annales - publicystyka andrzeja wilowskiego
Andrzej WILOWSKI
Czy jest jeszcze w
Polakach homo sovieticus?
Trochę tak, bo z jednej strony są rodacy bierni i pół biedy,
gdyby traktowali polityków "usługowo", że jest to jakaś zawodowa
grupa od załatwiania za nich problemów, jak to ma miejsce w niektórych
zachodnich demokracjach, ale oni żądają, oczekują, krytykują. Co to znaczy?
Znaczy tyle, że nadal obowiązuje podział na "my" i "oni",
czyli niewielu ludzi wierzy, że cokolwiek od nich zależy. Ewa Najwer mówiła o
spółdzielni, z którą się użera i nawet stowarzyszenie powołali na osiedlu, no
ale to jest przykład roszczeniowej postawy, czyli "wyegzekwować od
władzy". Moje doświadczenia są zupełnie inne, po prostu przejęliśmy władzę
w spółdzielni. Powiem nieskromnie, że wtedy kierowałem dwoma komisjami w radzie
nadzorczej, to osiedlowe samorządy działy bardzo aktywnie. Było to możliwe
właśnie dlatego, że ludzie uwierzyli, że coś mogą zmienić i coś od nich zależy.
Zrezygnowałem gdy na "walnym" kilku demagogów to zniszczyło, czyli
pretensje, żądania, postulaty, ale żadnego głosu, co chcieliby, aby załatwić,
rozwiązać.
Przykro mi, ale w sensie politycznym nie podzielam poglądów
Andrzeja Górnego, emocjonalnie tak. Miałem okazję zapoznać się z dokumentacją
dotyczącą czerwca 56, ponieważ mój profesor Jarosław Maciejewski opracowywał
dokumentacje, która zresztą ukazała się w wydaniu książkowym w 1981 roku, to
był jeden z postulatów Poznańskiej "Solidarności". To była tragedia,
ale nie "rezurekcja", więc była złość i było mi przykro, ale sens
polityczny tych wydarzeń był zupełnie inny,
niż dziś się usiłuje przekazać. To moje stanowisko też przysporzyło mi
wrogów, wielu przyjaciół za to się obraziło. Przykro mi, ale wtedy nikt nie
chciał "obalać komunizmu",
tylko ludzie walczyli o byt i godność. Wiadomo, że nic tak nie poniża,
jak ubóstwo niezawinione. Świadoma działalność opozycyjna zaczęła się dopiero w
latach siedemdziesiątych. Napisałem o tym tekst, ale jakoś nikt nie chciał go
opublikować, "Głos Wielkopolski" woli drukować "wypisy z
esbeckich akt" Krzysztofa Kazimierczaka. Marian Dźwinel miał rację,
mówiąc, że była grupka desperatów żyjąca z programem na przetrwanie, nie
przyjmująca do wiadomości, że zastany porządek jest jedyny i nie przemijający.
Przy okazji wszelkich rocznic w życiu publicznym pojawia się taka figura "pomniejszanie
przez dodawanie". Polega to na tym, że wszyscy byli "wspaniali"
i mieli "słuszne poglądy", a gdzie był ten "przeciwnik"?
Fenomen przemian polegał na tym, że "opozycja" wywalczyła wolność i
demokrację dla wszystkich, dla "nomenklatury" też, to była ta
"gruba kreska" Mazowieckiego. Miałem ochotę wyrzucić telewizor przez
okno, jak usłyszałem Jana Pospieszalskiego, który w swoim programie powiedział,
że Mazowiecki był ostatnim premierem w PRL-u. Trzeba być idiotą, żeby takie
bzdury wygadywać. Pewnie, że przemiany były płynne, bo nie było rewolucji i
przewrotu pałacowego, więc jakaś ciągłość musiała być, ale ona nie wynikała z
chęci dotrzymania warunków kontraktu przy okrągłym stole za każdą cenę, tylko z
zwyczajnie z odpowiedzialności.
Przypomnę reklamówkę z wyborów. Jacek Kasprzycki z Tamarą
Sorbian i Maciejem Ćwiekiem kręcili ją "w konspiracji" w podziemiu, a
na dziennej zmianie ekipa pod wodzą Jacka Adamczaka kręciła dla Jerzego Urbana.
Po 4 czerwca wszyscy zapisali się do "Solidarności". 18 października
Joanna Szczepkowska wypowiedziała słynne zdanie w dzienniku. Mało kto wie, że
wcale nie szło to na żywo, wywiad był wcześniej nagrany. Jednak w telewizji pod
rządami samego Urbana ktoś odważył się to wyemitować. Czy byłoby to możliwe w
telewizji Farfała? Kiedy pisaliśmy protest w tej sprawie, czyli objęcia
telewizji przez Farfała, to różne "pięknoduchy", wielcy artyści
odpisywali, że nie poprą protestu, bo to "grzechy młodości" i
właściwie to nic się nie zmieniło, media są wolne, a prawda jest taka, że
telewizja jest największym pracodawcą dla wielu reżyserów i artystów. Co jest
gorsze, strach czy uległość dla wygody z wyboru?