Strona główna

Działy

Annales

Brzmienia

Spis treści

 

Andrzej WilowskiJacek Kasprzycki

 

Pisane od końca

(Dialogi o historii, sztuczkach, rocku, jazzie, i nie tylko)

 

MUSZĘ ODPOWIEDZIEĆ

23 czerwca 2009

 

Witam!

 

Właśnie oglądałem film dokumentalny o mecenasie Stanisławie Hejmowskim. Bronił w procesach po poznańskim czerwcu, ale zasługi miał nie tylko w tej sprawie. Sporo mi to dało do "pomyślenia". Szkoda zresztą, bo ja bym zrobił o nim film fabularny. Rzeczywiście była to niezwykła postać. Z uporem trwał przy zasadach i był całkowicie odporny na "komunę". Wspomnę tylko o jednym, ponieważ oskarżonych w procesach było 137, część spraw, co prawda umorzono, ale i tak to był wielki proces, więc ława oskarżonych była długa, a adwokacka też. On jeden nie bał się i potrafił kolegów zmobilizować do przyjęcia godnej postawy, zwyczajnie tym kolegom adwokatom byłoby wstyd, gdyby zachowali się inaczej. W każdym razie kierował całą obroną i jak wiesz z historii z procesów ludzie wyszli nie tylko z więzień, ale ocalili godność, nie wyszli na bandytów, jak chciała UB. Wydawało się, że nastąpi przełom, ale wkrótce koledzy z "palestry" odwrócili się i woleli drobne interesiki i kariery, mała peerelowska stabilizacja polegała na donosikach, nawet nie tych politycznych, czasem nawet do urzędu skarbowego i sypały się szykany i domiary. Ludzie, których wybronił, później składali donosy, że brał pieniądze w kopertach, poza kasą zespołu. Dziś Poznaniacy są mu wdzięczni i pewno jakiś pomnik postawią, szybko zapomnieli, że umarł zrujnowany, osamotniony, opuszczony. Władza go nie złamała, tylko "mali ludzie". Film zresztą te wątki nagonki omawiał oględnie. Prawda jest taka, że policja polityczna byłaby bezsilna, gdyby nie TW, którzy dostarczali "materiałów operacyjnych" i okazji do szykan z inicjatywy samego środowiska prawniczego. Myślę, że to nie była nawet kwestia odwagi, wykazywać, że system jest chory wykonując zawód adwokata, przeżył konspiracje w czasie wojny i nic już gorszego nie mogło się przytrafić, a jednak. Podziwiam tą determinacje bycia normalnym w nienormalnym kraju. Akty odwagi, czy bohaterstwa wymagają mobilizacji na czas zadania, a tu trzeba "trwać przy swoim" latami i to w osamotnieniu.

 

Anegdota o Macieju, jaką opowiedzieliście ładna. On rzeczywiście taki był i pewno jak to mówił, to tak właśnie myślał. Jaka jest tajemnica kariery? Jak zwykle przypadek. Maciej miał temperament bojowca, a zamiłowanie do ułanów, wzięło się z wychowania. W podziemiu jednak były bliższe ideały PPS-owskie i AK-owskie, ale w połączeniu z "bogoojczyźnianymi" w Wolnej Polsce dały efekt groteskowy. Z jednej strony tradycje patriotyczne, które objawiają się w "kulcie ułana", ale towarzystwo XV Pułku Ułanów Wielkopolskich ma charakter teatralno-obrzędowy i wiele z tego nie wynika, poza tym, że ubarwiają patriotyczne rocznice, etos "Solidarności" niestety również się zmarginalizował i trudno mówić o jakimś programie społecznym, który sprowadza się do działalności charytatywnej notabli i elit polityczno-biznesowych. Trochę ta dygresja odbiega od zasadniczego wątku, ale jeszcze słówko o tym będzie. Jaki to był przypadek? Wypłynął na fali pewnego układu politycznego.

 

Jak Ci wiadomo w Poznaniu nie ma dobrego klimatu dla bardziej otwartej polityki. Powiem to wprost, po przełomie, nagle wszyscy się odwrócili od "starej opozycji" i wtedy do głosu dochodził ZChN, a my byliśmy "Korowscy lewacy", jak mawiał pewien lokalny przywódca "prawicowy". Niby niechęci nie było, ale chłopcy do tej pory "przyczajeni" uprawiający kawiarnianą politykę i konspiracje, ruszyli teraz do boju o stanowiska i mandaty poselskie, miejsca w radach miejskich i powiatowych. Zauważ, że nawet poznańskie PO skręca na prawo i jest strasznie "konfesyjne" bywa na przyjęciach u biskupa. Czasem zastanawiam się, czy tam nie jest ośrodek władzy lokalnej. Maciej był idealnym kandydatem do zarządu, bo miał legitymacje "bojowca" a do tego słuszne przekonania i upodobania. Chociaż ja miałem wrażenie, że cały ten "narodowy cyrk" traktował trochę jak "harcerską zabawę". Czyli partia go wylansowała, do której zresztą tak do końca nie należał.

 

Opisałem o "SW". Przypomnę, że ich konspiracja była świetnie zorganizowana, choć Maciej raczej improwizował niż się do zasad stosował. To tak świetnie funkcjonowało dzięki Kornelowi. O nim krążyły rozmaite legendy, po części kolportowane przez bezpiekę, żeby młodzież zniechęcić do konspiracji, że wariat i terrorysta, każe odbierać siłą pałki milicjantom na demonstracjach. W rzeczywistości to człowiek niezwykle opanowany i inteligentny, doktor matematyki, potrafiący znakomicie analizować i planować, przewidywać. W każdym razie nie robił akcji, które nie potrzebnie narażały ludzi. Maciej ze swoimi pomysłami i improwizowanymi akcjami wyrobił sobie w tym środowisku opinie PPS-owskiego "bojowca". Ten wątek zresztą też wymagałby rozwinięcia, chociażby podania przykładów z rozmaitych akcji przeprowadzanych przez SW. Może kiedyś do tego wrócę. Niestety prawda jest taka, że w nowej roli Maciej kompletnie się nie sprawdził i miał sporo grzeszków.

 

Zacznijmy jednak od mitów. Po pierwsze wydaje mi się, że stanowisko przerastało go i niestety wcale intelektualnie nie był do tego przygotowany. Działał trochę na wyczucie, często wykazywał upór, który skutkował całkowitym ignorowaniem innych opinii. Dobry polityk umie korzystać z wiedzy ekspertów, on tego nie potrafił. Poczynania miasta w dziedzinie oświaty, to całkowita katastrofa. Podam przykład, w ramach obniżania kosztów wprowadzono program oszczędnościowy, chodziło zwłaszcza o likwidacje małych i tym samym zbyt drogich przedszkoli i oddziałów szkolnych na terenie miasta. Skończyło się to praktyczną likwidacją przedszkoli w mieście. Oczywiście wymagane są pewne racjonalne rozwiązania, chociażby łączenie placówek, czy inna ich sieć, stosownie do liczby dzieci w dzielnicy, wiadomo, że niektóre dzielnice się starzeją. Nie analizuje dalej, krótko mówiąc Maciej uparł się i całą akcje przeprowadził mechanicznie i to była klęska. Promocja sportu też jest trochę rozdęta. Wszystko skupiło się na stadionie. Przypominam epizod z olimpijskimi medalistami. Okazało się, że zawodnicy z trenerem, a chodzi o wioślarzy, za własne pieniądze wynajmowali sale na treningi i żebrali o pieniądze na sprzęt. Miasto też się nie popisało, bo jak fetowało medalistów, to premie pieniężne dostali trenerzy i działacze, a zawodnicy po przysłowiowym dyplomie. Takich gaf było więcej. Tracił masę czasu i energii na drobne sprawy, przecinanie wstęg, otwarcia i przemowy, lubił to. Przyjmował petentów, bo o wszystkim chciał decydować sam.

 

Miasto zatrudnia armie urzędników, ale wiele projektów i opracowań zleca. To te ulubione konkursy. W każdym razie był postacią medialną i popularną. Mitem jest też wydawnictwo WIS. Praktycznie od dawna kieruje nim żona, bo inaczej by się posypało. Miał też niewiarygodne szczęście w doborze współpracowników. Jest tam jedna osoba pani redaktorka, która jest znakomitym fachowcem i dlatego wielu akademików chętnie tam książki oddaje, bo wiedzą, że ta pani nie wypuści bubla, dopilnuje korekt, wszystko sprawdzi i skład będzie fachowy. Wbrew pozorom wydawnictwo, które dobrze usadowi się na rynku jest całkiem stabilnym, choć może nie najbardziej dochodowym przedsięwzięciem.

 

Powiesz, że się czepiam, że to tylko formalność, dyplom, ale to też o czymś świadczy, że nie zdołał studiów skończyć. Jakoś z "polibudy" wszyscy, nawet ci, co siedzieli w końcu studia pokończyli. Jak się mówiło "indeks był tarczą", jak miałeś dobre stopnie, to nie było siły, bo wtedy władza musiałaby przyznać, że to szykana polityczne, a tego starali się unikać, bo przecież oficjalnie szykan nie było. Prawdopodobnie zdecydował o tym inny czynnik, może brak przekonania, a może zwyczajnie nie dało rady.

 

Sukces "Jolki" jest medialny. Pamiętaj, że "pierwsza dama" to taka rola, która może przysporzyć tylko sympatii, reprezentuje, występuje, propaguje, ale nie podejmuje żadnych decyzji i odpowiedzialności za poczynania małżonka, choć w karierze wspiera i pomaga. Podobnie było też w Ameryce, kiedy jedna pani prezydentowa też zaczęła karierę polityczną robić, ale wybory prezydenckie szybko to zweryfikowały. Jakoś w historii takich wypadków nie było. Prezydentowe zawsze wypadają w sondażach lepiej od swych mężów, ale wyborów nie wygrywają, odwrócenie ról się nie zdarza. Prawdopodobnie SLD ma taki plan; jeśli kandydata lewicy poprze były prezydent Kwaśniewski, to na starcie straci kilka punktów, natomiast można prowadzić grę, która polega na tym, że koledzy męża namawiają, przekonują, apelują  i lansują, a ona się opiera, bo niewiasta skromna i do polityki się nie pcha, ale swoje przekonania ma. Kiedy lewica już przeprowadzi partyjne targi i przetargi, kogo wystawić, wtedy pani prezydentowa wspaniałomyślnie oświadczy; ja nie kandyduje, ale jeśli mielibyście głosować na mnie, to głosujcie na "Y", bo ja mam do niego pełne przekonanie. Wtedy część głosów sondażowych spłynie na takiego "namaszczonego", a patent to lepszy niż perswazje wprost, głosujcie na niego. Do tego dochodzi ożywiona debata na temat parytetu stanowisk dla kobiet. Zauważ, że lansowanie "Jolki" zbiega się z szczytem tej kampanii, co też daje dodatkowe punkty. Krótko mówiąc "Powie nam Jolka, na którego głosować Olka".

 

Posunięcie sprytne, bo im bardziej PO i za nimi media lansują Tuska na prezydenta, tym bardziej jego notowania spadają. Może być dla PO przykra niespodzianka. Kaczyńskiego ponownie ludzie nie wybiorą. Paradoksalnie w interesie Tuska jest, żeby Kaczyński startował ponownie, bo w ten sposób będzie też spolaryzowana opinia i lud zagłosuje na "Nie-Kaczyńskiego", czyli Tuska, ale jak będzie mógł wybierać, to wtedy ten mechanizm wcale nie będzie działał i głosy nie zdecydowanych przepadną. Prawda jest taka, że liczba zdeterminowanych zwolenników jednego i drugiego jest podobna, a przy innym rozdaniu kart, ta niezdecydowana i zdeterminowana większość nie pójdzie głosować. Tu dziwi mnie to, że wszystkie partie bez wyjątku nie zabiegają o pozyskanie nowych członków, przed wyborami to powinien być priorytet, bo tylko liczebnie silna partia może marzyć o wylansowaniu swojego kandydata na prezydenta.

 

Z tymi planowanymi filmami to pewne, bo na polityczno towarzyskim salonie już kontredans trwa. Możesz też do pląsów przystąpić, bo wiesz, kto z kim tańczy, ale czy chcesz to inna sprawa. Ja mówię, że to wybór estetyczny. W sztuce wbrew pozorom podobnie jest jak w polityce, mechanizm ten sam. Decyduje przypadek, wszystko zależy od tego, w jakich kręgach się znajdziesz, czy "partia" Cię zniszczy, czy wypromuje. Nie decydują ani talenty, ani pomysły, tylko to, czy znajdziesz się przy zielonym stoliku w czasie rozdania kart. Jaka jest na to wszystko rada? Tylko jedna, do gry można zasiąść tylko raz. Jestem za kadencyjnością w polityce i to na każdym szczeblu i za rotacją w konkursach.

Do zakręcenia!

and.

 

 

PALĘ CHARYZMATYKÓW

22 czerwca 2009

 

Witam,

Cóż mogę odpowiedzieć ja mały robaczek?

No właśnie - grzechy polskie doprowadzające do tej afery z książką o Lechu W. postaram się wymienić jak zwykle w punktonach.

 

1.Po pierwsze: „Palę charyzmatyków”.

 

Od początku narodzin „Solidarności” drażniło mnie uwielbienie dla Lecha i podziw – który został jeszcze z komuny dla prostych ludzi. Nigdy nie lubiłem tzw. „charyzmatyków” i już w ruchu hippisowskim drażniła mnie pozycja różnych „guru”. Od 1980 roku do dzisiaj nie mogłem zrozumieć, dlaczego prosty człowiek – nie umiejący się porządnie wysłowić (w sensie merytorycznym – nie logopedycznym), mówiący mętnie, ma być autorytetem i przywódcą. Jak słusznie zauważyłeś wiele osób było bardziej kompetentnych. Podczas całej tej dyskusji nie mówi się o mentalności „prostego wiejskiego cwaniaczka” a takim był zawsze i do dzisiaj pozostał Lechosław. Przypomina mi się anegdota jak w stanie wojennym szukali Bujaka przyszli do gazdy a ten mówi „Może i był taki a może i nie był panocku. Wielu tu sie po izbie kręciło. Pobyli se, pojedli i poszli”. Na takie dictum oficer reagował na piśmie „Figurant nie zaprzecza ani nie potwierdza – zapewne zna poszukiwanego. Ukrywał go, ale nie mamy na to niezbitych dowodów. Należy go obserwować.” Twój przyjaciel z SKS napisał mądre zdanie. „Jedyną postawą wobec bezpieki to zdecydowana odmowa współpracy i pójście w zaparte”. Wszystkie próby mącenia, kluczenia, okłamywania ich doprowadzały do odpowiednich adnotacji w służbowych notatkach. Może Lechu powiedział coś w swoim stylu; „Wiecie Panowie ja się jeszcze zastanowię...” itp. A oni odnotowali np.„ Waha się, ale wyraża chęć współpracy”. Albo dawanie im tak zwanych „nieistotnych” informacji. Zawsze mogą być one odnotowane – a jak wiemy bezpieka mogła przypadkowo z informacji pozornie nieistotnej zrobić istotną. Taki prostacki wallenrodyzm nigdy nie mógł odnieść sukcesu w PRL-owskich warunkach. A jeżeli już Macierewicz odkrył cień podejrzenia, że Lechu coś tam przekazywał, mógł tenże to ujawnić, mówiąc że to była „tylko taktyczna gra i nikomu nie szkodził”. Gorzej - mógł to powiedzieć kolegom z opozycji trzydzieści lat temu. Ale nie powiedział, bo jak każdy tani cwaniak myślał że „a nóż nikt nie dowie i się upiecze”.

 

2.Brak myślenia samodzielnego.

 

Polak musi mieć autorytet. Nie można zrobić żadnego prawdziwego filmu ani o Piłsudskim, ani o Wałęsie, ani o Mickiewiczu ani o Grotowskim na przykład. To ikony nie do ruszenia. A niedawno widziałem film „Ray” o Rayu Charlesie Orbisonie, który opowiada o samych jego wadach – zdradzaniu żony, „kobieciarstwie”, uzależnieniu heroinowym, skrajnym egoizmie, wykorzystywaniu cynicznym swego kalectwa.

 

Produkcji patronował sam Ray Charles wybierając głównego aktora (zresztą świetnego) i zatwierdzając cały scenariusz. A morał z tego taki, że Ray Charles urasta tu właśnie do roli postaci wybitnej, która zmagała się nie tylko własnymi ograniczeniami ale jeszcze ze wszystkimi swymi wadami i absolutnie to nie umniejsza jego wielkości. I Oryginał tego się nie wypiera. Podobnież niedawna produkcja międzynarodowa o Modiglianim. A także wspaniały Eda Harrisa (tego, który grał Piotrowskiego w filmie Agnieszki Holland o Popiełuszce) film o Jacksonie Pollocku. Są znane złe relacje Mickiewicza z jego rodziną, kłótnia z papieżem, uleganie wątpliwej jakości mistykom, pomiatanie takim na przykład Norwidem, nienawiść do Słowackiego, w końcu przejście na islam. To fascynująca historia. A Bronek Piłsudski i jego konflikt z bratem. A co się dzieje z pamięcią o Janie Pawle II – szkoda gadać...

 

3.Nowa ustawa lustracyjna według standardu niemieckiego.

 

a)    Ujawnienie wszystkich oficjalnych i jawnych funkcjonariuszy) Powszechny i prosty dostęp do archiwów – jak do bibliotek.

b)    Jak w swojej teczce znajdziesz kogoś kto donosił – tylko ty masz prawo to ogłosić albo wytoczyć mu proces cywilny (lub karny) za to że Tobie czy innym zaszkodził.

c)     Pozbawienie emerytowanych esbeków wszystkich przywilejów wynikłych z faktu służenia reżimowi) Ogłoszenie SB, UB i innych tego typu organizacjami przestępczymi jak to było w rodzaju NSDAP, gestapo itd.

 

4.Jeżeli tego nie da się zrobić w Polskich warunkach, co napisałem powyżej: wyrzucenie całej tej ubeckiej dokumentacji na makulaturę, ogłoszenie totalnej abolicji, albo sposobem Angoli czy Amerykanów utajnienie akt na lat - na przykład 100.

 

5.To na tyle – zmęczyłem się, cdn.

 

Jacek Kacek

 

POCZTA KRĄŻY

22 czerwca 2009

 

Witam!

 

Do mojej skrzynki listelowej wpadły dwa listelle, z treści mniemam, że do kolegi Jernasa, ale trochę zaczepiony, dopisuje swoje trzy grosze. Co do KSU, to zjawisko ciekawe, może nawet mniej muzycznie, co "ideologicznie", czy "socjologicznie". Tak się składa, że w tym czasie, kiedy zaczynali, znałem kilku hipisów, którzy osiedli w Bieszczadach, to też byłby temat na całkiem interesujący dokument. W każdym razie Bieszczady miały sław nie dostępnych i dzikich. Więcej w tym legendy niż prawdy. Prawda była taka, że po akcji "Wisła" wyludniły się kompletnie, ale "komuna" miała jakiś plan "zagospodarowania" terenów w latach siedemdziesiątych i stosunkowo łatwo było sobie coś tam znaleźć do mieszkania i byle jakie zajęcie. Ludzie tam żyli z bardzo dziwnych zajęć, począwszy od zbierania grzybów, poprzez wypalanie węgla drzewnego, wypas owiec, po chałupnictwo dla Cepelii, na przykład modne w tym czasie wełniane swetry robione na drutach. W Ustrzykach powstał zespół KSU, a ta nazwa, to od rejestracji samochodowych, tablice zaczynały się od tych liter. Grali trochę punkowo, trochę rockowo i ludowo. Byli znani tylko tam, aż do czasu, kiedy pojawili się w Jarocinie. Filmu nie znam, więc może pisze oczywistości, ale nawet nie to, że nie byli wpuszczani na oficjalną estradę, ale wcale się na nią nie pchali. Wiele koncertów było zwyczajne w stodołach i domach kultury.

 

Piszę o tym, bo to bodaj jedyny przypadek świadomego konsekwentnego buntu wobec oficjalnej sceny, Estrady, festiwali i mediów. W tamtym czasie poziom oficjalnych zespołów rockowych był tak marny, że konkurencji specjalnej by nie było, gdyby tylko mieli taki plan, to zrobiliby karierę szybko. Owsiak kilka razy przemycał na antenę radiową jakieś kasety amatorsko nagrane, ale dał sobie spokój jak się dowiedział, że na lansowaniu im nie zależy. Słyszałem ich oficjalne nagranie wydane przez radio nie tak dawno, akustyczne i zupełnie inne od tego, co grali na początku, ale może to dobrze, że nie starali się robić rekonstrukcji tylko coś innego, akustycznego.

 

Jernas pisał o swojej przygodzie, a ja pewno wspominałem Ci o rozmowie z Rysiem Czaparą. Szkoda gadać. Liberalizm wszyscy pojmują tak, zająć dogodną pozycje i za wszelką cenę jej bronić, a jak już dobrać sobie współpracownika, to nieudacznika, albo głupszego, bo nie zagrozi. Powiem krótko, jak liberalizm, to konsekwentnie.

 

Współcześnie "Czas Kultury" zrobił się pismem dworskim i lansuje też miejscowych grafomanów i jest platformą dla akademickiego lobby. Nie byłoby mi żal, jakby padł, bo miał piękną na początku kartę w historii, a teraz tylko rozmienia ten dorobek na drobne. Tak było z "Nurtem", który powoli upadał, aż wyświadczyli mu przysługę towarzysze z RSW i go zamknęli. Trochę poloniści żałowali, ale jak zapytałem Balcerzana, który zaczynał w młodości w tym piśmie, to powiedział, że mu nie żal, bo formuła się skończyła, a jeśli młodsze pokolenie chce mieć swój "organ", to niech zakłada własne pismo. Paradoks polega na tym, że dziś jakoś pisma upaść nie mogą, a ciągle znajduje się kasa na dotacje i tylko dzięki temu istnieją, bo nie dzięki czytelnikom. Podam przykład w "Czasie Kultury" pisze recenzje Andrzej Górny, który właśnie zaczynał w "Nurcie" (za Kostyrki). Wtedy był "słuszny", a teraz jest patriotą i napisał powieść o poznańskim czerwcu. Stara się wszystkim udowodnić, ze to było antykomunistyczne powstanie i że on zawsze był antykomunistą. Zrobił scenariusz dla Bajona na ten rocznicowy spektakl. Wszystko niby jest słuszne i poprawne, ale to dworak i grafoman.

 

Kolega "Wodnik" jest kustoszem PRL - owskiego bigbitu, ale mimo kiczowatości zjawiska, robi to z wdziękiem, na zasadzie resentymentów młodości i dostaje tą "jałmużnę" na "presleyowskie show", co nawet może być zabawne. Natomiast nie jest śmieszne, jak kolega Jacek robi kolejny film o "wypędzonych" do spółki z niemiecką telewizją. Z jednej strony dostaje pieniądze z lokalnego funduszu, a z drugiej od nich. Ta sprawa ma dwa dość obrzydliwe aspekty. Po pierwsze historia opowiedziana jest z perspektywy "zwykłych ludzi", co można zrozumieć, bo zawierucha wojenna rzucała ludzi po świecie i nie zawsze rozumieli, co się dzieje, dlaczego muszą opuścić swoje domy, albo przenieść się i zająć cudze.

 

Powiem krótko, ani jednego Niemca nie jest mi żal, bo i tak wysiedlenia odbywały się w komfortowych warunkach wobec tego, co spotkało Polaków na Wschodzie i to nie jest tylko subiektywny punkt widzenia, ale obiektywne skutki wojny, konsekwencje, więc nie mają moralnego prawa do zgłaszania jakichkolwiek pretensji. Żal mi studentów z "Bractwa Białej Róży", zamordowanych przez faszystów za aprobatą tak zwanych "zwykłych ludzi”, których członkowie rodzin służyli nie tylko, w Wermachcie. Teoretycznie film ma łagodzić i dążyć do "pojednania", ale ja pytam, po co? Drugi aspekt, to, że jak się dowiedziałem za materiały dokumentalne Niemcy każą sobie słono płacić. Wyobraź sobie taką historie, że skrupulatni Niemcy fotografowali, czy filmowali dla celów dokumentacyjnych, jako załączniki do raportów dla władz zwierzchnich akcje eksterminacyjne, wysiedlenia itp., teraz za udostępnienie tych dokumentów każą sobie płacić, czyli zarabiają na własnych zbrodniach, tak to trzeba nazwać. Ten drobiazg powoduje, że nic mnie nie przekona, że Niemcy się zmienili, że są wrażliwi na losy innych narodów i tym podobne propagandowe brednie. Są dokładnie tacy sami, jak przed 70 laty, tylko zmienili metody postępowania i taktykę wobec reszty Europy.

 

Pytanie, czy w Polakach jest "homo sovieticus"? Po części na nie odpowiedziałem w felietonie, ale zauważam coś znacznie gorszego, jak z biegiem czasu powraca się do dawnych wzorów karier i robienia interesów. Tak na prawdę to jest tak, jak kiedyś gadałem z Jaraczewskim i moja konkluzja była taka, że polscy liberałowie żyją z budżetu. Wojtek zaś zauważył, że pewien gatunek ludzi wymiera, tych "prawdziwych arystokratów" nie w sensie tytułów, czy majątków, tylko w sensie dosłownym "wybrańców", którym o coś chodziło i coś sobą prezentowali, chociażby wzory postaw. Cieszą mnie sukcesy kolegów, ale martwi mnie jak są one oparte na "układzie" a to baza sukcesu liberała polskiego.

Regionalny fundusz filmowy jest nieporozumieniem w tym sensie, że i tak wiadomo, kto rozdaje karty i kto bierze pule. Nic z tego nie będzie, żadne dzieła nie powstaną w ramach tych funduszy, ale kilku kolegów będzie miało pomysł na życie za te pieniądze

 

O konkursach to przypomina mi się taki stary sowiecki dowcip: Ogłoszono konkurs na stanowisko dyrektora kluczowego zakładu przemysłowego. Kandydaci mieli przesłać referaty, życiorysy, rekomendacje partyjne itp. Gdy nadszedł termin składania podań, opasłe teczki pretendentów dowożono do urzędu ciężarówkami. Wybrano komisje. Siedzieli w papierach miesiąc i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek skończą, bo jak równość, to równość każdy mógł się ubiegać. Wreszcie wpadł sekretarz nadzorujący prace komisji i patrzy na smutnych członków bliskich rezygnacji i mówi; nie martwcie się

 

Towarzysze, ja i tak już wiem, kogo partia rekomenduje!

 

Jak demokracja, to demokracja. Termin składania wniosków przedłużono, bo takie było zainteresowanie. Nawet urzędnicy z Estrady pomagali papiery prawidłowo przygotować. Jak rozpatrywaliśmy z "wodnikiem" szanse Jernasa, to już były typy na giełdzie, kto dostanie? Zresztą to się potwierdziło w stu procentach. Zostało 600 tysięcy nie wykorzystanych, a reszta wniosków na makulaturę. O konkursach mam od młodości najgorsze zdanie. Kiedyś jeszcze w Zamku startowałem na konkurs na plakat BHP, można było zarobić kasę. Z finału wszyscy z pracowni odpadli, bo nie byli "zawodowcami", wiem nawet, kto rozdawał karty. Te konkursy zawsze wyglądały tak samo. Miasto robiło konkurs na prace plastyczne o mieście. Posłałem kilka akwarel. Były na wystawie "poza konkursem". Ostatni konkurs skończył się tym, że Raczak ukradł mi pomysł na dokument o historii poznańskiego pomnika. Mogę to udowodnić, ale nie podam kolegi do sądu.

W najbliższym rozdaniu mogę powiedzieć, jakie tematy będą popierane; dokumenty o Jarku Maszewskim, Piotrowiczu, i Frankiewiczu. 

 

Takie są oczekiwania miasta. Idę o zakład, że te tematy dostaną kasę, a może już ktoś nad tym pracuje, bo dostał "cynk". Mam też swoje typy, które firmy będą te filmy robić.  

Do zakręcenia!

and.

 

 

SMUTNE

22 czerwca 2009

 

Witom i o drogę nie pytom!

 

Mam już tego wszystkiego dosyć. Film o Jarku miałem robić kiedyś ja, potem Mira Sikorska. O Piotrowiczu też ja z Miasta czyli z Arsenału. Teraz mam to gdzieś bo dostałem stypendium roczne indywidualne i muszę w ciągu roku zrobić trzy projekty. Jeden o poznańskiej synagodze, drugi TAK, TAK -NIE, NIE czyli Polaków portret własny 2009, a trzeci to wywiady z ludźmi sztuki. Mam robotę na cały rok.

 

Przy okazji pogadamy. Co do Frankiewicza?... Przy mnie powiedział Tamarze jak została przewodniczącą Solidarności w TVSFA: Moi koledzy z opozycji robią kariery - mnie to ie interesuje. Zdaje się że zmarł jako prezydent Poznania i to jeszcze spadł z konia jak księżna Małgorzata. Tylko koń nie ten i nie ten książę. Smutne...

 

Dowcip z papugami podbija świat. Co do polskiej niemocy: W pewnym reportażu (autentyczne) reporterka pyta niewiastę ze wsi: Dlaczego droga Kobieto nie wyrzucicie tego sołtysa? Wieś upada - on wiecznie pijany i tak już od 20 lat. Na to Kobieta: On jest ci Pani nie do ruszenia. A to dlaczego? Ano wszyscy na niego głosują? Ale dlaczego jak taki beznadziejny? Może i beznadziejny ale nie do ruszenia. A propos - ucieszy się Heniu L. Jola podobno ma najwyższe notowania po Tusku. Znaczy się możemy mieć panią Prezydent w Polsce. I to z kolei z lewa.

 

Pozdro

 

Jac

 
 
TO SMUTNE

18 czerwca 2009

 

Witam!

 

Nie wątpliwie to smutna wiadomość o śmierci Macieja Frankiewicza. Jeszcze nie czuje się na siłach pisać o nim.

To, co przeczytałem w "Wyborczej" troche mnie zmartwiło. Na przykład inicjatywa "NZS 80" tak pospieszna i obawiam się, że nie przemyślana, delikatnie mówiąc jest nie stosowna. W każdym razie ja to tego towarzystwa nie należę, bo to co robią, to "kombatanctwo" w najgorszym stylu. Może kiedyś dam się "naciągnąć" na jakieś wspomnienia.

 

Pozdrawiam!

 

and.

 
 
DOWCIP O PAPUDZE

18 czerwca 2009

 

Dowcip o papudze doskonały!!!

Jac

 

 

ŻYWOTNE JASZCZURY

18 czerwca 2009

 

Witam!

 

Wynika z tego, że "Jaszczury" są żywotne. To dobrze, że się udały i mają pewien rezonans. Co do detali w tekście, to sam zauważyłeś. Podobnie ja zauważyłem kilka nieścisłości w tekście o "Etno Porcie". Jak mnie "Wodnik" namawiał, żebym imprezę skomentował, miałem opory, bo to nie moja specjalność, ale po rozmowie z Tobą chyba zmienię zdanie i popracuje nad tym tekstem i coś zrobię. Mnie nie interesuje "prasówka" z imprezy, ale impreza jako pretekst do szerszej refleksji. Może będzie okazja zaprezentować kilka próbek z tego, co się działo. Wszyscy wykonawcy przywieźli płyty i stoisk z płytami też było sporo, ale wcale nie były oblegane. Ceny zaczynały się od 30 zł. w górę. Pewno te wydawnictwa jak na realia światowe nie są drogie, ale tu niema Euro i ogólnie jest nędza. "Młodziaki" zwyczajnie nie mają aż tyle pieniędzy. Koncerty odbierane świetnie, ale niestety nikt nie chciał zabrać ich ze sobą do domu. Jestem sceptyczny co do kolejnej edycji "Wodnikowych targów". On jest urodzonym optymistą, ale spodziewam się kłopotów. W każdym razie ja zacząłbym od targów i zrobił z tego pełną komercje. W końcu z czegoś trzeba żyć, a pomysł byłby dobry, ale wykonanie "amatorszczyzna". Zmiany w repertuarze są podyktowane względami finansowymi, sponsorzy nie dopisali. Zauważ, że nawet te "dinozaury" nie chcą grać za darmo. Pewno imprezę trzeba będzie biletować i tu najpoważniejszy problem, bo miasto funduje masę imprez za "darmochę". W dodatku w tym samym czasie będzie na Starym Rynku i okolicach "Festiwal dobrego smaku", jak rok temu. Dyskretnie wybadałem, o co chodzi z tym plakatem. Oczywiście dane są nie aktualne, ale ostatecznych też jeszcze nie ma, więc odradzam pośpiech z przeróbką, bo wszystko może się zmienić. (Nie muszę wyjaśniać, że to do Twojej wiadomości).

 

Problem z przekazywaniem tekstów rozwiązałem tak, że jeśli jest w liście coś więcej, nad informacje,  to kończę dopiskiem, że uwagi do wiadomości, nie do publikacji. Powody są dwa. Pierwszy, to inaczej pisze się w listellach, o czym już się przekonałeś, a inaczej publicystykę. Teoretycznie można taki listel przerobić na przykład na felieton, ale wymaga to redakcji i ewentualnych poszukiwań źródeł. I tym sposobem dochodzę do drugiego powodu, nie chce mi się już pisać niczego "za darmochę", chyba że widzę w tym jakiś sens i cel. Zwłaszcza wkurza mnie to, ze jakieś błogi i gazetki przedrukowują, czyli pasożytują. Codziennie coś dostaje w rodzaju, "zrób", "napisz" , "a my Panie Dobrodzieju biedni". Właśnie dlatego programowo nie wysyłam do "Jazz Forum", czy "Czasu Kultury", bo oni nie płacą za "nie zamówione teksty", ale sobie płacą. Paradoksalnie to nie moja strata, byłaby strata gdybym pisał,  czasem do Internetu, owszem, skoro ktoś to czyta, to zabawa jest, ja za to nie mam pieniędzy, ale też od czytelnika nie domagam się. Czasy powielaczowe skończyły się. Konkluzja; pisanie listeli bawi mnie, bo lubię z ludźmi rozmawiać, prowadzić dialog, ale praca społeczna na cudzy biznes mnie nie bawi.

 

"Jaszczury" są rozwojowe i warto się nimi zainteresować, bo przynajmniej dla Ciebie może to być pomysł w dorobieniu. A skoro o tym mowa, to dowiedziałem się, a może już pisałem, że w Zamku klub filmowy prowadzi Twój były student od Kapeli. Cóż to za ironia, nie zatrudnili Ciebie. Znam ten mechanizm, dla kolegi, który właśnie obronił habilitacje i to nie na prowincjonalnej uczelni tylko w IBL PAN na wydziale też się miejsce nie znalazło.

 

Moja diagnoza jest taka i pewno Ci się nie spodoba. Naszą zmorą jest "katolicyzm", żebyśmy się dobrze zrozumieli nie "chrześcijańska formacja kulturowa Europy" tylko "katolicyzm", który w połączeniu z idealistycznym arystokratyzmem (wulgarną i instrumentalną interpretacją Platona) zrobił z tego karykaturę, "wybrańcy bogów, sami się wybrali". Mam już dosyć tych autorytetów, hierarchów, charyzmatyków, oligarchów, jak oddać im władze, zawsze kończy się oto dyktaturą, albo totalem. Owszem, masz racje, żal mi też Wałęsy, ale sam sobie winien. jego charyzma przysnęła jak bańka mydlana, po raz kolejny z rzędu wpakował się w bezsensowną eskapadę z "Libertasem", a to tylko dlatego, że uwierzył w swoją charyzmę, której nie ma. W ogóle czegoś takiego nie ma, bo to fikcja literacka.

 

Przypomina mi się stary dowcip o papudze: Przychodzi klient oglądać papugi do sklepu zoologicznego i pyta ile ta papuga kosztuje? Odpowiedź brzmi; 500 zł. Pyta dalej, dlaczego? Bo zna francuski. Patrzy na kolejną bardziej napuszoną i indaguje, a ta? Sprzedawca wyjaśnia ta jest warta 1000 zł. A dlaczego? Bo zna francuski i angielski. Spogląda więc w kąt, gdzie siedzi ospała i mizerna papuga, ale ta nic nie mówi. To może tą wezmę? Właściciel sklepu nie chce się z nią rozstać. Na pytanie za ile by ją sprzedał w końcu mówi 3000 zł. Kupujący zaskoczony tą ceną, pyta więc co ona takiego potrafi, że jest tyle warta? Sprzedawca odpowiada; nie wiem. Jak to, to dlaczego jest najcenniejsza w sklepie? Ja tego nie wiem - odpowiada sprzedawca- ale wszystkie pozostałe mówią do niej "Szefie"! To najkrótsza definicja charyzmy i autorytetu w jednym. Zapytasz jak się ma to do katolicyzmu? Zwyczajnie, bo on opiera się z jednej strony na hierarchii, a na apriorycznym autorytecie z drugiej, żadna więc społeczność wiejska nic nie zrobi, bez proboszcza, a polityk bez poparcia "z góry". Odbiera to z jednej strony ludziom wole, a z drugiej inicjatywę. Choćbyś nie wiadomo jak się starał, i nie wiadomo co potrafił, to bez poparcia i tak nie ma to znaczenia. Instytucje świeckie wbrew pozorom organizują się wedle tego samego schematu i wzoru. Partia polityczna organizuje się nie wokół programu, tylko skupia wokół "charyzmatycznego przywódcy". Kobiety głosowały na "Olka" bo media wmówiły im, że jest "piękny". Co ludzi odróżnia? Talenty i charakter. Jedni mają naturalne poczucie piękna i potrzebę czynienia dobra, a inni chcą zwyczajnie być wyróżnieni. Choć ta druga skłonność czy predyspozycja jest sprzeczna z chrześcijaństwem, to właśnie "katolicyzm" na niej bazuje. Rzadkie są przypadki, kiedy te dwie skłonności się łączą, powiedziałbym raczej, że tych pierwszych czasem okoliczności wyróżniają, a dla nich samych nie jest to celem. W Europie stawiamy na indywidualizm. Poniekąd słusznie, bo każdy jest indywidualnością, tylko, że z tego budujemy jakieś zależności i właśnie hierarchie. "Wyróżnieni" mogą być nie liczni, skutkiem tego większość jest "wykluczonych", mogą jedynie się podporządkować, albo nie angażować.

 

Podam taki przykład z Ameryki Foresta Gumpa, dla nich był wielki, bo najlepiej rzucał piłką, a jego zdolności umysłowe, czy raczej ich brak nikomu nie przeszkadzał. Zwyczajnie był "wyróżniony" poprzez to, co potrafił robić najlepiej, czyli wszyscy coś potrafią i we własnej skali są jakoś ważni, nie ma "wykluczonych" jeśli potrafią tylko znaleźć swoje miejsce. My zaś wstępnie ustalimy jakąś skale i właśnie hierarchie, czyli będziemy ustalać, czy ważniejsze jest dobre rzucanie piłką, czy malowanie obrazów, pisanie książek, a może jeszcze coś innego, więc jedne osiągnięcia z definicji będą większe, inne mniejsze, a to prosta droga do wykluczenia, bo zawsze ktoś będzie czuł się gorszy. W końcu niczym to nie grozi, pod warunkiem, że na przykład sportowiec nie będzie pchał się na katedrę uniwersytecką. Skoro jednak dokonaliśmy takiego wynalazku, jak autorytet, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby utworzyć "autorytety instytucjonalne", czyli sportowiec może na przykład zostać senatorem, chociaż do tego akurat się nie nadaje Nie chce udowodnić, że jest odwrotnie, że na przykład sportowiec z definicji musi być idiotą, pokazuje tylko fałszywy mechanizm tworzenia elit z "wydumanych" a nie rzeczywistych wielkości. Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik, jak ktoś ma talent, to musi jeszcze trafić na swój czas, czyli takie okoliczności, które pozwolą mu się sprawdzić, czy działać.

 

Barack Obama choćby niewiadomo jak był zdolny i pracowity, nie mógłby być wybrany na prezydenta na przykład przed Bushem. Amerykanie kiedy zorientowali się, że nadchodzi kryzys, a władza uległa alienacji i straciła poczucie realności, potrzebowali zmian, szukali kogoś normalnego, wolnego od powiązań klasy rządzącej. Oczywiście pewne predyspozycje musiał mieć, ale one by same nie wystarczyły. Moja obawa sprowadza się do tego, że za dwa lata w Polsce nie zadziała "zbiorowy instynkt" tylko rozczarowani ludzie znowu starym zwyczajem będą rozglądali się za jakimś charyzmatykiem, który w końcu i tak ich rozczaruje.

 

Do zakręcenia!

 

and.

 

KINO JEST JEDNO...

9 czerwca 2009

 

Witam!

 

Wracam do kina, bo to interesująca rozmowa i coś z niej wynika. Przychodzą mi takie refleksje. Po pierwsze film starzeje się szybciej niż literatura, tak jak muzyka popularna. W przypadku filmu ważny jest "styl widzenia" związany z kulturą danej epoki i wrażliwością pokolenia, zarówno artystów, jak i widzów. Niestety polscy filmowcy nie dorobili się własnego języka i są zbyt często imitatorami. Pierwszy przykład z brzegu, czeskie kino jest natychmiast rozpoznawalne i wcale tu nie chodzi o ich specyficzne poczucie humoru, które w gruncie rzeczy jest czymś więcej, niż tylko dowcipem. Jeśli chodzi o kino przedwojenne, to diagnoza jest jak najbardziej trafna, a ja dodałbym że po wojnie wyglądało podobnie.

 

Przypomnę tylko statystykę, w okresie PRL nakręcono 1700 fabuł, jeśli wierzyć "Newsweekowi". Z tego tylko setka przetrwała i złożyła się na tak zwaną "polską szkolę filmową", która w gruncie rzeczy składała się z samych indywidualistów. Właściwie nie było czegoś takiego jak w Czechach, czy na Węgrzech, gdzie działały pewne formacje artystyczne z jakimś "programem". Polska szkoła filmowa, to była grupka wybitnych artystów, ale każdy działał, tworzył na własną rękę, bez programu. Może to i lepiej, bo cóż znaczą te szkoły i kierunki, dokładnie tyle, że jest jakiś wybitny twórca, który wokół siebie gromadzi średniaków, naśladowców. Mieliśmy szczęście do jednak sporej liczby wybitnych twórców; Wajda, Has, Kawalerowicz, Polański, Zanussi, Kieślowski z młodszych Dejczer i Krauze, Agnieszka Holland...

 

Pewno listę tą można by wydłużyć, ale wcale nie będzie taka długa, jak to się krytykom, a zwłaszcza historykom wydaje. oprócz tego była cała armia rzemieślników, lepszych, czy gorszych, ale teraz prawie ich nie ma. Mimo wszystko "młodziaki" biorąc pod uwagę środki i możliwości jakie mają nie błyszczą. Przypuszczam, ze te produkcje offowe, których tylko pewną próbkę widzieliśmy, mogłyby śmiało konkurować z tym, co robią "chłopcy" i "dziewczęta" po szkole filmowej. Przez dwa lata śledziłem debiuty w ramach przeglądu który robiła telewizyjna "dwójka" nawet coś tam skrobnąłem na ten temat, ale zaprzestałem tego, bo nie mam już zdrowia i cierpliwości to trawienia tych "nie dorobionych" fabuł. W końcu ktoś w szkole nad tym czuwa i opiekuje się dyplomami, więc nie łapie w czym rzecz. Co do techniki, to rzecz jasna tak zwani profesjonaliści trochęją demonizują. To tak jak z "młodziakami", którzy dostaną od rodziców po kilka tysięcy i zakładają kapele rockową, wyposażoną we wzmacniacze i instrumenty wcale nie gorsze niż ich rówieśnicy znad Tamizy, czy innej rzeki.

 

Dysponując tanimi kamerami cyfrowymi studenci mogą ćwiczyć do woli prace z kamerą. Czym ona różni się od taśmy? Jakością i technologią. Jednak te lepsze "cyfraki" są i tak o niebo lepsze od 16-tek "ORWO" z kamerą "Krasnogorsk". Zresztą i tak w szkole filmowej to student musiał żebrać o taśmę i nawet tej kamery do trzeciego roku nie dotykał (jeśli wierzyć kombatantom). Dziś maturzyści w ramach prac własnych na egzamin przynoszą własne filmiki, kiedyś były to tylko jakieś próby literackie i zdjęcia, czasem inne prace. Na takich przeglądach dokumentu na przykład widać jak daleko jest ta nasza młodzież za rówieśnikami z Europy, nie wspomnę o Ameryce. Niedostatki techniczne nie mogą już być "alibi".

 

Co tu nie działa? Używając dość brutalnego i ekonomicznego kryterium, powołam się na Balcerowicza, który na utyskiwania kolegów ze środowiska naukowego posłużył się następującą argumentacją: Jeśli wziąć pod uwagę każdy milion wydany na naukę, to procentowo ilość przypadających na ten milion patentów, wynalazków i wdrożeń jest najniższa w Europie, czyli problem nie tkwi w ilości pieniędzy, tylko w efektywności ich wydawania. Krótko mówiąc nikt nie oczekuje, że każda uczelnia w Polsce będzie miała jakiegoś nobliste, jak w Ameryce, bo tam nakłady są większe na badania, jednak u sąsiadów na każdy wydany na naukę milion Euro przypada pół wynalazku, czy patentu, a w Polsce jeden na pięć milionów. Wniosek ekonomisty prosty, efektywność 10 razy niższa. To tylko tytułem anegdoty, bo do tego dochodzi jeszcze lenistwo rodzimych geniuszy, którzy żyją w swoistym "getcie" i nie uważają, że muszą się z kimś ścigać  a co dopiero próbować sił w świecie, chyba, że ktoś ich zaprosi na "gościnne występy". Nie spodziewam się, że natychmiast powstaną w polskim kinie dzieła, ale przyznasz, że efektywność wydawania pieniędzy na produkcje jest tragiczna. Kilka przykładów; Nie wiem po co finansuje się "Rejs 2", skoro z góry wiadomo, że to będzie "powtórka z rozrywki", a jak powstanie on w innym kontekście, to już nie będzie to "mruganie do widza" bo wszystko można powiedzieć, a Piwowski "Monty Pythonem" nie będzie, bo nie ten poziom refleksji i ostrości widzenia świata, tropienia paradoksu. W latach siedemdziesiątych przechodziło wszystko. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pokolenie naszych dzieci te stare filmy ogląda troche jak dokument, dowiaduje się z nich czegoś o realiach "nie realnego socjalizmu".

 

Jak już wspomniałem, o współczesności trzeba mówić językiem współczesnym. Jeśli Piwowski chce nakręcić kontynuacje "Rejsu", to znam pointę; wpłynął na mieliznę, załoga się zapiła trupa, w końcu i tak rdza zżarła tą łajbę i powoli napełniła się wodą, ale nawet nie poszła na dno, bo mielizna nie pozwala, stoi tak więc rdzewiejąca, nie zatopiona do końca, a "załoga" przeistoczyła się w upiory i straszy. No tak, pointy tej historii nie ma. Przykład z innej beczki wydawania nie efektywnego pieniędzy przez PISF, to "festiwalomania. Robimy ich więcej niż Niemcy, a ścigać się w ich liczbie możemy chyba tylko z Francuzami, ale tam na te imprezy jest inny "worek". o takie atrakcje dbają samorządy.

 

Przykład trzeci, fundusz poznański, powstały troche na wyrost, bo środowisko cienkie, a do tego i tak wiadomo z góry, kto dostanie i na co. W tym roku pieniądze zostały do kolejnego rozdania, ale komisja tak ich solidnie pilnuje, że dała kilka złotych na tak zwane "pewniaki" co to temat sam się "kręci" i nawet jak powstanie mizeria, to i tak będzie ważna, bo rocznica, bo bohater, bo priorytet. Zachowanie to przypomina właśnie przedwojennego sklepikarza, którego szwagier miał kino i postanowili założyć wytwórnie i za parę złotych zrobili coś co wiadomo, że publika i tak kupi, chociaż będzie siermiężne i tandetne, ale liczy się widz, który potrzebuje rozrywki. Przed wojną wielu tych producentów było z przypadku i do tego skąpych i bez wyobraźni. Niestety w swej masie była to sztuka jarmarczna. Często producent obejrzał jakiś film zagraniczny i oczekiwał, że reżyser nakręci mu coś podobnego, tylko w rodzimej scenerii i za rodzimy niski budżet. Artyści nie wiele mieli tu do powiedzenia. Przypomina mi się taka anegdota. przed wojną działało kilkadziesiąt wytwórni płytowych. Często zakładanych przez księgarzy, czy domy towarowe. Towar miał być modny, jak konfekcja, jak się płyty zdarły i potłukły, to wołano muzyków, aby nagrali coś nowego i modnego, a te stłuczki szły na przemiał i do przetopu na nowe płyty, czyli taniocha za wszelką cenę. W ogłoszeniach reklamowych apelowano, aby oddawać potłuczone i zdarte płyty, za co dostawał klient rabat przy zakupie. Prawdziwy "recycliing" już wtedy wynaleziono ekologie.

 

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w telewizji działa ten sam mechanizm dziś. Produkcja jednorazowa i liczy się to, co jest modne. Przykładem niech będą "sitcomy", czy "telenowele" na które kupuje się licencje. Przed wojną producent zamawiał towar wedle wzorca, bo chciał oszczędzić na licencji, a dziś licencje się kupuje, więc na czym ta oszczędność ma polegać? Wcale nie są przebojami te "remake", tylko rodzime tematy. Można krytycznie oceniać płaskość pewnego obrazu polskiej prowincji w serialu "Ranczo", ale nie można odmówić mu dwu rzeczy, zawodowej realizacji i trafienia do publiczności, która dobrze go odbiera i rozumie, więc można coś zrobić "made in Poland" komercyjnego, choć lekkiego, to nie głupiego. Takie kino rozrywkowe też jest potrzebne, zwłaszcza w telewizji i wbrew pozorom, to też działalność "misyjna mediów", choć "bajki kolorowanki" z importu to już chałtura. Pytałem o to kilka osób z rodziny, ani gospodynie domowe, ani emeryci się na to nie łapią, ale "Ranczo" oglądają z upodobaniem.

 

Wiem, czego mogę się spodziewać w replice, ale ja tylko omawiam pewne uwarunkowania ekonomiczno socjologiczne, czyli warunki produkcji.

 

Mam też wątpliwości, a raczej pewność, że to źle działa. Cny telewizja lokalna nie może zrobić dokumentu o "Pewuce" w ramach działalności "misyjnej" w regionie, czy musi to robić firma zewnętrzna? Ośrodek zatrudnia armie ludzi na etatach, dziennikarzy i realizatorów, więc byłoby to znacznie tańsze, zważywszy, że do takich produkcji i tak zatrudniany jest w części personel ośrodka, który robi to po godzinach. Telewizja wystawia rachunek za tą usługę, bo montuje się w telewizji a i tak będzie ten rzekomo powstały u zewnętrznego producenta film pokazywać, czyli robiony jest faktycznie dla telewizji, W takim razie po co trzymać ten personel na etatach? Pomysły w rodzaju "Rejsu 2" jak ktoś chce robić, proszę bardzo, niech pozbiera pieniądze, albo wyłoży własne, skoro to "pewniak". Procedury ocen "ekspertów" w PISFie też są chore. Ktoś zauważył, że ekonomiści to biznesmeni nieudacznicy, wiedzą, co i jak, tylko, że żyją z budżetu, podobnie jak eksperci, to wynalazczy bez patentów, są kompetentni, tylko że nic nie potrafią. Z jednej strony oceniają koledzy z branży, czyli potencjalna konkurencja, albo krytycy, czyli filmowcy nieudacznicy, wiedzą jak się filmy robi, ale żadnego nie zrobią, to pewne.

 

Praktyczne rozwiązanie jest jedno. W pierwszej kolejności nie dofinansowywałbym tak zwanych "komedii romantycznych", bo jak to ma być kino kasowe i rozrywkowe, to niech się sfinansuje, kiniarzom i dystrybutorom trzeba stworzyć takie warunki, żeby im się opłacało u producenta taki towar zamówić. Właśnie tak, jak było to przed wojną. Powiesz, że to cofanie się, bynajmniej. Na pewno będzie to inny poziom, bo publiczność inna i też wymagająca, owszem kupi tanią rozrywkę, ale nie koniecznie musi to być tandeta, zresztą w tej chwili i tak robi się sporo tandety za duże pieniądze, a jakby to było "za własne" to zapewniam, że za mniejsze. Projekty niskobudżetowe do na przykład w przedziale 50 do 1000 tys. sprawdzałbym jedynie pod względem formalnym, to znaczy musiałby być dobrze skonstruowany "projekt" i wystarczyłby temat, nie koniecznie w formie scenopisu, ale na kilka stron nowela, temat dokumentu, a reszta w papierach, z kim za ile i jak i kiedy i dla kogo itp. Całą resztę można sobie darować, bo z życiorysu składającego czy dokonań producenta, wynika jasno, czy poradzi sobie z tematem, czy nie, a opinie tak zwanego środowiska, czy krytyków nie mają tu nic do rzeczy. Jak ktoś startowałby do dużego budżetu, to musiałby przyprowadzić dystrybutora, który zobowiązał się do wypuszczenia określonej liczby kopii do kin. W tej chwili teoretycznie są tak zwane "pola eksploatacji" ale nie do końca algorytm działania przemyślany.

 

Wreszcie skreśliłbym z zadań PISFu finansowanie festiwali i nagród branżowych. Przypomnę, że owszem "Oscary" przyznaje Akademia, czyli branża, ale cały ten cyrk robi za swoje pieniądze, nawet jak sprzedaje prawa do transmisji z gali, to wiadomo, że nikt do tego nie dopłaca  sama statuetka jak ktoś wycenił jest warta 37 dolarów, w każdym razie żadnych czeków w załączniku nie ma. Zdarza się, że niektóre filmy nie trafiają do żadnej dystrybucji tylko krążą po festiwalach i autorzy żyją z nagród i wyróżnień, w praktyce budżet nie tylko dokłada do produkcji, ale do dystrybucji też, wręcz ją finansuje w całości. Dzięki pomysłom PO TVP Kultura padnie i nawet tego kanału dystrybucji nie będzie. Nigdzie kino wartościowe nie jest masowe. muszą być mechanizmy jego dofinansowania, ale wcale to nie znaczy, że nie należy się zająć efektywnym wydawaniem pieniędzy które są, bo więcej pieniędzy to znaczy tylko tyle, więcej do zmarnowania. Kto się dołoży do festiwali? Samorządy i dystrybutorzy.

 

W końcu "Gutek Film" tak działa, ale pewno też nie długo pociągnie, bo jest sztuczna konkurencja. Trudno być na pięciu przeglądach jednocześnie. Tu musi zadziałać zasada wolnorynkowa, czyli przynajmniej dwie trzecie tych imprez musi paść i wtedy te, które pozostaną, się umocnią i jakoś to będzie prosperować. Skoro tradycyjnie jest konkurs w Gdyni, to po co są jakieś "Orły" czy "Wiktory", czy tam inne "Kazie". W tej masie się nagrody dewaluują. Wcale to nie wbrew na przykład takim "Jaszczurom", niech sobie będą w jak największej masie, ale to nagroda "nie branżowa" w sensie nie środowisko samo sobie je przyznaje w ramach kolejnego grantu. W Hollywood pękliby ze śmiechu, jakby się dowiedzieli ile nagród ma środowisko, które produkuje kilka fabuł rocznie. Starczy ich dla każdego, dobrego i nie udanego, co za demokracja. W każdym razie nikt nie zwariował nie próbował wylansować drugiego Oskara, bo po co.

 

Wątek literacki poruszyłeś. Powiem tak, że literaci może o tyle dobrze rozwiązywali swoje problemy, że jak sama nazwa wskazuje, był to "Związek Zawodowy Literatów Polskich", czyli bez ideologii, rankingów, nagród i wyścigów, zwyczajnie "gildia zawodowa" ludzi piszących, którzy zorganizowali się tylko po to, żeby socjal jakoś chronić. Państwo wiele nie pomagało bo i biedne było, a też załatwianie w pojedynkę różnych problemów byłoby nie racjonalne. Po wojnie zaczęła się robić z tego organizacja "ideowa" bo takie były oczekiwania nowej władzy, no i rzecz jasna zaczęły się kłopoty nie tylko z socrealizmem i cenzurą, ale zjawiła się dialektyka kija i marchewki. Krótko mówiąc historycznie rzecz biorąc wcale to nie była organizacja "twórcza" choć twórców zrzeszająca; poetów, tłumaczy, prozaików, felietonistów i piszących książki profesorów, ludzi rozmaitych specjalności i profesji z różnych partii politycznych. Pod względem upodobań twórczych organizowano się w grupy literackie i artystyczne.

 

Może tylko jeden drobiazg. Z honorariami za książki wcale nie było tak dobrze. Zarobki piszących były różne. Wydawaniem książek często zajmowali się sami księgarze i siłą rzeczy nie była tak szeroka dystrybucja. Do rachunku drukarza często trzeba było się dokładać i szukano jakiegoś sponsora. Tomiki poetyckie były nawet wydawane nakładem samego autora i nie tak wielkie jak nam się dziś wydaje. W każdym razie większy nakład ma dziś debiutant, niż dawniej uznany poeta. W tej mizerii jednak przetrwało wiele dzieł, bo ceniono dobrą książkę. Wielu pisarzy dorabiało w prasie. Popularna była powieść w odcinkach. Oczywiście istniała literatura popularna wysokonakładowa. Gdyby przejrzeć tamte listy bestsellerów, to troche byś się zdziwił, co czytano.

 

Mimo wszystko na przykład powodzeniem cieszyły się powieści Dołęgi Mostowicza „Przygody Nikodema Dyzmy” i „doktor Murek”, ale i „Dzieje grzechu” Żeromskiego oraz „Generał Barcz” Kadena Bandrowskiego, powieści uznawane dziś za wybitne, a to też była literatura popularna. Może czytelnik też był wymagający.  Przy okazji chce też obalić pewien mit, z polską prozą jest podobnie jak z polską szkołą filmową, owszem było i jest nadal wielu zdolnych i wybitnych prozaików, ale w swej masie raczej współczesna proza jest bardziej niż średnia, a ten średni poziom jest mniej niż średni w stosunku do europejskiego, czy światowego.

 

Zauważ, że poza kilkoma wyjątkami współczesna proza polska okazała się kompletnie bezradna wobec problematyki współczesnej i nie podjęła tematów rozrachunkowych, co jest charakterystyczne dla każdego okresu przejściowego, a tematów ważnych jest sporo. Przeczytaj książkę Przemysława Czaplińskiego „Rzeczpospolita do wymiany” o współczesnej prozie polskiej, czyli ostatnich dwudziestu lat. O ile miałbym inne zdanie w detalach, to jednak diagnoza jest celna.

Może tematów nie wyczerpałem, ale się wyczerpałem i idę spać.

 

Do zakręcenia!

 

And.

 

 

KINO JEST JEDNO

8 czerwca 2009

 

Witam Andre,

 

Nie odnoszę sie też do filmów bo to osobny rozdział. Mimo że nie było jakiejś selekcji ogólny poziom był niezły. Co do fabuł też się z Tobą zgadzam. Rzeczywiście przed wojną był specyficzny klimat dla polskiego kina. Było to kino amatorskie w sensie warsztatowym ale komercyjne i kasowe w sensie produkcyjnym.

 

W DKF-ach w latach 70 można było porównać produkcje duńskie, niemieckie, amerykańskie i przede wszystkim francuskie z tego okresu - Rene Claira i Marcela Carne. Wtedy człowieka nachodziła refleksja - jaki rodzimy chłam musiała oglądać polska publiczność. Było oczywiście parę prób ambitnych ale utonęły w morzu totalnej szmiry.

 

To przykre ale literatura przedwojenna - nawet ta popularna była na niezłym poziomie. Jak wiesz najlepszy polski reżyser Bogusławski wyemigrował do Hollywood - tam robił filmy komediowe między innymi z Clarkiem Gable i innymi gwiazdami i otarł sie nawet o Oskara. Czyli nie winni byli reżyserzy a producenci. Z literaturą i plastyką było lepiej a nawet awangardycy w stylu Berlewiego i Kobro mieli jakichś sponsorów z biznesu - których zresztą krytykowali za burżuazyjny stosunek do życia i chęć zysku. Teraz troche wracamy do przedwojnia.

 

Widziałem przypadkiem kilka tzw. komedii romantycznych - i jest to wypisz wymaluj to co grała Smosarska i Dodo. Co do Dymszy - dla mnie był mało interesujący i mało zabawny - kwestia gustu. Poza tym kolaborował i basta. Nie ma co go usprawiedliwiać bo byli tacy co nie kolaborowali. Co do wyborów? Z tym przymusem troche zażartowałem.

 

To na razie. Reszta po przyjeździe!

 

Jac

 

 

O KINIE I O MUZYCE

8 czerwca 2009

 

Witam!

 

O kinie offowym jeszcze troche.

Jak pisałem, w Ameryce sprawa jest prosta, bo chodzi o uwarunkowania ekonomiczne, czyli, czy film powstaje w ramach przemysłu filmowego, czy poza nim. Wbrew pozorom takie rozróżnienie jest czytelne i uczciwe, ale ma się to nijak do wartości. Był taki czas, kiedy przemysł przeżywał kryzys i szukano nowych pomysłów. Wtedy kino komercyjne, zaczęło udawać niezależne. W ten sposób przeszło kilka projektów, które okazały się zresztą sukcesem. Idea była taka, żeby się nie wtrącać za bardzo filmowcom. Do tej pory nawet jak film był o buntownikach, to jednak obowiązywało gwiazdorstwo i producent we wszystko ingerował, bo produkt musiał być udany i przynieść zysk. Tym razem postawiono na "odkrycia" nowych zjawisk. Denis Hopper dostał pieniądze na film choć cały scenariusz jaki pokazał producentowi zajmował kilka kartek. Nawiasem mówiąc historia źle się kończyła, jak to się mówi nie było "happy endu".

 

Chodzi o "Easy reader". Film stał się "kultowy" i "kasowy". Nikomu to nie przeszkadzało. Spektakl teatru "offowego" "Performance group" przeniesiono na Brodway i zrobiono z tego musical, zresztą kiczowaty. W kinie uratował go Milosz Forman i zekranizował "Hair". Różne są koleje "offu", ale zawsze liczy się efekt, czyli sztuka. Mnie osobiście drażni w polskim filmie to, że jest on "nijaki", ani "offowy", ani "zawodowy", czyli profesjonalna robota stylizowana na "amatorszczyznę". Mam dosyć "awangardyków", a wole dobrych rzemieślników, czasem ktoś ma dobre rzemiosło i iskrę bożą i potrafi zrobić coś ważnego i to dobrze opowiedzieć. Mam często wrażenie, że to "awangardyzowanie" jest kamuflażem dla słabych [pomysłów, czyli braków w rzemiośle, lub talencie. Zastanawiam się, czy da się uporządkować te różne "obiegi" i wreszcie zrobić jedno kino.

 

Zgadzam się, że musi być jakiś klucz czytelny dla widza i jednocześnie nie koniunkturalny. Prostym patentem byłby podział na gatunki, albo klucz tematyczny. Ściślej biorąc to właściwie klucz rodzajowy, czyli fabuła, dokument i eksperyment. Z obserwacji i doświadczenia wiem, że sprawdzają się przeglądy tematyczne. Na przykład w Warszawie kiedyś był przegląd filmów o górach, czyli z wypraw alpinistycznych dokumenty, ale i filmy "turystyczne" krajoznawcze. Powodzenie imprezy było nieprawdopodobne. Musieli organizować dodatkowe seanse. Większość filmów kręcili sami uczestnicy, albo fotograficy, czy dziennikarze w najlepszym wypadku. Festiwal Łódzki "Explorer" poświęcony "sportom ekstremalnym" od łażenia po ścianach i nurkowania, po bicie rozmaitych rekordów głupoty zresztą, a na wizytach w amazońskiej puszczy skończywszy. tu przewidziano dodatkowo kategorie "wideoartu" czyli fotografii i slide-show, połączonych z wykładami. Temat się świetnie sprzedał i miał rozgłos światowy. Innym wariantem "stematyzowania" był pomysł krakowski, czyli festiwal pięciu smaków.

 

Zgadzam się, że troche trzeba by ten przegląd uporządkować i wtedy byłaby szansa na większą publikę. Kino "Muza" ma dobre położenie, ale zastanawiam się, czy nie możnaby zrobić tego na przykład w "Dąbrówce".

 

CK "Zamek" robi "Etno Port". Zdaje się, że po raz drugi. Wydali nawet składankę z uczestnikami, bardzo elegancko i starannie. Pewnie, że to wymaga pieniędzy. Słucham tego i chłopcy i dziewczęta mieszają strasznie ten folk, z czym się tylko da, ale to dobrze, bo to rozwojowe, poszukujące. Mam też wrażenie, że za chwilę dopiero pojawi się jakaś nowa jakość. To tak jak z jazzem, który już pomału stawał się manieryczny i schematyczny, aż pojawiła się w Europie grupa muzyków z czarnego lądu i poznała europejską harmonie i sonorystyke, "biały człowiek" też pokazał im, że nie koniecznie wszystko trzeba "grać na dwa". Z tej wymiany doświadczeń powstał nowy jazz. To mieszanie folku z różnych stron świata i łączenie nowoczesnego elektrycznego instrumentarium z rozmaitymi "wynalazkami" w przyszłości da jakąś nową muzykę rozrywkową, zasadniczo różną od tego co na komercyjnej estradzie i we wszelkich epigońskich próbach rockowo-elektronicznych, to ślepy zaułek. Na skandynawskich listach przebojów królują pieśni śpiewane w języku Samoni, którego nikt nie rozumie, poza paroma tysiącami mieszkańców Laponii, ale pląsają na dyskotekach w rytm zakręconych fraz.

 

Słyszałem rockowe covery nagrane przez pewnego śpiewaka Tuwy, który wyemigrował do Szwecji i nagrał to z miejscowymi rockmanami. Ekspresja, jakiej nie słyszałem w rocku od trzydziestu lat. Po "Jaszczurach" na Starym Rynku występowali Ukraińcy "Hajdamaki" z Waglewskim i Pospieszalskim, zdaje się, że Górale pod każdą szerokością geograficzną są w stanie zagrać razem i świetnie się rozumieją. Oczywiście to wszystko było wykonywane w oparciu o rockowe instrumentarium. W końcu i blues i rock wyrósł z przetworzonego folku. Zresztą błędnie sądzi się, że miało to wszystko wspólne korzenie, bo zarówno folklor przywieziony z Europy, marynarskie szanty i anglikańskie hymny wpłynęły na muzykę czarnych, a country wyrosło z połączenia właśnie folkloru czarnych z folklorem irlandzkim, a nawet francuskim. Z upływem czasu rysowały się ostre podziały, które znamy dziś. W XXI wieku świat stał się faktycznie jedną wioską stąd ta łatwość mieszania, bo ludzie nie są od siebie odizolowani, może to jedyny dobry przejaw "globalizacji".

Do zakręcenia!

 

and.

 

ODPISUJE NA BIEŻĄCO

7 czerwca 2009

 

Witam,

 

Jednakże nie do końca się z Tobą zgadzam, bo o wiele trudniej jest zrobić fabułę czy film animowany od dokumentu - a takie w przeglądzie przeważały. W filmie o Maciejewskim pomógł przypadek podobnie jak w filmie "Usłyszcie mój krzyk" Drygasa. Gdyby reżyser nie znalazł tego odcinka z kroniki gdzie widać w tle pałaca się postać film nie maiłby takiego tragicznego wymiaru. Bez tych kilku sekund taśmy - nie byłby tak wstrząsający. Podobnie z "Czerwiakiem".

 

Gdyby główny bohater nie umarł - też nie byłoby aż takiego dramatu. Brzmi to okrutnie - ale taka jest prawda. Kiedyś była afera w światku reportersko dziennikarskim jak fotograf zrobił serię zdjęć dziewczynce w Peru którą pochłonęła lawa. Byli tacy co go potępiali. Ja jednak uważam że zrobił to co w danej chwili mógł. Nie był w stanie pomóc temu dziecku mógł jedynie utrwalić tragedię.

 

Tak samo Ci co robili stosy wychudzonych trupów w Oświęcimiu. Przynajmniej jest dowód. Nikt nie może zaprzeczyć - i użyć słynnego określenia wszystkich obrońców zbrodniarzy - "pamięć ludzka jest zawodna". Tymczasem fabuła to ogromna praca od podstaw - stwarzanie świata, którego nie ma. I tu robisz błąd - ten dialog z fabuły to nie rozmowa pomiędzy córką a ojcem tylko pomiędzy żoną i mężem którą tenże regularnie bije a potem pyta sie jej cynicznie skąd te sińce. Wymowa jest jeszcze bardziej wstrząsająca. Ale o tym pogadajmy osobiście, bo musiałbym Tobie całą fabułę streścić dość dokładnie. Poza tym jeszcze jeden istotny szczegół: Nawet amatorska fabuła musi byc zrobiona w kanonie kina komercyjnego.

 

Co to znaczy - a no dobre zdjęcia, przez co mniej chropawe, aktorzy zawodowi bo naturszczycy na dłuższa metę sa meczący i już nie modni, klasyczna dramaturgia z początkiem - rozwinięciem akcji i zakończeniem bo inaczej widz sie ze tak powiem wkurzy. I tu żadna szczerość wypowiedzi czy chropawość nie pomoże. Nie można pójść na skróty jak w eksperymencie czy dokumencie, który może być jedynie bezosobową rejestracją. Tak jak przy pisaniu krótkiego wiersza czasem wystarczy erudycja, talent i chwila olśnienia - tak przy powieści potrzebna jest praca, zbieranie dokumentacji i spory warsztat oraz wiedza o literaturze i kulturze w ogóle oraz nawet wskazana jest znajomość teorii.

 

Tak samo z fabułą. Trzeba znać historię kina, teatru, literatury i do tego mięć dużą humanistyczną ogładę. Wbrew pozorom hollywódzcy majstrowie od scenariuszy i reżyserii to mają. Większość z nich ma kursy teoretyczne na uniwersytetach. Jak Spielberg, Scott, i Rodriguez. A robią kino komercyjne. Czyli - dokument to chęć szczera - czasem wyjdzie z tego niezły materiał. Animacja to częstokroć prestidigitatorstwo - niestety.  A fabuła aktorska to - wyższa szkoła jazdy. Jakby synteza sztuk. I z tego wniosek że w amatorskich warunkach zrobić jest nią najtrudniej.

 

CDN. Jac

 
 
NA POCZĄTKU KONIECZNE SPROSTOWANIE

7 czerwca 2009

 

Witam!

 

Na początku konieczne sprostowanie. Pisząc o panelu i obchodach przytaczałem wypowiedzi z telewizji Jana Pospieszalskiego. Oczywiście brat Marcin nie ma nic z tym wspólnego. Pomyłka wyniknęła z prostej przyczyny, znam go z wielu nagrań i występów, więc jak "Pospieszalski" to Marcin. Gdybyś cytował, lub powoływał się na ten "listel" to koniecznie trzeba to sprostować.

 

Skoro mowa o Pospieszalskim Marcinie, to dziś występował w towarzystwie Wojciecha Waglewskiego z ukraińskim zespołem "Hajdamaki". Być może ich znasz, uprawiają taki folk na rockowo. Goście zresztą Górale, dodali sporo do tego występu. Okazuje się, że niektórzy folkowcy potrafią się muzycznie dogadać. Publiczność Starego Rynku bawiła się świetnie mimo deszczu. Mnie cieszą te klimaty, bo to znaczy że ten gatunek muzyczny jakoś ewoluuje i nie ogranicza się do imitatorstwa. W każdym razie to ma jakąś przyszłość. Co do pokolenia rockowców, których sportretował Jernas, to znam ten filmik. Powiem tak, że nie czepiałbym się za bardzo, bo chłopak po prostu "kręci" w pozytywnym sensie i nie liczy na wielkie budżety i układy. Realia były takie, że akurat ci ludzie byli w jednym miejscu w jednym czasie i zachował się jak rasowy reporter i zarejestrował "zeznania".

 

Czasem trzeba tak robić, bo może to mało filmowe, ale dokument jest. O tych rockmanach mogę powiedzieć tyle, że w odróżnieniu od pokolenia bigbitowców, byli świadomi tego co robią i też mieli odrobinę dystansu i pokory. Te bigbitowe dinozaury miały jeden cel, wejść na estradę i jak najdłużej na niej pozostać, a pokolenie wyrosłe w Jarocinie zrozumiało, że publiczność może nie ma ucha na fałszywe tony, ale rozumie, kiedy ktoś jest szczery. Pamiętam z opowieści bywalców, bo ja byłem tylko raz, sytuacje kiedy "T- Love" niemal został siłą usunięty ze sceny i nie wiele brakowało, że publiczność by ich poturbowała, a poszło o rzecz banalną. Dostali się na radiową listę przebojów Marka Niedźwieckiego i "punki" uznały to za "sprzedanie się komercji" i władzy. No i jeszcze jeden drobiazg, może nadal ci rockmani mieli kiepskie "wiosła", ale więcej umieli od poprzedników. Objawem tego był "wysyp" rockowych ballad, które dziś są uznawane za kultowe i buntownicze. Może nawet nie chodziło im o bunt jako taki, ale starali się właśnie nie fałszować. Może wielkie to nie było, ale sympatyczne.

 

Rozmawiałem z Kosińskim, nawet go nagrałem. Niestety to co miał ciekawego do powiedzenia, to powiedział przy zamkniętym mikrofonie. Musiałbym mieć więcej czasu i troche popracować, aby zdobyć jego zaufanie, jestem pewien, że chętnie opowiedziałby o kulisach "Rejsu". Przy okazji posłuchasz. Nas tej imprezie pokazywał swój film godzinny. To właściwie monodram zrealizowany "setką". Opowiedział, że nie miał warunków na to, żeby zrobić to zawodowo, więc wystąpił w trzech rolach sam i nagrane to zostało w pewnym sensie "statycznie" jak zapis właśnie teatralnego monodramu.

 

Nie powiem nic więcej o tym filmie, bo może jeszcze będzie okazja, że go obejrzysz, a w pewnym sensie jest on bliski tematyce, jaką Ty kilkakrotnie opisywałeś w swoich tematach. Po tym wszystkim poszliśmy na piwo do jakiejś knajpy, ale zgiełk i tumult, bo to sobota, no i atrakcje na Starym Rynku. Rozmawialiśmy o stowarzyszeniu rozmaitych pomysłach kolegów, może coś pożytecznego z tego wyjdzie. Jednak tym razem mam dystans i nie zaangażuje się w nic nad czym nie mógłbym zapanować.

 

and.

 

 

CO DO FABUŁY OFFOWEJ?

7 CZERWCA 2009

 

Witam,

Co do fabuły offowej - jak najbardziej jest pożądana. Taka powstaje na Zachodzie i są to często wybitne filmy.
Ale jest kilka postulatów które ta musi spełnić:

  1. Zawodowy operator - nawet jak reżyser jest ze tak powiem z ulicy i ma wyczucie profesjonalizmu absolutnie intuicyjne (Mam takiego chłopaka obecnie w Zielonej Górze - nazywa sie Hubert Irysik ma lat 18 i na pewno jeszcze o nim będzie głośno).

  2. Zawodowi aktorzy albo studenci studiów i kursów aktorskich. Dlaczego -nawet najlepsi naturszczycy położą temat, który wymaga powagi. Naturszczycy mogą grać w komediach bo z reguły są śmieszni - że tak powiem - immanentnie.

  3. Konsultacja scenariuszowa - zawodowego scenarzysty - może to być literat lub reżyser piszący scenariusze - choć najlepszy byłby zawodowy dramaturg teatralny. Chodzi i konstrukcje opowieści i dialogi. Jak wiemy teatr jest
    filmowi najbliższy - choć nie tożsamy. Bo jedno i drugie to WIDOWISKO.A tak - to nie ważne, kto sponsoruje - jaka jest scenografia (może jej nie być wcale) i jaki jest nośnik. W zielonej Górze widziałem kilka offowych
    fabuł na poziomie filmów Zanussiego czy Kieśloja.

 

Jac

 

 

NIEDOKOŃCZONA ROZMOWA

6 czerwca 2009

 

Witam!

 

I dopowiadam. Nie dokończona rozmowa. Zacznę od pewnej obserwacji. Ostatnio coraz więcej ludzi w moim otoczeniu zanurza się we wspomnieniach. Dla mnie, jak ktoś żyje tylko tym co było, to znaczy, że się starzeje. W sensie biologicznym, to oczywiste, ale mentalnie, a jak ktoś mówi, że nie lubi komputerów, to nie jest oryginałem, tylko "matołem". Męczy mnie to życie przeszłością i ciągłe rozpamiętywanie. Czasem to ma jakiś sens. Podam taki przykład; kiedyś, jak byłem na zjeździe "kombatanckim" to wspominaliśmy z kolegami różne epizody i w ten sposób dowiedzieliśmy się nawzajem o sobie więcej, bo w dawnych czasach zasada była taka, że o nic się nie pytało, lepiej było pewnych rzeczy nie wiedzieć, na wzajem sobie nie przeszkadzać. To miało inny sens, inny wymiar. Prawidłowość jaką zaobserwowałem, że ci z mojego pokolenia i starsi, zwłaszcza "dworaki" teraz roztrząsają, dywagują i krytykują, radykalizują. Taka "radykalizacja wsteczna" jest chorobą umysłową, podobnie jak doszukiwanie się wszędzie "anty", że nawet ten "bigbitowiec" był "anty".

 

Odrobina pokory i dystansu by się przydała. Podobnie jak naciąganie faktów, a adwersarze są impregnowani na argumenty, więc nie chce mi się wracać do sprawy oceny "czerwca 56". Wyjaśnić jednak musze na czym polega przypadek Andrzeja Górnego. Mianowicie twierdzi on, że czerwiec 56 był powstaniem przeciw komunistom, a dalej wyciąga z tego teoretycznie logiczny wniosek, że to co było dalej, to seria ustępstw, aż do "okrągłego stołu". Kiedy Bogdan Klepas powiedział, że mimo wszystko ma satysfakcje z tego, że może żyć w demokracji i bilans przemawia na korzyść, chociaż ma świadomość, że fabryka w której pracuje, czyli "Cegielski" może nie przetrwać. Replika Górnego była nie tylko nie na temat, ale agresywna i nie elegancka. Zdumiewa mnie łatwy radykalizm i ferowanie bezpodstawnych wyroków. Podam jeszcze jeden kontekst, mianowicie chciałem zareplikować, ale powstrzymywał mnie "Wodnik". Ustąpiłem po raz ostatni, bo niby dlaczego mam rzekomo szanować czyjeś poglądy, bo brak reakcji może dla tego człowieka oznaczać akceptacje.

 

To on może wygadywać brednie, a ja mam nic nie mówić, bo jakaś krzywda by mu się stała? Zapytam inaczej, bo może ja tego nie pamiętam, ale co robił Górny w tamtym czasie? Może lepiej żeby przejrzał wcześniej swój życiorys. To dla mnie taki "wywrócony na podszewkę PRL w myśleniu". Dawniej Rzymianie uważali, że przed sądem można dać wiarę świadectwu człowieka o wiarygodnej przeszłości i czynach, które dowodziły jego morale. Prawdopodobnie Cie to zdziwi, ale uważam, że ludzie, których to nie dotyczy nie mają prawa zabierać głosu, bo są nie wiarygodni. Owszem mogą mieć swoje zdanie, ale nie mogą sądzić, ani oceniać. Czas wreszcie powrócić do prostych i jasnych zasad.

 

Zresztą życie toczy się dalej. Powiedziałem, po raz ostatni, to znaczy w następnym przypadku będę reagował. Powiem wreszcie też bez nie domówień, to ja powinienem ten panel prowadzić, a to z dwu powodów, bo po pierwsze ja wymyśliłem temat, a po drugie znam go z własnego doświadczenia. Jest mi przykro, że zostałem wmanipulowany w chorą sytuacje. Jestem też zmęczony tym, że ktoś jest skłonny przystać na inne zdanie, pod warunkiem, że jest to jego własne. Co się dalej wydarzyło? Jak już pisałem wobec takiego przebiegu imprezy Waldemar Łazuga zwyczajnie opuścił zgromadzenie i postanowił w nim nie uczestniczyć dalej. Powinienem zrobić to samo i wyjść, ale zrobiło mi się żal "Wodnika". Obawiam się, że wtedy sala by opustoszała i zostałby sam z Górnym i Machalicą. Dziś rano Górny będzie opowiadał przez Radio Emaus te same bzdury.

 

Oglądaliśmy dziś film o aktorze z Gorzowa. Wydaje mi się, że ten film powinni obejrzeć ludzie z IPN. Historycy opisują wielkie procesy i przemiany, analizują, stawiają pytania, szukają ukrytych informacji w archiwach. W programie Marcina Pospieszalskiego prowadzący zapytał między innymi Onyszkiewwicza, czy to prawda, że jak pracował w resorcie obrony w rządzie Mazowieckiego, to palono dokumenty? Indagowany odpowiedział, że nic takiego nie miało miejsca. No tak, ale dziennikarz wie lepiej niż człowiek, który tam pracował i faktycznie był wice ministrem. Dlaczego mu nie wierzyć? Wracam do rzymskiej zasady, udowodnił że jest wiarygodny swoimi czynami i dlaczego miałby kłamać.

 

Dalej Pospieszalski dociekał, jak to było z rozmowami , czyli dogadywaniem się z Moskwą? Znowu Onyszkiewicz odpowiedział, że w żadnej sprawie nie porozumiewał się z Moskwą i nic nie wie, aby ktokolwiek z tej ekipy prowadził jakieś tajne rokowania. Historycy wysnuli taką koncepcje, że Gorbaczow miał się próbować porozumieć z tak zwaną "konstruktywną opozycją" poza Jaruzelskim, na którego nie liczył. Moskwa chciała mieć pewność, że nie będzie w Polsce rozróby, bo miała kłopoty w ramach "Pierestrojki". To kompletny absurd. Oczywiście musiała kurtuazyjnie udać się do Moskwy delegacja rządowa z ekipy Mazowieckiego, bo miało to też i takie znaczenie, żeby uspokoić Moskwę, że nikt nie będzie dążył do konfrontacji Wschód Zachód. Tego gestu zresztą nie doceniają na Zachodzie, zwłaszcza na ile innym krajom "bloku" ułatwiliśmy sytuacje, zapewniając swoiste gwarancje moskiewskiego "des interesmois". Wszystko się miesza, historycy stawiają pytania i hipotezy, a publicyści analizują i interpretują, ale co najgorsze, to dziennikarze i "lud" przyjmuje to za fakty.

 

Kiedyś spieraliśmy się o poznański czerwiec. Prawda jest taka, że w relacjach uczestników i świadków nie było ani jednego punktu potwierdzającego, że mieliśmy do czynienia z powstaniem. Mówię jaka była "prawda ludzka", oni wyszli na ulice zwyczajne zaprotestować, a nie na wezwanie, na mobilizacje. Nikt nie spodziewał się, że władza będzie strzelać do robotników, bo przecież trwały targi i masę dziennikarzy z zagranicy i gości targowych ze świata. Nikt nie nawoływał do zbrojnego oporu, nie wydano broni przed wyjściem na ulice. Teraz historycy snują rozmaite hipotezy, czy mogło to się przerodzić w powstanie, czy nie, a jeśli tak, to jakie miałoby ono szanse? Niestety sami ludzie w to uwierzyli i uznali to za fakt.

 

Na panelu jednak było kilka głosów na temat. Grzegorz opowiadał o tym, jak na zebranie KO poszedł jego ojciec, a że był tam jedynym profesorem, to namawiali go, żeby kandydował do senatu. Dlaczego? Reszta profesorów wolała kibicować, a on nie odmówił nie dla tego, że czuł się powołany do ról politycznych, tylko z poczucia odpowiedzialności, skoro ci ludzie mu zawierzyli, to nie wypadało odmówić. Inna sprawa, że to było w pewnym sensie naturalne, uznano, że wiedza jest jakimś probierzem mądrości. Po latach dorabia się jakieś spiskowe teorie i szuka drugiego dna, a nic takiego nie było.

 

Prawdopodobnie teraz sytuacje nie są tak przejrzyste. Maciej Musiał opowiadał o trudach kampanii wyborczej, jak trzeba było namawiać ludzi, jak towarzyszyła temu nie pewność i nie zrozumienie. Członek rządu Mazowieckiego profesor Janicki przyznał, że sytuacja była dramatyczna, państwo praktycznie zbankrutowało i nie było do końca wiadomo jeszcze jak to się skończy. Po imprezie rozmawiałem z Geniem i Januszem Łankiewiczem i powiedzieli, że nie zdawali sobie sprawy z tego, że może być jakieś zagrożenie i że władza może zechcieć wszystko odkręcić. Wracam do programu Pospieszalskiego. Lansował tam tezę, że  było "dogadanie" że strona "solidarnościowa" chciała się wywiązać za wszelką cenę z jakiegoś tajnego porozumienia przy okrągłym stole, a jako koronny dowód miał posłużyć tekst Michnika wydrukowany w "Wyborczej" trzy dni po wyborach. Podobne w tonie wypowiedzi Onyszkiewicza i Mazowieckiego w "Tygodniku Solidarność". Naród nie wierzył, że może być zawrócenie z tej drogi, a oni mieli świadomość tego, że wariant siłowy nadal jest realny i te apele nie oznaczały "zdrady", tylko były świadectwem poczucia odpowiedzialności, świadomości, że rozpoczął się proces, który trzeba kontynuować, nawet za cenę pewnych kompromisów.

 

Konsekwentnie do samego końca przeciwny był jakimkolwiek kompromisom Kornel Morawiecki, zgodnie z programem "Solidarności Walczącej". Nie przyjmował do wiadomości ustaleń okrągłego stołu i uważał, że należy czekać na chwile, kiedy "komuniści" oddadzą władze bezwarunkowo i ostatecznie. Jednak z wyników wyborów się ucieszył i też nie odsądza od czci i wiary tych, którzy postanowili spróbować, podjęli wyzwanie. To jasne, że mogło się nie udać, ale stało się na szczęście inaczej. Z Kornelem bardzo dobrze mi się rozmawiało ilekroć miałem okazje, bo to wbrew też niektórym opiniom człowiek o bardzo przenikliwym umyśle i przywiązany do zasad, konsekwentny w działaniu i postawie. Ma swoje przekonania, ale jak ktoś osiągnie cel inną metodą to też to aprobuje. Zresztą jego program polityczny nigdy nie miał nic wspólnego z nacjonalizmem, czy terroryzmem. Wariatem był Moczulski (jak się później okazało agent, prowokator). Groteskowym był i jest nadal Korwin-Mikke, a prawdziwym liberałem jest na przykład Janusz Lewandowski. Jak widzisz uznaje i rozumiem wiele radykalnych postaw i poglądów, ale z "wariatami grafomanami" nie chce się zadawać.

 

Przyszedł już czas, żeby przyjąć jakąś godną postawę, stosowną dla wieku i tak jak zawsze gotów jestem do jakiejś "awantury politycznej" to w pozytywnym rozumieniu, programowym, konstruktywnym.

 

Zadałeś pytanie wyborcze. Jest na nie trudno odpowiedzieć. Mogę jednak wyjaśnić na czym polega kłopot. Mniej więcej wiadomo jakie predyspozycje powinien mieć polityk i też to wiem. Wiadomo, że od początku przemian ścierają się dwie tendencje; do rozumienia polityka, jako zawodu i jako powołania. Ja jestem wrogiem etatyzacji polityków, bo owszem zdobywają z czasem doświadczenie, ale zawsze gubi ich rutyna. Jestem też przeciwny "zawodowym politykom" w rozumieniu kompetencji, czy umiejętności. Zwolennicy twierdzą, że polityk powinien znać języki obce, być prawnikiem, albo ekonomistą, lub mieć jakiś inny pokrewny zawód, a to nie prawda. Owszem, znajomość języków, czy prawa pomaga, ale to umiejętności, a nie właściwości. Więc nie wierze w zawodowych polityków, zwłaszcza takich, którzy zaczynali kariery od "partyjnych młodzieżówek", czyli cała ich kariera zawodowa i życiowa była związana z jakąś partią. Czym powinien wykazać się polityk? Odpowiadam:

 

Najważniejsze są kwalifikacje moralne, a pokazuje to życiorys kandydata, czyny o nim świadczą, jak mawiali starożytni; "gesta fundamenta veritas est" (czyny są podstawą prawdy). Drugi konieczny warunek do spełnienia, to mądrość, to znaczy umiejętność korzystania z wiedzy. Polityk nie musi być ekspertem, musi tylko mieć zdolność korzystania z wiedzy ekspertów, oceniania jej i przekładania na życiową praktykę. Trzeci warunek, to sztuka dialogu. Umiejętność zanikająca. Polityk powinien słuchać, jakie są priorytety, co jest największą wartością dla ludzi, których ma reprezentować. Polityk nigdy nie może mówić "ja wiem lepiej od was, co jest wam do szczęścia potrzebne", a niestety od lewej, do prawej wszyscy ytak sądzą, że ich pomysły zbawią świat.

 

Pewien polityk powiedział, że nie jest najważniejszy PKB, ale poczucie szczęścia współobywateli. Kłopot tylko w tym, że PKB da się wyliczyć, a poczucie szczęścia jest nie obliczalne, choć można je w jakimś stopniu odbierać, chociażby poprzez reakcje ludzi. Oczywiście "rasowy polityk" mówi, że PKB rośnie, a jak czegoś jest więcej, a nie mniej, to powód do radości, ale jak się ludzie nie cieszą, to polityk się obraża. osiągnięcie tego drugiego parametru jest trudniejsze.

 

W roku 1980 Polacy byli biedni, ale szczęśliwi, bo mieli "Solidarność" czyli wierzyli, że coś od nich zależy. Teraz nawet nie chodzą na wybory, bo czują się wykluczeni z tej gry. Pewien profesor z szkoły ekonomicznej w Warszawie przeprowadził badania i "empirycznie" poprzez cyferki i analizy porównawcze, udowodnił, że nawet ta nędzna dzisiejsza emerytura, czy zasiłek na najniższym poziomie pozwala na wyższy poziom życia niż dwadzieścia lat temu najniższa emerytura. to jest praktyczna odpowiedź na dictum demagogów o rosnącym ubóstwie. Oczywiście Polak ciągle nie może się wyzwolić z dawnej epoki, Homo Sovieticus nadal gdzieś w genach tkwi. Nie rozumiem na przykład dlaczego ja mam martwić się o stocznie, skoro stocznia nigdy nie martwiła się o mnie? Ta postawa roszczeniowa, zwalnia z poczucia odpowiedzialności za siebie i innych. Nadal mentalnie jest utrwalany podział na "my" i "oni".

 

Co powinien robić dobry polityk? Uczestniczyć w dialogu społecznym, a wnioski z niego zamieniać na praktyczne rozwiązania. Martwi mnie to z tego powodu, że głównym zajęciem eurodeputowanych jest to jak wprowadzić powszechny zakaz palenia, albo na przykład jak opodatkować żebraków. Czy jak te dwa problemy się rozwiąże, to ludzie będą bardziej szczęśliwi?  Wyobraź sobie żebraka z kasą fiskalną, albo palacza, który po nabyciu legalnym papierosów, za rogiem zostanie aresztowany, bo nie mógł się powstrzymać i zapalił w miejscu publicznym.

 

Stoczniowcy chcą nadal robić statki i żeby jeszcze się to opłacało, a jak oglądałem film o robotnikach sprzed trzydziestu lat, to przejawiał się tam jeden wątek, wszyscy mówili, że to ciężka praca i źle płatna. Przecież nikt nie chce aby wartość pracy była mierzona stopniem zmęczenia. Czy jest możliwe rozwiązanie? Oczywiście, że tak, ale do tego potrzeba dialogu, czyli rozmowy, a nie konfrontacji, czy negocjacji. Ostatnio to ulubione zajęcie polityków, czyli negocjacje. Zupełnie nie wiem po co, bo to do niczego nie prowadzi.

 

Pozdrawiam!

and.

 

 

ODPOWIADAM NA GORĄCO I NA STOJĄCO

6 czerwca 2009

 

Witam Andrzejowicza,

 

Odpowiadam na gorąco i na stojąco - jak to sie mówi pod wrażeniem a na refleksjony przyjdzie czas. Moje uwagi: żal mi tego naszego projektu o jazzie. Chyba go oficjalnie nie zrobimy a byłby świetny materiał lepszy od wszystkich co powstały o rocku i gatunkach pokrewnych. Trzeba go pewnie zrobić w ramach offu - a z tym jednak kłopot bo konkurencja uwali to iż realizacja niedobra technicznie. Co do techniki - nic nie rozumiem: dałem tych moich artystów Mazurkowi do TV Kultura - nie puścił tego iż słabe technicznie - a i tak realizacyjnie lepsze od większości filmów pokazywanych na festiwalu a podobno są one emitowane na Planette i w Kino Polska.

 

Nic z tego też nie rozumiem bo Taki Mieciu Grębowicz marudził na temat pilota a on w stosunku do większości filmów Jaszczurowych jest arcydziełem profesjonalizmu. Musiałeś mu pewnie dać zły dysk - umówmy się że jak dajesz jakiś materiał wizualny kontrahentom skontaktuj się ze mną aby nie było wpadek. Ten pilot widział krytyczny Wojtuś Jaracz i profesjonały z PISF i akurat do tego nie mieli zastrzeżeń i powiedzieli że zapowiada ciekawy materiał dokumentalny. Co do samej imprezy: poziom był nierówny. Niedocenionio filmów Andrzeja Mosia o Kamedułach i dwóch pozostałych które miał w konkursie. A i realizacyjnie i merytorycznie zrobione były - choć tradycyjnie - doskonale. Także te 3 długie fabuły. Widać że facet - lat 58 to zmarnowany talent polskiego filmu aktorskiego. Pierwszy mniej udany ze względu na uproszczenia fabularne, ale dwa pozostałe niezłe. Trzeci ten wyróżniony o żonie i mężu alkoholikach - mimo że offowy - lepszy od wielu polskich produkcji telewizyjnych i kinowych wysoko budżetowych. I temat uniwersalny. Dobra gra aktorów, montaż bez zarzutu, niezłe dialogi (mało ich co najważniejsze - filmy polskie są przegadane jak słuchowiska - tyle że kiepskie) i niezła reżyseria.

 

Sądzę iż niepotrzebny był konkurs - tu Jurek Jernas powiela trochę schemat z dawnego kina amatorskiego i z obecnego - zawodowego. Pisaliśmy o zmorze festiwali ale dla mnie zmorą jest wymóg nagród. Teraz nawet w biznesie firmy się reklamują iż dostały nagrodę za najlepszy produkt - a to lipa do produkt przecież ocenia rynek a nie targowcy - sami siebie. Film o aktorze co nie dostał polskiego obywatelstwa wymagałby pewnych skrótów i przemontowania i wtedy mógłby być faworytem nawet w Krakowie na festiwalu międzynarodowym. Ale impreza sympatyczna i nie żałuje iż wziąłem udział i byłem. Co do reklamówek wyborczych wrzuciłem je na You Tube. Przesyłam strony gdzie można je znaleźć i linki oraz ściągnięte we fleszu. Reklamówki Solidarności krążą w INTERNIE o pojawiają się sie na początku wyszukiwarki jak klikniesz Wybory, Solidarność, 4 czerwca spot wyborczy - etc.

 

Oto linki:

LINKIWYBORY

4 czerwca 1989 spot wyborczy BYĆ Solidarność 4 czerwca 1989 Wybory Sejm

Senat

http://www.truveo.com/solidarno%C5%9B%C4%87-4-czerwca-1989-wybory-sejm-senat/id/2305843009444191127

http://www.truveo.com/wybory-4-czerwca-1989-spot-wyborczy-byĆ/id/1371199869

http://www.youtube.com/watch?v=NBPMURRJMgs

http://www.youtube.com/watch?v=BdjNx2aZSwQ&NR=1

http://www.redakcja.pl/Z-Sieci/102,Glosuj-na-solidarnosc

http://video.google.com/videosearch?client=safari&rls=en&q=So%3Bidarnośc&oe=UTF-8&um=1&ie=UTF8&sa=N&hl=pl&tab=wv#q=Solidarność+4+czerwca+1989&hl=pl&emb=0&client=safari

http://video.google.com/videosearch?client=safari&rls=en&q=Solidarność%20wybory%204%

http://developer.truveo.com/apps/example2/index.php?q=tag%3A%22czerwca%22&n=20&a=0

 

Czy idziesz na wybrwy i na kogo głosujesz?

Dzisiaj jeszcze chcemy Rembrancika zaliczyć. Pozdro Jac Pas Pierwszy i Drugi zarazem.

 
 
TO SIĘ POROBIŁO!

5 czerwca 2009

 

Witam!

 

To się porobiło! "Wodnik" ma kaca po imprezie, ale moralnego, nie alkoholowego. Górny zadręczył publiczność swoim monodramem w wykonaniu Machalicy. W debacie wywiązała się polemika między Klepasem, a Górnym, mało merytoryczna i nie sympatyczna. Łazuga się obraził i wyszedł w trakcie panelu trzaskając drzwiami. Koncert w parku w strugach deszczu, jak ktoś zauważył drzew więcej jak publiczności. Zdaje się, że jest jakaś rejestracja, może uda mi się ją zdobyć. Kilka głosów było ważnych i ciekawych. Na szczegółowe sprawozdania przyjdzie czas. Po imprezie odprowadziliśmy na dworzec Jarka Królikowskiego.

 

W każdym razie "plakat wyborczy" pokazałem i skomentowałem. W TVP był filmik dokumentalny o studio wyborczym "Solidarności" w telewizji. O reklamówce ani słowa, a kulisy studia pokazane dość drobiazgowo. Opowiadał Maciej Rajzacher.

 

Jeśli dodamy do tego dokument nakręcony przez Kubiaka i drugi planowany to robi się z tego serial o telewizji. Mam wrażenie, że kiedy obowiązywała nie pisana zasada, jeden temat, jedna realizacja, to było to zdrowsze w tym sensie, że nie było sztukowania. To sztuka zrobić kilka dokumentów na temat epizodu trwającego półtora miesiąca. (To ironia, nie traktuj tego dosłownie).

 

Mam nadzieje, że "Inwazja jaszczurów" będzie bardziej udana. Jutro o 15.30, a w sobotę od 10.00.

Po powrocie włączyłem telewizor i tam podobna impreza, tyle, że za większą kasę, ale klimat podobny. Niemiecka kapela rockowa, śpiewająca po angielsku o "Nadchodzącym wietrze zmian..." Taka sobie ballada rockowa, która ma z tym tylko tyle wspólnego, że w tym czasie była przebojem, a cała ta ideologia do tego dorabiana. Jak jest święto, to trzeba się cieszyć, zgoda, ale po co dąć w spiżowe trąby w dodatku fałszywe nuty?

 

W każdym razie ja zjadłem "patriotyczne danie", bo biało-czerwone, czyli truskawki ze śmietaną.

Pozdrawiam!

 

and.

 
 
 
KALKULACJA W PAMIĘCI, CZY KALKULACJA PAMIĘCI?

4 czerwca 2009

 

Witam!

 

Kalkulacja w pamięci, czy kalkulacja pamięci? Pamięć też i profesorów zawodzi. Czasem zdumiewa mnie drobiazgowość i detaliczność opisów w pracach profesora M. H. Słynie z tropienia anegdot, czego dowodem jest ostatnia książka. Dziwię się więc, że o tym drobiazgu zapomniał, a przecież dla lokalnych patriotów byłby to kąsek nie lada. Wszak Poznańczycy i Wielkopolanie są czuli na tym punkcie. IPN też dał plamę, bo tropi, kto komu bilet na tramwaj pożyczył aby ten zdążył przed godziną milicyjną dotrzeć do domu z ważną ulotką, a takie detale, to ich nie obchodzą.

 

Pamiętam jak Wojtek Jaraczewski kręcił etiudkę fabularną, w której występowaliśmy. Niestety byliśmy zbyt teatralni. To co sprawdza się w teatrze, jest wręcz konieczne, pewna przesada w geście i nadmierna ekspresja, w na filmie wypada groteskowo. W teatrze trzeba "mówić całym ciałem" a w filmie to nie jest konieczne, bo kamera "podgląda" i wszystko wyolbrzymia, nawet to małe. Z tym problemem nie radzi sobie wielu aktorów. Może dlatego sławy sceny zgodnie twierdzą, że teatr daje im większą satysfakcje. Ja im wierze, bo aktor filmowy, to inny gatunek, choć wydawałoby się, że to samo zwierze. Film też nie zawsze toleruje aktora o wyrazistej osobowości, chyba, że dotyczy to tak zwanych aktorów charakterystycznych, którzy grają epizody, bo mają odpowiednie do nich "emplois". W polskim kinie wbrew pozorom było sporo "naturszczyków" od takich ról. Zagrać naturszczyka potrafił Maklakiewiicz, a dziś Andrzej Grabowski. Dlaczego ten pierwszy, to wiesz, a drugi robi to na tyle udatnie, że nawet kilka pism kolorowych się na to nabrało i przedstawiali go jako naturszczyka. Co to ma wspólnego z filmem amatorskim?

 

Władza miała taki pomysł, licencja importowana z NRD i uznali, że jeśli ktoś potrafi dobrze fotografować, to można nim pokierować i zrobić z niego prawdziwego filmowca. Taki amator z awansu będzie dyspozycyjny i wdzięczny za danie szansy. Nie do końca to wyszło, ale wśród operatorów telewizyjnych, kamerzystów znalazłbyś masę takich przykładów, z reżyserami gorzej. Przykładem niech będzie poznańska telewizja, gdzie pracowało wielu kamerzystów z "przyuczenia", zaczynali w kółkach fotograficznych.

 

Oczywiście ruch amatorski było łatwo kontrolować, w końcu kamery prywatnie nie kupiło się, a jeśli nawet, to koszt taśmy, o ile dało się ją zdobyć był zbyt duży na kieszeń amatora. Teraz technologia wprowadziła pewien rodzaj demokracji, to wszystko jest w zasięgu ręki i to wcale nie za takie wielkie pieniądze. Dla młodego człowieka jest to wybór, czy kupić używany samochód, czy dobrą kamerę? Jak czytam relacje z krakowskiego biennale fotograficznego, czy łódzkiego, to stwierdzam, że amatorzy wiele nie odstają od zawodowców w fotografii, a i w dokumencie jest coraz więcej ciekawych realizacji "offowych". Trzeba pamiętać o tym, że dzisiejsi amatorzy nie podlegają tej presji, co ich koledzy w PRL - u i oczywiście mogą technicznie też zrobić więcej, tylko potrzebne są kompetencje i wyobraźnia. Tym razem kilku trafiło do kina zawodowego. Powstało kilka interesujących fabuł nakręconych przez prawnika, socjologa, absolwenta filozofii. Dziś szkoły filmowe przeżywają kryzys. W telewizyjnym magazynie filmowym słyszałem wypowiedź wykładowcy ze szkoły łódzkiej, który mówił, że ponad połowa studentów chce kręcić pierwszy film właśnie o robieniu filmu, a druga o swoim osiedlu. Nie zastanowił się być może dlaczego tak jest, a odpowiedź jest prosta, dydaktyka sprawę zawala. Za dużo poświęca się czasu na umiejętności "manualne", obie są ważne, ale od tego są podręczniki i praktyka, a za mało oglądają klasyki i za mało czytają książek.

 

Dawny amator skupiał się na technice, bo miał w tej dziedzinie kompleksy. Znałem takiego filmowca amatora z Zamku, który fotografował i filmował ptaki i tylko to go interesowało, a jak zrobić unikalne i technicznie dobre zdjęcia, aparatem fotograficznym, lub kamerą. Oczywiście dysponując kamerą Krasnogorsk, choć to 16 mm, to wiele się nie zrobi, Zenit też wyglądał jak prawdziwy aparat. Chodzi jednak o coś innego, w kółku filmowym uchodził za mistrza, bo potrafił dobrze robić zdjęcia przyrodnicze, a do tego nikomu nie podpadał, krótko mówiąc temat był bezpieczny. Inni mieli ambicje na dokument, ale instruktor kazał kręcić etiudki, które musiały być kiepskie. Pewno się domyślasz dlaczego. Nie jest to aluzja do doświadczeń Wojtka. Miał on zresztą kłopoty, bo kręciliśmy na ulicach miasta i pewne inscenizacje zaniepokoiły jakiegoś Esbeka i kamerę mu skonfiskowano na jakiś czas, bo to był sprzęt Akademii Ekonomicznej, uczelni Wojtka. Czyli jak ktoś latał z kamerą po mieście, a nie miął na to "pozwolenia" to lądował na komisariacie.

 

Nie jestem też entuzjastą licznych festiwali i przeglądów tak zwanego "kina offowego". Niektórzy studenci szkół filmowych i teatralnych odkładają dyplomy, bo można z tych imprez żyć. to wygląda groteskowo, ale nie ma dnia w roku, kiedy nie ma jakiegoś festiwalu, czy przeglądu. Większość zapewnia uczestnikom "socjal". Do wzięcia są też nagrody, stypendia, których wbrew pozorom jest też sporo. Większość tych imprez stosuje limit wieku, ale spokojnie do 35 lat można robić za "offowca", a na boku pochałturzyć w reklamie, czy jakiejś telewizji. Wbrew pozorom agencje reklamowe lubią zdolnych i bezczelnych amatorów, bo są "dyspozycyjni". Jak jest duży budżet, to zatrudnia się "prawdziwych filmowców". Masz też odpowiedź na pytanie, dlaczego nie ma "rzemieślniczej" roboty.

 

Dotowanie ruchu amatorskiego jest demoralizujące, bo jest on ciągle amatorski, a przechodzi na zawodowstwo, to tak jak ze sportowcami, nie robią tego dla satysfakcji i przyjemności, ale dla pieniędzy. Inflacja umiejętności musi skończyć się bankructwem wartości.

 

Niech amatorzy kręcą swoje i za swoje, ale dla siebie. Zbyt wiele ostatnio amatorskich produkcji pokazywanych jest na dużym ekranie. Absolwent nawet filmówki nadal jest amatorem, póki nie poterminuje troche w jakimś zespole, czy w dokumencie. W "newsach" wyczytałem, że jest latem aż pięć festiwali dla studentów szkół artystycznych. Proste prawo ekonomi, brak towaru na tym rynku festiwalowym, więc pokazuje się wszystko co "skręcą" bez jakiejkolwiek selekcji. Efekt łatwy do przewidzenia. Publiczność nabierze się na taką imprezę raz, a więcej nie ma ochoty oglądać knotów i cała publiczność składa się z uczestników imprezy.

do zakręcenia!

 

and.

 
PRZESYŁAM TO CO NAPISAŁEM DO TELEWIZORÓW

4 czerwca 2009

 

Witam Andrzejku,

Przesyłam to co napisałem do telewizorów.

 

Od siebie dodam iż robiliśmy wszystko nielegalnie i za darmo. Nie byliśmy z Tamarą jeszcze wtedy pracownikami studia. Mieliśmy zaufanie jedynie do Macieja Ćwieka z tej ekipy. Mogę tylko dodać iż cała załoga z Jackiem Adamczakiem i późniejszymi solidarnościowcami na czele wykonywała reklamówkę wyborczą dla Urbana który był zarówno szefem Radiokomitetu i kandydującym do Parlamentu w Warszawie. Niezłe co? Pierwszym szefem Solidarności w Studio - pół roku później została Tamara. Do dziś chyba niewielu wie o tej sprawie. Jak opowiadaliśmy to Hendrykowskiemu nie raczył napisać o tym w swym dziele o filmie w Poznaniu. Pisał o jakichś mało ważnych klubach amatorskich w Wielkopolsce.

 

Notabene w przeciwieństwie do kolegi Jernasa którego cenie mam zupełnie inne zdanie na temat ruchu amatorskiego. Nie był on żadnym filmem niezależnym, bo był bardzo kontrolowany przez władze. To nieźle pokazał Kieśloj w Amatorze. Polski film amatorski w PRL istniał krótko mówiąc na tej samej zasadzie co bigbit i tyle. Więcej niezależności było niestety w filmie profesjonalnym. Brzmi to jak absurd - ale to prawda - niestety.

 

Pozdro Jac

P.S. Pod tym listem - jeszcze jeden jaki wysłałem do Adamskiego kilka lat temu.

Też na temat tych spotów solidarnościowych.

 

 

----- Original Message -----

From: Tamara Sorbian

To: sekretariat.waw@waw.tvp.pl

Sent: Thursday, June 04, 2009 12:57 AM

Subject: Animowane plakaty wyborcze z roku 1989

 

 

Szanowni Państwo!

 

Gdyby was zainteresowały realizowane przez nas animowane plakaty wyborcze z roku 1989, które niejako jeszcze niejako „podziemnie" realizowaliśmy. Były one emitowane długo w czasie kampanii jeszcze w PRL-owskiej telewizji.

 

Były to pierwsze tego typu realizacje w Polsce.

Powstały one na bazie animowanego logo „Solidarności" dla Zarządu Regionu Wielkopolska, a następnie zostały wyemitowane w całej Polsce przez wyborami do sejmu i senatu w 1989 roku i później w czasie pierwszych wyborów samorządowych.

Powinny być one podczas zapisów studiów wyborczych w materiałach archiwalnych

 

Sprawę pilotował Piotr Frydryszek, a potem Jacek Kurzyca

Przesyłamy zrekonstruowane je z oryginalnych celuloidów – przy pomocy komputera.

Muzyka to fragment utworu Włodzimierza Korcza, który został „podłożony” w TVP.

 

Plakaty te realizowała (oczywiście za darmo) ekipa w składzie:

Reżyseria : Jacek Kasprzycki i Tamara Sorbian - Kasprzycka

Animacja ; Jacek Kasprzycki

Malowanie ; Jacek Kasprzycki, Tamara Sorbian, Jacek Paluszak, Elżbieta

Gołębiewska

Zdjęcia tajnie wykonał w TVSFA Poltel Maciej Ćwiek

 

Jacek Kasprzycki

Tamara Sorbian - Kasprzycka

 

SESJA
1 czerwca 2009

 

Witam!

 

Sesja poświęcona "Prawu autorskiemu wobec zasad wolnej konkurencji" odbędzie się 3 maja, zaczyna się o 10.00. Oczywiście można uważać, że to zbędna wiedza, ale dobrze byłoby, gdyby ktoś z Twoich kolegów z związku poszedł jednak i posłuchał, to czegoś się dowie, bo to sprawy dla bytu artystów podstawowe. Podobnie jak z wyborami, można nie iść ale później nie można się obrażać, nawet jeśli chce się zaprotestować i nie popiera się żadnego kandydata.

 

Dziś dzwonił kolega z pytaniem, czy nie zająłbym się organizacją radia w internecie, to bardzo ciekawa propozycja i to już druga w ostatnim czasie. Podobałoby mi się coś takiego, pod warunkiem, że byłoby to radio autorskie, to znaczy z programem społecznym, mam nawet pomysł. Nad to nie chce mi się już pracować na cudzą chwalę.

 

Słowo o konferencji, czy panelu jak wolisz. Jak już pisałem, mój temat brzmiał "Rekonstrukcja stanu świadomości" i wiem, co mówię i mam konkretny scenariusz, ale dinozaury wszystko sknociły i będzie "Od czerwca, do czerwca", czyli dęta akademia, mam nadzieje, że im ją popsuje.

Do zakręcenia!

and.

 

 

NATURSZCZYCY

1 czerwca 2009

 

Witam!

 

Jeśli czytasz moje listele, to wiesz, że dokładnie to samo pisałem do Ciebie dwa miesiące temu. Zajrzę do tego artykułu z "GW". Dla mnie od początku było to jasne, że chodziło o to, żeby do środowiska artystów, filmowców, literatów wpuścić troche "naturszczyków". Władza w ten sposób udowadniała, że z każdego może zrobić wielkiego, tak samo, jak każdego można zgnoić. Tylko nie mogę pojąć skąd bierze się ten kult dziś, te zachwyty PRL - owską przaśnością i miernotą.

Dziś media lansują inne wielkości. Może to byłoby i śmieszne, ale mnie nie śmieszy, jak czytam, że wśród dziesiątki najpopularniejszych, czy najważniejszych Polaków obok Papieża, Wałęsy i Kopernika znajduje się Doda i Kubica.

 

Co do Dody to wiadomo, ale Kubica, który jeszcze nic nie osiągnął, a już jest wielki, to ja pytam w czym? Rodacy mają głód sukcesów sportowych, prędzej będą podziwiali piłkarza, któremu uda się kilka razy trafić do bramki, niż na przykład genialnych matematyków, którzy rozpracowali "Enigmę". W sobotę były na Tamizie zawody wioślarskie. Co roku ścigają się ósemki z Oxford i Cambridge. Ponieważ w tym roku jest "rok polski" w Anglii do zawodów powtórzonych dla rozrywki zaproszono studentów z Torunia, którzy rzecz jasna wyścig wygrali. Minister spraw zagranicznych, absolwent Oxfordu Radek Sikorski cieszył się z tego sukcesu. A ja pytam, co to za sukces i właściwie w czym? PRL wraca, jak uczelnie nie miały się czym wykazać, to stawiały na sportowców. Niestety wioślarstwo nie jest dyscypliną naukową. Dla studentów angielskich to była zabawa, owszem rywalizacja, ale dla nas to prestiż.

 

Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak głęboko tkwimy mentalnie w PRL - u, a politycy zwłaszcza.

Na stronie  www.razem89.pl  przeczytałem, że młodzież 4 czerwca chce robić happeningi. Mają się ubrać na biało i czerwono i tworzyć "żywe flagi" i napisy. Ktoś wpadł na pomysł, żeby tego dnia stawiać panienkom czerwono-białe desery, czyli truskawki z bitą śmietaną na wierzchu. Takie pomysły mi się podobają, bardziej niż te dęte oficjałki. Osobiście wolałbym, żeby politycy tego dnia nie pokazywali się i zabrali swoje dzieci właśnie na truskawki z bitą śmietaną, a nie bili piany na mównicach.

 

W Opocznie i Wrześni odbyły się "prawybory". Pojawiło się ledwie 1,5 % nikt w mediach i żaden polityk nie zastanowił się dlaczego. Można zwalać na kiepską pogodę, ale prawda jest taka, że ludzie nie wierzą w sens tej zabawy, ani w sens wyborów. Może to znaczyć tylko jedno, czują się wykluczeni. Zarówno PO jak i PIS są podobne, obie partie są "etatystyczne", różnią się tylko pomysłami, ale jedna rzecz jest wspólna, chcą władzy nie ograniczonej. W programach obu partii to państwo, zresztą partyjne, ma kontrolować i regulować nie tylko porządek prawny, ale i gospodarkę, programy społeczne i socjalne, media, wszystko. Po ustawie o telewizji, szykuje się nowy pomysł, koncesjonowania prasy, wzorem mediów elektronicznych. Do czego to zmierza nie musze tłumaczyć.

 

Do zakręcenia!

and.  

 

 

ODPISZĘ OBSZERNIEJ

31 maja 2009

 

Witam Andre,

 

Odpiszę obszerniej.

Czołówki zrobione!!!

W GW artykuł mądry Osiatyny który rozprawia się z kultem pijaństwa PRL- owskiego i z legenda Maklaka i Himilba. Mówi ze każdy alkoholizm kończy się menelstwem.

Jac

 

A tak na marginesie: co zostało zrealizowane z postulatów pierwszej Solidarności:

21 postulatów SOLIDARNOŚCI:

 

1.     Zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych.

 - Tak, od dawna.

2.     Zagwarantowanie prawa do strajku.

- Tak, od dawna.

3.     Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.

- Tak – można pisać i drukować wszystko tym bardziej że w Polsce ta wolność jest nawet nadużywana przez samych ideologów i pojawia się masę zwykłych pomówień.

4.     Przywrócenie do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za przekonania.

- Tak, od dawna nikt Walentynowicz i Gwiazdę a nawet neofaszystów nie prześladuje.

5.     Podanie w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego żądań.

- Tak od dawna

6.     Podjęcie realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu.

- Tak od dawna. Jesteśmy w NATO , UE i kryzysów od tego czasu była mnóstwo

7.     Wypłacenie strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ).

- Tak, postulat zrealizowany. Teraz nieaktualny.

8.     Podniesienie zasadniczej płacy o 2 tys. zł.

- Postulat z tamtych czasów - obecnie abstrakcja.

9.     Zagwarantowanie wzrostu płac równolegle do wzrostu cen.

- Tego się już nie da. Jest wolny rynek

10. Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku. Eksport wyłącznie nadwyżek.

- Tak. Postulat zrealizowany. Już w 1989 roku.

11. Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

- Tak. Poprzez zmianę ustroju – sam się zrealizował.

12. Wprowadzenie zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu partyjnego.

- To sprawa do dyskusji. Ten postulat do końca nie został zrealizowany

13. Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso

- Tak. Zrealizowany, obecnie nieaktualny.

14. Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30 lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn.

- Postulat archaiczny – obecnie w UE i na całym świecie jest tendencja odwrotna.

15. Zrównanie rent i emerytur starego portfela.

- Zmieniły się zasady rentowe i emerytalne. Do dziś te sprawy budzą kontrowersje.

- Chodzi raczej o pozbawienie pewnych ludzi nieuzasadnionych przywilejów emerytalnych.

16. Poprawienie warunków pracy służby zdrowia.

- Niezrealizowany ze względu na brak sensownej reformy służby zdrowia, która sama blokuje mądre reformy.

17. Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach.

- Niezrealizowany ze względu na brak sensownych reform a to wina w dużej mierze samych nauczycieli i wychowawców.

18.Wprowadzenie płatnych urlopów macierzyńskich przez 3 lata.

- Kontrowersyjny. Tak długie urlopy rozłożyłyby rynek pracy.

18. Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania.

- Tak. Spełniony. Mieszkań jest więcej niż chętnych ze względu na ceny

19. Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i dodatku za rozłąkę.

- nieaktualny

20. Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od pracy.

- spełniony dawno, ale ludzie chcą pracować w soboty.

 

Jac

 

 

PAMIĘĆ CZASEM ZAWODZI

26 maja 2009

 

Witam!

 

Pierwsza rzecz, źle szukałem. Cały czas poszukiwałem Waszej reklamówki wyborczej jako osobnego nagrania. Dziś rozmawiałem z Kubiakiem, który właśnie wyprodukował film o wyborach z 89. Twierdził, że w poznańskiej telewizji są te materiały, ale trzeba szukać lokalnego studia wyborczego. Czyli, jak sam się skontaktujesz z Panią z archiwum, to przegra Ci jako współautorowi dla osobistego użytku początek, albo całą audycje. Nawiasem mówiąc taki filmik, to można "skręcić z marszu", skoro wszystko jest w archiwum. Kompletnie nie pojmuje, dlaczego muszą takie rzeczy zlecać zewnętrznemu producentowi, który i tak wynajmuje sprzęt i ludzi telewizji.

 

To wszystko zaczyna być chore. Byłem na konferencji prasowej Wojewody z okazji rocznicy. Ktoś z gazety zapytał, dlaczego nie przypomina się plakatów z tamtego czasu, każdy z listy OKP fotografował się z Wałęsą, to była "drużyna Lechosława" jak mawiał wtedy Pietrzak. Urzędnik z biura marszałka odpowiedział, że na reprodukcje powinni uzyskać "copy write", a to sporo zachodu i dodatkowe koszty. Na "oficjałke" do Zamku się nie wybieram, bo dowiedziałem się, że trzeba się zgłosić po zaproszenie. Podali nawet jakiś numer telefonu do biura marszałkowskiego. Powiedziałem, że mogą mi dać teraz, a na to urzędnik, że muszą sprawdzić, nie miałem cierpliwości już co chcą sprawdzać.

 

W KO w Wielkopolsce było kilkaset osób, czyli pospolite ruszenie. Jak było trzeba biegałem z ulotkami, agitowałem, zbierałem podpisy, bo na kandydatów trzeba było zrobić listy poparcia, konieczne do rejestracji w PKW. W ostatniej chwili w Zamku jak przynosiłem kolejną listę dopisałem się, bo zupełnie zapomniałem o tym. Jak trzeba było biegać to wszyscy byli kochani, a teraz "wadza" ma ich w dupie. Gdyby zajrzeli do annałów to by mieli gotowy spis KO. Dodam na marginesie, że jak przeanalizować statystyki, to wcale tak wesoło nie było, bo oficjalny rocznik statystyczny podał frekwencję 60%. Jak twierdzi ówczesny sekretarz KO Wielkopolska zebrano na listach poparcia 330 000 podpisów łącznie na wszystkich kandydatów "Solidarności".

 

W skali kraju podobno był to wynik imponujący. Przy założeniu, że przy "Okrągłym stole" zawarto pakt i teraz nie było obowiązku głosować na PZPR, to wynik mizerny, wcale "naród" tak gremialnie nie poparł "opozycji". Wtedy w 1989 mogło jeszcze wszystko się zdarzyć. 

 

Teraz to do mnie dotarło, bo wtedy byliśmy zdeterminowani i nie wierzyliśmy, że mogłoby być inaczej. W tym wszystkim troche się zapomina o samorządach. Przy "Okrągłym stole" był podstolik samorządowy Regulskiego, architekta zresztą,.

 

Ten stolik najczęściej się wywracał. Jak wspominał Michnik był zaskoczony, że wszystko szło tak gładko, że na większość rzeczy strona rządowa się zgadzała, ale o samorządach nie chcieli słyszeć. Rozumiem to doskonale, bo samorządy oznaczały utratę władzy w "terenie" i bali się tego strasznie, bo wiedzieli, że jak stracą "aktyw terenowy" to po nich. Wszystkim się wydawało, że sejm rozwiąże wszystko, ale partyjniacy mieli jeszcze nadzieje, że to się jakoś rozmyje, że "opozycja" zajmie wygodne "pozycje" i da się kupić. W maju następnego roku były wybory samorządowe.

 

Jak pamiętasz, jak prezydentem miasta został Szczęsny Kaczmarek, to nomenklaturę wymiotło. Nagle wszystko zaczęło działać inaczej. Powstał związek Miast Polskich i samorządy zaczęły działać niejako równolegle, sejm się oddalił, troche spali, troche zwalniali, bo wszystko zcefowali na Balcerowicza i ta pierwsza kadencja skrócona była troche zmarnowana. "Drużyna Lechosława" była słabo przygotowana do nowych zadań i gubili się wobec wytrenowanych funkcjonariuszy dawnego aparatu. Mieli ciężkie zadanie, bo musieli się uczyć i działać, na przygotowanie nie było czasu. Przypominam to obecnym politykom, którzy coś tam bełkocą o kompetencjach polityków, a to nie prawda. Polityk powinien mieć przede wszystkim kwalifikacje moralne i intelektualne, a jak będzie rozumny, to też będzie umiał korzystać z wiedzy ekspertów.

 

Z lekcji samorządowej też trzeba wyciągnąć wnioski, bo wcale nie "wybrańcy" decydują, tylko "wykluczeni". Jeśli nadal będzie tak uprawiana polityka, to na wybory będzie chodziło coraz mniej ludzi, bo się będą czuli "wykluczeni". Wcale nie są lekarstwem na to okręgi jednomandatowe, ale troche odbiegam od tematu.  "Wodnik" krytykuje władze, że są pasywne w tej rocznicy, oczywiście chodzi o władze lokalne. Ja twierdze że to dobrze, bo jest szansa, że nie przerodzi się to w kolejny propagandowy cyrk w stylu Tuska. Jak byłem w "Teatrzyku" to padł taki pomysł, żeby na Placu Wolności ustawić stół i przy winie zrobić debatę, jak to kiedyś się robiło po domach.

 

Im więcej będzie "oficjałek" to tym mniej "młodziaki" będą wierzyć w to, że polityka ma sens. Moje przewidywania są kiepskie, obawiam się, że na wybory 7 czerwca pójdzie najwyżej 20%.

 

Jeszcze o reklamówce wyborczej. Pewno ten film będzie poprawny politycznie i dęty. Szkoda, że realizatorzy zapomnieli o powstawaniu tej wyborczej reklamówki. Z przykrością stwierdzam, że moja informacja Kubiaka nie wzruszyła i pewno nie uwzględniłby tego w swoim scenariuszu. Prawda o tamtym czasie, to nie polityczne mity, ani polityczne deklaracje, ale ta szaleńcza bieganina, ten szczególny rodzaj euforii, że wreszcie coś można zmienić. W tamtym czasie chyba biłem wszelkie rekordy w wędrówkach. O samochodach do dyspozycji nie było mowy, więc przemierzałem miasto i okolice autobusami, tramwajami, pieszo i stopem. Nawet nie potrafię dziś sobie wyobrazić jak to było możliwe, wykonalne.

 

Zastanawiam się, czy te 20 lat, to mało, czy dużo. Z perspektywy historycznej to tylko chwila, ale w świadomości społecznej, to odległa epoka. Myślę, że utrwaliło się błędne przekonanie o podziale na epoki, że ta obecna jest "ostateczna", tak jak kiedyś "realny socjalizm" wydawał się "betonowy". Właśnie taki jest sens demokracji, że o ile reguły życia publicznego powinny być stałe i stabilne, to sama formacja musi ewoluować i na to nie ma rady. Nigdy nie będzie idealnego porządku, rozwiązania, które zadowoli wszystkich, a państwo będzie działało jak szwajcarski zegarek. Właśnie od tego trzeba się uwolnić, od przekonania, że już wszystko "postanowione i zrobione", bo to dopiero początek drogi i czeka nas nadrabianie dystansu, który jak przewiduje zniweluje się wobec "starych demokracji" za jakieś 30 lat. Chociaż dynamika przemian społecznych jest coraz większa, więc może to będzie szybciej. Tylko, że te "stare demokracje" też się rozwijają i przekształcają, nikt nie będzie czekał, aż się dystans zmniejszy. Jest co robić. Lokalni politycy myślą, że są wieczni, bo już "załatwili Euro 2012", jakby to było miarą sukcesu. Przewiduje, że kolejne wybory samorządowe wymiotą to towarzystwo i bardzo się zdziwią, jak zobaczą rachunek. Do głosu dojdzie pokolenie, które całą swoją drogę życiową pokona w "demokratycznym środowisku" i będzie miało gdzieś samozadowolenie obecnych elit, zapragnie zmian, ale też młodzi są z natury nie cierpliwi i nie zechcą czekać aż ci sami sobie pójdą.

 

Teraz przypomniano hasło Cyryla Ratajskiego z okresu PwWuKi; "Miasto z wizją". Pytanie tylko jaką?

Do zakręcenia!

 

and.

 

 

ZNOWU AFERA I JASNA CHOLERA...

28 maja 2009

 

Witam Andrzejku,

 

Nie śpię bo troche nas zalało i się zdenerwowałem. Szkoda bo raczej dzień udany - kibicowałem Barcelonie i wygrali - do tego okazało sie że od lipca mam roczne stypendium, nie wiem tylko w jakim temacie bo w Internie jest lista nazwisk a ja składałem trzy projekty. Wyników PISFu nie ma jeszcze tylko - i tu trzymaj sie dostał Kapuletti Piwek na rejs 2 3 melony. Oprócz tego same tematy gangsterskie, kapturowe i romansidła. Tak że z filmem też kiepsko...Co do polskiego rocka mam takie samo zdanie - nie wiem tylko jak to ugryźć aby kolegów jak by nie było sympatycznych, nie urazić.

 

Po prostu w niczym mi nie zaszkodzili a nie lubię bić leżącego. Raczej skrytykowałbym kuratorów plastycznych i polską prozę. Czytam stare wiersze Herberciaka i Eliotka i dochodzę do wniosku, iż w formie i treści trudno coś lepszego napisać. Czytam też powieść niejakiego 27 letniego Łozińskiego - jest zajmująca i mówi o ważnych sprawach związanych ze śmiercią najbliższych - których po czasie okazuje sie nie znaliśmy wcale. Jak wiesz duet Masłowianka i Żuław Xavier szaleją po Polsce. Plakaty są na wszystkich przystankach. To taki Rejs 2 - ale współczesny.

 

Ten Piwka będzie zupełnie nieudany ale wielu już pieje z zachwytu. A Wałek w Libertasie - to już zupełny upadek i degrengolada naszego Charyzmatyka. Tak jak w latach 30 bagatelizowano faszyzm i komunizm, tak teraz UE bagatelizuje Libertasy i fundamentalny Islam. Z tego nic dobrego nie wyniknie. Farfał w Polsce i Libertas w UE to początek rozpadu tego tworu który jeszcze nie ma nawet zapowiadanej konstytucji.

 

Na wybory siódmego wielu moich znajomych nie idzie bo to nie ich kandydaci. Ja też nie mam na kogo głosować. Nie wiem co robić? Nie wiedziałem że to klasyk - ale pytanie - czego? Szymborska napisała laudację na ten temat. Osobiście wole Szpota.Jac

 

ZNOWU AFERA

28 maja 2009

 

Witam!

 

Wysłałem Tobie, co myślę o polskim rocku, może Ci to pomoże "odrobić wypracowanie", ale obawiam się, że będzie wręcz przeciwnie, bo ja nie pieje z zachwytów. Im bardziej się zastanawiam nad tak zwanym życiem artystycznym w kraju, to coraz częściej dochodzę do wniosku, że trzeba nabrać dystansu, bo rośnie ilość imprez, ale ich ranga systematycznie spada.

 

Wczoraj Przemysław Czapliński opowiadał o nowej polskiej prozie. Jest taka książka "Rzeczpospolita do wymiany", to jedna z nielicznych książek krytycznych. W każdym razie to taki młody profesor z UAM. Podobnie jak Kot ogląda wszystkie filmy jakie są dostępne w Polsce, tak Czapliński czyta wszystkie ukazujące się powieści. Ogromny wysiłek! Ja bym te gonie przerobił. W każdym razie obraz tej młodej prozy jest przynajmniej z mojego punktu widzenia mało zróżnicowany. Zresztą nie tylko w Polsce literatura ucieka od ważnych tematów i odpowiedzi też.

 

Dobra wiadomość, w "piłkę kopaną" wygrali Katalończycy, którym zresztą kibicowałem, bo wole piłkę w ich wydaniu, niż "Wyspiarzy". Zawsze czymś zaskoczą i starają się błysnąć, nie tylko siła i taktyka. Prawdopodobnie dlatego potrafią w wielkim stylu przegrać i wygrać, ale jedno jest pewne, że każdy mecz z ich udziałem jest widowiskiem.

 

Skoro mowa o widowiskach, to z Wintonem nic nie zwojowałem jeszcze.

Co do wyborczej reklamówki, to mam zapewnienie, że będzie sprzęt multimedialny, więc będzie można ją odpalić z "kompatyka" (pendrive). Obiecuje, że na "paneliku" ją zaprezentuje i opowiem o okolicznościach powstania.

Do zakręcenia!

and.

 
CO DO "EGZOTYCZNYCH TEMATÓW”

26 maja 2009

 

Witam!

 

Co do "egzotycznych tematów, to powiem tak, proponuje przeczytać reportaż Wojciecha Giełżyńskiego z Afganistanu. Gdyby go przeczytali Amerykanie przed interwencją, to może tylu błędów by nie popełnili, ale ja nie chce referować tej książki, jest ona rezultatem kilku podróży dziennikarskich i rozmów z tymi ludźmi. Trochę żył wśród nich i starał się ich poznać. Zawsze niepokoi mnie jedno, że w gruncie rzeczy nasza wiedza zawsze jest z drugiej ręki i czasem możemy tworzyć poprawne konstrukcje w oparciu o nie do końca sprawdzone wiadomości. Podam przykład dość odległy. Jak ogląda się wiadomości w telewizji można mieć przekonanie, że Izrael jest najbardziej nie bezpiecznym miejscem na świecie, tymczasem nie zginął tam jak do tej pory żaden pielgrzym do Ziemi Świętej.

 

Coroczne pielgrzymki do Mekki kończą się jakąś masakrą. Wreszcie daleki jestem od uogólnień, w rodzaju; każdy Arab, to islamski fundamentalista, ego terrorysta, albo najbardziej uduchowieni są buddyści i kochają każde stworzenie, nikomu krzywdy nie wyrządzają, albo Azjaci mają małe wymagania i są pracowici.

Kiedyś aby zdobyć jakieś wiadomości o świecie były konieczne podróże, dziś mamy media i nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak ograniczają nasze poznanie.

 

Nowa Zelandia kiedyś była brytyjską kolonią karną. W XX wieku do swojego systemu prawnego wprowadzili kilka rozwiązań przejętych z prawa zwyczajowego od Aborygenów. W wielkim skrócie  polega to na zasadzie naprawienia wyrządzonych krzywd. Na przykład sprawca wypadku drogowego jest kierowany do pracy w ośrodku zajmującym się rehabilitacją, lub przez kilka lat jest zobowiązany do pomocy jakiejś osobie niepełnosprawnej. Alimenciarz wykonuje prace publiczne w pomarańczowym kubraczku z odpowiednim napisem. Zdjęcia pedofili publikuje się w lokalnych gazetach, aby ostrzec rodziców. Zresztą taki osobnik nie zbliży się nawet do szkoły, czy przedszkola. Niektórzy wyrządzone szkody muszą naprawiać latami. Takie rozwiązania w "cywilizowanej Europie" nie przejdą, cały wysiłek sprowadza się do budowania nowych więzień.

 

Z tym artykułem w niemieckim "Zwierciadle", to jest tak, że dane prawdziwe, ale wnioski fałszywe. Autor zapomina o jednym, kto dostarczył środków i wdrożył "technologie", okupowanym narodom pozostawiając wykonanie pod przymusem terroru, a dziś się mówi o wspólnictwie. To tak, jakby włamywacz  żądał złagodzenia kary tylko na tej podstawie, że przestępstwa nie dokonał sam, tylko miał wspólnika. Oczywiście, że żaden sąd nie uzna takiej logiki, ale weźmie pod uwagę i zbada, czy wspólnik nie działał pod przymusem. W każdej nacji są jednostki zdemoralizowane, ale na tej podstawie uogólnienia, że Polacy zwłaszcza  byli wspólnikami, obraża tych, którzy w końcu dostali najwięcej medali "Sprawiedliwy wśród narodów".

 

"Fabryki śmierci" zlokalizowano na terenie okupowanej Polski z powodów praktycznych, to znaczy tu było najwięcej Żydów, a o to dlaczego od stuleci mieszkali w Polsce nikt nie pyta. To taki sylogizm; Polak antysemita, czyli "szmalcownik". Polska "policja granatowa" to była "armia zbawienia" w porównaniu z francuską żandarmerią, która sama organizowała łapanki, wyciągała Żydów z mieszkań , sporządzała listy i dostarczała do transportów. Nie było w Polsce brygad SS złożonych z ochotników tak jak na Litwie, Łotwie, Ukrainie. Jeśli Niemcy chcą cokolwiek zrozumieć z tej lekcji historii, to raczej powinni się skupić na zadaniu sobie pytania, dlaczego opór wobec totalitaryzmu w samych Niemczech był tak słaby. Właśnie z tego powodu uważam, że nie da się im niczego wytłumaczyć i to strata czasu i energii.

 

Ponoć w "Blue Note" był koncert Wojciecha Kordy wspominkowy. Co do "resentymentów" to nic nie mam przeciw, w końcu każdy ma prawo żyć wspomnieniami z młodości. Kłopot tylko w tym, że moje są całkowicie inne, więc "wspólnoty" nie ma. Podobno Skrzek ma kaca po tym, jak się dowiedział o swoim tekściarzu. Może jestem taki pokręcony, że mnie bardziej obchodzi to, co teraz się gra, a nie co było. Uważam, że zamykanie się w przeszłości jest pierwszym objawem starzenia się. To może dziwne, ale dziś już te stare numery nie robią na mnie wrażenia z powodów czysto sentymentalnych, chyba, że jest to jazz i "Kind of blue" zawsze będzie mistrzostwem w gatunku, cokolwiek by później nie zagrano. Ja cały ten rock traktuje jako pewną subkulturę związaną z hipisowskimi anarchistycznymi ideami, czyli pewien klimat, ale nie sztuka. Może jakieś pojedyncze rzeczy, które mają jakąś wartość. Zapomina się o jednym, że rock to był sposób na życie.

 

Sztuka, a ideologia, odwieczny problem. Nie znam aż tak kulisów towarzyskich awangardy, ale jak poczytasz pisma estetyczne, a zwłaszcza "Teorie widzenia" Strzemińskiego, to zauważysz, że jest mocno obciążona ideologią, to wcale tak nie wygląda, że "sztuka geometrii" była oddaleniem w stronę abstrakcji i ucieczką. Konstruktywizm był nie tylko kierunkiem, ale i próbą przeniesienia ideologii do sztuki, pewnie, że na innym poziomie niż socrealizm, ale chodziło o zerwanie z tradycyjnym myśleniem estetycznym, z kanonami estetycznymi znanymi z historii sztuki na rzecz "konstruktu", powoływania nowych form, nie obciążonych "przeżywaniem".

 

Nie rozwinę tego konceptu, bo zrobi się z tego rozprawa.

Zapomniałbym, czekam na album z rejestracją z "Woodstock". Ma do mnie dotrzeć w połowie czerwca, ponad 300 minut, pełna dokumentacja, kilka godzin filmu. Opowiem więcej, jak dostanę.

Do zakręcenia!

and.

 

 

ODPOWIADAM Z „METECZKI”...

25 maja 2009

 

Witom!

 

Mają te posiwiałe chłopaki swój bigbitowy świat i w gruncie rzeczy trzeba te muzeum uszanować - w końcu - to nasza młodość jak śpiewają w piwnicy czy "pamiętajmy o ogrodach" Kofciaka. Dla nich to właśnie te ich ogrody, a że siermiężne i pełne chwastów to inna bajka. Pamiętajmy obecne subkultury - metale - raperstwo i gotyk też będzie w muzeum. I jakiś 70 letni raper zamiast podskakiwać będzie siedział na zydelku i cosik tam nadawał. Wtedy to będzie klasyka i posiwiałe kaptury - czarne, białe i różnej maści, wspominać będą jak u Libery - "takie to były czasy". A młodziaki Anno domini 2040 bedą słuchać czegoś co nam się w pale nie mieści.

 

Może jakieś melodyjne i zupełnie inne rytmicznie struktury. Może w stylu orientalnym czy arabskim. Nie wiem. W polityce i ekonomii - nie - ale w sztuce możliwe są wszystkie scenariusze jak w surrealnym śnie. Co do Sztabiny i wystawy na Szyperskiej: czytając historię międzywojennej awangardy i powojennych losów tychże artystów nie sądzę iż ideologia komunistyczna musiała mieć aż taki wpływ na ich w końcu geometryczną i abstrakcyjną twórczość. Raczej jak czytam te manifesty jest tam masa niekonsekwencji.

 

Berlewi snuł idealistyczne wizje galerii dla robociarzy a wystawiał w Salonie Daimlera (mam takie foto). Kobro i inni raczej do fabryk nie zaglądali - woleli przyjęcia u biznesmenów. Mówili o totalitaryzmie, imperializmie etc., na tej zasadzie co i Piłsudski który powiedział "jak ktoś za młodu nie był socjalistą na starość będzie skurwysynem". Dużo w tym racji. Zresztą wszyscy czcili Mondriana - dystansującego sie programowo tak od sztuki użytkowej jak i od wszelkiej polityki. Tenże samotny i klepiący biedę guru awangardy międzywojennej powtarzał jak mantrę iż jego neoplastycyzm to metafizyka bliska buddyzmowi czy spekulacjom wiedzy hermetycznej, niż ideologii futuryzmu czy radzieckiego konstruktywizmu rewolucyjnego.

 

A propos  wpływu ostatniego 20 lecia na sztukę - to temat wymyślony dla kilku akademików aby wziąć z samorządowej kasy i pewnie państwowej jakieś granty. Powiem brutalnie - nie ma to żadnego wpływu na sztukę. A także ma wpływ przemożny - czyli można tu bić pianę - tak jak na tym spotkaniu o cenzurze w II RP w teatrzyku, na której wspólnie byliśmy. Jedynie Ty zabrałeś rozsądnie głos że żadnej cenzury nie ma jest tylko sztuka dworska i niedworska. Po trochu - teatrzyk też się i do jednej i do drugiej zalicza. Jedną noga stoi tu - druga tam. I tak postępuję większość artystów w krajach rozwiniętego kapitalizmu z USA włącznie. W superkomercyjnym Hollywood powstają bardzo ostre filmy krytykujące rząd i ustrój USA (taka Siriana) i obrazy promujące amerykański patriotyzm a właściwie imperializm. I dobrze - bo widz ma w czym wybierać. Taki Bush tolerował Moora i zapewne Obama będzie tolerował religijnych fundamentałów w rodzaju Mela Gibsona. Gdyby Farfał był reżyserem i zrobił film niejawnie propagujący polski nacjonalizm i faszyzm - byłoby lepiej niżby fakt że jest szefem TVP.

 

Dziadek dobrze zrobił iż do rządów nie wpuszczał dmowszczaków i komunistów. Mogli pisać co chcieli i to wydawać ale nie rządzić i decydować o  ludzkim losie. Ten błąd popełniły Włochy po II wojnie światowej. Jako że praktycznie tylko komunistyczna partyzantka była skuteczna po wojnie komuniści mieli "racje moralną". Podobnie - choć nie na taka skalę odbyło się to we Francji. Na szczęście mieli swego de Gaulle'a. Czytałem wywiad z promotorem Zyzaka - Nowakiem. W kilku punktonach miał rację. Nerwowe posunięcia z kontrola na uniwersytetach przypominały lata 50 i 60. za Gomóły. Mądrzej postąpili Austriacy skazując naukowca za kłamstwo oświęcimskie na ciupę ale nie ingerując w wolność wypowiedzi na wyższych uczelniach jak by ona nie była. Podobnież nerwowa reakcja fizyków na urzędniczą zgodę na działalność jasnowidzów i hiromantow. Wszak właśnie fizycy i chemicy powinny byc świadomi że nauka to ciągły rozwój i to co dzisiaj wydaje się fundamentalne za lat 10 może okazać się pomyłką. Wystarczy wspomnieć historię z tlenem czy radem. Zanim nie odkryto tlenu wszystkich którzy mówili o takiej substancji uważani w akademiach za szarlatanów, a jak odkryto promieniotwórczość wiele czasu upłynęło aż uznano zgubny wpływ tejże na ludzi i zwierzęcy organizm. Maria Skłodowska zmarła w ten sposób i Oppenhaimer też.

 

Sam Roentgen nazwał swe promienie X - bo nie znał ich natury. A teorie Freuda czy Nasha, Maldenbrotha i Einsteina nie mówiąc? Były tolerowane ale zanim doświadczalnie tego nie udowodniono - uważano to za cystą fantazję.  Co do rocznic i akademii: Cóż młodzi to chwycili bo młodych poprzez to się kupuje. Nie ma złudzeń. W moim pokoleniu grupa tak zwanych autsajderów była nieliczna. Większość brała udział w akademiach. Plastycy by zarobić, Muzycy by wystąpić przed większą publicznością, aktorzy z powodów jednych i drugich (ważna już wtedy była TV - choć bałamutnie opowiadali że tylko teatr sie la nich liczy). Niestety Unia ma to do siebie że tez lubi akademie i wogóle dotyczy to krajów europejskich. W USA to raczej domena społeczności lokalnych. No może jeszcze we Włoszech CZY Hiszpanii.  A reszta no cóż - Francja ma tradycję rewolucji która tę Imprezy zapoczątkowała, Anglia ma monarchię lubiącą przepych i ceremoniały, Niemcy to karne barany mające ukryty kult regionów czyli landów i państwa jako takiego... Należy to po prostu olać i sie nie przejmować.

Co do Osiatyny? Mam wspaniały artykuł - islam i modernizacja. Niestety tylko w wersji papierowej.

 

Tam jest ta sama tez iż nowoczesny - pełen zadumy nad światem i pogłębiony intelektualnie islam i jego ideologowie (w tym naukowcy i filozofowie) istnieją niestety tylko na Zachodzie. Arabia Saudyjska i także biedne kraje biorą ze współczesności tylko to co im potrzebne do walki ze zgniłym Zachodem. Mianowicie - Internet, broń, komputery i komory. Teza jest taka – w tych krajach nie tworzy sie myśli i nauki - jedynie sie z niej korzysta. I w tym tragedia. Zrozum mnie - ucisk kobiet, i mniejszości, tudzież ucinanie rak za kradzież faktyczną i domniemaną, kamienowanie domniemanych cudzołożnic nie może i jeszcze raz powtarzam - nie może - byc usprawiedliwiane kulturą i tradycją.

 

Tak samo można argumentować iż w USA jeszcze nie tak dawno złapanego na gorącym uczynku złodziej wieszało sie to  się nazywało sprawiedliwością ludową - inaczej karą linczu. Obecnie nikt o zdrowych zmysłach - nawet skrajnie konserwatywny południowiec tego nie zaakceptuje. Nie mówiąc już o tępym Europejczyku. Zawsze powie - musi być złodziej sądzony. Komunizm upadł z tych samych powodów. Technologicznie, naukowo i moralnie stał się zacofany - i przywódcy komuchowi musieli „odpuścić”. Nota bene współczesna Rosja nie jest komunistyczna - a autorytarna. To zasadnicza różnica. Też czytałem w Dzienniku niezła analizę na ten temat. Tam jest cicha umowa z pomiędzy rządem i władzą. My wam dajemy kiełbasę i samochody - wy zostawiacie oligarchów i Kreml w spokoju. To zwykły podział łupów jak za carów. Jak Miedwiediew z Putinem przestaną dawać sobie radą gospodarczo - polecą głowy. Dalej - drążę sprawę Farfała. Jak wiesz już po oficjalnym wyroku sądowym można go nazywać faszystą?

 

I zastanawiam sie nad jednym czy po prostu sprawy nie oddać do sądu lub Trybunału lub też do rzecznika spraw obywatelskich. Jak to mówią prawnicy nikt nie jest niewinny - trzeba tylko znaleźć paragraf. Nie wiem czy widziałeś afgański film "Latawiec". Robi on furorę na świecie. W filmie pokazany jest Afganistan przez Afgańczyków. Przed inwazja radziecką był to całkiem normalny kraj. Nie demokratyczny w naszym rozumieniu, ale też nie teokratyczny jak emiraty. Ludzi żyli jak onegdaj w Libanie czy obecnie w Turcji. Byli i fundamentaliści i miłośnicy cywilizacji europejskiej. Kobiety chodziły ubrane jak w turcji czy Afryce.

 

Rozwijała sie kino, były normalne szkoły - bezwyznaniowe i różne sekty muzułmańskie jak w Europie - chrześcijańskie. Nikt nikogo z tego powodu nie palił i nie zabijał. Wszystko to zniszczyli Rosjanie. Przeszło połowa Afgańczyków uciekła z kraju do republik ościennych i Pakistanu. Stingerami – po cichu sprowadzanymi przez milionera z Teksasu pokonano Rosjan (od prawie 50 lat po raz pierwszy na świecie!) a na gruzach wspaniałego kiedyś kraju powstały zalążki Al Kaidy zrobione przez sfrustrowanego bogatego wariata z Arabii Saudyjskiej spokrewnionego z królewską rodziną - Ben Ladina i egipskiego lekarza, zasłużonego bojownika Dżihadu i Bractwa Muzułmanów - skazanego za zamach na Anwara Sadata i tam torturowanego, Al Zahiriego. Zjeżdżali sie wszystkie pojebusy muzułmańskie z Palestyny a nawet z Europy - głównie z Anglii wyszkoleni przez IRA, CIA, Czerwone Brygady, Frakcję Czerwonej Armii a nawet prze Rosjan. I tak mamy Al Kaidę i jej przeróżne odłamy. I to tragedia tego narodu.

 

To co mówisz o tych regionalnych pseudo szeikah i watażkach to nie do końca prawda. Oni istnieli na początku wieku dwudziestego ale to raczej był folklor taki jak u nas różni Kurasiowie. Po ustabilizowaniu sie władzy działali dalej ale raczej łupili karawany i zajmowali sie handlem narkotykami i. Po nastaniu Talibów - dobudowali sobie ideologię jak mafia sycylijska podczas drugiej wojny światowej - że niby pomogła aliantom wyzwolić kraj od faszystów włoskich i niemieckich.

 

Takie Janosikowe ćmoje boje dla ubogich. Także demokracja w stylu europejskim - nie ale także nie przemoc. Zresztą za wiele wymagamy od siebie: dlaczego jako Europejczycy musimy rozumieć cały Świat. Sami mamy problemy własne - a jak na przykład nie mam pracy. Dalej - czytałem w całości ten artykuł z niemieckiej gazety o tym że sami Niemcy by nie przeprowadzali Holokaustu gdyby nie pomoc innych krajów Europejskich, Niestety - zgadzam się z tezami autorów. To wynikło z powodu sprawy Demianiuka. Główna teza jest niepodważalna.

 

Gorliwość francuskich burmistrzów, holenderskich urzędników, polskich chłopów, ukraińskich nacjonalistów w tym strażników obozów śmierci i litewskiej oraz łotewskiej policji o marionetkowych rządach Rumuni i Węgier nie wspominając i dodając do tego austriacką administrację nie ulega historycznej wątpliwości. To ze niemaiszki chcą sie troche wybielić - to prawda. Ale powtarzam - Sami Niemcy by tego aż na taką skalę nie dokonali. Tak jak sama partia nie rządziłaby by w Polsce tak długo od 1944 do 1989 roku. Co by nie było - społeczne przyzwolenie na to powstać musiało?

 

 

POZDRO

 

Jac

 

PLAGIATY

26 kwietnia 2009 22:50

 

Witam,

 

Z imprezą w środę będzie kłopot, bo zajrzałem do kalendarza, a tu właśnie w środę "panelik" w Teatrzyku, jak wspominałem o "ekonomii społecznej". Temat ciekawy i ważny. Zdaje się, że przy okazji kryzysu ekonomiści i politycy zajmują się sobą, a czasem grosza dorzucą biznesowi z podatków.

 

To granda, bo nam "maluczkim" mówią "radźcie sobie sami" a im łapki po publiczne pieniążki się wyciągają. Jestem też wrogiem popierania jakiegokolwiek biznesu z podatków, czyli tworzenia firm za nie zarobione, ale darowane pieniądze.

 

Jakoś w "wolnym świecie" tak to nie działa i nawet tacy, co mieli dziury w kieszeniach w Ameryce do milionów doszli, jak mieli pomysł, talent i odrobinę szczęścia, a do tego pracowitość. Jest ich nie mało. A tu kryzysu nie ma, przed imprezą Marszałek Województwa rozdawał kasę na różne artystyczne przedsięwzięcia i stypendia też. Większość przypadła muzykom i ludziom teatru, bodaj jedna malarka się załapała. Skoro już plotkujemy o Raczaku, to aktualnie pracuje na Akademii i uczy tam teatru, a do tego jest dyrektorem programowym "Malty" więc "biedy nie klepie". To jest właśnie polityka, dawać tym, co już mają na życie i więcej, a reszta niech zdycha, albo zmieni zawód.

 

Z rocznicami rzeczywiście jest klęska, ale z festiwalami też. Jak sama nazwa wskazuje festiwal to święto, jak są codziennie, to świętami być przestają, są wymuszone i powszednieją.

 

W Gdańsku był jakiś jubel właśnie w niedziele z weteranami bigbitu. Odgrzewanych kotletów nie lubię, ale pewno frekwencja była, bo każdy chciał sprawdzić, czy idol starzeje się tak jak my. Może być śmiesznie, jak któryś łysinką zaświeci i zaśpiewa "Gdy się ma szesnaście lat". Zakazałbym takich imprez w ramach zwalczania "pornografii". Chociaż pewno jedna wiadomość ucieszy Wojtka O. W Warszawie w czerwcu zagra zespół Franka Zappy, zdaje się że w "Remoncie" albo w "Stodole". Nie, nie pomyliłem się. Syn artysty pozbierał ludzi z ostatniego składu i ruszyli w świat z programem największych hitów, o ile można w takim przypadku o hitach mówić. Czego się spodziewam?

 

Niczego, bo nie wierze, żeby jeszcze teraz miało to sens, inny kontekst i czasy, a teraz to trochę jak z "muzeum".

 

Opowiem Ci pewną anegdotę. Do nowojorskiego muzeum Googenheima przyszedł pewien starszy pan, później okaże się, że to francuski malarz, kiedyś też awangardzista. Stanął przed słynnym pisuarem Marcela Duchampa. Oddał mocz do urynału, zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem. Strażnik jeszcze się nie zorientował, co się stało, interweniował dopiero wtedy, kiedy ten wyjął z kieszeni niewielki młotek i zabrał się za destrukcje. Na pytanie ochrony, dlaczego to robi, odpowiedział krótko; "Nie aktualne!"

 

Wandal performer nie został ukarany, bo jego prawnik odkrył, że to "kopia" i takich eksponatów w muzeach na całym świecie jest kilka. Awangarda się też powiela, a ów malarz performer poszedł krok dalej, też zrobił "performance". Może za kilkadziesiąt lat nagranie z kamery przemysłowej ochrony będzie pokazywane w tym samym muzeum, jako klasyka "performance"?

 

W epoce romantycznej obowiązywał imperatyw "charakteru pisma", to znaczy artysta musiał się wypowiedzieć w taki sposób, żeby był rozpoznawalny charakter jego wypowiedzi. Stąd przez dekady obowiązujący "indywidualizm" w sztuce. To właśnie romantyzm, a nie awangardowe "izmy" rozpoczął "epokę nowoczesną w sztuce" bez indywidualizmu tych wszystkich "izmów" by nie było. Tą tradycje kontynuuje jeszcze do dziś jazz w muzyce. Rock się odpersonalizował, a awangarda pogubiła się w formalizmach.

 

Sztuki plastyczne nie przetrwają w formie "performance" czegoś jednorazowego i hermetycznego, bo w zamkniętych przestrzeniach. Malarstwo sztalugowe i grafika warsztatowa przetrwają. Można używać komputera, pod warunkiem, że będzie używany twórczo, to znaczy ten "charakter pisma" będzie czytelny, będzie wiadomo, kto i co mówi, przekazuje, a nie odbitka cudzego pomysłu.

Pewien rockman (nazwisko uleciało mi) wpisał w "szperacza" swoje nazwisko i odkrył, że w sieci jest setka jego przebojów zarejestrowanych przez internautów chałupniczo. Okazało się, że wiele z tych wykonań jest znacznie ciekawszych od oryginału, bo ktoś bawiąc się wykazał więcej inwencji, niż ten artysta w studio nagraniowym otoczony elektroniką i utopił pomysły w procedurach nagraniowych, które i tak nie odróżniały go od całej masy podobnych rockmanów.

 

"Led Zeppelin" numer z pierwszej płyty "You shoot me" ukradli Jeffowi Beckowi i Rodowi Stewartowi, a ci z kolei pomysł zaczerpnęli z pewnego chicagowskiego bluesa. Ten, kto wymyślił linie melodyczną i akordy pozostał anonimowy, koledzy się poróżnili, bo było im nie swojo, jak usłyszeli swój "numer" na płycie kolegów, więc swoją taśmę mogli tylko schować.

 

Czasem w rocku decydował przypadek, albo kto był bardziej bezczelny. Po wielu klęskach , kolejne zespoły się rozpadały i Rod Stewart rozpił się, przez lata nie obecny na scenie, a w tamtych latach śpiewał nie gorzej niż Plant. Jest taka anegdota, że w trakcie koncertu w londyńskim klubie nabitym po brzegi wysiadł wzmacniacz, ale Rot śpiewał dalej i nikt się nie połapał, że "daje bez wzmacniacza" prawie padł po koncercie, ale walczył dzielnie.

 

Z naszych dinozaurów nie znoszę "Budki Suflera" i "Perfektu", bo trochę lat minęło i dociera po latach sporo rzeczy z tamtych czasów, jak słucham historii rocka BBC, teraz radio to nadaje, to się przekonuje, że wszystko co nagrali, to same plagiaty.

Może się czepiam, w "postmodernizmie" postulat oryginalności i własnego charakteru pisma jest już nie aktualny, ale w takim razie co na to "ZAIKS", który pobiera tantiemy dla artystów za rzekomo oryginalną twórczość, bo przypisaną konkretnym wykonawcom?  To przecież postromantyczny anachronizm.

 

Do zalistelowania!

and.

 

REFLEKSJE PO IMPREZIE

Witam!

26.04.19.30

 

Trochę ochłonąłem po imprezie. Aula była nabita. Rozmawiałem z sąsiadem z osiedla, który też był na koncercie i trochę się rozczarował. Odkryłem, na czym polega problem z jubileuszami. Propagandowo są łatwe, bo "same się sprzedają". Taka rocznica, to najlepsza reklama. Książka Hendrykowskiego świetnie się sprzedaje, "promocja za darmo". Odebrałem dwie "recenzje"; filologa i jazz fana. W obu przypadkach konkluzja ta sama; w gęstwinie faktografii gdzieś rozpuszcza się "klimat".

 

Książka drobiazgowo rekonstruuje biografie, ale czytelnik nie zorientowany, nic się nie dowie o "klimatach" tamtych czasów, ani też niczego o samej muzyce. Prawdopodobnie takie książki są też potrzebne, dla nas to kopalnia wiadomości do ewentualnego dokumentu, to fakt.

 

Jak to jest z tymi jubileuszami? Publiczność spodziewa się ekstra wydarzenia, aby to zapewnić zbiera się ekipę  złożoną z wybitnych muzyków. Owszem zagrają, nie zawiodą, ale na co dzień nie grają ze sobą, więc nie będzie się to kleić i wydarzenie będzie, ale bardziej towarzyskie, niż artystyczne. Tak między nami, to aranżacje i orkiestracje Krzesimira były pomysłowe i kompetentne, ale orkiestra nie ta. Słyszałem smyczki z jazzmanami i to naprawdę brzmiało świetnie, ale tu też brzmiałoby świetnie, ale nie z tą orkiestrą, która co tu dużo gadać nie zawsze łapała o co chodzi i nie radziła sobie zwłaszcza z pomysłami harmonicznymi, nie typowymi dla "klasyki" a zasadniczymi dla jazzowych aranżacji. Nie chce robić tu wykładu, ale to tylko poprawni rzemieślnicy i dobrze czują się w "klasycznej literaturze".

 

Ze względów biznesowych i towarzyskich nie wypadało i się nie dało zaangażować innego zespołu, więc tak musiało być. W kilku miejscach słychać było, że Stańko "grał z marszu" czyli przejrzał partytury i na próby czasu nie było. Zagrał swoje, ale orkiestra trochę zostawała z tyłu, bo bez próby nie do końca łapali, kiedy są wejścia, że w jazzie to normalne, że są jakieś "biegniki" "glissanda", których na papierze nie ma.

 

Rocznica jest dla artystów mobilizacją i okazją dla pokazania się, ale czy inspiracją, w to wątpię. Z tych powodów takie "obchodowe koncerty" muszą być skazane na nie powodzenie w sensie artystycznym, chyba że ktoś znajdzie naprawdę ekstra patent, kompletnie zaskakujący.

 

tytuł   "MEINE SÜSSE EUROPAISCHE HEIMAT"

Witam!

19.04.20:37

 

Uzupełnienie do recenzji. Płyta o której pisałem, a z której Krzesimir wybrał dwie kompozycje ma tytuł "MEINE SÜSSE EUROPAISCHE HEIMAT". Ukazała się w Niemczech w 1966 roku (jeśli dobrze pamiętam, mam też nadzieje, że nie przekręciłem tytułu).. Jak wpisałem, pomysł był Karla Dedeciusa i Joachima Berendta. Obaj "polonofile". Idea płyty była taka, że aktorzy recytowali wiersze w przekładach Dedeciusa, a w tle była muzyka jazzowa, Komedy. Praktycznie wyciszeń było nie wiele, aktor recytował na tle muzyki, ale też pozostawiał wolną przestrzeń w tych partiach muzycznych, kiedy występowałaby kolizja słowa z dźwiękiem zbyt dynamicznym, czy na tyle interesującym, że osobnym.

 

To taki pomysł na "ścieżkę filmową" do jakiejś poetyckiej impresji. Na film funduszy nie mieli, więc skupili się na nagraniu. Tematy tam zapisane, są naprawdę bardzo ciekawe i różnorodne, wcale to nie takie brzdąkanie do słów, co teraz jest powszechne. Płyta okazała się sukcesem, świetnie się sprzedała. Zapytasz, dlaczego nic w kraju na ten temat nie mówiono, recenzji też nie było? Odpowiedź prosta, Dedecius nie pytał polskich władz kulturalnych co ma być na płycie, a ściślej, kto z poetów, wybór nie spodobał się prominentom literackim, bo znalazła się poetka emigracyjna, o której nikt w kraju nie słyszał, a do tego wiersze na cenzorskim indeksie. 

 

Na karierę Komedy to zasadniczego wpływu nie miało. Ponieważ był muzykiem, więc "eksportować" go się nie bali, bo jak muzyka może być polityczna? Słowo o Dedeciusie, bo o Berendtcie pewno sporo już wiesz. To przypadek niezwykły, powiem, że najwybitniejszy tłumacz polskiej literatury na język niemiecki. Z czasem wyspecjalizował się w poezji, ponieważ z tym tłumacze niemieccy radzili sobie najgorzej i z czasem prawie zarzucono niemieckie przekłady polskiej poezji, a wynikało to z narastających trudności, a nie z niechęci. Dedecius zadbał o to, aby cała polska poezja współczesna była znana w Niemczech, ale też i odwrotnie, pomagał polskim tłumaczom poezji niemieckiej współczesnej. W latach siedemdziesiątych ufundował instytut z założeniem właśnie wymiany kulturalnej polsko-niemieckiej, na polu literatury. Muzycy i plastycy mieli znacznie lepiej, mimo "żelaznej kurtyny" tu jakoś wymiana była płynna i raczej nie konfliktowa, nawet w czasie spięć politycznych. Berendt przyjeżdżał do Polski wiele razy i praktycznie wszyscy z czołówki lat siedemdziesiątych mieli szanse grać w Niemczech, Austrii i Skandynawii, a co ważne przy okazji zarobić prawdziwe pieniądze.

 

Jak to było z tym instytutem? Karl Dedecius był wziętym prawnikiem, założył sporą firmę adwokacką i doradczą, która zarabiała spore pieniądze, swoje udziały , a raczej dywidendy i zarobki "topił" w drugiej pasji, czyli instytucie i pracy przekładowej. Jak się domyślasz to zajmowało sporo czasu i pochłaniało wiele energii.., Podziwiałem tego człowieka, który był jednoosobową instytucją, a z artykułów, bo też pisał o literaturze, uderzała wielka erudycja i talent literacki.

 

Gdyby to ode mnie zależało to dałbym mu Nobla (kiedy jeszcze żył), chociaż był tylko tłumaczem i krytykiem i to w dodatku nie zawodowym.

 

Dla polskich władz kulturalnych i literackich prominentów był trudnym partnerem, bo miał własne zdanie, niczego nie musiał i nie mogli z nim zagrywać jak z oficjalnymi instytutami; jak wy nam to, to my wam tamto itp. Nie działał też rynek zamówień zarządu ZLP. Walka o przekłady była ogromna, bo to oznaczało nie tylko sławę na Zachodzie, ale prawdziwe pieniądze. Był taki facet, który miał wiele do powiedzenia i stwarzał możliwości, ale dla partii ta kasa i te możliwości były poza zasięgiem. Berendt też ich wkurzał, bo nie zapraszał muzyków z rozdzielnika i dla muzyka było ważniejsze posiadanie dobrego stroika, a nie czerwonej legitymacji.

 

Projekt poetycko muzyczny powtórzono po dwudziestu latach, tym razem z udziałem Krzesimira. Berendt uważał, że zrobi rewolucje jak Zavinul i dokończy to, co Komeda zaczął. Hollywood jednak przestał fascynować się jazzem i nadal ceni porządne rzemiosło. Chociaż w tej dyscyplinie Krzesimir miałby większe szanse niż Komeda, bo jest dobrym orkiestratorem i ilustratorem.

Do zakręcenia!

and.

 

Do zakręcenia!

and.

 

PALĘ FESTIWALE...

26 kwietnia 2009 18:30

 

Witom i pytom o zdrowiutko!

 

Co do imprez rocznicowych mam zdanie wyrobione. Cóż - moja naiwność.

Myślałem że to domena komuny a w wolnym kraju albo się chodzi na koncerty tego kogo sie lubi, albo na wystawy te które sie podobają i je się ceni. To samo z filmami. etc.

 

A tu okazuję sie że festiwalomania, biennalomania zabija sztukę.

Jestem w tej kwestii bardzo fundamentalistyczny. Komunizm potrzebował sztuki jako fasady do zaprezentowania sie z tej ludzkiej - nie siłowej strony. Kapitalizm liberalny potrzebuje jej do legitymizacji tego że ją wspiera.

 

Samorządowiec potrzebuje jej do swoistego awansu aby "artyści na niego głosowali" a z okazji takiej "komedówy" wpływowym artysta daje się dodatkowa kasę a ci trochę traktują to - z konieczności jak lukratywną chałturę jeszcze z błogosławieństwem społecznym.

 

Za - obecnie przeklętym - poetą Jasińskim powtórzę - "PALĘ FESTIWALE".

Jac Piroman

 

KONCERT

25 kwietnia 2009 03:57

 

Witam!

 

Byłem na koncercie.

Spotkałem Babczyszyna, Ranusa i Hendrykowskiego. Rozmawiałem z Dionizym. Był też Lech Raczak. Od laurek zaczęła się cała impreza. Szczerze mówiąc to trochę nie w porządku, jak na płatnej imprezie, bądź co bądź komercyjnej, załatwia się propagandę i interesy. Nie ten czas i nie to miejsce, bo to był "Czas Komedy".

 

Personel wykonawczy; Krzesimir Dębski, orkiestracja, aranżacja, dyrygentura i skrzypeczki. Zapomniałbym oczywiście konferansjerka, czyli "człowiek orkiestra". Filharmonicy poznańscy, sekcja rytmiczna; Krzysztof Przybyłowicz, Adam Skrzypek (kontrabas), Urszula Dudziak, Tomasz Stańko, Leszek Możdzer - soliści.

 

Pierwsza część to kompozycje mniej znane, muzyka do filmu "Wyrok", Sophie Tune", "Komeda Circus". Muzyka filmowa, ballada napisana z dedykacją jak tytuł wskazuje żonie, ilustracja muzyczna do wiersza Adama Ważyka. To przy okazji będzie trzeba rozwinąć, skąd się to wzięło i co to za pomysł. W części drugiej pierwszy temat to też zapomniana kompozycja do poezji, a dalej standardy; kołysanka z filmu "Dziecko Rosemary", ballada z filmu "Prawo i pięść", oraz temat "Kattorna" i tu miał nastąpić finał, ale jeszcze bis kołysanka i do domu.

 

Jak publiczność przeciągała bisy, to Krzesimir zauważywszy, że obsługa już otwiera drzwi i zapala światła, powiedział "Oni wiedzą kiedy skończyć, pracownicy filharmonii, w końcu w swoim życiu się nasłuchali więcej niż wy"(wy, czyli publiczność). Min personelu nie widziałem, ale publiczność śmiała się.

 

W pierwszej części trochę się nie kleiło, każdy grał swoje, więc orkiestra nawet starała się za bardzo nie przeszkadzać. Powiem szczerze, że na co dzień nie grają z jazzmanami i było słychać, że trochę nie łapią na czym to polega i kulturalnie uważają, że jak ktoś coś zmienia, to należy mu nie przeszkadzać. Tymczasem jak gość improwizuje, to trzeba robić swoje, czyli nadążać za nim i grać to co się ma w papierach i nie przejmować, bo inaczej się wszystko rozjedzie.

 

Kiedy Urszula Dudziak zaczęła popisywać się swoimi zabawkami elektronicznymi, to już wszyscy odpuścili i dali się jej wyszaleć. W drugiej części Krzesimir powiedział: "Nie wiem jak ze swoim dziewczęcym głosikiem Ula sobie poradzi z makabryczną Katorną?" W przerwie też zdążył jakieś anegdoty z książki Hendrykowskiego wybrać.

 

Druga część była znacznie lepsza, nie dlatego, że same znane kawałki, ale orkiestra się rozluźniła. Wszystko bardziej się kleiło, no i nie miałem porównania w tych mniej znanych kawałkach, ale tu aranżacje były świetne. Zwłaszcza ballady z filmu "Prawo i pięść", po prostu standard jazzowy z towarzyszeniem smyczków. Drugą balladę czyli "Dziecko Rosemary" popsuła mi Urszula Dudziak, bo jej "intro" kompletnie nie miało nic wspólnego z tematem, ale dalej było lepiej. W "Kattornie" całkiem dobrze, jak się jej zabierze te zabawki, to okazuje się, że potrafi śpiewać i melodycznie i harmonicznie. Możdżer genialnie sparodiował manierę pianistyczną Komedy.

 

Aula nabita. Nie obyło się bez awantury. Oficjalnie zapowiedziano żeby nie tylko wyłączyć komórki, ale nie fotografować i nie nagrywać. Ja miałem włączony sprzęt, ale byłem blisko drzwi i czujny personel filharmonii to zauważył, nie wiele brakowało, abym musiał wyjść, więc wyłączyłem urządzenie i się uspokoili. Przy drzwiach stali chłopcy z aparatami, robili zdjęcia z "oficjałki", chcieli też na początku coś sfotografować, ale ich wyrzucili i nie pomogło schowanie aparatów, w końcu jeden wrócił po chwili bez sprzętu. Dał się namówić na pozostawienie go w szatni. Pytałem w przerwie właśnie tych kolegów z "komitetu obchodów" nic o tym nie wiedzieli, kto to zarządził, bo muzycy mieli to w nosie. To też temat na felieton.

 

Do zagrania!

and.  

 

 

JAKA TO ROCZNICA?

23 kwietnia 2009 01:45

 

Witam!

Jaka to rocznica przypada 23 kwietnia? UNESCO tego dnia ustanowiło Światowy dzień książki. Pod tą datą miał się urodzić Miguel de Cervantes Saavedra i tego dnia zmarł Szekspir. (również Komeda), ale też i jest to data urodzin Sergiusza Prokofiewa.  W poniedziałek w kategorii "poezji śpiewanej" szacowna Akademia Fonograficzna nagrodziła Marie Peszek za jej pornograficzny kicz literacko muzyczny "Maria awaria".

 

Z nowości wydawniczych (ukazała się płyta) z tekstami Maklakiewicza i Himilsbacha. Podobno to piosenki. Oto próbki tej poezji najwyższego lotu: "Alkohol ma dobre, ale też i złe strony. Do wniosku dochodzę w niedziele przy stole.", w innym miejscu "Ogólnie jest dobrze, ale też nie jest źle."

 

Pijacki bełkot do zarzygania, a tu namaszczeni krytycy cmokają, ach jak to proste, a skomplikowane, bo zrozumieć tak na wprost się nie da. To też cytat, ale dla zmylenia nie w cudzysłowie, zresztą po co, bo takie mądrości to każdy menel potrafi wygłaszać.

 

Proponuje nowe terminy literackie i muzyczne; zamiast "liryka", "menelika", a zamiast piosenka", "pizdenka". Pisze nowy tekst dla "Marii Awarii" w krakowskim stylu. Mam już początek: "Chujawiaczek jeden,

miał panienek siedem ..."

Do zakręcenia!

and.

 

STANDARDY  W WYKONANIU KOMEDY

21 kwietnia 2009 22:14

 

Witam!

 

Płyta będzie, w czwartek w "Głosie Wielkopolskim" standardy w wykonaniu kwintetu Komedy. Sponsor też się znalazł, więc będzie kosztować 5.50 zł. Warto sobie kupić, a budżet nie nawali.

 

W czwartek będzie oficjalna impreza, ale w Ostrowie Wlkp. a w piątek w filharmonii duży koncert na który miasto dosypało kasy i stowarzyszenie Astigmatic to firmuje. Ekspert od Komedy Marek H. coś tam marudził o Komedzie, już się lansuje z nową książką. Kilku autorów się przymierzało do monografii, ale wydawcy nie przejawiali zainteresowania.

 

Zdarza się, w końcu nic związanego z filmem w tym mieście nie może się bez Marka H. odbyć. Sam tak kiedyś powiedział. Ponoć Babczyszyn rozważa przenosiny do Wrocławia, tak mówił "wodnik" bo coraz trudniej mu się z miastem dogadać. Nie wiem, czy to tylko plotka, czy kolejny, który się poddaje i emigruje. To, że młodziaki stypendia dostają to dobrze. To, że zaczynają od klasyki, to też dobrze. Nie ma co narzekać, akurat ten rynek dobrze sobie radzi mimo kryzysu. Ja już nie nadążam z czytaniem "newsów" o płytach jazzowych, jakie się codziennie ukazują. Zapewniam, że ilość oszałamiająca, ale wcale ta ilość nie obniża jakości. Produkcje są coraz lepsze. Słyszałem na przykład płytę jazzową niejakiej Kayi. Tekst Młynarskiego, muzyka Nahorneego.

 

Naprawdę produkcja wyborna i stylowa jazzowa. Nowe gwiazdy też są, skoro mowa o Wromblu, to gra na płycie Anny Serafin, całkiem nie zła wokalistka. Z Komedą to było tak, bzdury opowiadał "ekspert", bo nie jest prawdą, że był nie doceniany. Po pierwszym Sopocie przez okrągły rok trwały fety. Prasa chwaliła, na tyle na ile można było chwalić. Zaraz po Sopocie "Tygodnik Zachodni" otworzył klub jazzowy w gmachu Pasty. Były prelekcje, koncerciki i wspólne słuchanie płyt, jak ktoś coś zdobył. Po śmierci Stalina nikt grania jazzu nie zabraniał. Komeda jeszcze mało umiał, a już był gwiazdą. Trzeba pamiętać, że zaraz po studiach dostał nakaz pracy i biegał na laryngologie odbębniać dyżury i jedynym zmartwieniem w tym czasie jakie miał, to jak wyłgać się z tej "medycznej pańszczyzny". Kłopoty mieli wszyscy w tym czasie była ogólna nędza i nikomu się nie przelewało.

Teza o "nie docenieniu" i "utrudnianiu" nie da się obronić, nawet specom z IPN. Publiczność to osobna bajka, bo w czasie mody na "egzystencjalizm" przychodzili na koncerty studenci w czarnych swetrach i blade egzaltowane panienki, myśleli, że ta muzyka to okno na wolny świat. Zresztą o tym wiesz. Ja chciałem zrobić film fabularny pokazujący młodych ludzi w "trasie" jako ich patent na życie, ale wszyscy oczekują pomnika, zwłaszcza rodzina.

 

Tragedia Komedy polega na czymś zupełnie innym, na tym, że w chwili, kiedy rzeczywiście zaczynał prawdziwą karierę kompozytora i opanował rzemiosło muzyka, przypiął się do niego jeden pijak zgorzkniały i z kompleksami, który pociągnął go na samo dno.

 

To była tragedia jednego człowieka i z "martyrologią" nie ma to nic wspólnego. To prawda, że lubimy świecić światłem odbitym od blasku innych. Na marginesie miasto podaje błędną informacje, że Komeda urodził się w Poznaniu, a to nie prawda. Zresztą nie ma to znaczenia. Z niepotrzebnych imprez to w maju będzie sesja na UAM "Instytucje kulturalne w kryzysie". Kilku akademików wygłosi referaty, organizatorzy zarobią też, a działacze będą w kulisach biadolić jak to jest ciężko. Wytępiłbym tych wszystkich animatorów, organizatorów, promotorów, kuratorów, bo to pasożyty. Sztuka bez nich i tak da sobie rade. Poznań nie będzie kulturalną stolicą Europy w 2016, to pewne.

 

Pozdrawiam!

and.

 

 

21 kwietnia 2009 19:11

 

Witam,

Nie ma co polemikać bo popiram i kwita. Z jidnym wyjuntkiem. Pisanie o rocznicach jak najbardzij i to u Cibie cynię ale chodzi mi o imprizowanie. Znowa kolijny festiwol i tylo a na nasz film o Jazzie Merczyński odpisoł że nie przewiduje takigo dofinansa. Moja tyza jest tyka: sympozja, konferyncyje i festiwale pochłaniają różne budżeta, lansuje się przez to nie artystów a organizatorów (mają swoje 5 minut w przekaziorach i nie tylko) a kiejby lepij by wydali jaką płytę komedową albo nawet pak cały, lub ktuś zorganizowałby nagrania komedowe przez innych artystów zrobione. Festiwalomani i galomania kojarzyła mi sie z poprzednim ustrojem - niestety to rodzaj kulturalnej choroby także w kapitaliżmie. Lepsze są stypendyja dla artystów niż hucby takowe. Przykład - niech taki Kuba Królikowski dostanie stypendiumek na nagranie płyty komedowej wraz z najmłodszym pokoleniem wykonawców z okazji 40 rocznicy. I niech ta płyta zostanie odpowiednio wydana i wylansowana - nawet w całej UE. Nie bój się. Nasi radni mocariady z komediady nie zrobium. Tylko laurkę ku czci. I paru działaczy na tym zarubi. Z Niemenem tyz wypadło fatalnie. Jest legyndą ale Polską. Imprezy poszły w ilość - nie w jakość. Co do naszych prawiciarzy? Nie wim co z nima zrobić.

 

Kożden proteścik przeciwko naruszyniom demokracyji traktują jak tajny spisek Gazyty Wyborczej. Ciągle u nich przewija sie motyw żydokomuny i mi juz łapki opadajom. Problem z Żydami jest taki jak z Wałęsą. Nie obchodzi mnie cy Lechaj był TW cy ni. Był kim był. Ikonom Solidarnościowom i dośc kipskim prezydentem bo ta funkcja go przerosła intelektualnie i chyba tyz moralni. A zydzi - wcale nie sa aż tak wpływowi jak sądzą antysemici, ani tak przebigli i mądrasińscy jak mówią filosemity. Som poprostu narodem jak każdy inny. Wielu wśród nich idiotów ale tyz i ludzi światłych. Podobni jak wśród Polaków, czy Hindusów. Nie som tyz zadnym narodem wybranym ani przeklętym. Zapytom jak Kołakowski - a co z Kurdami? Monarchiści to trocha nie obrażajonc taki fenomeny jak ciele z dwoma główami cy kobita z brodom. Ma prawo być, ale do normalnej egzystencyji właściwi si nie nadaje.

 

Powinni przebywać pod kloszem lub w Zoo. A jak na wolności i nie szkodzom inszym - niech sobie spokojnie żyjom na zasadzie skansenku. Korwin Mikke jest czasami zabawny, czasem groteskowy ale polemizować z nim nie sposób. Zresztą - to zauwazyo wielu badaczy ze czasem pomiędzy ewolucyją a rewolucyją nie ma specjalnej różnicy. Znamy rewolucyje aksamitne (jak w Polsce czy w Czechach albo nawet w ZSRR za Gorbiego) i ewolucyje gwałtowniackie jak na początku 19 wieku w Anglii czy USA (gwałtowny rozwój przemyślunku). Tak cy inaczej rozwój świata nie pzebiegoł spokojnie i trza się z tym zgodzić.

 

Z inszej beczki. Na Laskowiku bylimy. Tynże znaloz formułe jak pogodzić ludyczność z wyrafinowaniem. Jest urodzonym zwirzynciem kabaretowym i co powi to ludziska pynkajom. Z zyspole mo Kałużnika naszygo Wrymbla na basiku i Luterka w obstawi. Teksty rewelacyja, muzycka pikna, paninki purtaśne i dobrzutko swingujom, piosnecki stlizowane grajom i z doktorów i insych panocków ubaw dajom. Polityki mało - obserwacyji wiela małolepsyj. Serdycnie polecomy i dobrze się momy. Telewizor mistrz omija i na tle ogólnopolskiej tendencyji nieźle sie trzyma.

 

Jac Pac

 

 

O HISTORIOZOFII

28 marca 2009 17:05

 

Witam Waszą Reżyserskość!

Co do historiozofii, to kilka przypisów. Wszystkie imperia w dziejach ludzkości upadały, a przyczyny były rozmaite, jednak pewne prawidłowości są. Jedną z nich jest nastawienie na eksploracje. Począwszy od imperium rzymskiego, poprzez podboje Mongołów, którzy przez wieki gnębili Chiny, imperium Napoleońskie, III Rzesze, aż po imperium Sowieckie, wszystkie opierały się na totalitarnym terrorze, różnice sprowadzają się do technologii wojennej i przemocy. Im bardziej imperium się rozszerzało, tym trudniej było podbite narody kontrolować. Aparat przemocy wraz ze swoim rozwojem potrzebował coraz większych środków, a z drugiej strony doprowadzał swoimi działaniami do upadku gospodarki podbitych regionów.

 

Rzym upadł z powodu swojego hedonizmu, nastawienia na konsumpcję, w końcu polityka podbojów i eksploatacji podbitych terenów doprowadziła je do ruiny i Rzym, który był żywiony przez podbite kraje, nagle stracił te spichlerze, bo sam je zniszczył. Inna prawidłowość, to im większa bieda, tym większa korupcja. Efekt zawsze jest ten sam, "nawet pretorianie nie mają co jeść", więc stają się pospolitymi bandytami i system też nie może się na nich opierać.

 

Podobnie w Rosji Sowieckiej, aparat przymusu w pewnej chwili, a proces ten trwał dziesięciolecia, stał się organizacją "wyalienowaną z państwa" w chwili przekształceń stał się zwyczajną organizacją przestępczą, tyle, że dobrze zorganizowaną. W Rzymie lokalni namiestnicy i konsulowie, zwyczajnie kradli i brali łapówki, a proceder ten rozszerzał się wraz z podupadającą gospodarką. Kłopot tylko w tym, że Rzymianie podbitym narodom nie mieli wiele do zaoferowania, poza administracją, organizacją i kilkoma wynalazkami, natomiast nie mieli pomysłów na gospodarkę innych, jak ściąganie podatków. Podobne wzory stosowały państwa średniowiecznej Europy, choć na mniejszą skale. Państwa, które dokonały rozbioru Polski też nie wiele miały do zaproponowania. Wielkopolska była spichlerzem Prus, a pod koniec wieku XVIII rolnictwo w Polsce było na znacznie wyższym poziomie niż w Niemczech i Rosji.

 

To polskie majątki na Ukrainie żywiły Rosję. Zaborcy potrafili jedynie eksploatować lokalną gospodarkę, a polityka prowadziła jedynie do upadku rolnictwa i przemysłu na poziomie Europejskim na ziemiach polskich. Nadal pokutują w Europie mity, jeden, to mit niemieckiej gospodarki, zapomina się o tym, że na tą potęgę pracowało 50 milionów niewolników przez prawie sześć lat. Drugi to potęga Rosji,  z którą rzekomo trzeba ciągle się liczyć. Jak podawał Sołżenicyn i potwierdza to też Suworow, potęga Sowieckiego imperium została oparta na 56 milionach ofiar. Podobnie jak Niemcy nie zapłacili za ten wyzysk, tak i Rosja do dziś żyje z surowców wydobywanych głównie na podbitych terenach, z których wcale nie ma zamiaru się wycofać. W Rosji nie ma ani rolnictwa, ani przemysłu, są surowce. Europa udaje, że chodzi o "status quo" więc Rosji sprzyja, chociażby całkowicie uzależniając się od rosyjskiego gazu. Ponieważ twierdzę, że w dziejach nic się nie powtarza, wcale nie jest powiedziane, że skutki, a przede wszystkim rozpad będzie podlegał tym samym prawom, co w przeszłości, a że kiedyś nastąpi, to pewne. Jak na razie przeżyliśmy upadek komunizmu, ale imperium ciągle się rozpada, a energia rozpadu może być destrukcyjna również dla Europy.

 

Teoretycznie pomysł na "Unie Europejską" jest bardzo nowoczesny, powstaje nowe imperium, ale na zasadzie porozumienia, a nie podbojów, ma to tą zaletę, że zachowane są odrębności kulturowe i uwzględnia się specyfikę regionów, jednak obok idei współpracy, jest groźniejsza, konkurencyjna, unifikacji. To może się źle skończyć, bo w takim organizmie działają nie zmienne i nie podważalne prawa fizyki, czyli zasada "naczyń połączonych" i "dyfuzji materii".

 

Teraz jesteśmy na etapie wyrównywania ciśnień w poszczególnych naczyniach i poziomów, czemu towarzyszy rozpraszanie materii, czyli kapitału. Proces ten potrwa czas jakiś, ale zainicjuje on kolejny, również zgodny z prawami przyrody, czyli skupiania materii. Jeśli w tym wyrównanym mechanizmie pojawi się jakaś nawet niewielka siła, zainicjuje ona proces odwrotny, to już pośrednio widać, do głosu dochodzą wielkie korporacje przemysłowe i organizacje handlowe, wcale to nie sprzyja konkurencji i wolności gospodarczej, bo każda organizacja wraz ze swoim rozwojem staje się machiną nie do zatrzymania i będzie niszczyć i wchłaniać tych mniejszych.

 

Czy ludzkości starczy zdolności przewidywania i rozsądku, aby regulować "przepływy" nie ma pewności? Teraz w ramach kryzysu trwa debata, czy powinniśmy wejść do strefy Euro, a jeśli tak, to kiedy? Najlepszym momentem jest właśnie ten w jakim jesteśmy, ponieważ zasada "wyrównywania" poziomów i ciśnień w poszczególnych naczyniach, zasiliłaby nasze naczynie, czyli gospodarkę, ale reszta Unii doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że to co w tej chwili byłoby dla nas korzystne, wcale nie musi być dla pozostałych państw. Unia jeśli ma przetrwać, musi bronić się przed unifikacją, bo ona zniszczy lokalną aktywność nie tylko gospodarczą. Wymiana i mieszanie - tak, unifikacja i standaryzacja - nie.

 

"British Council" ogłosił szereg konkursów, między innymi dla młodych biznesmenów w branży muzycznej. E Polsce wygrał chłopak, który jest promotorem "R&B" w kraju. Wielka machina brytyjskiego przemysłu rozrywkowego dąży do poszerzenia swoich rynków, zjednoczona Europa temu sprzyja, ale ja cieszyłbym się gdyby na przykład laureatem konkursu został jakiś "symfonik", albo "folkowiec", który sprzedaje jakiś produkt lokalny, a nie pracuje na rzecz pomnażania zysków wielkich koncernów medialnych. MTV ma już oddział polski, ale jego produkcja niczym się nie różni od tego w Anglii, czy Holandii. Powstają jakieś "nowotwory kulturowe" zewsząd, czyli znikąd. Media tworzą matryce do wtłaczania wzorców konsumpcyjnych. Francuzi "zadekretowali" proporcje francuskiej muzyki i filmu w mediach elektronicznych, co oburza koncerny międzynarodowe.

 

Jednak wcale te regulacje nie nastąpiły wbrew publiczności, wręcz przeciwnie, tego oczekuje się od lokalnych władz. W Polsce działa mechanizm odwrotny. Teraz TVP produkuje kolejny serial  "Szkoła tańca". Niestety to nie jest oryginalny pomysł, tylko kolejna licencja. Biznes rozrywkowy, zgoda, ale dlaczego za moje pieniądze? Tak właśnie rozumiem, potrzebę regulacji, takie pomysły nie powinny być finansowane z publicznych pieniędzy. Przykładów można mnożyć.

 

Do zakręcenia!

and.

 

RE: „ZŁA PAMIĘĆ I DOBRE ZDROWIE” - TEMATÓW CO NIE MIARA

27 marca 2009 23:05

 

Witam Kolegę Viloviusa,

Tematów mnóstwo, ale po kolei. Zawsze z przeciwnikiem rozmawia się i negocjuje nawet jak się jest na pozycji straconej. Tak było w grupach plemiennych, za czasów rzymskich i obecnie. Rzymianie nie napadali od razu, tylko na początku proponowali konkretne warunki. Jedne narody na to przystawały i zostawały wasalami bez przelewu krwi inne nie. A i tak w końcu zostawały podbite. Choć nie do końca. Rzym nie podbił do końca Germanów - niestety i dlatego potem ci wiele razy oblegając Cesarstwo, powoli doprowadzili do jego upadku. Także nie poradził sobie do końca z Brytami a właściwie Celtami, i ci też powoli doprowadzili do upadku Imperium. Spowodował masakrę Daków - nauczony porażkami z Germanami, ale to nie wiele im dało bo w Dacji pojawiły się inne plemiona z terenów Azji wschodniej oraz inne typu perskiego, z którymi musieli zawrzeć tak zwany pax romana.

 

Po rozbiciu Cesarstwa na dwie stolice upadało ono coraz bardziej aż w końcu - nie tyle upadło co zanikło, ponieważ ościenne nacje tak zachodnie jak i wschodnie praktycznie się wymieszały w Italskim tyglu. Można powiedzieć iż w ten sposób powstała obecna Europa i tak jest praktycznie do dzisiaj.

 

Tak że są dwie w uproszczeniu mówiąc, teorie dziejów; spiskowa i niespiskowa. Ta druga mówi że decyzje polityczne są motywem działania jednostek, grup i całych plemion oraz narodów, czy też grup narodów - w skrócie - społeczności ludzkich.

 

Obserwuje niebezpieczną tendencję. Działania jednostek tłumaczy się i usprawiedliwia poprzez ideologie czy motywy grupowe (typu: wszyscy biedni są skłonni do kradzieży i przemocy) a działania grup i państw tłumaczy się działalnością jednego człowieka, (u Niemców gdyby nie Hitler itd., przeciwnicy Amerykanów wszystko jednoosobowo zwalają na Busha, Arabowie ekstremizm na Bin ladena).

 

A prawda jest taka że gdyby Adolf umarł, hitleryzm by trwał nadal bo do sukcesji było masę chętnych. To samo ze Stalinem i Mao. Te systemy nie zniknęły automatycznie po śmierci wodzów. Jeszcze po tym cierpiały miliony niewinnych ludzi. Także z Okrągłym Stołem - obawiam się że to było jedyne wyjście. W Hiszpanii po śmierci Franco można było mordować wszystkich falangistów i zwolenników Caudillo.

 

Jednakże mądrość Hiszpanów doprowadziła do przemiany państwa w kraj najszybciej rozwijający się w Europie. W Niemczech żywiołowa denazyfikacja doprowadziłaby do kolejnej rewolucji i w konsekwencji do rozpadu młodej demokracji. Ukarano najważniejszych - niedopuszczono do urzędów członków NSDAP a reszta jakoś musiała wtopić się w społeczeństwo. Przecież nie można było wsadzić do więzień pół narodu. Trochę tak jak z Polską. Powiedzmy sobie szczerze. Trzy czwarte narodu kolaborowało z władzą. A teraz ich dzieci  stają się lustratorami. Może niech zaczną od swoich rodzin. Kto dostawał mieszkanie poza kolejką? Kto za małego Fiata szczuł na sąsiada i kumpli z pracy? Kto dla większej pensji podejmował robotę sprzątaczki w MSW, czy pielęgniarki w szpitalu wojskowym? Niby to nie kolaboracja - a jednak. Dostosowanie się ? Może, ale ja takich praktyk nie stosowałem. Ani Zanussi. Miał chłop talent a że rozmawiał z esbekami – pytanie - kto nie rozmawiał. Ja też rozmawiałem, ale na nikogo nie doniosłem. Powtarzam, z wrogami też się rozmawia, ale to nie dowodzi tego że się jest po ich stronie - szególnie jak są silniejsi.

 

Wbrew pozorom komuna była najsilniejsza w latach 60 i 70. W stanie wojennym była słaba - jej jedynym atutem była rozpaczliwa siła. I wtedy jak się szło na układy to już było się sprzedajnym. Rok 80 i 81 był cezurą. Było wiadomo że już nad niczym nie panują. Ani nad gospodarką ani nad mentalnością i duszami ludzi. Zabójstwo Pyjasa pod koniec lat 70 było tragiczną głupotą, zabójstwo Popiełuszki była aktem szaleństwa i gwoździem do trumny systemu. 

 

Reasumując - sądzę że oficerowie - tajni, jawni i tacy sobie, chcą teraz wmówić wszystkim dookoła i samym sobie, że to oni wszystkim sterowali i pewnej sfrustrowanej odmianie opozycji udało im się to sprzedać za bezcen. Rzymianie też tak myśleli, że nad wszystkim panują, a tymczasem w Palestynie od jakiegoś żydowskiego „hippisa – proroka” i z zachodu od hardych Normanów, zaczął sie ich upadek. Jedna rzecz nie ulega wątpliwości.

 

Wielu w Polsce z nich się wzbogaciło dzięki ustawie Rakowskiego "konsolidującej majątek narodowy", ale taka była cena bezkrwawej rewolucji. Nawet Mandela wiedział w RPA że wyrżniecie białych zamieni ten kraj w Angole, Sierra Leone albo w Zimbabwe. 

 

To na tyle. CDN. 

Jac 

 

 

Ciąg dalszy na stronie 02 >

 

Strona główna

Działy

Annales

Brzmienia

Spis treści