numer 9
   marzec 2005

 interpretacje







Iza Kowalczyk

Nam interpretować nie kazano!
(refleksje przy okazji Zielonych Dni Wolności Wypowiedzi i procesu Nieznalskiej



Nam interpretować nie kazano. Stanęłam pod sądem w dniu procesu Nieznalskiej, zakleiłam sobie usta i.... (na chwilę zdejmę jednak z ust ten napis "cenzura", by zdać raport z walki).

Rozmiar: 16059 bajtów


Jeśli nie zniechęcono nas w szkole do Mickiewicza (a pewnie zniechęcono i zaczynając czytać ten tekst już Państwo ziewacie, ale radzę wytrzymać, obiecuję smaczki!), wiemy jak z wiersza pt. "Reduta Ordona" wydobywa się gwar, harmider, krzyki, świsty, ryki, wystrzały i dudnienia i wreszcie ten jeden "huk jak stu gromów" wysadzonej reduty.

Ale dlaczego o tym piszę, co to ma do Nieznalskiej? Co ma do Zielonych Dni Wolności Wypowiedzi?

Jedynie to, że w jednym i drugim przypadku trwa walka: u Mickiewicza - z Moskalami, w Polsce z tymi, którzy chcą sądzić sztukę, cenzurować, zakazywać, wyrokować. Ta druga walka w przeciwieństwie do pierwszej odbywa się w milczeniu, w ciszy przerywanej np. w Gdańsku okrzykami "Zielone pedały", "Zieloni na drzewo"; ciszy przerywanej przez dziennikarzy pytających, "dlaczego tu stoicie z zaklejonymi ustami".

Rozmiar: 30677 bajtów



No właśnie dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zacząć od początku i przypomnieć, co działo się, gdy po zakończeniu wystawy "Pasja" w Galerii Wyspa w Gdańsku (2001/2002), następuje słynny akt wkroczenia na zamkniętą już wystawę przedstawicieli Ligi Polskich Rodzin.

Rozmiar: 5748 bajtów



Choć przybywający z krucjatą członkowie Ligi Polskich Rodzin, spóźnili się, gdyż przybyli dzień po zamknięciu wystawy, wtargnęli jednak do środka. Jak sępy. Czarne chorągwie do galerii prowadzą zastępy. Zażądali tam odpakowania krzyża, na co nie zgodziła się artystka. Doszło do przepychanek, "jeden z mężczyzn chciał siłą rozpakować zapakowane już dzieło. Artystka próbowała zasłonić je własnym ciałem, usłyszała jednak, że ma ustąpić, bo on jest... SILNIEJSZY. Zapewne i jako mężczyzna i jako polityk i jako ojciec rodziny?!" - komentuje Paweł Leszkowicz (Niebezpieczne związki z męskim ciałem, "artmix", nr 5, 2003, archiwum). Artystce grożono i próbowano ją zastraszyć, być może jedynie obecność mediów powstrzymała rozjątrzonych przedstawicieli LPR-u przed agresją siłową i w końcu odeszli z kwitkiem pracy nie oglądając. Mimo to, dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Już 2 marca 2002 r. Nieznalska otrzymuje pierwsze wezwanie do prokuratury. Okazuje się, że posłowie LPR wnieśli do sądu sprawę o obrazę uczuć religijnych. W kwietniu sprawa zostaje przekazana do Sądu Rejonowego, artystka zostaje oskarżona na podstawie artykułu 196 Kodeksu Karnego, który mówi, że "kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch".

Środowisko artystyczne w Polsce doznaje wraz z oskarżeniem Nieznalskiej szoku. Pojawia się problem, z którym nie bardzo wiadomo, jak sobie poradzić. Oskarżona zostaje artystka; sąd będzie rozstrzygał, czy praca, którą wystawiła w galerii jest obiektem sztuki (a więc sferą umowności, nasyconą metaforami, cytatami i odwołaniami) czy też sprofanowanym obiektem kultu (co wydaje się absurdalne, gdyż artystka nie poszła profanować tego, co znajduje się w kościele, nie dokonała manipulacji na poświęconym krzyżu). Jednak środowisko artystyczne nie umie sobie z tymi faktami poradzić. "A ta Nieznalska, ta od tego chuja na krzyżu..." - powiadają co niektórzy znani mi panowie. I chyba artystka nie uraziła ich uczuć religijnych, ale zwykłe uczucia samczo-patriarchalne, ukazując symbol męskości jako delikatny, podatny na zranienie fragment ciała. Doskonale opisał to Paweł Leszkowicz pisząc o męskim sadomasochizmie (Leszkowicz, op. cit.). Być może właśnie ze względu na "niebezpieczną grę z męskim ciałem", niektórzy historycy sztuki, krytycy, kuratorzy - mężczyźni krzywią się na wspomnienie "Pasji", lub autorytarnie stwierdzają: "to kiepska praca". A podnosząc własne poczucie męskości mówią o "chuju na krzyżu". Nie miękkim, dyndającym fiutku, ale chuju "jak stu gromów"!

Rozmiar: 3095 bajtów



Aby zrobić cokolwiek, w poczuciu beznadziei, że nikt nic nie robi, piszę list otwarty następującej treści:

"Wyrażamy zaniepokojenie oskarżeniem przeciwko Dorocie Nieznalskiej związanym z jej wystawą "Pasja", która odbyła się w Galerii Wyspa w Gdańsku (14.12.01 - 20.01.01.02). Protestujący przeciwko wystawie, pracy Nieznalskiej nie widzieli, opierali się przede wszystkim na sensacyjnych doniesieniach w mediach. Praca artystki pod tytułem "Pasja" odnosiła się do podwójnego znaczenia terminu "pasja", którą można rozumieć jako mękę oraz jako poświęcenie się czemuś, zajęcie. Mówi się: "robić coś z pasją".
Instalacji towarzyszył film wideo, który wyjaśniał użycie tego terminu oraz symbolu krzyża (nie był to jednak krzyż, który bezpośrednio odnosił się do Krzyża Chrystusa). Film wideo przedstawiał mężczyznę, który trenuje swoje ciało na siłowni. Znaczenia tej pracy odwoływały się do problemu "męskości" (stąd przywołanie obrazu męskich genitaliów), która musi zostać wytrenowana, wyćwiczona. Mężczyźni, którzy świadomie poddają się praktykom kulturystycznym, tym samym poddają swoje ciało torturom, robią to z oddaniem - pasją oraz często w męce. Pracę Doroty Nieznalskiej należy więc odczytać przede wszystkim w kontekście współczesnych technik dyscyplinowania ciała oraz problemu "męskości". Dlatego też oskarżenia przeciwko artystce o profanację krzyża wydają się absurdalne i wynikają przede wszystkim z niezrozumienia tej pracy. Intencją Nieznalskiej nie była obraza uczuć religijnych.
Niepokoi nas również podejście niektórych kręgów społecznych wobec sztuki krytycznej, które prowadzi do cenzurowania sztuki oraz do zamykania instytucji artystycznych (Galeria "Wyspa" została zamknięta decyzją Rektora ASP na początku 2002 r. po siedemnastu latach działalności.) Takie posunięcia każą zastanawiać się nad problemem wolności artystycznej oraz kondycją naszej demokracji".

Pod listem podpisuje się wielu artystów, profesorów, krytyków, kuratorów. Słyszę jednak uwagi, że list jest niedobry. Po co w ogóle podnosić tu kwestię interpretacji! Po co mówić, o co chodziło w tej pracy! Wystarczy odnieść się do kwestii wolności. A ja naiwna wierzę, że tych wszystkich, którzy atakują - choć mniej tych głośnych, którzy chcą Nieznalską wieszać, bo ci są przecież niereformowalni, a bardziej tych, którzy w ogóle odcinają się od sprawy i wypowiadają wciąż swe dyrdymały o chuju na krzyżu, do czegokolwiek przekonam. Aby patrzeć na sztukę jak na sztukę ("aby sztuka była sztuką!"). Sztuka jest przecież po to, by ją interpretować. Jak można zamknąć oczy na jej znaczenia, jak można nie odnieść się do znaczeń, które wydają się kluczowe! Ale nam interpretować nie kazano!

To środowisko, oprócz podpisów pod listem, generowaniem własnych listów i petycji, nie jest jednak w stanie zmobilizować się, by faktycznie stanąć po stronie artystki. Jeden Zbyszek Libera ma pomysł, że gdy już zamkną Dorotę zorganizujemy akcję wysyłania jej do więzienia paczek. Ponura to jednak pociecha, biorąc pod uwagę szykanowanie i odrzucenie, jakie doznaje na co dzień artystka. Dostaje telefony i sms-y z pogróżkami, zaczyna się najzwyczajniej bać. Boi się mężczyzn, w których ugodziła, tych napompowanych, łysych, tych wypisujących na portalach pod jej adresem obraźliwe i wulgarne treści.

Może to o jej pracy można powiedzieć, że jest jak "huk jak stu gromów", skoro pozostała po niej taka wrzawa i konsternacja!
Sztuka zadziałała, sztuka uderzyła, sztuka z marginesu życia społecznego przeniosła się do centrum wydarzeń, tyle tylko, że sama Nieznalska od czasu rozpoczęcia procesu do dzisiaj miała w Polsce jedną, indywidualną wystawę, i to nie w galerii publicznej - te nie przyjmują Nieznalskiej ze względu na przykład na protesty lokalnych zakonnic (Słupsk), ale w prywatnej, kultowej galerii Le Madame w Warszawie (10. 2004), która, gdy piszę ten tekst przeżywa prawdziwe święto, gdyż po całodziennej okupacji, odroczono eksmisję, ale być może już niebawem nie będzie i Le Madame...

Rozmiar: 8180 bajtów


Rozmiar: 8030 bajtów



Słabość środowiska artystycznego ujawnia się w tym, że nie wypracowało ono żadnej skutecznej strategii oporu wobec zjawisk i działań dążących do ograniczenia wolności artystycznej. Jedyne, co zrobiliśmy to pisanie listów otwartych, protestacyjnych, petycji, uchwał wyrażających zaniepokojenie itp. Trzeba jednak powiedzieć, że te listy nie były przez nikogo brane poważnie. To nic, że podpisywali się pod nimi znani profesorowie, znani artyści i krytycy sztuki. Polska rzeczywistość okazała się impregnowana na głos znawców i autorytetów. Okazało się, że w sferze społeczno-politycznej liczy się nie ten, kto chce wskazać problem, objaśnić, przeanalizować, lecz ten, kto jest bardziej krzykliwy. Nam interpretować nie kazano!

Polska sekcja AICA (International Association of Ar Critics) powołała nawet w ubiegłym roku Komisję do spraw Cenzury. To bardzo zabawne i ironiczne działanie w państwie demokratycznym. Bo kto cenzuruje? Ale o tym sza.., żeby się nie narazić! Jeszcze zabawniejsze jest to, że ta komisja jest bardzo... wirtualna. O ile się nie mylę działając już od roku nie zrobiła do tej pory nic w sprawie nie tyle cenzury, ile autocenzury. Być może oni też przyjęli zasadę milczenia. Rodzaj zmowy?

O autocenzurze trochę pisałam tu i ówdzie, obrażali się na mnie znajomi kuratorzy, którym ją wytknęłam. Nic specjalnego się nie stało. Gdyby faktycznie działał jakiś urząd d.s. cenzury, może chociaż spalono by moje książki, a tak to, co w nich pisałam przeszło bez echa, mogę liczyć tylko na poparcie studentów, którzy zapychają mi skrzynki mejlowe pytaniami, czym jest sztuka, tabu, kobiecość i męskość itp. Wracając do autocenzury - temat byłby nudny, gdyby nie pewna metafora, której użył niedawno mój znajomy (nazwiska nie wymienię, bo to ponoć tradycyjny profesor historii sztuki), mówiąc o dworzanach, którzy nim Władca wypowie słówko, a być może nim przemknie mu przez groźne oblicze jakaś myśl ("Ha! A może by tak zamknąć jakąś galerię!"), w mig odczytują jego myśli i tańczą przed nim, byle mu tylko sprawić przyjemność. Oby było ładnie i przyjemnie! To ładna i zarazem bardzo fukodiańska metafora, bo przecież.... nie ma tu pana i władcy! Nie ma urzędu do spraw cenzury, a Konstytucja III RP gwarantuje równość wypowiedzi i wolność tworzenia. Żyjemy przecież w demokracji. Ale czym jest demokracja??? Nam mówić tego nie kazano! A co więcej, po Marszu Równości, który współorganizowałam w Poznaniu w 2004 roku słowo "demokracja" nie kojarzyło się w tym mieście dobrze (po Marszu, który przeszedł zaledwie na drugą stronę ulicy, prasa pisała o "200 metrach demokracji"). O tym złym kojarzeniu świadczyła sytuacja na poznańskim wiecu na rzecz Ukrainy, jakich wiele odbywało się w Polsce w czasie tamtejszych wyborów prezydenckich. Kiedy zjawiliśmy się na Starym Rynku z grupą osób, które brały udział w Marszu Równości odbywającym się tydzień wcześniej i próbowaliśmy krzyczeć: "Demokracja na Ukrainie", uczestnicy wiecu patrzyli na nas wysoce podejrzliwie, hasła nie podjęto i zagłuszono nas piosenką "Hej, Sokoły". A demokracja? To wielce podejrzane słowo. Dlaczego tak było i z czym uczestnicy wiecu skojarzyli słowo "demokracja"? O tym sza. Nam mówić nie kazano!

Wracając do autocenzury: o uwikłaniu kuratorów i dyrektorów publicznych Galerii napisał ostatnio Wojciech Kozłowski, szef zielonogórskiej BWA w liście do Łukasza Guzka ("INC deaktywacja", list z 15.03.05), który na łamach wydawanego przez siebie Spamu zaatakował Agatę Smalcerz, dyrektorkę innej publicznej galerii - BWA z Bielska-Białej za ocenzurowanie wystawy "Inc.". Wojtek nazywa Łukasza "rycerzem z plastikowym mieczem", którym wymachuje raniąc tych, którzy stoją po stronie dobrej sztuki (w tym przypadku Agatę Smalcerz). Kozłowski napomina: "Otóż, Rycerzu mój dzielny, choć z mieczem plastikowym - ostry szpic Twego oręża skaleczył Cię chyba w oko, że nie dostrzegasz, jak jest naprawdę".

Ale właśnie - jak jest naprawdę? Nikt o tym nie mówi. Nam interpretować nie kazano. Organizatorzy życia artystycznego nie chcą przyznać się do własnego braku niezależności. Wręcz przeciwnie udając niezależnych, tańczą na dworze, doskonale znając kroki tańca, jaki podoba się Władcy, którego rzecz jasna realnie nie ma. Nie wyssałam sobie z palca opowiastki o udawaniu niezależnych. 11-13 grudnia 2004 roku odbywało się w Zachęcie "Forum Galerii, Miejsc i Osób sprzyjających sztuce" organizowane przez Narodowe Centrum Kultury (o problemie, który stwarza już sama ta nazwa nie wspomnę!), podczas którego podkreślano pojęcie niezależności zaproszonych instytucji artystycznych. Jak podaje NCK, podczas spotkania "zaprezentowały swoją działalność czterdzieści trzy niezależne galerie sztuki z całej Polski" (http://www.nck.pl/aktualnosci.php). Miałam wątpliwą przyjemność w tym spotkaniu uczestniczyć. Szefowie galerii, organizatorzy życia artystycznego przedstawiali podczas Forum swoją działalność, starali się wypaść z jak najlepszej strony, pokazać, jacy są dzielni i jaką fajną sztukę prezentują. Wszystko byłoby dobrze, gdyby ktoś nie wpadł na pomysł mówienia o galeriach niezależnych. Tymczasem tu uczestnicy będący w większości na garnuszku państwa omijali z daleka problem niezależności czy raczej jej braku. Gdy dwie osoby, próbowały podnieść ten problem, zaczęto ich upominać, że to nie miejsce na takie dyskusje. A więc dyskusji nie było. Nie mówiono o zamykaniu galerii, o naciskach na dyrektorów, by cenzurowali wystawy, o ograniczeniach, z którymi się spotykają. O Dorocie Nieznalskiej nie wspominano. Mieliśmy z Romanem Dziadkiewiczem - bo to my w dwójkę byliśmy tymi "czarnymi owcami", wrażenie, że oni wszyscy się umówili, że operują jakimś nieznanym nam kodem. A nam dyskutować nie kazano! Co więcej, ja sama poczułam się jak zdrajczyni, nie znając tego kodu i kroków tego tańca, mówiąc o internetowym piśmie, które prowadzę. Podkreślałam, że internet staje się miejscem dużo bardziej poczytnym, że daje większe szanse na pozostanie niezależnym. Świadczy o tym m.in. fakt, że autorzy przysyłają do artmixa teksty, bo w innych miejscach zostały boleśnie skrócone, zmienione, bo - jak piszą - mają wrażenie, że tych tekstów na papierze prawie nikt nie czyta. Okazało się, że słowa te zostały odczytane jako pretekst do zlikwidowania jednego z takich pism! Z takim zarzutem poczułam się fatalnie, ale przecież mówiłam o tym, co piszą autorzy wysyłając teksty do artmixa, a nie, że należy likwidować jakiekolwiek pisma. Bogini broń! Okazuje się jednak, że to podrygiwanie w rytm nieopisanego tańca, wymaga znajomości niuansów, pojawiających się w środowisku nacisków, zależności pomiędzy tymi, którzy finansują i tymi, którzy są finansowani, tymi, którzy atakują i atakowanymi, a więc wszystkimi tymi, którzy wciąż grają ze sobą w "kotka i myszkę". Należy podrygiwać tak, by skrzętnie unikać jakiejkolwiek krytyki tych, którzy stoją po "naszej" stronie. Należy udawać, że nic się nie dzieje, że jesteśmy niezależni i jesteśmy w całkiem dobrej kondycji. Jeśli zachowamy się inaczej, będziemy potraktowani jak rycerze z plastikowymi mieczykami. Należy raczej nic nie mówić, niż powiedzieć za dużo - jak upomniał mnie po wystąpieniu pewien, nieznany mi zresztą pan.

Dyskusję o miejscach niezależnych, żeby było zabawniej prowadził Łukasz Guzek, ów rycerz z listu Wojtka Kozłowskiego. Sam jednak podczas tego Forum zdjął rycerską zbroję i porzucił w kąt swój mieczyk. Bo w końcu wszyscy jesteśmy uwikłani. Dyrektorzy galerii, kuratorzy, krytycy, artyści. Kozłowski pisze w liście do Łukasza: "Ty byś chciał, żeby dyrektorzy galerii byli politykami i jak politycy zrzekali się władzy w galeriach, gdy nie mogą współpracować ze swoimi prezydentami - zwierzchnikami. Na to z Twoich ostatnich wypowiedzi wychodzi. I tak by pewnie chcieli ci wszyscy, którzy uzurpują sobie nadzór nad naszymi poglądami. A ja jednak myślę, że wszędzie tam, gdzie tak jest, sztuka umiera".

I przyznać trzeba mu rację, ale zauważyć trzeba też wyraźnie, że taniec, który nam tańczyć kazano w pewnym momencie staje się tańcem skazańców, sami w tym dusznym świecie zaczynamy zakładać sobie na szyję pętle. I obyśmy nie zatańczyli się na śmierć jak w "Święcie wiosny"! Ale nam interpretować nie kazano. Można więc tylko machać tymi plastikowymi mieczykami, by wreszcie zmusić kogokolwiek do dyskusji, na przykład o niezależności sztuki.

Zabawne były te podrygi i umizgi na spotkaniu w Zachęcie. Nikt nie wpadł na pomysł, by zapytać przedstawicieli Ministerstwa Kultury czy samego Waldemara Dąbrowskiego, który na chwilę raczył zaszczycić uczestników swoją obecnością, jakie znaczenie ma dla państwa kultura niezależna, czy urzędnicy państwowi nie są zaniepokojeni zamachami na wolność tworzenia i czy mają zamiar cokolwiek w tej sprawie robić. Bo idąc dalej, można się zastanawiać, dlaczego Ministerstwo nie zauważa pewnej, wydawałoby się, oczywistej sprawy: naszemu państwu potrzebna jest niezależna i nieograniczona sztuka, która pobudza do myślenia i do dyskusji, a nie sztuka, która jest stłamszona i zmiażdżona, a ludzie, którzy ją popierają - zastraszeni i słabi.

Silna, nieskrępowana twórczość potrzebna jest przede wszystkim naszej demokracji, gdyż jak napisał Krzysztof Pomian: "Sztuka nowoczesna, acz nie tylko ona, rzecz jasna, ożywia bowiem świadomość tego, że demokracja wymaga różnic - grupowych, politycznych, ideowych, religijnych i innych - i wymaga sporów. Siłą demokracji jest bowiem jej tylko właściwa zdolność przekształcania rodzonych przez nie konfliktów z zagrożenia dla współżycia zbiorowego w źródło dynamiki kulturowej, społecznej i gospodarczej". W porządku społecznym eliminacja różnic prowadzi do atrofii życia obywatelskiego, która jest dla demokracji jednym z najbardziej niebezpiecznych zagrożeń. (K. Pomian, 2004, Sztuka nowoczesna i demokracja, maszynopis udostępniony przez autora, tekst publikowany [w:] "Kultura współczesna", Nr 2 (40), s. 35-43). Ale o tym nam dyskutować nie kazano!

Wróćmy jednak do procesu, który toczył się w gdańskim sądzie w latach 2002-2003 i w całości przypominał farsę. Przedziwne jest już samo sądzenie artysty za dzieło sztuki, którego zresztą na sali sądowej nie było. W dodatku, jak już zostało powiedziane, oskarżeni poczuli się obrażeni, mimo, że pracy nie widzieli. Wszyscy świadkowie oskarżenia znali ją jedynie z prasowych relacji lub z telewizji, gdzie zresztą genitalia były zasłonięte charakterystyczną kratką, (tą kratką zasłonięto również oczy Doroty Nieznalskiej). Podczas rozprawy świadkowie pokazywali sobie wycinki prasowe ze zdjęciem tego fragmentu "Pasji".

Podczas procesu cały czas pomijano fakt, że do interpretacji dzieła sztuki nie wystarczają telewizyjne relacje czy wycinki prasowe, potrzebna byłaby raczej wiedza historyków sztuki, ale tej sąd nie posiadał. Mimo tego, wniosek obrony o powołanie na świadka w charakterze biegłego historyka sztuki został przez sąd odrzucony. Nam interpretować nie kazano!

Ponadto proces przekształcił się w polityczną demonstrację prawicy: na pierwszą rozprawę przyszli sympatycy LPR-u oraz Młodzieży Wszechpolskiej z biało-czerwonymi flagami oraz z wizerunkami Matki Boskiej Częstochowskiej, a przecież sąd powinien być miejscem neutralnym. Gdański sąd przypomniał sobie o własnej neutralności dopiero w momencie, gdy na czwartą rozprawę przyszli działacze Ligi, tyle, że oprócz biało-czerwonych flag, mieli też biało-niebieskie (przypomina mi to niezrozumiały dla mnie fakt, gdy w dniu wejścia do Unii Europejskiej, na budynku Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika, gdzie pracuję wisiały flagi biało-żółte, a gdy spytałam o to portierkę, powiedziała mi, że dlatego, bo to flagi papieskie). Flagi biało-niebieskie prowadzący rozprawę uznał za naruszenie powagi sądu. Działacz poproszony o usunięcie flagi, wdał się w pyskówkę z sądem, poproszony to opuszczenia sali, stawiał opór, a gdy przybyła policja nie chciał podać nazwiska (za: Guzek, Spam). Ta gra na symbole jest wyjątkowo interesująca w naszej rzeczywistości, zwłaszcza w sferze publicznej. Zwolennicy Nieznalskiej, którzy przychodzili na rozprawy w związku z apelami Anety Szyłak, nie mając żadnych symboli, pozostawali niewidzialni. Nie masz logo, nie istniejesz!!!

W czasie rozprawy apelacyjnej ta walka na symbole przybrała na sile. 18 stycznia 2005 roku pojawiło się w "Naszym dzienniku" ogłoszenie: "Wzywamy wszystkich wiernych Kościołowi i Ojczyźnie do wzięcia udziału w rozprawie sądowej w obronie krzyża znieważonego przez Dorotę Nieznalską". Wtedy Aneta Szyłak wysłała kolejny apel o przybycie do Sądu i wsparcie Doroty. Beata Maciejewska, pomysłodawczyni Zielonych Dni Wolności wypowiedzi, zjawiła się w gdańskim sądzie 19.01 wraz z innymi członkami gdańskiego koła Zielonych 2004 z kartkami "Nie happeningom LPR w galeriach!", "Tak dla wolności artystów!".

Rozmiar: 12020 bajtów



Ta akcja od razu została zauważona, wreszcie ktoś zamanifestowal swoją niezgodę na sądzenie sztuki. Przeciwnicy Nieznalskiej byli o krok od histerii, wyrywali Zielonym te kartki, opluwali ich, poszturchiwali. Ze względu na swą agresję zostali wyproszeni z sali rozpraw, ale na korytarzu śpiewali pieśni religijne, odmawiali różaniec. Agata Rogoś napisała w relacji: "Parodią, a raczej farsą okazuje się sytuacja, w którą zostaliśmy wciągnięci. Sytuacja, która jest z góry przegraną, a przecież należy walczyć w obronie wolności słowa. Problem jednak leży gdzieś pomiędzy wadliwością systemu, a wolą i specyfiką społeczeństwa" (http://www.spam.art.pl/_old/nieznalska/powtorka_rozprawa2.html ). Postanowiliśmy - jako Zieloni 2004- zawalczyć jednak o wolność słowa, organizując Zielone Dni Wolności Wypowiedzi. Podczas rozprawy 9 lutego pod gdańskim sądem oraz sądami w innych miastach w Polsce (Białystok, Katowice, Warszawa, Poznań) stanęliśmy, zaklejając sobie usta kartką z napisem "cenzura" i trzymając hasła: "Tak dla wolności sztuki", "Tak dla wolności tworzenia", "Tak dla wolności wypowiedzi", "Tak dla wolności poglądów", "Tak dla wolności zgromadzeń" (tę akcję powtórzyliśmy również 16 marca, także w Krakowie, Wrocławiu, Olsztynie). 9 lutego pod gdański sąd, jak pisze Rogoś, nie przyszedł w obronie Nieznalskiej żaden artysta. Autorka relacji pisze: "To, co pozostawia, w moim odczuciu, wiele do życzenia to stojąca pod znakiem zapytania obecność i zaangażowanie środowiska artystycznego w walkę o wolność wypowiedzi. Mam jednak wciąż nadzieję, że apele rozsyłane przez Fundację Wyspa Progress, zawartość strony spam.art.pl, sprawią wreszcie, że zrozumiemy, iż nie jest to już jedynie sprawa Doroty Nieznalskiej oskarżonej przez Państwo, ale sprawa, która dotyczy całego środowiska intelektualno-artystycznego, a nawet więcej. To po prostu walka o dopuszczenie w tym kraju do głosu podstawowych zasad demokracji, która wciąż pozostawia wiele do życzenia" (http://www.spam.art.pl/_old/nieznalska/powtorka_rozprawa3.html). Zastanawia jednak to, że sama Fundacja Wyspa Progress z rezerwą odniosła się do protestów Zielonych, wciąż nawołując jedynie do przychodzenia do sądu w roli "niewidzialnych zwolenników". Jeden z artystów powiedział mi o instrumentalnym wykorzystywaniu Doroty Nieznalskiej przez Zielonych, choć nie zastanawiał się nad tym, jak czuła się Dorota bez wyraźnych gestów solidarności, z dużą obojętnością ze strony środowiska na jej dramatyczną sytuację. Poza tym występujemy przecież również w imię własnej wolności. Jak pisaliśmy w oświadczeniu z 9 lutego: "będziemy protestować przeciwko ograniczaniu nam, wolnym obywatelom, prawa do tworzenia i prawa do wypowiadania swoich poglądów. Protestujemy przeciwko kneblowaniu ust tym, którzy wyrażają poglądy inne od uznanych przez wąskie grupy społeczne za jedynie słuszne". A inni niech dalej chowają głowy w piasek!

Rozmiar: 28279 bajtów



Tak, wplątaliśmy się w grę polityczną, a może raczej zostaliśmy w nią wplatani. Będąc niewidzialni i niesłyszalni, postanowiliśmy użyć narzędzi politycznych, gdyż sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca, żeby nie rzec beznadziejna. Ale tę beznadziejność udało się już jakoś przełamać.

Rozmiar: 16462 bajtów


Beata Maciejewska relacjonuje to, co działo się pod Sądem w Gdańsku podczas następnej rozprawy (16.03): "totalna porażka Wszechpolski. Było nas 3 razy więcej, chociaż i tak nie więcej niż 25-30 osób. Oni nie zorganizowani, powolni, całkowicie zbici z tropu nasza obecnością. My z zielonymi plakatami, część osób z zaklejonymi ustami. Było już 15 minut po 9.00 a oni stoją z kijkami do transparentów i nic. Na pierwsze hasło jakie wykrzyczeli: 'Zielone pedały', wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Potem znowu coś krzyknęli, ale sami przestali, jakby rozumieli, że to głupie. Pod koniec tego spotkania, gdy oni zaskandowali: 'zaśpiewajcie coś po polsku', to zaśpiewaliśmy naszą znaną już spod gdańskiego sądu piosenkę: 'Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego'. Były też groźby: 'pamiętajcie 8 marca' - to w odniesieniu do gdańskiej Manify, na której roił się tłum dzikich kiboli i MW. Było wtedy naprawdę niebezpiecznie. Pod sądem dołączyły do nas dwie kuratorki sztuki z Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. Reasumując: w styczniu w sądzie kłębiły się tłumy agresywnych moherowych beretów. Tylko ich było widać. W lutym (pierwszy ZDWW): staliśmy przed sądem w dwóch grupach - każda równie silna i widoczna. W marcu (drugi ZDWW): pod sąd przyszli zwolennicy Doroty Nieznalskiej i garstka przeciwników. Widziałam Dorotę jak spokojnie, bez obstawy weszła sobie do sądu. Rzeczywistość da się przesunąć!"(http://www.spam.art.pl/_old/nieznalska/index.html).

Rozmiar: 17089 bajtów

Ale czy faktycznie rzeczywistość da się przesunąć pokaże wyrok, który, miejmy nadzieję, będzie uniewinniający w przeciwieństwie do skandalicznego wyroku z 2003 roku skazującego Nieznalską na sześć miesięcy ograniczenia wolności.

Rozmiar: 6155 bajtów


W czasie tej, jak i poprzedniej rozprawy, niewiele działo się w sprawie zastanowienia się nad interpretacją pracy Nieznalskiej. Studenci, z którymi omawiam tę prace i jej konsekwencje, wprawiają mnie w zakłopotanie, pytając, dlaczego nikt nie wypowiedział się w obronie tej pracy, dlaczego w prasie codziennej nie pojawiły się żadne interpretacje pozwalające ją przybliżyć, zrozumieć; pytają mnie, dlaczego ja się nie wypowiadałam. Muszę wtedy tłumaczyć, że na samym początku procesu wypowiedziałam się na temat Pasji dla "Trybuny" i to mnie spaliło. Dowiedziałam się o tym, siedząc kiedyś w "Qchni artystycznej" z paroma osobami z artystycznego establishmentu. Rozmawialiśmy o Nieznalskiej i o procesie. I nagle jedna z krytyczek pracujących w najbardziej poczytnym dzienniku, powiedziała, że nie miała do kogo zwrócić się po opinię w sprawie "Pasji". Trochę mnie to zdziwiło, że mówi to siedząc naprzeciwko mnie, więc zapytałam, jak to się stało, że o mnie zapomniała. "Bo Ty wypowiedziałaś się już do 'Trybuny'" - usłyszałam odpowiedź. Już wtedy okazało się, że nie znam kroków tańca, który należy tańczyć. Nam interpretować nie kazano!

Kiedy Beata Maciejewska namówiła nas na organizacje tych akcji, ja z kolei nie mogłam wymyślić niczego innego oprócz zaklejenia sobie ust paskiem z napisem "cenzura". Ocenzurowano nas, ocenzurowano nasze wypowiedzi i myśli. Jak pisze Kozłowski w swym liście: "Okazało się, że chcąc nie chcąc staliśmy się uczestnikami gry w politykę. Śmialiśmy się kiedyś z samego faktu przynależności partyjnej Vlada Księcia Pomorskiego, ale może tak trzeba było od początku? Bo oto polityka i tak nas dogoniła. Wydawało mi się, że można inaczej, właściwie to nadal mi się wydaje, czy jednak nie jest to chowanie głowy w piasek? Skarżyliśmy się na brak zainteresowania sztuką u polityków; może trzeba było śmiało wejść między nich i napominać ich od środka?". Może w tym szaleństwie jest to jakaś metoda. Może wreszcie opinia publiczna przejmie się sprawą Nieznalskiej? Po naszym pierwszym ZDWW i naszym oświadczeniu, w którym wskazywaliśmy na skandal, który ma miejsce w gdańskim sądzie przy okazji rozpraw Nienzalskiej i Pawła Huelle, gdzie prawicowi radykałowie opluwają te osoby, wyzywają, wykrzykują "Żydzi do gazu", ukazał się duży artykuł w "Magazynie GW", opisujący ten skandal. Ponoć ostatnio sprawą zainteresowała się Fundacja Helsińska.

Rozmiar: 31887 bajtów


Może, gdy powiemy, że "wszyscy jesteśmy Dorotą Nieznalską" - jak podczas ostatniej akcji w Poznaniu, wreszcie zaczniemy rozmawiać na temat tego, jak to się stało, że gwarantowana przez Konstytucję III RP wolność wypowiedzi, wolność tworzenia jest tylko pustym frazesem zapisanym na papierze.

A może powinnam inaczej zacząć ten tekst.. Od interpretacji pracy Doroty Nieznalskiej...

Ale nam interpretować nie kazano, poza tym taki tekst już kiedyś napisałam.


Iza Kowalczyk



Wszystkie aktualne informacje o procesie Doroty Nieznalskiej znajdują sie na stronie www.spam.art.pl/nieznalska

komentarze:

Łukasz Guzek, Interpretacja jest jak strzał z armaty

Ewa Toniak, Świetny tekst o Nieznalskiej!!!