to nomenklaturę
wymiotło. Nagle wszystko zaczęło działać inaczej. Powstał związek Miast
Polskich i samorządy zaczęły działać niejako równolegle, sejm się oddalił,
troche spali, troche zwalniali, bo wszystko zcefowali na Balcerowicza i ta
pierwsza kadencja skrócona była troche zmarnowana. "Drużyna
Lechosława" była słabo przygotowana do nowych zadań i gubili się wobec
wytrenowanych funkcjonariuszy dawnego aparatu. Mieli ciężkie zadanie, bo
musieli się uczyć i działać, na przygotowanie nie było czasu. Przypominam to
obecnym politykom, którzy coś tam bełkocą o kompetencjach polityków, a to nie
prawda. Polityk powinien mieć przede wszystkim kwalifikacje moralne i
intelektualne, a jak będzie rozumny, to też będzie umiał korzystać z wiedzy
ekspertów.
Z lekcji
samorządowej też trzeba wyciągnąć wnioski, bo wcale nie "wybrańcy"
decydują, tylko "wykluczeni". Jeśli nadal będzie tak uprawiana
polityka, to na wybory będzie chodziło coraz mniej ludzi, bo się będą czuli
"wykluczeni". Wcale nie są lekarstwem na to okręgi jednomandatowe,
ale troche odbiegam od tematu. "Wodnik" krytykuje władze, że są
pasywne w tej rocznicy, oczywiście chodzi o władze lokalne. Ja twierdze że to
dobrze, bo jest szansa, że nie przerodzi się to w kolejny propagandowy cyrk w
stylu Tuska. Jak byłem w "Teatrzyku" to padł taki pomysł, żeby na
Placu Wolności ustawić stół i przy winie zrobić debatę, jak to kiedyś się
robiło po domach.
Im więcej
będzie "oficjałek" to tym mniej "młodziaki" będą wierzyć w
to, że polityka ma sens. Moje przewidywania są kiepskie, obawiam się, że na
wybory 7 czerwca pójdzie najwyżej 20%.
Jeszcze o
reklamówce wyborczej. Pewno ten film będzie poprawny politycznie i dęty.
Szkoda, że realizatorzy zapomnieli o powstawaniu tej wyborczej reklamówki. Z
przykrością stwierdzam, że moja informacja Kubiaka nie wzruszyła i pewno nie
uwzględniłby tego w swoim scenariuszu. Prawda o tamtym czasie, to nie
polityczne mity, ani polityczne deklaracje, ale ta szaleńcza bieganina, ten
szczególny rodzaj euforii, że wreszcie coś można zmienić. W tamtym czasie chyba
biłem wszelkie rekordy w wędrówkach. O samochodach do dyspozycji nie było mowy,
więc przemierzałem miasto i okolice autobusami, tramwajami, pieszo i stopem.
Nawet nie potrafię dziś sobie wyobrazić jak to było możliwe, wykonalne.
Zastanawiam
się, czy te 20 lat, to mało, czy dużo. Z perspektywy historycznej to tylko
chwila, ale w świadomości społecznej, to odległa epoka. Myślę, że utrwaliło się
błędne przekonanie o podziale na epoki, że ta obecna jest
"ostateczna", tak jak kiedyś "realny socjalizm" wydawał się
"betonowy". Właśnie taki jest sens demokracji, że o ile reguły życia
publicznego powinny być stałe i stabilne, to sama formacja musi ewoluować i na
to nie ma rady. Nigdy nie będzie idealnego porządku, rozwiązania, które
zadowoli wszystkich, a państwo będzie działało jak szwajcarski zegarek. Właśnie
od tego trzeba się uwolnić, od przekonania, że już wszystko "postanowione
i zrobione", bo to dopiero początek drogi i czeka nas nadrabianie
dystansu, który jak przewiduje zniweluje się wobec "starych
demokracji" za jakieś 30 lat. Chociaż dynamika przemian społecznych jest
coraz większa, więc może to będzie szybciej. Tylko, że te "stare
demokracje" też się rozwijają i przekształcają, nikt nie będzie czekał, aż
się dystans zmniejszy. Jest co robić. Lokalni politycy myślą, że są wieczni, bo
już "załatwili Euro 2012", jakby to było miarą sukcesu. Przewiduje,
że kolejne wybory samorządowe wymiotą to towarzystwo i bardzo się zdziwią, jak
zobaczą rachunek. Do głosu dojdzie pokolenie, które całą swoją drogę życiową
pokona w "demokratycznym środowisku" i będzie miało gdzieś
samozadowolenie obecnych elit, zapragnie zmian, ale też młodzi są z natury nie
cierpliwi i nie zechcą czekać aż ci sami sobie pójdą.
Teraz
przypomniano hasło Cyryla Ratajskiego z okresu PwWuKi; "Miasto z
wizją". Pytanie tylko jaką?
Do zakręcenia!
and.
ZNOWU AFERA I JASNA CHOLERA...
28 maja 2009
Witam Andrzejku,
Nie śpię bo troche nas zalało i się
zdenerwowałem. Szkoda bo raczej dzień udany - kibicowałem Barcelonie i wygrali
- do tego okazało sie że od lipca mam roczne stypendium, nie wiem tylko w jakim
temacie bo w Internie jest lista nazwisk a ja składałem trzy projekty. Wyników
PISFu nie ma jeszcze tylko - i tu trzymaj sie dostał Kapuletti Piwek na rejs 2
3 melony. Oprócz tego same tematy gangsterskie, kapturowe i romansidła. Tak że
z filmem też kiepsko...Co do polskiego rocka mam takie samo zdanie - nie wiem tylko
jak to ugryźć aby kolegów jak by nie było sympatycznych, nie urazić.
Po prostu w niczym mi nie zaszkodzili a
nie lubię bić leżącego. Raczej skrytykowałbym kuratorów plastycznych i polską
prozę. Czytam stare wiersze Herberciaka i Eliotka i dochodzę do wniosku, iż w
formie i treści trudno coś lepszego napisać. Czytam też powieść niejakiego 27
letniego Łozińskiego - jest zajmująca i mówi o ważnych sprawach związanych ze
śmiercią najbliższych - których po czasie okazuje sie nie znaliśmy wcale. Jak
wiesz duet Masłowianka i Żuław Xavier szaleją po Polsce. Plakaty są na
wszystkich przystankach. To taki Rejs 2 - ale współczesny.
Ten Piwka będzie zupełnie nieudany ale
wielu już pieje z zachwytu. A Wałek w Libertasie - to już zupełny upadek i
degrengolada naszego Charyzmatyka. Tak jak w latach 30 bagatelizowano faszyzm i
komunizm, tak teraz UE bagatelizuje Libertasy i fundamentalny Islam. Z tego nic
dobrego nie wyniknie. Farfał w Polsce i Libertas w UE to początek rozpadu tego
tworu który jeszcze nie ma nawet zapowiadanej konstytucji.
Na wybory siódmego wielu moich znajomych
nie idzie bo to nie ich kandydaci. Ja też nie mam na kogo głosować. Nie wiem co
robić? Nie wiedziałem że to klasyk - ale pytanie - czego? Szymborska napisała
laudację na ten temat. Osobiście wole Szpota.Jac
ZNOWU AFERA
28 maja 2009
Witam!
Wysłałem Tobie, co myślę o polskim rocku,
może Ci to pomoże "odrobić wypracowanie", ale obawiam się, że będzie
wręcz przeciwnie, bo ja nie pieje z zachwytów. Im bardziej się zastanawiam nad
tak zwanym życiem artystycznym w kraju, to coraz częściej dochodzę do wniosku,
że trzeba nabrać dystansu, bo rośnie ilość imprez, ale ich ranga systematycznie
spada.
Wczoraj Przemysław Czapliński opowiadał o
nowej polskiej prozie. Jest taka książka "Rzeczpospolita do wymiany",
to jedna z nielicznych książek krytycznych. W każdym razie to taki młody
profesor z UAM. Podobnie jak Kot ogląda wszystkie filmy jakie są dostępne w
Polsce, tak Czapliński czyta wszystkie ukazujące się powieści. Ogromny wysiłek!
Ja bym te gonie przerobił. W każdym razie obraz tej młodej prozy jest
przynajmniej z mojego punktu widzenia mało zróżnicowany. Zresztą nie tylko w
Polsce literatura ucieka od ważnych tematów i odpowiedzi też.
Dobra wiadomość, w "piłkę
kopaną" wygrali Katalończycy, którym zresztą kibicowałem, bo wole piłkę w
ich wydaniu, niż "Wyspiarzy". Zawsze czymś zaskoczą i starają się
błysnąć, nie tylko siła i taktyka. Prawdopodobnie dlatego potrafią w wielkim
stylu przegrać i wygrać, ale jedno jest pewne, że każdy mecz z ich udziałem
jest widowiskiem.
Skoro mowa o widowiskach, to z Wintonem
nic nie zwojowałem jeszcze.
Co do wyborczej reklamówki, to mam
zapewnienie, że będzie sprzęt multimedialny, więc będzie można ją odpalić z
"kompatyka" (pendrive). Obiecuje, że na "paneliku" ją
zaprezentuje i opowiem o okolicznościach powstania.
Do zakręcenia!
and.
26 maja 2009
Witam!
Co do
"egzotycznych tematów, to powiem tak, proponuje przeczytać reportaż
Wojciecha Giełżyńskiego z Afganistanu. Gdyby go przeczytali Amerykanie przed
interwencją, to może tylu błędów by nie popełnili, ale ja nie chce referować
tej książki, jest ona rezultatem kilku podróży dziennikarskich i rozmów z tymi
ludźmi. Trochę żył wśród nich i starał się ich poznać. Zawsze niepokoi mnie
jedno, że w gruncie rzeczy nasza wiedza zawsze jest z drugiej ręki i czasem
możemy tworzyć poprawne konstrukcje w oparciu o nie do końca sprawdzone
wiadomości. Podam przykład dość odległy. Jak ogląda się wiadomości w telewizji
można mieć przekonanie, że Izrael jest najbardziej nie bezpiecznym miejscem na
świecie, tymczasem nie zginął tam jak do tej pory żaden pielgrzym do Ziemi
Świętej.
Coroczne pielgrzymki do Mekki kończą się
jakąś masakrą. Wreszcie daleki jestem od uogólnień, w rodzaju; każdy Arab, to
islamski fundamentalista, ego terrorysta, albo najbardziej uduchowieni są
buddyści i kochają każde stworzenie, nikomu krzywdy nie wyrządzają, albo Azjaci
mają małe wymagania i są pracowici.
Kiedyś aby zdobyć jakieś wiadomości o
świecie były konieczne podróże, dziś mamy media i nawet nie zdajemy sobie
sprawy z tego jak ograniczają nasze poznanie.
Nowa Zelandia kiedyś była brytyjską
kolonią karną. W XX wieku do swojego systemu prawnego wprowadzili kilka
rozwiązań przejętych z prawa zwyczajowego od Aborygenów. W wielkim
skrócie polega to na zasadzie naprawienia wyrządzonych krzywd. Na
przykład sprawca wypadku drogowego jest kierowany do pracy w ośrodku zajmującym
się rehabilitacją, lub przez kilka lat jest zobowiązany do pomocy jakiejś
osobie niepełnosprawnej. Alimenciarz wykonuje prace publiczne w pomarańczowym
kubraczku z odpowiednim napisem. Zdjęcia pedofili publikuje się w lokalnych
gazetach, aby ostrzec rodziców. Zresztą taki osobnik nie zbliży się nawet do szkoły,
czy przedszkola. Niektórzy wyrządzone szkody muszą naprawiać latami. Takie
rozwiązania w "cywilizowanej Europie" nie przejdą, cały wysiłek
sprowadza się do budowania nowych więzień.
Z tym artykułem w niemieckim
"Zwierciadle", to jest tak, że dane prawdziwe, ale wnioski fałszywe.
Autor zapomina o jednym, kto dostarczył środków i wdrożył
"technologie", okupowanym narodom pozostawiając wykonanie pod
przymusem terroru, a dziś się mówi o wspólnictwie. To tak, jakby
włamywacz żądał złagodzenia kary tylko na tej podstawie, że przestępstwa
nie dokonał sam, tylko miał wspólnika. Oczywiście, że żaden sąd nie uzna takiej
logiki, ale weźmie pod uwagę i zbada, czy wspólnik nie działał pod przymusem. W
każdej nacji są jednostki zdemoralizowane, ale na tej podstawie uogólnienia, że
Polacy zwłaszcza byli wspólnikami, obraża tych, którzy w końcu dostali
najwięcej medali "Sprawiedliwy wśród narodów".
"Fabryki śmierci" zlokalizowano
na terenie okupowanej Polski z powodów praktycznych, to znaczy tu było
najwięcej Żydów, a o to dlaczego od stuleci mieszkali w Polsce nikt nie pyta.
To taki sylogizm; Polak antysemita, czyli "szmalcownik". Polska
"policja granatowa" to była "armia zbawienia" w porównaniu
z francuską żandarmerią, która sama organizowała łapanki, wyciągała Żydów z
mieszkań , sporządzała listy i dostarczała do transportów. Nie było w Polsce
brygad SS złożonych z ochotników tak jak na Litwie, Łotwie, Ukrainie. Jeśli
Niemcy chcą cokolwiek zrozumieć z tej lekcji historii, to raczej powinni się
skupić na zadaniu sobie pytania, dlaczego opór wobec totalitaryzmu w samych
Niemczech był tak słaby. Właśnie z tego powodu uważam, że nie da się im niczego
wytłumaczyć i to strata czasu i energii.
Ponoć w "Blue Note" był koncert
Wojciecha Kordy wspominkowy. Co do "resentymentów" to nic nie mam
przeciw, w końcu każdy ma prawo żyć wspomnieniami z młodości. Kłopot tylko w
tym, że moje są całkowicie inne, więc "wspólnoty" nie ma. Podobno
Skrzek ma kaca po tym, jak się dowiedział o swoim tekściarzu. Może jestem taki
pokręcony, że mnie bardziej obchodzi to, co teraz się gra, a nie co było.
Uważam, że zamykanie się w przeszłości jest pierwszym objawem starzenia się. To
może dziwne, ale dziś już te stare numery nie robią na mnie wrażenia z powodów
czysto sentymentalnych, chyba, że jest to jazz i "Kind of blue"
zawsze będzie mistrzostwem w gatunku, cokolwiek by później nie zagrano. Ja cały
ten rock traktuje jako pewną subkulturę związaną z hipisowskimi
anarchistycznymi ideami, czyli pewien klimat, ale nie sztuka. Może jakieś
pojedyncze rzeczy, które mają jakąś wartość. Zapomina się o jednym, że rock to
był sposób na życie.
Sztuka, a ideologia, odwieczny problem.
Nie znam aż tak kulisów towarzyskich awangardy, ale jak poczytasz pisma
estetyczne, a zwłaszcza "Teorie widzenia" Strzemińskiego, to
zauważysz, że jest mocno obciążona ideologią, to wcale tak nie wygląda, że
"sztuka geometrii" była oddaleniem w stronę abstrakcji i ucieczką.
Konstruktywizm był nie tylko kierunkiem, ale i próbą przeniesienia ideologii do
sztuki, pewnie, że na innym poziomie niż socrealizm, ale chodziło o zerwanie z
tradycyjnym myśleniem estetycznym, z kanonami estetycznymi znanymi z historii
sztuki na rzecz "konstruktu", powoływania nowych form, nie
obciążonych "przeżywaniem".
Nie rozwinę tego konceptu, bo zrobi się z
tego rozprawa.
Zapomniałbym, czekam na album z
rejestracją z "Woodstock". Ma do mnie dotrzeć w połowie czerwca,
ponad 300 minut, pełna dokumentacja, kilka godzin filmu. Opowiem więcej, jak
dostanę.
Do zakręcenia!
and.
25 maja 2009
Witom!
Mają te posiwiałe chłopaki swój bigbitowy
świat i w gruncie rzeczy trzeba te muzeum uszanować - w końcu - to nasza
młodość jak śpiewają w piwnicy czy "pamiętajmy o ogrodach" Kofciaka.
Dla nich to właśnie te ich ogrody, a że siermiężne i pełne chwastów to inna
bajka. Pamiętajmy obecne subkultury - metale - raperstwo i gotyk też będzie w
muzeum. I jakiś 70 letni raper zamiast podskakiwać będzie siedział na
zydelku i cosik tam nadawał. Wtedy to będzie klasyka i posiwiałe kaptury -
czarne, białe i różnej maści, wspominać będą jak u Libery - "takie to
były czasy". A młodziaki Anno domini 2040 bedą słuchać czegoś co nam się w
pale nie mieści.
Może jakieś melodyjne i zupełnie inne rytmicznie
struktury. Może w stylu orientalnym czy arabskim. Nie wiem. W polityce i
ekonomii - nie - ale w sztuce możliwe są wszystkie scenariusze jak w surrealnym
śnie. Co do Sztabiny i wystawy na Szyperskiej: czytając historię międzywojennej
awangardy i powojennych losów tychże artystów nie sądzę iż ideologia
komunistyczna musiała mieć aż taki wpływ na ich w końcu geometryczną i
abstrakcyjną twórczość. Raczej jak czytam te manifesty jest tam masa
niekonsekwencji.
Berlewi snuł idealistyczne wizje galerii
dla robociarzy a wystawiał w Salonie Daimlera (mam takie foto). Kobro i inni
raczej do fabryk nie zaglądali - woleli przyjęcia u biznesmenów. Mówili o
totalitaryzmie, imperializmie etc., na tej zasadzie co i Piłsudski który
powiedział "jak ktoś za młodu nie był socjalistą na starość będzie
skurwysynem". Dużo w tym racji. Zresztą wszyscy czcili Mondriana -
dystansującego sie programowo tak od sztuki użytkowej jak i od wszelkiej
polityki. Tenże samotny i klepiący biedę guru awangardy międzywojennej powtarzał
jak mantrę iż jego neoplastycyzm to metafizyka bliska buddyzmowi czy
spekulacjom wiedzy hermetycznej, niż ideologii futuryzmu czy radzieckiego
konstruktywizmu rewolucyjnego.
A propos wpływu ostatniego 20 lecia
na sztukę - to temat wymyślony dla kilku akademików aby wziąć z samorządowej
kasy i pewnie państwowej jakieś granty. Powiem brutalnie - nie ma to żadnego
wpływu na sztukę. A także ma wpływ przemożny - czyli można tu bić pianę - tak
jak na tym spotkaniu o cenzurze w II RP w teatrzyku, na której wspólnie
byliśmy. Jedynie Ty zabrałeś rozsądnie głos że żadnej cenzury nie ma jest tylko
sztuka dworska i niedworska. Po trochu - teatrzyk też się i do jednej i do
drugiej zalicza. Jedną noga stoi tu - druga tam. I tak postępuję większość
artystów w krajach rozwiniętego kapitalizmu z USA włącznie. W superkomercyjnym
Hollywood powstają bardzo ostre filmy krytykujące rząd i ustrój USA (taka
Siriana) i obrazy promujące amerykański patriotyzm a właściwie imperializm. I
dobrze - bo widz ma w czym wybierać. Taki Bush tolerował Moora i zapewne Obama
będzie tolerował religijnych fundamentałów w rodzaju Mela Gibsona. Gdyby Farfał
był reżyserem i zrobił film niejawnie propagujący polski nacjonalizm i faszyzm
- byłoby lepiej niżby fakt że jest szefem TVP.
Dziadek dobrze zrobił iż do rządów nie
wpuszczał dmowszczaków i komunistów. Mogli pisać co chcieli i to wydawać ale
nie rządzić i decydować o ludzkim losie. Ten błąd popełniły Włochy po II
wojnie światowej. Jako że praktycznie tylko komunistyczna partyzantka była skuteczna
po wojnie komuniści mieli "racje moralną". Podobnie - choć nie na
taka skalę odbyło się to we Francji. Na szczęście mieli swego de Gaulle'a.
Czytałem wywiad z promotorem Zyzaka - Nowakiem. W kilku punktonach miał rację.
Nerwowe posunięcia z kontrola na uniwersytetach przypominały lata 50 i 60. za
Gomóły. Mądrzej postąpili Austriacy skazując naukowca za kłamstwo oświęcimskie
na ciupę ale nie ingerując w wolność wypowiedzi na wyższych uczelniach jak by
ona nie była. Podobnież nerwowa reakcja fizyków na urzędniczą zgodę na
działalność jasnowidzów i hiromantow. Wszak właśnie fizycy i chemicy powinny
byc świadomi że nauka to ciągły rozwój i to co dzisiaj wydaje się fundamentalne
za lat 10 może okazać się pomyłką. Wystarczy wspomnieć historię z tlenem
czy radem. Zanim nie odkryto tlenu wszystkich którzy mówili o takiej substancji
uważani w akademiach za szarlatanów, a jak odkryto promieniotwórczość wiele
czasu upłynęło aż uznano zgubny wpływ tejże na ludzi i zwierzęcy organizm.
Maria Skłodowska zmarła w ten sposób i Oppenhaimer też.
Sam Roentgen nazwał swe promienie X - bo
nie znał ich natury. A teorie Freuda czy Nasha, Maldenbrotha i Einsteina nie
mówiąc? Były tolerowane ale zanim doświadczalnie tego nie udowodniono -
uważano to za cystą fantazję. Co do rocznic i akademii: Cóż młodzi
to chwycili bo młodych poprzez to się kupuje. Nie ma złudzeń. W moim pokoleniu
grupa tak zwanych autsajderów była nieliczna. Większość brała udział w
akademiach. Plastycy by zarobić, Muzycy by wystąpić przed większą publicznością,
aktorzy z powodów jednych i drugich (ważna już wtedy była TV - choć
bałamutnie opowiadali że tylko teatr sie la nich liczy). Niestety Unia ma to do
siebie że tez lubi akademie i wogóle dotyczy to krajów europejskich. W USA to
raczej domena społeczności lokalnych. No może jeszcze we Włoszech CZY
Hiszpanii. A reszta no cóż - Francja ma tradycję rewolucji która tę
Imprezy zapoczątkowała, Anglia ma monarchię lubiącą przepych i ceremoniały,
Niemcy to karne barany mające ukryty kult regionów czyli landów i państwa jako
takiego... Należy to po prostu olać i sie nie przejmować.
Co do Osiatyny? Mam wspaniały artykuł -
islam i modernizacja. Niestety tylko w wersji papierowej.
Tam jest ta sama
tez iż nowoczesny - pełen zadumy nad światem i pogłębiony intelektualnie islam
i jego ideologowie (w tym naukowcy i filozofowie) istnieją niestety tylko na
Zachodzie. Arabia Saudyjska i także biedne kraje biorą ze współczesności tylko
to co im potrzebne do walki ze zgniłym Zachodem. Mianowicie - Internet, broń,
komputery i komory. Teza jest taka – w tych krajach nie tworzy sie myśli i
nauki - jedynie sie z niej korzysta. I w tym tragedia. Zrozum mnie - ucisk
kobiet, i mniejszości, tudzież ucinanie rak za kradzież faktyczną i domniemaną,
kamienowanie domniemanych cudzołożnic nie może i jeszcze raz powtarzam - nie
może - byc usprawiedliwiane kulturą i tradycją.
Tak samo można
argumentować iż w USA jeszcze nie tak dawno złapanego na gorącym uczynku
złodziej wieszało sie to się nazywało sprawiedliwością ludową - inaczej
karą linczu. Obecnie nikt o zdrowych zmysłach - nawet skrajnie konserwatywny
południowiec tego nie zaakceptuje. Nie mówiąc już o tępym Europejczyku. Zawsze
powie - musi być złodziej sądzony. Komunizm upadł z tych samych powodów.
Technologicznie, naukowo i moralnie stał się zacofany - i przywódcy komuchowi
musieli „odpuścić”. Nota bene współczesna Rosja nie jest komunistyczna - a
autorytarna. To zasadnicza różnica. Też czytałem w Dzienniku niezła analizę na
ten temat. Tam jest cicha umowa z pomiędzy rządem i władzą. My wam dajemy kiełbasę i samochody
- wy zostawiacie oligarchów i Kreml w spokoju. To zwykły podział łupów jak za
carów. Jak Miedwiediew z Putinem przestaną dawać sobie radą gospodarczo -
polecą głowy. Dalej - drążę sprawę Farfała. Jak wiesz już po oficjalnym
wyroku sądowym można go nazywać faszystą?
I zastanawiam
sie nad jednym czy po prostu sprawy nie oddać do sądu lub Trybunału lub też do
rzecznika spraw obywatelskich. Jak to mówią prawnicy nikt nie jest niewinny -
trzeba tylko znaleźć paragraf. Nie wiem czy widziałeś afgański film
"Latawiec". Robi on furorę na świecie. W filmie pokazany jest
Afganistan przez Afgańczyków. Przed inwazja radziecką był to całkiem normalny
kraj. Nie demokratyczny w naszym rozumieniu, ale też nie teokratyczny jak emiraty.
Ludzi żyli jak onegdaj w Libanie czy obecnie w Turcji. Byli i fundamentaliści i
miłośnicy cywilizacji europejskiej. Kobiety chodziły ubrane jak w turcji czy
Afryce.
Rozwijała sie kino, były normalne szkoły -
bezwyznaniowe i różne sekty muzułmańskie jak w Europie - chrześcijańskie. Nikt
nikogo z tego powodu nie palił i nie zabijał. Wszystko to zniszczyli Rosjanie.
Przeszło połowa Afgańczyków uciekła z kraju do republik ościennych i Pakistanu. Stingerami – po cichu sprowadzanymi przez
milionera z Teksasu pokonano Rosjan (od prawie 50 lat po raz pierwszy na
świecie!) a na gruzach wspaniałego kiedyś kraju powstały zalążki Al Kaidy
zrobione przez sfrustrowanego bogatego wariata z Arabii Saudyjskiej
spokrewnionego z królewską rodziną - Ben Ladina i egipskiego lekarza,
zasłużonego bojownika Dżihadu i Bractwa Muzułmanów - skazanego za zamach
na Anwara Sadata i tam torturowanego, Al Zahiriego. Zjeżdżali sie wszystkie
pojebusy muzułmańskie z Palestyny a nawet z Europy - głównie z Anglii
wyszkoleni przez IRA, CIA, Czerwone Brygady, Frakcję Czerwonej Armii a nawet
prze Rosjan. I tak mamy Al Kaidę i jej przeróżne odłamy. I to tragedia tego
narodu.
To co mówisz o tych regionalnych pseudo
szeikah i watażkach to nie do końca prawda. Oni istnieli na początku wieku
dwudziestego ale to raczej był folklor taki jak u nas różni Kurasiowie. Po
ustabilizowaniu sie władzy działali dalej ale raczej łupili karawany i
zajmowali sie handlem narkotykami i. Po nastaniu Talibów - dobudowali sobie
ideologię jak mafia sycylijska podczas drugiej wojny światowej - że niby
pomogła aliantom wyzwolić kraj od faszystów włoskich i niemieckich.
Takie Janosikowe ćmoje boje dla ubogich.
Także demokracja w stylu europejskim - nie ale także nie przemoc. Zresztą za
wiele wymagamy od siebie: dlaczego jako Europejczycy musimy rozumieć cały
Świat. Sami mamy problemy własne - a jak na przykład nie mam pracy. Dalej -
czytałem w całości ten artykuł z niemieckiej gazety o tym że sami Niemcy by nie
przeprowadzali Holokaustu gdyby nie pomoc innych krajów Europejskich, Niestety
- zgadzam się z tezami autorów. To wynikło z powodu sprawy Demianiuka. Główna
teza jest niepodważalna.
Gorliwość francuskich burmistrzów,
holenderskich urzędników, polskich chłopów, ukraińskich nacjonalistów w tym
strażników obozów śmierci i litewskiej oraz łotewskiej policji o marionetkowych
rządach Rumuni i Węgier nie wspominając i dodając do tego austriacką
administrację nie ulega historycznej wątpliwości. To ze niemaiszki chcą sie
troche wybielić - to prawda. Ale powtarzam - Sami Niemcy by tego aż na taką
skalę nie dokonali. Tak jak sama partia nie rządziłaby by w Polsce tak długo od
1944 do 1989 roku. Co by nie było - społeczne przyzwolenie na to powstać
musiało?
POZDRO
Jac
26 kwietnia 2009 22:50
Witam,
Z imprezą w środę będzie kłopot, bo zajrzałem do kalendarza, a
tu właśnie w środę "panelik" w Teatrzyku, jak wspominałem o
"ekonomii społecznej". Temat ciekawy i ważny. Zdaje się, że przy
okazji kryzysu ekonomiści i politycy zajmują się sobą, a czasem grosza dorzucą
biznesowi z podatków.
To
granda, bo nam "maluczkim" mówią "radźcie sobie sami" a im
łapki po publiczne pieniążki się wyciągają. Jestem też wrogiem popierania
jakiegokolwiek biznesu z podatków, czyli tworzenia firm za nie zarobione, ale
darowane pieniądze.
Jakoś w "wolnym świecie" tak to nie działa i nawet
tacy, co mieli dziury w kieszeniach w Ameryce do milionów doszli, jak mieli
pomysł, talent i odrobinę szczęścia, a do tego pracowitość. Jest ich nie mało.
A tu kryzysu nie ma, przed imprezą Marszałek Województwa rozdawał kasę na różne
artystyczne przedsięwzięcia i stypendia też. Większość przypadła muzykom i
ludziom teatru, bodaj jedna malarka się załapała. Skoro już plotkujemy o
Raczaku, to aktualnie pracuje na Akademii i uczy tam teatru, a do tego jest
dyrektorem programowym "Malty" więc "biedy nie klepie". To
jest właśnie polityka, dawać tym, co już mają na życie i więcej, a reszta niech
zdycha, albo zmieni zawód.
Z
rocznicami rzeczywiście jest klęska, ale z festiwalami też. Jak sama nazwa wskazuje
festiwal to święto, jak są codziennie, to świętami być przestają, są wymuszone
i powszednieją.
W Gdańsku był jakiś jubel właśnie w niedziele z weteranami
bigbitu. Odgrzewanych kotletów nie lubię, ale pewno frekwencja była, bo każdy
chciał sprawdzić, czy idol starzeje się tak jak my. Może być śmiesznie, jak
któryś łysinką zaświeci i zaśpiewa "Gdy się ma szesnaście lat".
Zakazałbym takich imprez w ramach zwalczania "pornografii". Chociaż
pewno jedna wiadomość ucieszy Wojtka O. W Warszawie w czerwcu zagra zespół
Franka Zappy, zdaje się że w "Remoncie" albo w "Stodole".
Nie, nie pomyliłem się. Syn artysty pozbierał ludzi z ostatniego składu i
ruszyli w świat z programem największych hitów, o ile można w takim przypadku o
hitach mówić. Czego się spodziewam?
Niczego, bo nie wierze, żeby jeszcze teraz miało to sens, inny
kontekst i czasy, a teraz to trochę jak z "muzeum".
Opowiem Ci pewną anegdotę. Do nowojorskiego muzeum Googenheima
przyszedł pewien starszy pan, później okaże się, że to francuski malarz, kiedyś
też awangardzista. Stanął przed słynnym pisuarem Marcela Duchampa. Oddał mocz
do urynału, zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem. Strażnik jeszcze się nie
zorientował, co się stało, interweniował dopiero wtedy, kiedy ten wyjął z
kieszeni niewielki młotek i zabrał się za destrukcje. Na pytanie ochrony,
dlaczego to robi, odpowiedział krótko; "Nie aktualne!"
Wandal performer nie został ukarany, bo jego prawnik odkrył, że
to "kopia" i takich eksponatów w muzeach na całym świecie jest kilka.
Awangarda się też powiela, a ów malarz performer poszedł krok dalej, też zrobił
"performance". Może za kilkadziesiąt lat nagranie z kamery
przemysłowej ochrony będzie pokazywane w tym samym muzeum, jako klasyka
"performance"?
W epoce
romantycznej obowiązywał imperatyw "charakteru pisma", to znaczy
artysta musiał się wypowiedzieć w taki sposób, żeby był rozpoznawalny charakter
jego wypowiedzi. Stąd przez dekady obowiązujący "indywidualizm" w
sztuce. To właśnie romantyzm, a nie awangardowe "izmy" rozpoczął
"epokę nowoczesną w sztuce" bez indywidualizmu tych wszystkich
"izmów" by nie było. Tą tradycje kontynuuje jeszcze do dziś jazz w
muzyce. Rock się odpersonalizował, a awangarda pogubiła się w formalizmach.
Sztuki plastyczne nie przetrwają w formie
"performance" czegoś jednorazowego i hermetycznego, bo w zamkniętych
przestrzeniach. Malarstwo sztalugowe i grafika warsztatowa przetrwają. Można
używać komputera, pod warunkiem, że będzie używany twórczo, to znaczy ten
"charakter pisma" będzie czytelny, będzie wiadomo, kto i co mówi,
przekazuje, a nie odbitka cudzego pomysłu.
Pewien rockman (nazwisko uleciało mi) wpisał w
"szperacza" swoje nazwisko i odkrył, że w sieci jest setka jego
przebojów zarejestrowanych przez internautów chałupniczo. Okazało się, że wiele
z tych wykonań jest znacznie ciekawszych od oryginału, bo ktoś bawiąc się
wykazał więcej inwencji, niż ten artysta w studio nagraniowym otoczony
elektroniką i utopił pomysły w procedurach nagraniowych, które i tak nie
odróżniały go od całej masy podobnych rockmanów.
"Led
Zeppelin" numer z pierwszej płyty "You shoot me" ukradli Jeffowi
Beckowi i Rodowi Stewartowi, a ci z kolei pomysł zaczerpnęli z pewnego
chicagowskiego bluesa. Ten, kto wymyślił linie melodyczną i akordy pozostał anonimowy,
koledzy się poróżnili, bo było im nie swojo, jak usłyszeli swój
"numer" na płycie kolegów, więc swoją taśmę mogli tylko schować.
Czasem w
rocku decydował przypadek, albo kto był bardziej bezczelny. Po wielu klęskach ,
kolejne zespoły się rozpadały i Rod Stewart rozpił się, przez lata nie obecny
na scenie, a w tamtych latach śpiewał nie gorzej niż Plant. Jest taka anegdota,
że w trakcie koncertu w londyńskim klubie nabitym po brzegi wysiadł wzmacniacz,
ale Rot śpiewał dalej i nikt się nie połapał, że "daje bez
wzmacniacza" prawie padł po koncercie, ale walczył dzielnie.
Z naszych dinozaurów nie znoszę "Budki Suflera" i
"Perfektu", bo trochę lat minęło i dociera po latach sporo rzeczy z
tamtych czasów, jak słucham historii rocka BBC, teraz radio to nadaje, to się
przekonuje, że wszystko co nagrali, to same plagiaty.
Może się czepiam, w "postmodernizmie" postulat
oryginalności i własnego charakteru pisma jest już nie aktualny, ale w takim
razie co na to "ZAIKS", który pobiera tantiemy dla artystów za
rzekomo oryginalną twórczość, bo przypisaną konkretnym wykonawcom? To
przecież postromantyczny anachronizm.
Do zalistelowania!
and.
Witam!
26.04.19.30
Trochę ochłonąłem po imprezie. Aula
była nabita. Rozmawiałem z sąsiadem z osiedla, który też był na koncercie i
trochę się rozczarował. Odkryłem, na czym polega problem z jubileuszami.
Propagandowo są łatwe, bo "same się sprzedają". Taka rocznica, to
najlepsza reklama. Książka Hendrykowskiego świetnie się sprzedaje,
"promocja za darmo". Odebrałem dwie "recenzje"; filologa i
jazz fana. W obu przypadkach konkluzja ta sama; w gęstwinie faktografii gdzieś
rozpuszcza się "klimat".
Książka drobiazgowo rekonstruuje
biografie, ale czytelnik nie zorientowany, nic się nie dowie o
"klimatach" tamtych czasów, ani też niczego o samej muzyce.
Prawdopodobnie takie książki są też potrzebne, dla nas to kopalnia wiadomości
do ewentualnego dokumentu, to fakt.
Jak to jest z tymi jubileuszami?
Publiczność spodziewa się ekstra wydarzenia, aby to zapewnić zbiera się
ekipę złożoną z wybitnych muzyków. Owszem zagrają, nie zawiodą, ale na co
dzień nie grają ze sobą, więc nie będzie się to kleić i wydarzenie będzie, ale
bardziej towarzyskie, niż artystyczne. Tak między nami, to aranżacje i
orkiestracje Krzesimira były pomysłowe i kompetentne, ale orkiestra nie ta.
Słyszałem smyczki z jazzmanami i to naprawdę brzmiało świetnie, ale tu też
brzmiałoby świetnie, ale nie z tą orkiestrą, która co tu dużo gadać nie zawsze
łapała o co chodzi i nie radziła sobie zwłaszcza z pomysłami harmonicznymi, nie
typowymi dla "klasyki" a zasadniczymi dla jazzowych aranżacji. Nie
chce robić tu wykładu, ale to tylko poprawni rzemieślnicy i dobrze czują się w
"klasycznej literaturze".
Ze względów biznesowych i towarzyskich
nie wypadało i się nie dało zaangażować innego zespołu, więc tak musiało być. W
kilku miejscach słychać było, że Stańko "grał z marszu" czyli
przejrzał partytury i na próby czasu nie było. Zagrał swoje, ale orkiestra trochę
zostawała z tyłu, bo bez próby nie do końca łapali, kiedy są wejścia, że w
jazzie to normalne, że są jakieś "biegniki" "glissanda",
których na papierze nie ma.
Rocznica jest dla artystów mobilizacją
i okazją dla pokazania się, ale czy inspiracją, w to wątpię. Z tych powodów
takie "obchodowe koncerty" muszą być skazane na nie powodzenie w
sensie artystycznym, chyba że ktoś znajdzie naprawdę ekstra patent, kompletnie
zaskakujący.
tytuł "MEINE SÜSSE EUROPAISCHE HEIMAT"
Witam!
19.04.20:37
Uzupełnienie do recenzji. Płyta o
której pisałem, a z której Krzesimir wybrał dwie kompozycje ma
tytuł "MEINE SÜSSE EUROPAISCHE HEIMAT". Ukazała się w Niemczech
w 1966 roku (jeśli dobrze pamiętam, mam też nadzieje, że nie przekręciłem
tytułu).. Jak wpisałem, pomysł był Karla Dedeciusa i Joachima Berendta.
Obaj "polonofile". Idea płyty była taka, że aktorzy recytowali
wiersze w przekładach Dedeciusa, a w tle była muzyka jazzowa, Komedy.
Praktycznie wyciszeń było nie wiele, aktor recytował na tle muzyki, ale też
pozostawiał wolną przestrzeń w tych partiach muzycznych, kiedy występowałaby
kolizja słowa z dźwiękiem zbyt dynamicznym, czy na tyle interesującym, że
osobnym.
To taki pomysł na "ścieżkę
filmową" do jakiejś poetyckiej impresji. Na film funduszy nie mieli, więc
skupili się na nagraniu. Tematy tam zapisane, są naprawdę bardzo ciekawe i
różnorodne, wcale to nie takie brzdąkanie do słów, co teraz jest powszechne.
Płyta okazała się sukcesem, świetnie się sprzedała. Zapytasz, dlaczego nic w
kraju na ten temat nie mówiono, recenzji też nie było? Odpowiedź prosta, Dedecius
nie pytał polskich władz kulturalnych co ma być na płycie, a ściślej, kto z
poetów, wybór nie spodobał się prominentom literackim, bo znalazła się poetka
emigracyjna, o której nikt w kraju nie słyszał, a do tego wiersze na cenzorskim
indeksie.
Na karierę Komedy to zasadniczego
wpływu nie miało. Ponieważ był muzykiem, więc "eksportować" go się
nie bali, bo jak muzyka może być polityczna? Słowo o Dedeciusie, bo o
Berendtcie pewno sporo już wiesz. To przypadek niezwykły, powiem, że najwybitniejszy
tłumacz polskiej literatury na język niemiecki. Z czasem wyspecjalizował
się w poezji, ponieważ z tym tłumacze niemieccy radzili sobie najgorzej i z
czasem prawie zarzucono niemieckie przekłady polskiej poezji, a wynikało to z
narastających trudności, a nie z niechęci. Dedecius zadbał o to, aby cała
polska poezja współczesna była znana w Niemczech, ale też i odwrotnie, pomagał
polskim tłumaczom poezji niemieckiej współczesnej. W latach siedemdziesiątych
ufundował instytut z założeniem właśnie wymiany kulturalnej polsko-niemieckiej,
na polu literatury. Muzycy i plastycy mieli znacznie lepiej, mimo
"żelaznej kurtyny" tu jakoś wymiana była płynna i raczej nie konfliktowa,
nawet w czasie spięć politycznych. Berendt przyjeżdżał do Polski wiele razy
i praktycznie wszyscy z czołówki lat siedemdziesiątych mieli szanse grać w
Niemczech, Austrii i Skandynawii, a co ważne przy okazji zarobić prawdziwe
pieniądze.
Jak to było z tym instytutem? Karl
Dedecius był wziętym prawnikiem, założył sporą firmę adwokacką i doradczą,
która zarabiała spore pieniądze, swoje udziały , a raczej dywidendy i zarobki
"topił" w drugiej pasji, czyli instytucie i pracy przekładowej. Jak
się domyślasz to zajmowało sporo czasu i pochłaniało wiele energii..,
Podziwiałem tego człowieka, który był jednoosobową instytucją, a z artykułów,
bo też pisał o literaturze, uderzała wielka erudycja i talent literacki.
Gdyby to ode mnie zależało to dałbym
mu Nobla (kiedy jeszcze żył), chociaż był tylko tłumaczem i krytykiem i to w
dodatku nie zawodowym.
Dla polskich władz kulturalnych i
literackich prominentów był trudnym partnerem, bo miał własne zdanie, niczego
nie musiał i nie mogli z nim zagrywać jak z oficjalnymi instytutami; jak wy nam
to, to my wam tamto itp. Nie działał też rynek zamówień zarządu ZLP. Walka o
przekłady była ogromna, bo to oznaczało nie tylko sławę na Zachodzie, ale
prawdziwe pieniądze. Był taki facet, który miał wiele do powiedzenia i stwarzał
możliwości, ale dla partii ta kasa i te możliwości były poza zasięgiem. Berendt
też ich wkurzał, bo nie zapraszał muzyków z rozdzielnika i dla muzyka było
ważniejsze posiadanie dobrego stroika, a nie czerwonej legitymacji.
Projekt poetycko muzyczny powtórzono
po dwudziestu latach, tym razem z udziałem Krzesimira. Berendt uważał, że zrobi
rewolucje jak Zavinul i dokończy to, co Komeda zaczął. Hollywood jednak
przestał fascynować się jazzem i nadal ceni porządne rzemiosło. Chociaż w tej
dyscyplinie Krzesimir miałby większe szanse niż Komeda, bo jest dobrym
orkiestratorem i ilustratorem.
Do zakręcenia!
and.
Do zakręcenia!
and.
PALĘ FESTIWALE...
26 kwietnia 2009 18:30
Witom i pytom o zdrowiutko!
Co do imprez rocznicowych mam zdanie
wyrobione. Cóż - moja naiwność.
Myślałem że to domena komuny a w wolnym
kraju albo się chodzi na koncerty tego kogo sie lubi, albo na wystawy te które
sie podobają i je się ceni. To samo z filmami. etc.
A tu okazuję sie że festiwalomania,
biennalomania zabija sztukę.
Jestem w tej kwestii bardzo
fundamentalistyczny. Komunizm potrzebował sztuki jako fasady do zaprezentowania
sie z tej ludzkiej - nie siłowej strony. Kapitalizm liberalny potrzebuje jej do
legitymizacji tego że ją wspiera.
Samorządowiec potrzebuje jej do swoistego
awansu aby "artyści na niego głosowali" a z okazji takiej
"komedówy" wpływowym artysta daje się dodatkowa kasę a ci trochę
traktują to - z konieczności jak lukratywną chałturę jeszcze z
błogosławieństwem społecznym.
Za - obecnie przeklętym - poetą Jasińskim
powtórzę - "PALĘ FESTIWALE".
Jac Piroman
25 kwietnia
2009 03:57
Witam!
Byłem na
koncercie.
Spotkałem
Babczyszyna, Ranusa i Hendrykowskiego. Rozmawiałem z Dionizym. Był też Lech
Raczak. Od laurek zaczęła się cała impreza. Szczerze mówiąc to trochę nie w
porządku, jak na płatnej imprezie, bądź co bądź komercyjnej, załatwia się
propagandę i interesy. Nie ten czas i nie to miejsce, bo to był "Czas
Komedy".
Personel
wykonawczy; Krzesimir Dębski, orkiestracja, aranżacja, dyrygentura i
skrzypeczki. Zapomniałbym oczywiście konferansjerka, czyli "człowiek
orkiestra". Filharmonicy poznańscy, sekcja rytmiczna; Krzysztof
Przybyłowicz, Adam Skrzypek (kontrabas), Urszula Dudziak, Tomasz Stańko, Leszek
Możdzer - soliści.
Pierwsza
część to kompozycje mniej znane, muzyka do filmu "Wyrok", Sophie
Tune", "Komeda Circus". Muzyka filmowa, ballada napisana z
dedykacją jak tytuł wskazuje żonie, ilustracja muzyczna do wiersza Adama
Ważyka. To przy okazji będzie trzeba rozwinąć, skąd się to wzięło i co to za
pomysł. W części drugiej pierwszy temat to też zapomniana kompozycja do poezji,
a dalej standardy; kołysanka z filmu "Dziecko Rosemary", ballada z
filmu "Prawo i pięść", oraz temat "Kattorna"
i tu miał nastąpić finał, ale jeszcze bis kołysanka i do domu.
Jak
publiczność przeciągała bisy, to Krzesimir zauważywszy, że obsługa już otwiera
drzwi i zapala światła, powiedział "Oni wiedzą kiedy skończyć, pracownicy
filharmonii, w końcu w swoim życiu się nasłuchali więcej niż wy"(wy, czyli
publiczność). Min personelu nie widziałem, ale publiczność śmiała się.
W pierwszej
części trochę się nie kleiło, każdy grał swoje, więc orkiestra nawet starała
się za bardzo nie przeszkadzać. Powiem szczerze, że na co dzień nie grają z
jazzmanami i było słychać, że trochę nie łapią na czym to polega i kulturalnie
uważają, że jak ktoś coś zmienia, to należy mu nie przeszkadzać. Tymczasem jak
gość improwizuje, to trzeba robić swoje, czyli nadążać za nim i grać to co się
ma w papierach i nie przejmować, bo inaczej się wszystko rozjedzie.
Kiedy Urszula
Dudziak zaczęła popisywać się swoimi zabawkami elektronicznymi, to już
wszyscy odpuścili i dali się jej wyszaleć. W drugiej części Krzesimir
powiedział: "Nie wiem jak ze swoim dziewczęcym głosikiem Ula sobie poradzi
z makabryczną Katorną?" W przerwie też zdążył jakieś anegdoty z
książki Hendrykowskiego wybrać.
Druga część
była znacznie lepsza, nie dlatego, że same znane kawałki, ale orkiestra się
rozluźniła. Wszystko bardziej się kleiło, no i nie miałem porównania w tych
mniej znanych kawałkach, ale tu aranżacje były świetne. Zwłaszcza ballady z
filmu "Prawo i pięść", po prostu standard jazzowy z
towarzyszeniem smyczków. Drugą balladę czyli "Dziecko Rosemary"
popsuła mi Urszula Dudziak, bo jej "intro" kompletnie nie miało nic
wspólnego z tematem, ale dalej było lepiej. W "Kattornie" całkiem
dobrze, jak się jej zabierze te zabawki, to okazuje się, że potrafi śpiewać i
melodycznie i harmonicznie. Możdżer genialnie sparodiował manierę pianistyczną
Komedy.
Aula nabita.
Nie obyło się bez awantury. Oficjalnie zapowiedziano żeby nie tylko wyłączyć
komórki, ale nie fotografować i nie nagrywać. Ja miałem włączony sprzęt, ale
byłem blisko drzwi i czujny personel filharmonii to zauważył, nie wiele
brakowało, abym musiał wyjść, więc wyłączyłem urządzenie i się uspokoili. Przy
drzwiach stali chłopcy z aparatami, robili zdjęcia z "oficjałki",
chcieli też na początku coś sfotografować, ale ich wyrzucili i nie pomogło
schowanie aparatów, w końcu jeden wrócił po chwili bez sprzętu. Dał się namówić
na pozostawienie go w szatni. Pytałem w przerwie właśnie tych kolegów z
"komitetu obchodów" nic o tym nie wiedzieli, kto to zarządził, bo
muzycy mieli to w nosie. To też temat na felieton.
Do zagrania!
and.
23 kwietnia 2009
01:45
Witam!
Jaka to
rocznica przypada 23 kwietnia? UNESCO tego dnia ustanowiło Światowy dzień
książki. Pod tą datą miał się urodzić Miguel de Cervantes Saavedra i tego dnia zmarł Szekspir. (również
Komeda), ale też i jest to data urodzin Sergiusza Prokofiewa. W poniedziałek w kategorii "poezji
śpiewanej" szacowna Akademia Fonograficzna nagrodziła Marie Peszek za jej
pornograficzny kicz literacko muzyczny "Maria awaria".
Z nowości
wydawniczych (ukazała się płyta) z tekstami Maklakiewicza i Himilsbacha.
Podobno to piosenki. Oto próbki tej poezji najwyższego lotu: "Alkohol ma
dobre, ale też i złe strony. Do wniosku dochodzę w niedziele przy stole.",
w innym miejscu "Ogólnie jest dobrze, ale też nie jest źle."
Pijacki
bełkot do zarzygania, a tu namaszczeni krytycy cmokają, ach jak to proste, a
skomplikowane, bo zrozumieć tak na wprost się nie da. To też cytat, ale dla
zmylenia nie w cudzysłowie, zresztą po co, bo takie mądrości to każdy menel
potrafi wygłaszać.
Proponuje
nowe terminy literackie i muzyczne; zamiast "liryka",
"menelika", a zamiast piosenka", "pizdenka". Pisze
nowy tekst dla "Marii Awarii" w krakowskim stylu. Mam już początek:
"Chujawiaczek jeden,
miał
panienek siedem ..."
Do
zakręcenia!
and.
21 kwietnia
2009 22:14
Witam!
Płyta
będzie, w czwartek w "Głosie Wielkopolskim" standardy w wykonaniu
kwintetu Komedy. Sponsor też się znalazł, więc będzie kosztować 5.50 zł. Warto
sobie kupić, a budżet nie nawali.
W czwartek
będzie oficjalna impreza, ale w Ostrowie Wlkp. a w piątek w filharmonii duży
koncert na który miasto dosypało kasy i stowarzyszenie Astigmatic to firmuje.
Ekspert od Komedy Marek H. coś tam marudził o Komedzie, już się lansuje z nową
książką. Kilku autorów się przymierzało do monografii, ale wydawcy nie
przejawiali zainteresowania.
Zdarza się,
w końcu nic związanego z filmem w tym mieście nie może się bez Marka H. odbyć.
Sam tak kiedyś powiedział. Ponoć Babczyszyn rozważa przenosiny do Wrocławia,
tak mówił "wodnik" bo coraz trudniej mu się z miastem dogadać. Nie
wiem, czy to tylko plotka, czy kolejny, który się poddaje i emigruje. To, że
młodziaki stypendia dostają to dobrze. To, że zaczynają od klasyki, to też
dobrze. Nie ma co narzekać, akurat ten rynek dobrze sobie radzi mimo kryzysu.
Ja już nie nadążam z czytaniem "newsów" o płytach jazzowych, jakie
się codziennie ukazują. Zapewniam, że ilość oszałamiająca, ale wcale ta ilość
nie obniża jakości. Produkcje są coraz lepsze. Słyszałem na przykład płytę
jazzową niejakiej Kayi. Tekst Młynarskiego, muzyka Nahorneego.
Naprawdę
produkcja wyborna i stylowa jazzowa. Nowe gwiazdy też są, skoro mowa o Wromblu,
to gra na płycie Anny Serafin, całkiem nie zła wokalistka. Z Komedą to było
tak, bzdury opowiadał "ekspert", bo nie jest prawdą, że był nie
doceniany. Po pierwszym Sopocie przez okrągły rok trwały fety. Prasa chwaliła,
na tyle na ile można było chwalić. Zaraz po Sopocie "Tygodnik
Zachodni" otworzył klub jazzowy w gmachu Pasty. Były prelekcje, koncerciki
i wspólne słuchanie płyt, jak ktoś coś zdobył. Po śmierci Stalina nikt grania
jazzu nie zabraniał. Komeda jeszcze mało umiał, a już był gwiazdą. Trzeba
pamiętać, że zaraz po studiach dostał nakaz pracy i biegał na laryngologie
odbębniać dyżury i jedynym zmartwieniem w tym czasie jakie miał, to jak wyłgać
się z tej "medycznej pańszczyzny". Kłopoty mieli wszyscy w tym czasie
była ogólna nędza i nikomu się nie przelewało.
Teza o
"nie docenieniu" i "utrudnianiu" nie da się obronić, nawet
specom z IPN. Publiczność to osobna bajka, bo w czasie mody na
"egzystencjalizm" przychodzili na koncerty studenci w czarnych
swetrach i blade egzaltowane panienki, myśleli, że ta muzyka to okno na wolny
świat. Zresztą o tym wiesz. Ja chciałem zrobić film fabularny pokazujący
młodych ludzi w "trasie" jako ich patent na życie, ale wszyscy
oczekują pomnika, zwłaszcza rodzina.
Tragedia
Komedy polega na czymś zupełnie innym, na tym, że w chwili, kiedy rzeczywiście
zaczynał prawdziwą karierę kompozytora i opanował rzemiosło muzyka, przypiął
się do niego jeden pijak zgorzkniały i z kompleksami, który pociągnął go na
samo dno.
To była
tragedia jednego człowieka i z "martyrologią" nie ma to nic
wspólnego. To prawda, że lubimy świecić światłem odbitym od blasku innych. Na
marginesie miasto podaje błędną informacje, że Komeda urodził się w Poznaniu, a
to nie prawda. Zresztą nie ma to znaczenia. Z niepotrzebnych imprez to w maju
będzie sesja na UAM "Instytucje kulturalne w kryzysie". Kilku
akademików wygłosi referaty, organizatorzy zarobią też, a działacze będą w kulisach
biadolić jak to jest ciężko. Wytępiłbym tych wszystkich animatorów,
organizatorów, promotorów, kuratorów, bo to pasożyty. Sztuka bez nich i tak da
sobie rade. Poznań nie będzie kulturalną stolicą Europy w 2016, to pewne.
Pozdrawiam!
and.
21 kwietnia 2009
19:11
Witam,
Nie ma co polemikać bo popiram i kwita. Z
jidnym wyjuntkiem. Pisanie o rocznicach jak najbardzij i to u Cibie cynię ale
chodzi mi o imprizowanie. Znowa kolijny festiwol i tylo a na nasz film o Jazzie
Merczyński odpisoł że nie przewiduje takigo dofinansa. Moja tyza jest tyka:
sympozja, konferyncyje i festiwale pochłaniają różne budżeta, lansuje się przez
to nie artystów a organizatorów (mają swoje 5 minut w przekaziorach i nie
tylko) a kiejby lepij by wydali jaką płytę komedową albo nawet pak cały, lub
ktuś zorganizowałby nagrania komedowe przez innych artystów zrobione.
Festiwalomani i galomania kojarzyła mi sie z poprzednim ustrojem - niestety to
rodzaj kulturalnej choroby także w kapitaliżmie. Lepsze są stypendyja dla artystów
niż hucby takowe. Przykład - niech taki Kuba Królikowski dostanie stypendiumek
na nagranie płyty komedowej wraz z najmłodszym pokoleniem wykonawców z okazji
40 rocznicy. I niech ta płyta zostanie odpowiednio wydana i wylansowana - nawet
w całej UE. Nie bój się. Nasi radni mocariady z komediady nie zrobium. Tylko
laurkę ku czci. I paru działaczy na tym zarubi. Z Niemenem tyz wypadło
fatalnie. Jest legyndą ale Polską. Imprezy poszły w ilość - nie w jakość. Co do
naszych prawiciarzy? Nie wim co z nima zrobić.
Kożden proteścik przeciwko naruszyniom
demokracyji traktują jak tajny spisek Gazyty Wyborczej. Ciągle u nich przewija
sie motyw żydokomuny i mi juz łapki opadajom. Problem z Żydami jest taki jak z
Wałęsą. Nie obchodzi mnie cy Lechaj był TW cy ni. Był kim był. Ikonom
Solidarnościowom i dośc kipskim prezydentem bo ta funkcja go przerosła
intelektualnie i chyba tyz moralni. A zydzi - wcale nie sa aż tak wpływowi jak
sądzą antysemici, ani tak przebigli i mądrasińscy jak mówią filosemity. Som
poprostu narodem jak każdy inny. Wielu wśród nich idiotów ale tyz i ludzi
światłych. Podobni jak wśród Polaków, czy Hindusów. Nie som tyz zadnym narodem
wybranym ani przeklętym. Zapytom jak Kołakowski - a co z Kurdami? Monarchiści
to trocha nie obrażajonc taki fenomeny jak ciele z dwoma główami cy kobita z
brodom. Ma prawo być, ale do normalnej egzystencyji właściwi si nie nadaje.
Powinni przebywać pod kloszem lub w Zoo. A
jak na wolności i nie szkodzom inszym - niech sobie spokojnie żyjom na zasadzie
skansenku. Korwin Mikke jest czasami zabawny, czasem groteskowy ale polemizować
z nim nie sposób. Zresztą - to zauwazyo wielu badaczy ze czasem pomiędzy
ewolucyją a rewolucyją nie ma specjalnej różnicy. Znamy rewolucyje aksamitne
(jak w Polsce czy w Czechach albo nawet w ZSRR za Gorbiego) i ewolucyje
gwałtowniackie jak na początku 19 wieku w Anglii czy USA (gwałtowny rozwój
przemyślunku). Tak cy inaczej rozwój świata nie pzebiegoł spokojnie i trza się
z tym zgodzić.
Z inszej beczki. Na Laskowiku bylimy. Tynże
znaloz formułe jak pogodzić ludyczność z wyrafinowaniem. Jest urodzonym
zwirzynciem kabaretowym i co powi to ludziska pynkajom. Z zyspole mo Kałużnika
naszygo Wrymbla na basiku i Luterka w obstawi. Teksty rewelacyja, muzycka
pikna, paninki purtaśne i dobrzutko swingujom, piosnecki stlizowane grajom i z
doktorów i insych panocków ubaw dajom. Polityki mało - obserwacyji wiela
małolepsyj. Serdycnie polecomy i dobrze się momy. Telewizor mistrz omija i na
tle ogólnopolskiej tendencyji nieźle sie trzyma.
Jac Pac
O HISTORIOZOFII
28 marca 2009 17:05
Witam Waszą Reżyserskość!
Co do historiozofii, to kilka
przypisów. Wszystkie imperia w dziejach ludzkości upadały, a przyczyny były
rozmaite, jednak pewne prawidłowości są. Jedną z nich jest nastawienie na eksploracje.
Począwszy od imperium rzymskiego, poprzez podboje Mongołów, którzy przez wieki
gnębili Chiny, imperium Napoleońskie, III Rzesze, aż po imperium Sowieckie,
wszystkie opierały się na totalitarnym terrorze, różnice sprowadzają się do
technologii wojennej i przemocy. Im bardziej imperium się rozszerzało, tym
trudniej było podbite narody kontrolować. Aparat przemocy wraz ze swoim
rozwojem potrzebował coraz większych środków, a z drugiej strony doprowadzał
swoimi działaniami do upadku gospodarki podbitych regionów.
Rzym upadł z powodu swojego hedonizmu,
nastawienia na konsumpcję, w końcu polityka podbojów i eksploatacji podbitych
terenów doprowadziła je do ruiny i Rzym, który był żywiony przez podbite kraje,
nagle stracił te spichlerze, bo sam je zniszczył. Inna prawidłowość, to im
większa bieda, tym większa korupcja. Efekt zawsze jest ten sam, "nawet
pretorianie nie mają co jeść", więc stają się pospolitymi bandytami i
system też nie może się na nich opierać.
Podobnie w Rosji Sowieckiej, aparat
przymusu w pewnej chwili, a proces ten trwał dziesięciolecia, stał się
organizacją "wyalienowaną z państwa" w chwili przekształceń stał się
zwyczajną organizacją przestępczą, tyle, że dobrze zorganizowaną. W Rzymie
lokalni namiestnicy i konsulowie, zwyczajnie kradli i brali łapówki, a proceder
ten rozszerzał się wraz z podupadającą gospodarką. Kłopot tylko w tym, że
Rzymianie podbitym narodom nie mieli wiele do zaoferowania, poza administracją,
organizacją i kilkoma wynalazkami, natomiast nie mieli pomysłów na gospodarkę
innych, jak ściąganie podatków. Podobne wzory stosowały państwa średniowiecznej
Europy, choć na mniejszą skale. Państwa, które dokonały rozbioru Polski też nie
wiele miały do zaproponowania. Wielkopolska była spichlerzem Prus, a pod koniec
wieku XVIII rolnictwo w Polsce było na znacznie wyższym poziomie niż w
Niemczech i Rosji.
To polskie majątki na Ukrainie żywiły
Rosję. Zaborcy potrafili jedynie eksploatować lokalną gospodarkę, a polityka
prowadziła jedynie do upadku rolnictwa i przemysłu na poziomie Europejskim na
ziemiach polskich. Nadal pokutują w Europie mity, jeden, to mit niemieckiej
gospodarki, zapomina się o tym, że na tą potęgę pracowało 50 milionów
niewolników przez prawie sześć lat. Drugi to potęga Rosji, z którą
rzekomo trzeba ciągle się liczyć. Jak podawał Sołżenicyn i potwierdza to też
Suworow, potęga Sowieckiego imperium została oparta na 56 milionach ofiar.
Podobnie jak Niemcy nie zapłacili za ten wyzysk, tak i Rosja do dziś żyje z
surowców wydobywanych głównie na podbitych terenach, z których wcale nie ma
zamiaru się wycofać. W Rosji nie ma ani rolnictwa, ani przemysłu, są surowce.
Europa udaje, że chodzi o "status quo" więc Rosji sprzyja, chociażby
całkowicie uzależniając się od rosyjskiego gazu. Ponieważ twierdzę, że w
dziejach nic się nie powtarza, wcale nie jest powiedziane, że skutki, a przede
wszystkim rozpad będzie podlegał tym samym prawom, co w przeszłości, a że
kiedyś nastąpi, to pewne. Jak na razie przeżyliśmy upadek komunizmu, ale
imperium ciągle się rozpada, a energia rozpadu może być destrukcyjna również
dla Europy.
Teoretycznie pomysł na "Unie
Europejską" jest bardzo nowoczesny, powstaje nowe imperium, ale na
zasadzie porozumienia, a nie podbojów, ma to tą zaletę, że zachowane są
odrębności kulturowe i uwzględnia się specyfikę regionów, jednak obok idei
współpracy, jest groźniejsza, konkurencyjna, unifikacji. To może się źle
skończyć, bo w takim organizmie działają nie zmienne i nie podważalne prawa
fizyki, czyli zasada "naczyń połączonych" i "dyfuzji
materii".
Teraz jesteśmy na etapie wyrównywania
ciśnień w poszczególnych naczyniach i poziomów, czemu towarzyszy rozpraszanie
materii, czyli kapitału. Proces ten potrwa czas jakiś, ale zainicjuje on
kolejny, również zgodny z prawami przyrody, czyli skupiania materii. Jeśli w
tym wyrównanym mechanizmie pojawi się jakaś nawet niewielka siła, zainicjuje
ona proces odwrotny, to już pośrednio widać, do głosu dochodzą wielkie
korporacje przemysłowe i organizacje handlowe, wcale to nie sprzyja konkurencji
i wolności gospodarczej, bo każda organizacja wraz ze swoim rozwojem staje się
machiną nie do zatrzymania i będzie niszczyć i wchłaniać tych mniejszych.
Czy ludzkości starczy zdolności
przewidywania i rozsądku, aby regulować "przepływy" nie ma pewności?
Teraz w ramach kryzysu trwa debata, czy powinniśmy wejść do strefy Euro, a
jeśli tak, to kiedy? Najlepszym momentem jest właśnie ten w jakim jesteśmy,
ponieważ zasada "wyrównywania" poziomów i ciśnień w poszczególnych
naczyniach, zasiliłaby nasze naczynie, czyli gospodarkę, ale reszta Unii
doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że to co w tej chwili byłoby dla nas
korzystne, wcale nie musi być dla pozostałych państw. Unia jeśli ma przetrwać,
musi bronić się przed unifikacją, bo ona zniszczy lokalną aktywność nie tylko
gospodarczą. Wymiana i mieszanie - tak, unifikacja i standaryzacja - nie.
"British Council" ogłosił
szereg konkursów, między innymi dla młodych biznesmenów w branży muzycznej. E
Polsce wygrał chłopak, który jest promotorem "R&B" w kraju.
Wielka machina brytyjskiego przemysłu rozrywkowego dąży do poszerzenia swoich
rynków, zjednoczona Europa temu sprzyja, ale ja cieszyłbym się gdyby na
przykład laureatem konkursu został jakiś "symfonik", albo
"folkowiec", który sprzedaje jakiś produkt lokalny, a nie pracuje na
rzecz pomnażania zysków wielkich koncernów medialnych. MTV ma już oddział
polski, ale jego produkcja niczym się nie różni od tego w Anglii, czy Holandii.
Powstają jakieś "nowotwory kulturowe" zewsząd, czyli znikąd. Media
tworzą matryce do wtłaczania wzorców konsumpcyjnych. Francuzi
"zadekretowali" proporcje francuskiej muzyki i filmu w mediach
elektronicznych, co oburza koncerny międzynarodowe.
Jednak wcale te regulacje nie
nastąpiły wbrew publiczności, wręcz przeciwnie, tego oczekuje się od lokalnych władz.
W Polsce działa mechanizm odwrotny. Teraz TVP produkuje kolejny serial
"Szkoła tańca". Niestety to nie jest oryginalny pomysł, tylko kolejna
licencja. Biznes rozrywkowy, zgoda, ale dlaczego za moje pieniądze? Tak właśnie
rozumiem, potrzebę regulacji, takie pomysły nie powinny być finansowane z
publicznych pieniędzy. Przykładów można mnożyć.
Do zakręcenia!
and.
27 marca 2009 23:05
Witam Kolegę Viloviusa,
Tematów mnóstwo, ale po kolei. Zawsze z
przeciwnikiem rozmawia się i negocjuje nawet jak się jest na pozycji straconej.
Tak było w grupach plemiennych, za czasów rzymskich i obecnie. Rzymianie nie
napadali od razu, tylko na początku proponowali konkretne warunki. Jedne narody
na to przystawały i zostawały wasalami bez przelewu krwi inne nie. A i tak w
końcu zostawały podbite. Choć nie do końca. Rzym nie podbił do końca Germanów -
niestety i dlatego potem ci wiele razy oblegając Cesarstwo, powoli doprowadzili
do jego upadku. Także nie poradził sobie do końca z Brytami a właściwie
Celtami, i ci też powoli doprowadzili do upadku Imperium. Spowodował masakrę
Daków - nauczony porażkami z Germanami, ale to nie wiele im dało bo w Dacji
pojawiły się inne plemiona z terenów Azji wschodniej oraz inne typu perskiego,
z którymi musieli zawrzeć tak zwany pax romana.
Po rozbiciu Cesarstwa na dwie stolice
upadało ono coraz bardziej aż w końcu - nie tyle upadło co zanikło, ponieważ
ościenne nacje tak zachodnie jak i wschodnie praktycznie się wymieszały w Italskim
tyglu. Można powiedzieć iż w ten sposób powstała obecna Europa i tak jest
praktycznie do dzisiaj.
Tak że są dwie w
uproszczeniu mówiąc, teorie dziejów; spiskowa i niespiskowa. Ta druga mówi że
decyzje polityczne są motywem działania jednostek, grup i całych plemion oraz
narodów, czy też grup narodów - w skrócie - społeczności ludzkich.
Obserwuje niebezpieczną tendencję.
Działania jednostek tłumaczy się i usprawiedliwia poprzez ideologie czy motywy
grupowe (typu: wszyscy biedni są skłonni do kradzieży i przemocy) a działania
grup i państw tłumaczy się działalnością jednego człowieka, (u Niemców gdyby
nie Hitler itd., przeciwnicy Amerykanów wszystko jednoosobowo zwalają na Busha,
Arabowie ekstremizm na Bin ladena).
A prawda jest taka że gdyby Adolf umarł,
hitleryzm by trwał nadal bo do sukcesji było masę chętnych. To samo ze Stalinem
i Mao. Te systemy nie zniknęły automatycznie po śmierci wodzów. Jeszcze po tym
cierpiały miliony niewinnych ludzi. Także z Okrągłym Stołem -
obawiam się że to było jedyne wyjście. W Hiszpanii po śmierci Franco
można było mordować wszystkich falangistów i zwolenników Caudillo.
Jednakże mądrość Hiszpanów doprowadziła do
przemiany państwa w kraj najszybciej rozwijający się w Europie. W Niemczech
żywiołowa denazyfikacja doprowadziłaby do kolejnej rewolucji i w konsekwencji
do rozpadu młodej demokracji. Ukarano najważniejszych - niedopuszczono do
urzędów członków NSDAP a reszta jakoś musiała wtopić się w społeczeństwo.
Przecież nie można było wsadzić do więzień pół narodu. Trochę tak jak z Polską.
Powiedzmy sobie szczerze. Trzy czwarte narodu kolaborowało z władzą. A
teraz ich dzieci stają się lustratorami. Może niech zaczną od swoich
rodzin. Kto dostawał mieszkanie poza kolejką? Kto za małego Fiata szczuł na sąsiada
i kumpli z pracy? Kto dla większej pensji podejmował robotę sprzątaczki w MSW,
czy pielęgniarki w szpitalu wojskowym? Niby to nie kolaboracja - a jednak.
Dostosowanie się ? Może, ale ja takich praktyk nie stosowałem. Ani Zanussi.
Miał chłop talent a że rozmawiał z esbekami – pytanie - kto nie rozmawiał. Ja
też rozmawiałem, ale na nikogo nie doniosłem. Powtarzam, z wrogami też się
rozmawia, ale to nie dowodzi tego że się jest po ich stronie - szególnie jak są
silniejsi.
Wbrew pozorom komuna była najsilniejsza w
latach 60 i 70. W stanie wojennym była słaba - jej jedynym atutem była
rozpaczliwa siła. I wtedy jak się szło na układy to już było się sprzedajnym.
Rok 80 i 81 był cezurą. Było wiadomo że już nad niczym nie panują. Ani nad
gospodarką ani nad mentalnością i duszami ludzi. Zabójstwo Pyjasa pod
koniec lat 70 było tragiczną głupotą, zabójstwo Popiełuszki była aktem
szaleństwa i gwoździem do trumny systemu.
Reasumując - sądzę że oficerowie - tajni, jawni
i tacy sobie, chcą teraz wmówić wszystkim dookoła i samym sobie, że to oni
wszystkim sterowali i pewnej sfrustrowanej odmianie opozycji udało im się to
sprzedać za bezcen. Rzymianie też tak myśleli, że nad wszystkim panują, a
tymczasem w Palestynie od jakiegoś żydowskiego „hippisa – proroka” i z zachodu
od hardych Normanów, zaczął sie ich upadek. Jedna rzecz nie ulega
wątpliwości.
Wielu w Polsce z nich się wzbogaciło
dzięki ustawie Rakowskiego "konsolidującej majątek narodowy",
ale taka była cena bezkrwawej rewolucji. Nawet Mandela wiedział w RPA że
wyrżniecie białych zamieni ten kraj w Angole, Sierra Leone albo w
Zimbabwe.
To na tyle. CDN.
Jac