Bloom's
Day
16
czerwca 2004
Dokładnie tego dnia, sto lat temu,
bohater powieści Jamesa Joyce'a Bloom rozpoczął swoją Odyseję po ulicach
Dublina. Tego samego dnia Joyce opuścił na Irlandie, do której już miał nigdy
nie powrócić.
Powieść "Ulysses" opublikowano
po raz pierwszy w Anglii w 1922 roku. Niemal od pierwszego wydania literacka
Europa uznała ją za najważniejsze dzieło prozatorskie XX wieku. W rodzimej
Irlandii krążyły plotki o dziwactwach autora, a o samej powieści mówiono, że
nie da się jej czytać, bo jest tak hermetyczna. Nie przeszkadzało to
przypisywać pisarzowi najrozmaitsze poglądy, od antykatolicyzmu począwszy, po
aprobatę dla najrozmaitszych perwersji. Pierwsze irlandzkie wydanie powieści
ukazało się w Dublinie dopiero w 1962 roku.
Wtedy to Irlandczycy pogodzili się z faktem,
że Joyce jest ich najwybitniejszym pisarzem. Pierwsze wydanie polskie stało się
prawdziwą sensacją, choć spóźnioną o pół wieku. Polski przekład był życiowym
dziełem Macieja Słomczyńskiego. Prace nad przekładem trwały prawie trzydzieści
lat. Nikt nie wierzył, że zakończą się sukcesem. Tłumaczowi ciągle brakowało
pieniędzy, kończyły się kolejne zaliczki i nie było możliwości tak częstych
wyjazdów do Dublina, jak byłoby to konieczne. Maciej Słomczyński pisał pod
pseudonimem Joe Alex kolejne kryminały dla "Serii z jamnikiem".
Książeczki te można było kupić w każdym kiosku "Ruchu", czytane
chętnie w podróży, przez licealistów pod ławką w czasie nudnych lekcji, lektura
ich należała też do dobrego tonu w towarzystwie. Nawet niechętni ustrojowi
socjalistycznemu inteligenci czytali z upodobaniem Joe Alexa, widząc w nim
emisariusza zachodniej kultury. Przez lata nie wiedziano nawet na salonach
literackich, kto kryje się pod tym pseudonimem.
W setną rocznice wędrówki Blooma po
ulicach Dublina, krakowscy literaci zorganizowali głośne czytanie
"Ulyssesa". Dublińczycy świętują na ulicach, szczelnie wypełnili
puby. Liczne parady, koncerty, spektakle teatralne i to wszystko w
międzynarodowej obsadzie. Do stolicy Irlandii przybyli liczni turyści, nie
tylko literaci, krytycy i tłumacze, ale też ci, którzy usypiają przeczytawszy
pół pierwszej strony "Ulyssesa". Wszyscy jednak orientują się
doskonale w peregrynacjach Blooma, dzięki dostępnym w księgarniach pomocom.
Najbardziej wyrafinowany czytelnik znajdzie naukowe monografie, dla
dociekliwych są leksykony, encyklopedie, a zwykły turysta znajdzie stosowne
mapy i przewodniki po powieści i mieście. Odnalezienie większości powieściowych
miejsc nie nastręcza większych trudności i to nie tylko dzięki mapom, ale
również dlatego, że zadbano o upamiętnienie tych miejsc, a samo miasto w
niewielkim stopniu zmieniło się od czasów, gdy mieszkał w nim James Joyce.
Dziś lektura "Ulyssesa" nie
napawa lękiem. Na początku ubiegłego stulecia powieściowa proza tkwiła w
schematach narzuconych przez pozytywizm. Do II Wojny Światowej sztywno trzymano
się reguł poszczególnych gatunków powieści. Wojna zburzyła dawny porządek
świata, ale też język opisu rzeczywistości stał się nie adekwatny. Tym razem
nie tylko pisarze awangardowi, ale twórcy literatury popularnej i publicyści
sięgnęli do nowych technik narracyjnych. Symultaniczna narracja, polegająca na
równoległym pokazywaniu zdarzeń. Rezygnacja z opowiadania w porządku
chronologicznym na rzecz odnajdywania kontekstów i znaczenia poszczególnych epizodów.
Technika "strumienia świadomości" pozwala w pełni pokazać świat
wewnętrzny, przeżycia i emocje bohatera. Z tym wszystkim jesteśmy już oswojeni
przez współczesną powieść i film, nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że
wszyscy ci twórcy pośrednio korzystali z doświadczeń Joyce'a. Warto, więc
obchodzić "Bloom's Day", jeśli to pomaga nam w lepszym zrozumieniu
współczesnego świata i samych siebie.